Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadomość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadomość. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 sierpnia 2020

Krótka notka o świadomości

Jeden z moich ulubionych momentów we własnej introspekcji czy w pracy z ludźmi to sytuacje, gdy ktoś otwiera oczy. Przez otwarcie oczu rozumiem moment świadomości, głębokiego "aha", rozpoznanie prawdy. Uchwycenie świadomością subiektywnej prawdy, rekonstrukcja sposobów myślenia o problemie jest uwalniająca i podnosząca na duchu. Prawda, która jest pogłębioną świadomością, koi, wzmacnia i pogłębia. W tym tekście owy moment oświeconego rozumienia będę nazywał świadomością. Świadomość można pogłębiać. Odwrotnością życia świadomego jest życie nieświadome, mechaniczne, płytkie i automatyczne.

Życie automatyczne oznacza znikomy brak świadomej uwagi w życiu. Człowiek-automat nie zauważa swoich zachowań, impulsów, myśli. Żyje odruchowo w zgodzie z zaprogramowanym umysłem. Brak refleksji nad sobą, nad swoim życiem, nad sensem swojego bycia i działania skutkuje powtarzalnymi wzorcami, które zapętlają się w cyklu odczucie-myśl-zachowanie. Wiele osób dziwi się jak to możliwe, że pewne niepożądane sytuacje powtarzają się w ich życiu. Nieświadome programy, nieuwolnione emocje generują powtarzalne nawyki. Zmiana nawyków, czyli w gruncie rzeczy transformacja samego bycia-w-świecie  prawdopodobnie nie jest możliwa bez udziału świadomości.

Bycie nieświadomym może sprawić, że staniemy się ofiarami cudzych oczekiwań, wpływów czy potrzeb. Nieświadomość jako brak refleksji nad sobą jest również uwięzieniem w wewnętrznej dyktaturze przymusu powtarzalnych reakcji. W takim stanie jesteśmy zewnątrz-sterowni. Świadomość - wiedzenie, że uczucie czy myśl pojawia się w nas jest doniosłym etapem rozwoju człowieka. Zdarza się, że to co rodzic powtarzał dziecku przez pierwsze sześć lat życia nigdy nie zostało zbadane, rozpoznane i przepracowane w dorosłym życiu. W przypadku braku świadomości nasze życie może stać się spełnianiem czyiś słów, życzeń, pragnień. W takich okolicznościach nietrudno o stanie się robotem. Słyszałem historię ludzi, którzy wybierali dany zawód, bo spełniali oczekiwania środowiska czy rodzin, w których żyli. Nieświadome mechanizmy są powtarzalne i mechaniczne. Im mniej świadomości, tym mniej poczucia życia po swojemu, a więcej nudy, niskiego poczucia wartości i smutku.

Dzieci są niezwykle chłonne i w swojej niewinności wszystko, co widzą i co słyszą przyjmują za oczywistą prawdę. W ten sposób powstają programy przekonań, a wraz z nimi emocjonalne odruchy, które w dużej mierze mogą warunkować zachowania, postawy i nawyki w dorosłym życiu. Można zauważyć, iż wielu ludzi żyje utartymi schematami, wypracowanymi jeszcze w dzieciństwie. Brak możliwości zakwestionowania czy transformacji programów myślowych wzmacnia odczucie nudy, mechaniczności, tracenia życia czy bycia ofiarą. Gdy odzyskujemy świadomość, mamy większe możliwości wyboru, a wraz z tym wzmacnia się nasza wewnętrzna moc - poczucie bycia ok i akceptacja, aż do okrywania miłości i jej mocy.

Życie automatyczne i nieświadome oznacza życie w konieczności, w przeznaczeniu,w ślepym losie. Jak pięknie to pokazał C.G. Jung świadomość u swoich początków była czymś wątłym i słabym. Była jak wyspa na oceanie nieświadomości. Świadome życie nie oznacza neurotycznej kontroli. Wyraża się raczej we wzroście akceptacji, poczucia integralności czy pogłębienia miłości. Nieświadomość bez udziału świadomego czynnika jest trwaniem w ślepym losie, w automatycznym matrixie, zaś wzrost czynnika świadomego odsłania wewnętrzną wolność jako źródłowy sposób istnienia. Z perspektywy psychologii jungowskiej twórczy dialog między świadomym a nieświadomym dobrze robi drodze rozwojowej człowieka.

