Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przebudzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przebudzenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2020

Armagedon 2020



uderzy kometa
opuchnięte oczy ministra

broń się boże
i obroń też nas

jeśliś jest tam w chmurach
boże nie pomagasz?

ten świat tak parszywie niebezpieczny
do schronu
do broni

kto się nie broni
ten niech zginie

kto nie w domu
ten do celi

Kometa jebnie
 i po nas
ratuj się kto może

krzyk, krzyk, krzyk

badam mięsień
osłabia się
prawdy nie ma w tym

o matko
sprawdzam jeszcze raz

słabnie
gdy mięsień słabnie -
- prawdy nie ma

pytam innego, co bada
też u niego mięsień słabnie

tak dużo radości mam w sobie

nie lękaj się mała trzódko
kapłani i mędrcy tego nie głoszą
bo zapomnieli o naukach Nazarejczyka

implozja religii
lękają się braku najświętszego sakramentu

a sami nim są
i ich dzieci
i lodówka
i gacie niewyprane

i korona
co na głowie ego ułożona

boga nie ma tam ani tu
wszystko w nim pływa
wirusy też

a nie
jak świat pomyślał
że my pływamy w wirusie

niedziela, 19 stycznia 2020

Staś i leśna przygoda

Biegł, ile miał tylko sił w nogach. Droga w lesie wydawała się nie mieć końca. „Gdzie ten dom? Zawsze wydawało mi się, że jest bliżej.” Myśl za myślą uderzały w jego rozpędzony umysł. Z drugiej strony czuł jak delikatny wiatr muska go po twarzy i prowadzi do domu. Totalnie nie rozumiał co się przed chwilą stało. On, prawie już przecież dorosły- dwunastoletni naukowiec, rozmawiał właśnie z drzewem? Czy on zwariował? Czuł lekkie przerażenie, ale głębiej w sobie słyszał znany mu nie wiadomo skąd zachwyt i cudowną melodię radości. A był już przecież taki mądry i wykształcony? Co powie rodzicom? „Moi kochani właśnie rozmawiałem z drzewem…” Gdy usłyszał własne myśli poczuł ucisk w żołądku. W tej samej chwili przypomniał sobie, że ma przecież wspaniałych rodziców, którzy nie raz opowiadali mu przedziwne historie. Może i tym razem go zrozumieją?



- Mamo! Tato! – Staś wbiegł z ogromną prędkością na swoje podwórko. – Muszę coś… Wam… Opo… Opo… wiedzieć.

Cały zdyszany zatrzymał się nagle przy dużej werandzie swojego rodzinnego domu. Rodzice swoim codziennym zwyczajem siedzieli sobie spokojnie w wygodnych fotelach na szerokim tarasie u wejścia do domu. Popijali spokojnie herbatę.

- Stasiek. Aleś Ty zdyszany. – stwierdziła mama – Chciałeś chyba pobić nowy rekord.

- Nie… Nie. – mówił z przerwami na głębsze oddechy – Byłem w lesie… Spacerowałem. Myślałem sobie. I nagle zapatrzyłem się na drzewo… i…

Staś usłyszał w swojej głowie jak niedorzecznie brzmi, to co chce powiedzieć. Zawahał się i zatrzymał. Popatrzył na tatę. Jego ciepłe oczy i pogodne oblicze zdawało się przyjmować wszystko, co się działo. Wiedział, że tata go zrozumie. A jednak trochę się bał.

- Skarbie. Napij się z nami herbaty. – mama zaprosiła Stasia do stołu. – Chodź do nas.

Stasiek powoli, ale z dużą ochotą usiadł na wygodnym fotelu. Wziął do ręki swój ulubiony zielony kubek i zamilkł na jakiś czas. Przez kilka minut siedzieli razem na tarasie. Słońce zachodziło gdzieś w dali. Cichy wiatr i szum liści dodawały uroku tej chwili. Staś znał swoich rodziców i wiedział, że często w taki właśnie sposób spędzają wolny czas. Siedzą na tarasie. Piją herbatę. Czasem rozmawiają, a czasem milczą. Zawsze go dziwiło jak to możliwe, że ludzie są razem w zupełnym milczeniu i są przy tym tak przepełnieni szczęściem. Nagle przypomniało mu się jak w zeszłym tygodniu przyjechał rowerem na podwórko z bandą swoich znajomych. Narobili dużo hałasu, wdrapując się na domek na drzewie, który tata zbudował kilka lat temu. Rodzice nic nie powiedzieli. Siedzieli i uśmiechali się. Jakby cisza i spokój, którym się tak delektowali nie pochodziła z tego świata. Dziwne. Zauważył, że i jemu jest spokojnie w tej sytuacji. Poczuł na policzku ciepły promień słońca. Popił herbatę. Wszystko było tak ciche, bezpieczne i piękne. Na moment zapomniał nawet o przygodzie w lesie.

Po chwili nie wytrzymał i zadał pytanie swoim rodzicom:

- Czy jest możliwe, że człowiek może rozmawiać ze zwierzętami albo z roślinami? 

- Tak kochanie. Wszystko co jest życiem może do nas mówić. – stwierdził spokojnie tato. – Wszystko wokół jest święte i cudowne. Wielu ludzi tego nie widzi. A przecież szum drzew, szczekanie psa, burczenie w brzuchu… Wszystko to opowiada nam, że życie jest piękne.

Staś poczuł ciepło i radość. Tata był przedziwny. Zawsze potrafił dać mu to czego potrzebował. Podziwiał go. Nosił w sobie coś co sprawiało, że czuł się niebywale ważny i dobry. Jednak było to tak normalne i zwyczajne, że nie nadawało się do pokazywania w telewizji.

- Tato, bo widzisz… - Staś zawahał się – Dziś byłem w lesie. Patrzyłem na drzewo i poczułem, że jest niebywale piękne. Stałem i patrzyłem na nie. Nie myślałem o nim. I nagle poczułem jakby mówiło do mnie… Mówiło, że wszystko jest piękne i dobre. Mówiło tak jakby bez słów. Było takie jak mama, kiedy mnie przytula…

Mama uśmiechnęła się w stronę Stasia. Tata jeszcze pogodniej niż przed paroma chwilami stwierdził:

- Stasiek! To normalne. Nie bój się. Wszystko kocha Ciebie. Wszystko co widzisz jest radością. Nawet drzewo ma w sobie radość, bo wszystko co żyje ma duszę, swoją głębię. Nie jesteś sam, nie jesteś oddzielony. Jesteś połączony radością ze wszystkim, co jest.

- Ale to jest takie niezrozumiałe. – wtrącił Staś.- W szkole mówili, że tylko ludzie mogą…

- Wiem, synu. – tata patrząc w dal spokojnie odpowiadał. – W szkole się tego nie dowiesz. Szkoła zna tylko to, co da się zmierzyć, zbadać, wykorzystać. W szkole chodzi o oceny, o wyniki, o osiągnięcia. To co widziałeś w drzewie niczego nie osiąga, prawda? Pełna radość. Istnieje radość, o której nie da się powiedzieć. To drzewo ją miało, no nie?

- Tak, tato. Masz rację. Ono całe tam było radością.

Zamilkli. Siedzieli w totalnej ciszy. Robiło się już ciemno. Mama wtuliła się w tatę, a świerszcze rozpoczęły wieczorne koncerty. Staś czuł w sobie niebywały spokój i radość. W tym dniu chyba po raz pierwszy tak bezpośrednio poznał to, czego nie da się poznać.

Tak, świat jest radością. Tata miał rację.


sobota, 2 listopada 2019

Tańczące liście, świato-pogląd i Umiłowanie!

Wracałem z pracy. Dzień minął przyjemnie. W jednej klasie uczniowie doświadczyli przebaczenia, w i drugiej zaś 'mali ludzie' odkryli, że praca w odmiennych płciowo grupach jest ciekawa. Dla dziecka na pewnym etapie rozwoju tego typu odkrycie przez doświadczenie, to niebywały skok rozwojowy. 

Wracałem z radością. Miło jest wspomagać ludzi w jakimkolwiek wieku w rozwoju. Od zawsze miałem wrażenie, że jest to jedna z moich życiowych dróg. Liście tańczyły wokół mnie, obracane przez ciepły wiatr.

Wracałem z głodem, więc po drodze wstąpiłem do piekarni po pyszną gruzińską bułkę. Zaglądam na facebooka, a tam we wspomnieniach pojawiło się następujące zdjęcie:


Było to zdjęcie z wydarzenia sprzed trzech lat. Nie pamiętam już dokładnie o co nam wtedy chodziło. Toczyła się rozmowa wśród przyjaciół i w którymś momencie powstało to zdjęcie. Po powrocie do domu po tamtym spotkaniu napisałem:

Obecność.
Wszystko jest Obecnością. Zwyczajną, prostą, pełną spokoju Obecnością. Niewytłumaczalną, naturalną, nie znającą przymusu, podziałów i lęku przestrzenią. Jest wszędzie, w każdej istocie. W liściu, w kropli deszczu, w ramieniu przyjaciela.
Niczego nie żąda, niczego nie wymaga. Nigdy się nie kończy. Cieszy się, że jest. Pochodzi znikąd i prowadzi donikąd. Wieczna. Jest mała jak ziarnko gorczycy - niewidzialna. Z niej to wyrasta wielkie drzewo - cały wszechświat. Obecna we wszystkim, choć nie krzycząca o swoim istnieniu. Ziarenko obecne w całym drzewie, choć jakby umarłe, nie-będące.
Pełna. Wystarczająca. Bez braku. Tu i teraz. W każdym.

Zdjęcie i cytat wzbudziły we mnie bardzo pozytywne uczucia. Przypomniało mi to przemianę, której wtedy doświadczałem. Byłem religijnym człowiekiem, który przez lata starał się medytować, wchodzić w siebie, poszukiwać Boga. Czas, w którym powstało to zdjęcie był momentem, gdy wszelkie koncepcje na temat religijnej natury Boga zniknęły. Zrozumiałem wtedy, że wszelkie moje obrazy boskości były związane z projekcją antropomorficzną, tzn. wszystkie dobre, idealne cechy, których pragnąłem, rzutowałem na Boga. Po odkryciu, iż Bóg nie jest ani osobą ani nie-osobą odkrywałem prostą radość bez towarzyszących obrazów, wyobrażeń, projekcji. Bóg, który wcześniej był konkretną osobą z wolą, z inicjatywą w działaniu, z aparatem interwencji w ten świat i w moje życie, zniknął. Początkowo pojawiła się święta pustka czy też czysta nicość. Z czasem owe nic coraz bardziej jaśniało wszystkością. Po czasie zapomniałem trochę o doświadczaniu i rozmyślaniu na temat duchowości. Zająłem się bowiem bardziej psychologią, zarabianiem pieniędzy i relacją z kobietą. Jednak samo głębokie odczucie czegoś istotnego pozostało.

Dziś dzięki wielu światłym ludziom rozumiem, że proces, który wtedy przechodziłem był naturalnym i rozwojowym ewolucyjnym krokiem. Zapewne można popatrzeć na to wydarzenie z wielu perspektyw. Chciałbym w tym miejscu posłużyć się Teorią Integralną Kena Wilbera, a dokładnie jej małym wycinkiem - linią rozwojową światopoglądów.