Praca wewnętrzna, niezależnie od nurtu, szkoły czy technik, sprawia odzyskanie mocy, wzrost poczucia żywotności i budzenie uważności. Ludzie świadomi siebie, własnego wnętrza czy osobistych uwarunkowań stają niezależni i wolni. Relacje budowane na aksjomacie rozwoju świadomości przestają być przystawaniem, dopasowywaniem czy uzależniającym, lękowym łączeniem się w pary. Zaczynają się raczej jawić jako więzi, które są świętowaniem pełni i obfitości. Na niższych poziomach świadomości związki zbudowane są na braku i na potrzebach. Im wyżej w rozwoju relacje stają się celebracją pełni, dobrobytu i szczęścia. Być świadomym siebie i posiadać możliwość podejmowania decyzji wzmacnia autonomię i poczucie szczęścia. Odpowiedzialność jest możliwością odpowiadania rzeczywistości przez własne decyzje. Odzyskanie mocy wewnątrz człowieka wpływa pozytywnie również na samopoczucie, pracę i zdrowie.

Samoświadomość jest również życiem w kontakcie z tym, co ciemne, trudne i bolesne. Każda poważna szkoła zdobywania wiedzy o ludzkim wnętrzu spotyka się na swoich ścieżkach z śmiercią, cierpieniem i bólem. Wszystkie te przystanki w ludzkim życiu mogą być rozwijające i pogłębiające. Co zrobić by cień spotkany w introspekcji nie był destruktywny to już temat na inny tekst.

Istnieje przeogromna ilość korzyści rozwojowych, które płyną ze wzmacniania i rozwijania samoświadomości. Marzę, aby psychoedukacja czy treningi samoświadomości trafiły do szkół i uczelni jako ważne komponenty edukacji. Komputery, nowoczesne metody edukacji i tony wiedzy niekoniecznie niosą sens współczesnemu człowiekowi. Według badań depresja czy trudności emocjonalne młodzieży wzrastają z roku na rok. Może zamiast kolejnych egzaminów, ksiąg do przeczytania, oczekiwań do spełnienia - lepiej, gdyby więcej ludzi miało dostęp do wiedzy o ludzkim wnętrzu i mogło nauczyć się instrukcji obsługi radzenia sobie z własnymi uczuciami, myślami, zachowaniami.

Gdy zmienia się wnętrze pojedynczego człowieka, zmienia się cały świat.

„Bez samoświadomości jesteśmy jak niemowlęta w kołyskach”. (Virginia Woolf)

Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła. (C.G. Jung)

To co sobie uświadamiasz, to też kontrolujesz, to czego, sobie nie uświadomisz, kontroluję ciebie. (Anthony de Mello)

Dopóki nie uczynisz nieświadomego – świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem” (C.G. Jung)

„Aby zmienić osobę, należy zmienić jej świadomość siebie”. (Abraham Maslow)


sobota, 2 listopada 2019

Tańczące liście, świato-pogląd i Umiłowanie!

Wracałem z pracy. Dzień minął przyjemnie. W jednej klasie uczniowie doświadczyli przebaczenia, w i drugiej zaś 'mali ludzie' odkryli, że praca w odmiennych płciowo grupach jest ciekawa. Dla dziecka na pewnym etapie rozwoju tego typu odkrycie przez doświadczenie, to niebywały skok rozwojowy. 

Wracałem z radością. Miło jest wspomagać ludzi w jakimkolwiek wieku w rozwoju. Od zawsze miałem wrażenie, że jest to jedna z moich życiowych dróg. Liście tańczyły wokół mnie, obracane przez ciepły wiatr.