Rozwój światopoglądów w ramach psychologii rozwojowej cieszy się od lat zainteresowaniem naukowców. Chciałbym tu pokazać jedną z takich opcji, które proponuje Ken Wilber. Posłuchajmy co ma do powiedzenia ten teoretyk systemów na temat rozwoju światopoglądów:

"Świat, w którym żyjemy, nie został nam dany z góry. Jedną z najważniejszych zasad postmodernistycznej rewolucji w filozofii, psychologii i socjologii jest zasada mówiąca, że istnieją różne światopoglądy - różne sposoby kategoryzowania, prezentowania, opisywania i organizowania naszych doświadczeń. Nie istnieje jeden, monolityczny świat z jednym, uprzywilejowanym sposobem przedstawiania go, lecz raczej wielorakie światy z pluralistycznymi interpretacjami. Co więcej, te światopoglądy często - w istocie niemal zawsze - zmieniają się z epoki na epokę i z kultury na kulturę. Nie należy rozumieć tego w sposób skrajny - różne interpretacje mają wiele cech wspólnych, dzięki czemu świat się nie rozpada. Faktycznie, uczeni odkryli, że w językach, uczuciach, strukturach poznawczych, w percepcji kolorów itd. występują pewne (a często liczne) cechy uniwersalne. Te uniwersalne elementy splatają się i organizują na najróżniejsze sposoby, w rezultacie czego powstają tkaniny różnorodnych światopoglądów.

Choć teoretycznie istnieje niemal nieskończenie wiele światopoglądów, wydaje się, że w historii człowieka na tej planecie jest około tuzina światopoglądów, które wywierały i wciąż wywierają szeroki i znaczący wpływ. Badania takich uczonych, jak Jean Gebser, Gerald Heard, Jurgen Habermas, Michel Foucault, Robert Bellah, Peter Berger i innych wykazały, że do głównych światopoglądów należą: czuciowo-ruchowy, archaiczny, magiczny, mityczny, mentalny, egzystencjalny, nadpsychiczny, subtelny, przyczynowy i niedualny. (Ścisłe znaczenie tych terminów stanie się jaśniejsze w dalszej części tego tekstu).

Nie chodzi o to, który z tych światopoglądów jest słuszny, a który błędny; wszystkie są odpowiednie dla swojego czasu i miejsca. Chodzi raczej o zwykłe skatalogowanie, najtroskliwiej jak to możliwe, bardzo ogólnych cech charakteryzujących każdy światopogląd i „wzięcie w nawias" (lub odsunięcie na bok) chwilowo kwestii, czy te światopoglądy są „prawdziwe", czy nie - opiszemy je po prostu tak, jakby były prawdziwe. Np. światopogląd magiczno-animistyczny cechuje częściowe przenikanie się podmiotu i przedmiotu. Dlatego ludzie utrzymujący ten światopogląd czują bezpośrednio, że „przedmioty nieożywione", takie jak skały i rzeki, żyją lub nawet mają duszę albo swojego ducha. Światopogląd mityczny odznacza się ogromną liczbą bogów i bogiń, będących nie jakimiś bytami abstrakcyjnymi, lecz głęboko odczuwanymi siłami, z których każda ma bezpośredni wpływ na sprawy ziemskich mężczyzn i kobiet. Światopogląd mentalny - którego najbardziej znaną częścią jest „światopogląd racjonalny" - cechuje przekonanie, że obszar subiektywny jest całkowicie odrębny od obiektywnego obszaru natury. Jeden z najbardziej naglących problemów w tym światopoglądzie stanowi kwestia powiązania tych dwóch obszarów. Światopogląd egzystencjalny rozumie, że istnienie różnorodnych perspektyw leży w naturze wszechświata, a więc nie tylko nie istnieją żadne uprzywilejowane perspektywy, lecz sami musimy wydobyć jakiś sens z tych przerażająco różnorodnych możliwości. Cechą światopoglądu subtelnego jest postrzeganie subtelnych form i transcendentalnych archetypów, pierwotnych wzorców przejawów, które zwykle uważane są za Boskie. Światopogląd przyczynowy odznacza się bezpośrednią realizacją bezkresnego, nieprzejawionego obszaru - zwanego różnie: pustką, ustaniem, Otchłanią, Nienarodzonym, Ain, Ursprung - bezkresnej Bezforemności, z której wyłania się cała manifestacja. Światopogląd niedualny reprezentuje całkowitą jedność Bezforemnego z całym światem Formy.

Te różne światopoglądy ukazują prawdziwie oszałamiającą gamę sposobów, w jakie nasze doświadczenia mogą być organizowane i interpretowane. Nie są to w żadnym razie jedyne światopoglądy ani powyższa lista nie jest zamknięta czy ustalona z góry - ona ciągle się rozwija, otwierając nowe możliwości. Ale jeśli nie mamy żadnego światopoglądu, pozostajemy zagubieni w niemiłosiernie jazgoczącym zamęcie doświadczenia, jak to określił William James." (Jeden Smak, Ken Wilber, s. 157-158)

Biorąc pod uwagę powyższy opis teoretyczny zrozumiałem, iż rozwój koncepcji Boga/boskości/ostatecznej rzeczywistości jest związany bezpośrednio z etapem rozwojowym w ramach światopoglądu człowieka. Światopogląd zaś związany jest bezpośrednio z doświadczaniem. Na poziomach archaiczno-magicznych człowiek i natura, człowiek i przedmiot, człowiek i matka, człowiek i Bóg itd. są ze sobą zjednoczenie w nieświadomej jedni. Carl Gustav Jung, za Lévy-Bruhl'em, nazywał to participation mystique, które jest w istocie przedświadomym 'zlaniem się'. Od momentu wyjścia z nieświadomej jedni zaczyna się psychiczny rozwój danej struktury, cechy, osoby czy społeczeństwa. Pojawiają się rozróżnienia i świadomość oddzielności. Np. dziecko na pewnym etapie rozwojowej uświadamia sobie swoją oddzielną świadomość (temat granic ego).

Zdaje się, że prawdziwe jest zdanie bliskiej mi osoby, że wiedza dąży do mnogości, zaś miłość jednoczy. Coś w tym jest. Świat widzialny istnieje przez oddzielania, wyróżniania, wyodrębnianie. Miłość, a z nią duchowość przypomina, że cały wszechświat jest zanurzony w boskości. Creatio continua jest ewolucyjną drogą poznania, iż mimo wielości świat w swej naturze nigdy nie może wypaść z łaski Boga/ z nieforemnej bezkresnej Wszystkości.


W moim wypadku religijność w momencie robienia zdjęcia była w dużej mierze na etapie egzystencjalnym. Przynajmniej tak mniemam po tym jak rozumiałem wtedy boskość. Byłem w czasie intensywnego studiowania i medytowania, nie tylko chrześcijańskich ścieżek duchowych. Etap egzystencjalny związany jest z widzeniem wielości światopoglądów w świecie z jednoczesnym rozumieniem czy wglądem, iż różnice w widzeniu ostatecznej rzeczywistości należą od kultury, a także sposobu doświadczania. Wtedy też zacząłem widzieć, iż Bóg ostatecznie nie posiada formy. Znaczy to, że moje wyobrażenia na temat boskości są w swej istocie jedynie wyobrażeniami. Niezwykła to ulga doświadczać Boga jako nieskończonego pola, które niczego nie żąda od człowieka. Wszechobecność piękna i dobra osadza człowieka w codzienności. Zdaje się, że na etapach wyższych pojawia się również wiedza, iż Bóg niczego nie wymaga od człowieka, bowiem nie jest on ani osobowy ani nieosobowy. Przekracza wszelkie antynomie, będąc Wszystkością Tego, Co Jest. Jeśli nie nagradza ani nie karze, nie ma również potrzeby lojalności czy służalczości. Religia w swym kostnieniu instytucjonalnym wyobraża sobie Boga jako gniewnego, rozżalonego, zazdrosnego itd. Wszystko to związane jest z niższymi fazami rozwojowymi, w których ego projektuje na Boga swoje żale, uczucia, pragnienia, stwarzając wizerunek Boga, który jest lepszą kopią człowieka itd. Tam, gdzie powstają ścieżki kontemplatywne czy medytacyjne, pojawia się mówienie o boskości w paradoksach. Ponadto na pierwszy plan wysuwa się miłość, wolność, pokój. Człowiek doświadcza uwolnienia od poczucia winy i zaczyna rozumieć, iż Stworzyciel nie jest postacią, osobowością czy nazwą. Transcendentny przekracza wszystko, będąc immanentną bliskością i czułością.  Transcendenty jest immanentnym, i odwrotnie.

Umiłowanie!


Słowami próbuję nazwać to rozpoznanie. Rozumienie przydało mi się w życiu, pozwalając wiedzieć w jakim miejscu mogę się znajdować. Jednak słowa ostatecznie nic nie mówią. Smak Obecności to smak, nie zaś słowo. Smak zaś jest zmysłem, a doświadczenie ostatecznej rzeczywistości nie jest zmysłowe, nie jest uczuciowe, nie jest intelektualne. A jakie jest?

sobota, 9 marca 2019

Chrześcijaństwo, pomysł na grzech i moc akceptacji

Odkrycie w tym, życiu, że jestem w swej istocie bezgrzeszny było prawdziwym cudem. Jednocześnie owo rozpoznanie poprowadziło do wyjścia z religii moich ojców. Będąc zanurzony po uszy w chrześcijańskim micie nie wiedziałem nawet jak bardzo przesiąknięty jestem moralnością, a raczej moralizmem. Moralność bowiem to przepiękny świat cnót i zasobów ludzkich. Przez wybory, przez ćwiczenia duszy, przez przyjaźń, przez służbę itd. człowiek hartuje swą duszę, by płynąć w otchłanie samego nie-dualnego Ducha. Moralizm zaś to spłaszczona moralność, quasi-moralność, widząca świat czarno-biało. W tanim moralizmie istnieje prosty podział nagroda-kara, niebo-piekło, dobry-zły, cnota- wada. Nie istnieje żaden środek, żadne pomiędzy... Etyka sytuacyjna nie jest mile widziana przez bastion moralizmu. Wyuczyłem się moralizmu od dzieciaka we wspólnocie katolickiej, choć im starszy byłem, tym bardziej kwestionowałem zastany system. Wieść moralizmu brzmiała: "za dobro-nagroda, za zło-kara", "Bóg albo zło", "albo jesteś czysty, dobry, poprawny przez swoje uczynki albo brudny i zasługujesz na odrzucenie, obrzydzenie, odepchnięcie", "albo chodzisz do kościoła, modlisz się, przyjmujesz sakramenty albo czeka cię piekło, cierpienie, odrzucenie". Zdaje się, że nawet nie wiedziałem jak bardzo żyłem w moralizmie, który blokował, tłumił, więził. Jednocześnie żeglowałem duszą po przecudnych terenach archetypowego świata, kąpałem się w miłosierdziu Stwórcy, oddychałem Biblią i pracowałem nad zmianą siebie, jednak publicznie nie mogłem być autentycznie sobą. Groziło to bowiem ostracyzmem i niechęcią innych.

Dziś trudno mi rozumieć grzech na sposób moralny. Grzech (grec. hamartia -chybienie celu) nie kojarzy mi się już jako odstępstwo od prawa, przykazań czy kodeksu. Właściwie to słowo wyprane jest współcześnie ze znaczenia. Ludzie na ulicach nie używają już tego pojęcia. Podobnie zresztą jak zbawienie. Dlaczego trudno rozumieć i żyć mi sensownie w terminach grzech-zbawienie? Odkryłem bowiem, że w rdzeniu swojego istnienia jestem czysty, bezgrzeszny, nietknięty przez oceny moralne. Inaczej mówiąc w czasie studiów z teologii: im więcej wykładano mi moralizm, zbawienie w konkretnej wspólnocie religijnej jako fundament, nakazy i zakazy, kapłańskie kulty, tym bardziej i głębiej odkrywałem, że jest to niezwykle powierzchowne i stworzone dla utrzymania instytucji religijnej. Utrzymanie instytucji jest w porządku, jednak jeśli w religijnej wspólnocie nie ma miejsca na doświadczenie głębi, ducha, trans-racjonalności, wtedy staje się ona pusta, sztuczna i nieprzemieniająca. 