Wracałem z głodem, więc po drodze wstąpiłem do piekarni po pyszną gruzińską bułkę. Zaglądam na facebooka, a tam we wspomnieniach pojawiło się następujące zdjęcie:


Było to zdjęcie z wydarzenia sprzed trzech lat. Nie pamiętam już dokładnie o co nam wtedy chodziło. Toczyła się rozmowa wśród przyjaciół i w którymś momencie powstało to zdjęcie. Po powrocie do domu po tamtym spotkaniu napisałem:

Obecność.
Wszystko jest Obecnością. Zwyczajną, prostą, pełną spokoju Obecnością. Niewytłumaczalną, naturalną, nie znającą przymusu, podziałów i lęku przestrzenią. Jest wszędzie, w każdej istocie. W liściu, w kropli deszczu, w ramieniu przyjaciela.
Niczego nie żąda, niczego nie wymaga. Nigdy się nie kończy. Cieszy się, że jest. Pochodzi znikąd i prowadzi donikąd. Wieczna. Jest mała jak ziarnko gorczycy - niewidzialna. Z niej to wyrasta wielkie drzewo - cały wszechświat. Obecna we wszystkim, choć nie krzycząca o swoim istnieniu. Ziarenko obecne w całym drzewie, choć jakby umarłe, nie-będące.
Pełna. Wystarczająca. Bez braku. Tu i teraz. W każdym.

Zdjęcie i cytat wzbudziły we mnie bardzo pozytywne uczucia. Przypomniało mi to przemianę, której wtedy doświadczałem. Byłem religijnym człowiekiem, który przez lata starał się medytować, wchodzić w siebie, poszukiwać Boga. Czas, w którym powstało to zdjęcie był momentem, gdy wszelkie koncepcje na temat religijnej natury Boga zniknęły. Zrozumiałem wtedy, że wszelkie moje obrazy boskości były związane z projekcją antropomorficzną, tzn. wszystkie dobre, idealne cechy, których pragnąłem, rzutowałem na Boga. Po odkryciu, iż Bóg nie jest ani osobą ani nie-osobą odkrywałem prostą radość bez towarzyszących obrazów, wyobrażeń, projekcji. Bóg, który wcześniej był konkretną osobą z wolą, z inicjatywą w działaniu, z aparatem interwencji w ten świat i w moje życie, zniknął. Początkowo pojawiła się święta pustka czy też czysta nicość. Z czasem owe nic coraz bardziej jaśniało wszystkością. Po czasie zapomniałem trochę o doświadczaniu i rozmyślaniu na temat duchowości. Zająłem się bowiem bardziej psychologią, zarabianiem pieniędzy i relacją z kobietą. Jednak samo głębokie odczucie czegoś istotnego pozostało.

Dziś dzięki wielu światłym ludziom rozumiem, że proces, który wtedy przechodziłem był naturalnym i rozwojowym ewolucyjnym krokiem. Zapewne można popatrzeć na to wydarzenie z wielu perspektyw. Chciałbym w tym miejscu posłużyć się Teorią Integralną Kena Wilbera, a dokładnie jej małym wycinkiem - linią rozwojową światopoglądów.

Rozwój światopoglądów w ramach psychologii rozwojowej cieszy się od lat zainteresowaniem naukowców. Chciałbym tu pokazać jedną z takich opcji, które proponuje Ken Wilber. Posłuchajmy co ma do powiedzenia ten teoretyk systemów na temat rozwoju światopoglądów:

"Świat, w którym żyjemy, nie został nam dany z góry. Jedną z najważniejszych zasad postmodernistycznej rewolucji w filozofii, psychologii i socjologii jest zasada mówiąca, że istnieją różne światopoglądy - różne sposoby kategoryzowania, prezentowania, opisywania i organizowania naszych doświadczeń. Nie istnieje jeden, monolityczny świat z jednym, uprzywilejowanym sposobem przedstawiania go, lecz raczej wielorakie światy z pluralistycznymi interpretacjami. Co więcej, te światopoglądy często - w istocie niemal zawsze - zmieniają się z epoki na epokę i z kultury na kulturę. Nie należy rozumieć tego w sposób skrajny - różne interpretacje mają wiele cech wspólnych, dzięki czemu świat się nie rozpada. Faktycznie, uczeni odkryli, że w językach, uczuciach, strukturach poznawczych, w percepcji kolorów itd. występują pewne (a często liczne) cechy uniwersalne. Te uniwersalne elementy splatają się i organizują na najróżniejsze sposoby, w rezultacie czego powstają tkaniny różnorodnych światopoglądów.