W głębi jestem piękny taki, jaki jestem. Tak brzmiała wiadomość z duszy. Szedłem do kościoła, a tam słyszałem przesłanie: taki jaki jesteś, nie jesteś w porządku. Napraw się, nawróć, przemień, oddaj bogu, przestań grzeszyć. Dusza zaś miała inną wiadomość: mogę cieszyć się życiem i przestać się starać, by być kimś innym niż jestem. Tak brzmiało zbawienie, które odkryłem. Jakże inne to było zbawienie, od wizji, którą wykładała mi teologia i kościelni kaznodzieje.

Gorzka to opinia. Niestety. Czy prawdziwa? To jedynie hipotezy, choć wydają się być niezwykle trafne. Poprowadziły mnie w świat, gdzie napięcie i wymagania zniknęły we wnętrzu, w zmęczonej moralizmem psyche. Pozostała ochota na życie, na rozwój, na miłość, na poznawanie, na wyjście z oceniania i szufladkowania innych.

Ważna rzecz! To, co nazywam tu chrześcijaństwem, teologią, katolicyzmem to świat wnętrza, w którym się urodziłem. On zaś przejawia się w kościołach, w kapłanach, w religijnych teoriach. Kiedy świat wnętrza obumarł ze znaczenia chrześcijańskiego, religijny świat chrześcijańskiego mitu prysł. Znikł rafał, znikła religia. Były chęci i próby powrotu do wiary z nowym rozumieniem religii i świata, jednak nie udało się tego dokonać. Przepaść dzieląca sumienie z arsenałem nakazów, powinności i ciężkości polskiego katolicyzmu sprawiła, że w uczciwości i w odwadze trzeba było iść inną drogą. Struktura nie była w stanie objąć tej zmiany, która zaszła we mnie. Zresztą osobowość rafała również nie była w stanie tego dokonać. Zbyt duża nowość rozrywa stary system. I tak stałem się duchowym samotnikiem, wędrowcą bez wspólnoty, pustelnikiem bez pustelni...


Grzech w ramach wspólnoty religijnej to odstępstwo. Grzesznik to ktoś zły, odrzucony, nie pasujący do wspólnoty świętych. W zwyczajnym życiu umysł człowieka działa podobnie: określa swojego-dobrego od nieswojego-złego. W ten sposób społeczeństwo rozwija się przez poszanowanie dla tego, co życie rozwija, a odrzuca to, co je niszczy. Święty zmienia świat i niesie życie, rozwój, pokój, grzesznik zaś niszczy świat. W obszarze moralności myślenie tego typu jest korzystne i dobre dla ludzi, jednak w wymiarze głębszym zdaje się być niewystarczające, zbyt płaskie i uproszczone. W szkole np. często używa się określenia, że dziecko, które sprawia problemy jest tym złym. Samo stwierdzenie czy wskazanie takiego dziecka czy złego zachowania jest modelujące w wychowaniu, jednak autentyczna przemiana w młodym człowieku nie dzieje się przez wyłożenie moralności, a przez przykład i przez niewidzialne oddziaływanie duszy. I tu wkrada się również ludzka chęć etykietowania, by sprawić świat idealny (nazwijmy złe zachowania czy złego człowieka, a zniknie zło), który nomen omen nie istnieje. Idealny świat to świat, który jest w tym teraz, nie zaś świat umysłowej projekcji. Akceptacja jest siłą niezwykle pouczającą i przemieniającą. Ona potrafi przemienić "to, co złe" w siłę życia, która rozwija i przemienia, bez odrzucania, bez osądzania, bez szukania winy w sobie czy w innych. 

Pamiętam jak dziś. Czas ciszy rekolekcyjnej. Starania, by odnaleźć się na nowo w chrześcijaństwie. Już od dawna nieświadomość przez wyobraźnię nie przynosiła wiadomości, znaczeń, wskazówek. I tu nagle pytanie jednego z duchowych braci: co na to wszystko powiedziałby Chrystus? Co by powiedział? I nagle - po dłuższej duchowej pustyni i pustce umysłu - pojawiło się wyobrażenie Jezusa, który mówi z wielkim współczuciem i zrozumieniem: "nie chcę, żebyś cierpiał, nie chcę żebyś cierpiał, nie chcę...". Popłynęły łzy. Łzy szczęścia i ulgi. Jestem ważniejszy niż cały religijny system. Jestem piękniejszy niż wszelkie przekonania. Bez grzechu na samym dnie duszy. W Ciszy Istnienia nie ma żadnego rozróżnienia na dobro-zło, znikają moralne rozróżnienia, znika grzech i pomysł na bycie grzesznym. I teraz, gdy piszę ten tekst na samo wspomnienie tego wydarzenia wzruszam się.

Nie ma możliwości, by w samym Twoim rdzeniu było z Tobą coś nie tak. Niemożliwe jest naprawienie siebie, bowiem nigdy nic się nie popsuło. Jedynie na powierzchni świat ewoluuje, by stać się tym, czym jest - boską Iskrą Życia, tańczącym stworzeniem, więc nie jest z nim nic nie tak. Poddać wszystko Bogu, oto droga. Odrzucić kogokolwiek czy cokolwiek oznacza odszczepienie, nowy konflikt, nie zaś życiodajną przemianę.

poniedziałek, 4 marca 2019

Stadność, odosobnienie i diament samotności

Człowiek ma w sobie potrzebę życia w stadzie. Trudno się z tym nie zgodzić. Psychologia nazwała ten fakt w sposób naukowy, choć zdaje się, że ludzie żyją tym faktem i wiedzą o nim od wieków. Stadność to charakterystyczna cecha zwierząt i człowieka, który zresztą pochodzi ze świata natury. Mówi się, że "w kupie siła" i jest w tym powiedzeniu zawarte ludzkie doświadczenie, ale i pewna mądrość.


Człowiek w minionych wiekach, aby przeżyć musiał żyć stadnie. Wspólnota pozwalała przetrwać trudne warunki życia, tj. zdobywanie pokarmu, najazdy wrogów, trudności z pogodą. Człowiek samotny albo uznawany był za wariata albo za odmieńca. Dziś świat zachodni nie ma trudności z przetrwaniem w sensie fizycznym. Rozwijająca się nauka i medycyna sprawiają, że mamy się coraz lepiej. Do tego trzeba zauważyć, że kultura Zachodu w sposób unikatowy na skalę dziejową odkryła autonomię i wolność jednostki. Stąd współcześni nie muszą, tak jak jeszcze do niedawna to było, zakładać rodzin ani żyć w strukturach rodzinnych, aby przetrwać. Wcześniej rodzina pozwalała człowiekowi przetrwać, jeśli nawet nie w sensie fizycznym, to na pewno w aspekcie psychicznym. Kobiety w ostatnim czasie doświadczyły czegoś, co nazywamy emancypacją i dziś nie muszą już (przynajmniej na poziomie ekonomiczno-społecznym) żyć w związku z mężczyzną. Mogą wybrać związek jako drogę dla siebie, ale coraz mniej jest w tym przymusu biologicznego. Bycie singlem wcale nie musi dziś być przekleństwem, choć nasza biologiczno-psychologiczna struktura niechętnie żyje wbrew logice naturalnych więzi.

Dla jasności:w kwestii rodziny pozostaję konserwatystą. Mianowicie uważam, że nic tak człowieka nie rozwija jak zdrowe, pełne ciepła więzi rodzinne. Z mlekiem matki wyssaliśmy relacyjność i odcinanie się od sił natury i jej relacyjnego blasku grozi zbiorową depresją. To z kolei inne oblicze współczesnego świata - odcięcie od więzi niesie poczucie separacji i egzystencjalnego smutku. Jednocześnie wiem z doświadczenia towarzyszenia innym ludziom i obserwacji świata, że relacyjność funkcjonuje w dużej mierze jako przynależność, zaspokajanie potrzeb i przemoc w walce o posiadanie innego dla siebie. Wraz z potrzebą bycia z kimś pojawia się silne pragnienie, a także może pojawić się wewnętrzna pustka, która wydaje się, że może zostać zaspokojona jedynie przez więzi z innymi. Nic bardziej mylnego! Zdrowe głębokie relacje nie są możliwe bez wolności wewnątrz człowieka. Znaczy to, że miłość w rodzinie czy w grupie jest możliwa jedynie, gdy poszczególne jednostki wewnętrznie są wolne bądź są świadome faktu istnienia własnego wnętrza (sama świadomość własnego wnętrza to już krok milowy). Im więcej wolności wewnątrz, tym mniej manipulacji, kontroli, oskarżeń i ocen w relacjach.

Stadność. Co rozumiem przez ten termin? Chodzi mi o ślepą zależność, o nieświadome przywiązanie. Stadność to pewien aksjomat, wyrażający się w zdaniu: "bez was nie ma mnie, nie istnieję, nie jestem sobą". Chodzi o lęk, że nie przetrwam bez relacji z innymi. Instynkt nie myli się tu. Jednak nam chodzi o wzniesienie się na wyższy poziom rozwoju. Mianowicie o poznanie pewnej prawdy: im bardziej wolny jestem, tym bardziej kochający. Im bardziej niezależny, tym głębiej zależny. Cudowny paradoks! Dlatego też zapewne wielcy mistycy i nauczyciele zalecali samotność jako drogę wyzwolenia z okowów ślepego przywiązania. Paradoksy bowiem można poznać jedynie w zaciszu medytacji i refleksji. Zapewne na potrzeby tej analizy można rozróżnić dwie ścieżki duchowe:  droga poznania i droga współczucia. Pierwsza jest zapewne bardziej introwertyczna, druga zaś ekstrawertyczna (a w związku z tym bardziej relacyjna). Jednak zdaje się, że jedna bez drugiej istnieć nie może, a samotność jako stan wewnętrzny jest niezbędny dla podążania każdą ze ścieżek duchowych.
Samotnego człowieka nie można kontrolować. Ktoś, kto jest prawdziwie samotny, nie podlega grom i manipulacjom w relacjach. Jednym ze wspaniałych odkryć w tym życiu było rozpoznanie, że nie muszę nigdzie przynależeć. Tradycje duchowe pokazały mi, że mój dom to nie zewnętrzne obiekty, posiadana ziemia czy euforyczne przywiązanie do ziomków. Dom jest wnętrzem świadomości. Z niego zaś powstał cały wszechświat. Innymi słowy to, co niewidzialne wyprzedza widzialne. Mistrz Eckhart głosił, że odosobnienie jest istotą życia duchowego. W owym odosobnieniu poznajemy wspomniane wyżej Niewidzialne. Oddajmy głos Eckhartowi:

"Ponad wszelką miłość sławię odosobnienie. (…) Wynoszę je ponad miłość dlatego, że ta nakłania mnie do znoszenia wszystkiego ze względu na Boga, odosobnienie natomiast daje mi zdolność przyjmowania samego tylko Boga. Otóż ze zdolności przyjmowania wyłącznie Jego płynie korzyść znacznie większa, aniżeli ze znoszenia wszystkiego ze względu na Niego. W cierpieniu bowiem zawiera się jeszcze jakieś odniesienie człowieka do stworzeń, one są przecież jego źródłem, odosobnienie natomiast jest od nich wszystkich całkowicie oddzielone."
 Eckhart samotność odnosi do poznania Boga, który jest Źródłem wszystkich stworzeń. Mistycy od zarania dziejów głoszą tezy o charakterze introwertycznym: "poznaj samego siebie", "królestwo boże w was jest", "droga do nieba jest wewnątrz nas." C.G. Jung świetnie zauważył, że druga połowa życia człowieka jest znacznie częściej niż pierwsza drogą do wnętrza, drogą pytań egzystencjalnych i zwróceniem się w świat Ducha. Początek bowiem życia z perspektywy psychologicznej jawi się jako formowanie się ego przez kontakt najpierw z matką i z ojcem, a potem ze społecznością. To wszystko jest wspaniałym i pięknym procesem życia. Sam pracuję warsztatowo z grupami, gdzie zauważam, iż pozytywne doświadczenie więzi daje dziecku czy młodemu człowiekowi rozpoznanie, że kontakt z innymi może być niebywale przyjemny, a jednocześnie można odnaleźć siebie w innym (więź jako podstawa dla formowania się tożsamości). W drugiej zaś połowie życia człowiek sięga w głąb siebie, by odnaleźć istotniejsze znaczenie swojego życia. Tu otwiera się przestrzeń na religię, duchowość, sztukę, głęboką psychologię, sens itd. Stawiam hipotezę, że obie "jungowskie połowy życia" mogą się przenikać w różnych etapach życia.


Człowiek samotny to człowiek duchowy. Samotność nie oznacza braku relacji z ludźmi. Owy brak odniesień do innych nazwijmy tu osamotnieniem. Gdy człowiek zamyka się w pokoju, by nie być z innymi to oznacza osamotnienie. Samotność zaś oznacza stan wewnętrzny. Osamotnienie zdaje się jedną z dróg do odkrycia wewnętrznego skarbu samotności. Stan ten to bycie niezależnym i głębokie życie w kontakcie z samym Istnieniem (Bogiem, Jaźnią, Boskością). Tradycje religijne nie bez przyczyny mają w swym arsenale duchowym: pustelnie, czasy milczenia czy samotne medytacje, modlitwy. Nie jest możliwe odnaleźć siebie w tłumie. Tłum zawsze tłumi. Grupy mają niski poziom świadomości, bowiem ilość nieświadomych procesów w grupach jest nie do ogarnięcia przez światło świadomości. Wiem, co mówię z doświadczenia pracy z grupami. Praca ze zbiorowością na głębszym poziomie przynajmniej na razie zdaje mi się niemożliwa. Związane to jest z tym, że wspólne spotkanie z czymś głębokim, duchowym, numiotycznym zdaje mi się sprawą nieosiągalną w rozgadanej grupie. W milczącej obecności, gdzie wszyscy kierują się do wnętrza, gdzie każdy jest prawdziwie pięknie samotny jest to możliwe. Nie znaczy to, że odrzucam więzi z innymi jako nieistotne. Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że akt świadomości jest jeden i jest on w rdzeniu jednego człowieka, tego konkretnego, którym jestem i trudno na ścieżce poznania dotknąć owej tajemnicy razem z grupą. Możliwe, że ścieżka współczucia, która widzi innych ludzi i stworzenia jako oblicza boskości jest odpowiedniejszą metodą dla wspólnotowego odkrywania tego, kim jest człowiek. Proszę pamiętać: snuję tu hipotezy.

Kiedyś napisałem niezwykły tekst. Miałem sen, że jestem w ciąży, a następnie moja świadomość żyła w przeświadczeniu, że zbliża się we mnie jakiś wewnętrzny poród. Było to związane z życiową zmianą (czułem, że muszę opuścić bezpieczeństwo wspólnoty religijnej), a jednocześnie ukazało mi na czym polega piękno duchowego stanu samotności:

"Dojrzałem. Czuję, że coś we mnie dojrzało. A nie przepraszam – NIC we mnie dojrzało.

Znany mistyk mawiał: brzemienny nicością. Oto ja – mężczyzna w ciąży. Noszę w sobie czyste Życie, które niebawem urodzę. Wypełniony jestem cały świętą miłością. Pełen łaski. Zroszony świętą Obecnością. Umysł czysty jak tafla jeziora. Niczego nie brakuje, wszystko jest. Niebawem porodzę córkę nicości, która nie zaspokoi żadnej z moich potrzeb. Po prostu, jak w przyrodzie samica rodzi młode i zajmuje się nimi, by przetrwał gatunek, tak ja porodzę nicość i nic nie przetrwa. Bezcelowo to robię. Właściwie samo się dzieje, ja tylko czekam w chwili obecnej na piękną nie-moją córeczkę…

Dojrzałem. Rozdaję na prawo i na lewo święte Życie. Niczego już nie oczekuję od nikogo. Pływam w tym wielkim oceanie brzemienny w niego samego. Cóż za absurdalna sprawa!

Rozdaję siebie wszędzie. I wszędzie siebie otrzymuję.

Idę na spacer."

Samotność jako poznanie Boga to doświadczenie, które rozbija fałszywą stadność zbudowaną na manipulacji i przemocy uwięzienia w brakach. W kontakcie z czymś głębszym okazuje się być ona jedynie iluzją; poszukiwaniem siebie na zewnątrz w świecie przedmiotów i odniesień z innymi. Po wejściu zaś w dom Istnienia, w serce Boga wszystko staje się przemienione. Bóg po takim porodzie jaśnieje wszędzie i nigdzie, nic nie trzeba już szukać. Nie trzeba łapczywie rzucać się na innych, by znaleźć samego siebie. Się znalazło, to co nigdy się nie zgubiło. Się :) 

środa, 18 lipca 2018

Iluzje, projekcje, nienasycenie... i doskonały świat!

Istnieje wielka iluzja w zagubionym umyśle. Świat i moje życie powinno wyglądać tak i tak. Tak się myśli w naszych głowach. Świat powinien być inny niż jest. Każde "ja" zbudowane z myśli ma wizję tego, jak powinno być. Wizja ta działa jak nakładka na to, co jest. Umysł projektuje swoją wizję, poszukując jakiegoś ideału, stwarza niebywałe napięcie i lęk. Na podstawie pewnych danych wytwarza on bowiem projekcję, do której chce dążyć. Projekcja ta wydaje się być prawdziwa. Chcę mieć męża o taki oto cechach. Pragnę żyć w taki i tylko w taki sposób. 