Choć teoretycznie istnieje niemal nieskończenie wiele światopoglądów, wydaje się, że w historii człowieka na tej planecie jest około tuzina światopoglądów, które wywierały i wciąż wywierają szeroki i znaczący wpływ. Badania takich uczonych, jak Jean Gebser, Gerald Heard, Jurgen Habermas, Michel Foucault, Robert Bellah, Peter Berger i innych wykazały, że do głównych światopoglądów należą: czuciowo-ruchowy, archaiczny, magiczny, mityczny, mentalny, egzystencjalny, nadpsychiczny, subtelny, przyczynowy i niedualny. (Ścisłe znaczenie tych terminów stanie się jaśniejsze w dalszej części tego tekstu).

Nie chodzi o to, który z tych światopoglądów jest słuszny, a który błędny; wszystkie są odpowiednie dla swojego czasu i miejsca. Chodzi raczej o zwykłe skatalogowanie, najtroskliwiej jak to możliwe, bardzo ogólnych cech charakteryzujących każdy światopogląd i „wzięcie w nawias" (lub odsunięcie na bok) chwilowo kwestii, czy te światopoglądy są „prawdziwe", czy nie - opiszemy je po prostu tak, jakby były prawdziwe. Np. światopogląd magiczno-animistyczny cechuje częściowe przenikanie się podmiotu i przedmiotu. Dlatego ludzie utrzymujący ten światopogląd czują bezpośrednio, że „przedmioty nieożywione", takie jak skały i rzeki, żyją lub nawet mają duszę albo swojego ducha. Światopogląd mityczny odznacza się ogromną liczbą bogów i bogiń, będących nie jakimiś bytami abstrakcyjnymi, lecz głęboko odczuwanymi siłami, z których każda ma bezpośredni wpływ na sprawy ziemskich mężczyzn i kobiet. Światopogląd mentalny - którego najbardziej znaną częścią jest „światopogląd racjonalny" - cechuje przekonanie, że obszar subiektywny jest całkowicie odrębny od obiektywnego obszaru natury. Jeden z najbardziej naglących problemów w tym światopoglądzie stanowi kwestia powiązania tych dwóch obszarów. Światopogląd egzystencjalny rozumie, że istnienie różnorodnych perspektyw leży w naturze wszechświata, a więc nie tylko nie istnieją żadne uprzywilejowane perspektywy, lecz sami musimy wydobyć jakiś sens z tych przerażająco różnorodnych możliwości. Cechą światopoglądu subtelnego jest postrzeganie subtelnych form i transcendentalnych archetypów, pierwotnych wzorców przejawów, które zwykle uważane są za Boskie. Światopogląd przyczynowy odznacza się bezpośrednią realizacją bezkresnego, nieprzejawionego obszaru - zwanego różnie: pustką, ustaniem, Otchłanią, Nienarodzonym, Ain, Ursprung - bezkresnej Bezforemności, z której wyłania się cała manifestacja. Światopogląd niedualny reprezentuje całkowitą jedność Bezforemnego z całym światem Formy.

Te różne światopoglądy ukazują prawdziwie oszałamiającą gamę sposobów, w jakie nasze doświadczenia mogą być organizowane i interpretowane. Nie są to w żadnym razie jedyne światopoglądy ani powyższa lista nie jest zamknięta czy ustalona z góry - ona ciągle się rozwija, otwierając nowe możliwości. Ale jeśli nie mamy żadnego światopoglądu, pozostajemy zagubieni w niemiłosiernie jazgoczącym zamęcie doświadczenia, jak to określił William James." (Jeden Smak, Ken Wilber, s. 157-158)

Biorąc pod uwagę powyższy opis teoretyczny zrozumiałem, iż rozwój koncepcji Boga/boskości/ostatecznej rzeczywistości jest związany bezpośrednio z etapem rozwojowym w ramach światopoglądu człowieka. Światopogląd zaś związany jest bezpośrednio z doświadczaniem. Na poziomach archaiczno-magicznych człowiek i natura, człowiek i przedmiot, człowiek i matka, człowiek i Bóg itd. są ze sobą zjednoczenie w nieświadomej jedni. Carl Gustav Jung, za Lévy-Bruhl'em, nazywał to participation mystique, które jest w istocie przedświadomym 'zlaniem się'. Od momentu wyjścia z nieświadomej jedni zaczyna się psychiczny rozwój danej struktury, cechy, osoby czy społeczeństwa. Pojawiają się rozróżnienia i świadomość oddzielności. Np. dziecko na pewnym etapie rozwojowej uświadamia sobie swoją oddzielną świadomość (temat granic ego).