W gruncie rzeczy w tym układzie wszystko to jest jedynie wy-obrażeniem (obrażenie następuję, gdy nie dzieje się to, czego się oczekuje). Podzielony umysł działa jak projektor. Rzuca na ścianę obraz, który istnieje w nim samym. Umysł jest skonstruowany z tego, co zna. W tym co się zna zawsze istnieje niedosyt, więc szuka on czegoś, co dałoby mu zaspokojenie. Szukanie to przybiera formę pragnień, żarliwych braków, niebywałych głodów. Więcej pieniędzy, lepsze relacje, pobożniejsze modlitwy. Szukanie to jest właśnie projektowaniem. Kiedy następuje zwarcie w projektorze albo gdy sam zauważa on, że wszystko co stwarza jest prawdziwie tylko w samej strukturze projektowania, mechanizm zawiesza się. Zawieszenie to może stać się drogą ku Wolności, która istnieje głębiej i prościej niż w powierzchownym umyśle, choć czasem bywa niezwykle dramatyczna i bolesna. Chodzi bowiem o śmierć małego ja, o śmierć utożsamienia z projektorem, o śmierć iluzji. Śmierć bez samobójstwa, bez przemocy, bez krwi. Bezkrwawa ofiara. Nic nie musisz zabijać. Sam skona, gdy zobaczy, że sens, który projektuje jest bezsensu.

Dlatego Nietzsche ogłaszający śmierć Boga może być jednym z żywotniejszych energii mesjańskich. Nie żartuję. Bóg umarł. To nie tylko termin. To nie tylko bunt jakiegoś awanturnika albo frustracja nieszczęśnika, co mu życie daje w kość. To stwierdzenie wyłania się z głębi doświadczenia religijnego. Weźmy choćby chrześcijański krzyż, choć z pochodzenia swoiście rzymski. Ochrzczono go później. A Jezus? Jezus zginął. Nie ma Tego, którego wymyślili. Wyobrażenie o Jezusie, który jest mesjaszem, który wyzwoli od rzymskiego okupanta rozpadło się. Przepadło. Bóg umarł. To również głębokie doświadczenie wielu kościołów, a nawet religii. Dziś jest tłem dla religijnych credo, rytuałów i duchowych idei. Jakiś obraz, jakaś projekcja Boga odeszła. Nie ma jej. Została pustka. Święta pustka. Projektor religijny się zawiesił. Bogu dzięki. Choć szybciutko projektory chcą wy-myśleć nowe fantazyjne obrazy boskości.

Gdy projektor rozpędza się w swoich pragnieniach, stwarza niebywałe ilości obrazów, obiektów do których chce dążyć. Nowe meble, nowy samochód, nowe studia, nowa religijność... Poszukiwanie to daje ukojenie jedynie na chwilę. Po sekundzie odczuwa się jeszcze większą pustkę, więc poszukiwacz wzrasta. Ból z powodu gonitwy i niemożliwości dostania się do tego, czego się pragnie zaczyna przeszywać umysł. Nienasycenie. Człowiek jakby kurczy się w sobie. Cierpienie wynikające z tego skurczu składa się z oporu wobec tego, co jest. Opór, bunt, walka. Miało być inaczej.

A co jeśli ta chwila jest absolutnie doskonała? A co jeśli owo TERAZ to pełnia życia? Oczywiście umysł może odpowiedzieć na to jedynie coś w stylu: czysta bzdura, same wymysły, nie praktyczne, mam cierpieć całe życie? itp.

Często wydaje się, że życie jako wydarzenia, sprawy, relacje nie są takie jak powinny być. Moja dziewczyna, moja praca, moja codzienność… Wszystko to do bani. Miało być inaczej. Powinno być inaczej. Myśli te są zaporą dla Życia jako czystej obecnej chwili, która nie potrzebuje ani partnera, ani pracy, ani codzienności. A z drugiej strony wszystko co się w niej pojawia, więc również partner, praca, codzienność, zaczynają być dokładnie takie jak powinny być. Czyli jakie? 

Idealne. Niepowtarzalne. Pełne Życia. Pełne obecności, szerokości i przejrzystości. Problem przestaje być problemem, a staje się wyzwaniem, przygodą. Wróg przestaje być wrogiem, a staje się kimś kto wewnętrznie walczy, kto potrzebuje być zrozumianym i przyjętym. Niebezpieczny muzułmanin, durny sąsiad, wredna teściowa… Jedynie projekcja.


Świat taki jaki jest, jest doskonały. Ty jesteś doskonały. Nie wierz projektorowi. Nie walcz z nim. Niech projektuje. Ty nim nie jesteś.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Wstępniak

Zaczynam przygodę z pisaniem bloga.

Uwielbiam tworzyć, pisać, odnajdywać sensy i znaczenia. 
Baśnie, mity, słowa. Duchowość, psychologia, rozwój. Religia, miłość, mądrość. Droga w głąb.

Będę dzielił się w tym miejscu własnymi spostrzeżeniami, inspiracjami, hipotezami. Czasem polecę książkę, myśliciela, mędrca czy technikę medytacyjną. Wszystko dla rozwoju człowieka, większej świadomości, wolności i miłości. Społeczeństwo bez głębokich ścieżek inicjacji, bez kultury, bez świadomości i miłości kurczy się i zatraca. Ewolucja świadomości pragnie postępować naprzód. Ten prosty blog jest malutką cegiełką w drodze ku pełni, ku przebudzeniu, ku dojrzałemu człowieczeństwu.

Zapraszam do inspirowania się, dyskutowania, poszukiwania i odnajdywania! :)
Raf