Zdaje się, że prawdziwe jest zdanie bliskiej mi osoby, że wiedza dąży do mnogości, zaś miłość jednoczy. Coś w tym jest. Świat widzialny istnieje przez oddzielania, wyróżniania, wyodrębnianie. Miłość, a z nią duchowość przypomina, że cały wszechświat jest zanurzony w boskości. Creatio continua jest ewolucyjną drogą poznania, iż mimo wielości świat w swej naturze nigdy nie może wypaść z łaski Boga/ z nieforemnej bezkresnej Wszystkości.


W moim wypadku religijność w momencie robienia zdjęcia była w dużej mierze na etapie egzystencjalnym. Przynajmniej tak mniemam po tym jak rozumiałem wtedy boskość. Byłem w czasie intensywnego studiowania i medytowania, nie tylko chrześcijańskich ścieżek duchowych. Etap egzystencjalny związany jest z widzeniem wielości światopoglądów w świecie z jednoczesnym rozumieniem czy wglądem, iż różnice w widzeniu ostatecznej rzeczywistości należą od kultury, a także sposobu doświadczania. Wtedy też zacząłem widzieć, iż Bóg ostatecznie nie posiada formy. Znaczy to, że moje wyobrażenia na temat boskości są w swej istocie jedynie wyobrażeniami. Niezwykła to ulga doświadczać Boga jako nieskończonego pola, które niczego nie żąda od człowieka. Wszechobecność piękna i dobra osadza człowieka w codzienności. Zdaje się, że na etapach wyższych pojawia się również wiedza, iż Bóg niczego nie wymaga od człowieka, bowiem nie jest on ani osobowy ani nieosobowy. Przekracza wszelkie antynomie, będąc Wszystkością Tego, Co Jest. Jeśli nie nagradza ani nie karze, nie ma również potrzeby lojalności czy służalczości. Religia w swym kostnieniu instytucjonalnym wyobraża sobie Boga jako gniewnego, rozżalonego, zazdrosnego itd. Wszystko to związane jest z niższymi fazami rozwojowymi, w których ego projektuje na Boga swoje żale, uczucia, pragnienia, stwarzając wizerunek Boga, który jest lepszą kopią człowieka itd. Tam, gdzie powstają ścieżki kontemplatywne czy medytacyjne, pojawia się mówienie o boskości w paradoksach. Ponadto na pierwszy plan wysuwa się miłość, wolność, pokój. Człowiek doświadcza uwolnienia od poczucia winy i zaczyna rozumieć, iż Stworzyciel nie jest postacią, osobowością czy nazwą. Transcendentny przekracza wszystko, będąc immanentną bliskością i czułością.  Transcendenty jest immanentnym, i odwrotnie.

Umiłowanie!


Słowami próbuję nazwać to rozpoznanie. Rozumienie przydało mi się w życiu, pozwalając wiedzieć w jakim miejscu mogę się znajdować. Jednak słowa ostatecznie nic nie mówią. Smak Obecności to smak, nie zaś słowo. Smak zaś jest zmysłem, a doświadczenie ostatecznej rzeczywistości nie jest zmysłowe, nie jest uczuciowe, nie jest intelektualne. A jakie jest?

sobota, 14 września 2019

O drodze, w którą wyruszyła pewna mrówka.

Mrówka szła już kilka dni, by znaleźć miejsce dla swojego pragnienia znalezienia siebie. Zgubiła mrowisko, w którym żyła całe swoje mrówcze życie a z nim straciła wszystkie obowiązki i przywiązania, które wiązały ją z całym mrowiem. Koleżanki, przyjaciele, ciotki, pracodawcy... Wszystkich ich zostawiła. Zgubiłam czy zostawiłam? Już właściwie nie wiedziała, co pognało ją w świat. Jedno wiedziała: jej życie stadne skończyło się. I choć w mrowisku była częścią wielkiej rodziny i kawałkiem szczęściodajnej narracji o pracy na rzecz świata, to spełnienie, które odkrywała w samotnej drodze były jej najcudowniejszym skarbem. Czuła jakby stawała się sobą. Czy w mrowisku naprawdę nie mogłam znaleźć siebie?

Nie odeszła z mrowiu pełnego sensu stadnego, by komuś zrobić na złość. Odeszła, by znaleźć siebie. Tam nie mogła. Za ciasno jej było. Musiała bowiem ciągle dostosowywać się, dopasowywać, udawać.

Droga dawała jej poczucie spełnienia. Jednak owo poczucie bycia u siebie miało swoją cenę. Odtąd sama musiała zmagać się z ciężarem drogi, z brakiem zakorzenienia, z pustką po wielkiej narracji. Im dłużej wędrowała, tym mniej była podatna na sugestie, manipulacje czy przywiązania w stosunku do innych istot. Była piękna i wolna. W tym wszystkim niezwykle prosta. Inne istoty podziwiały jej przejrzystość, dobroć i zwyczajność. Już nie musiała od niczego uciekać, gdy zostawiła fałszywą część samej siebie.

Droga ciosała ją. Odpadały kolejne kawałki, które nie były nią. Jakże ciężka to praca! Czasem nawiedzały ją myśli czarnokształtne. Po co mi to było? W mrowisku przecież miałam wszystko. Jednak szybko zyskiwała świadomość. Nie ma powrotu. Muszę iść, by odkryć to, co wezwało mnie do drogi. I szła kolejne dni...




Indywiduacja, która jest drogą samopoznania, posiada w sobie element odejścia od tego, co nazywam stadnim przywiązaniem. Nie jest alienacją, ucieczką czy buntem. Tłum może tłumić jednostkę i jej niepowtarzalność. Zdaje się, że każda zdrowa jednostka, by rozwinąć w pełni swój potencjał musi odejść od tego, co zna i wie od swojej rodziny, plemienia, narodu. Wzrost świadomość w obrębie tego kim jestem, wiąże się z rozpoznaniem tego, co we mnie samym pochodzi ze stada, a co jest moją własną niepowtarzalnością. Paradoksalnie: odejście jest jednocześnie zakorzenieniem psychicznym. Człowiek, która odważa się zostawić, co zna, odkrywa w sobie nowość, która daje poczucie zakorzenienia i sensu. Dlatego tak często stoi w Piśmie: zostawili wszystko i poszli za Nim. By odnaleźć trzeba zdecydować się na odwagę eksploracji Nowego, a nic tak nie hamuje tej odwagi jak przywiązania.

czwartek, 16 maja 2019

Karaluch i Troll, czyli krótka baśń o tym, co najważniejsze

Rzecz działa się nie tak dawno temu, w nieodległej krainie. Być może nawet blisko twojego domu. Możliwe, że za ścianą twoich przyzwyczajeń albo pod notesem spraw do załatwienia... Niewykluczone, że takie historie obecne są w zacisznym kącie twojej sypialni albo w cieniu pobliskiego parku. Kto jest w stanie zostawić swoje problemy, by odkryć inne światy, które są w nas i wokół nas? Miałem przyjaciela, który opowiedział mi kiedyś pewną historię...

Troll. Wysoki. Olbrzym. Dla ludzi, którzy mieszkają w miastach, w dużych domach, którzy uczą się pilnie i chodzą do pracy – Troll wygląda naprawdę okropnie. Jest wielki. Ma obwisły brzuch, wielkie nogi i potężne łapy. Troll ma wielkie oczyska, bo trudno to nazwać oczami. Z daleka wydaje się być gburowaty i nieprzyjemny. Jednak gdy zbliżysz się do niego zobaczysz, że nosi w sobie wiele ciepła i spokoju. Ponadto w jego oczach często przeskakują małe iskierki, które zauważą każde piękno. Dla Trolla wszystko jest wspaniałe. Gdy siedzi w swojej niezbyt ładnie pachnącej norze, często głaszcze się po brzuchu z niemałą przyjemnością. Musisz wiedzieć, że ciała trolli wydają brzydki zapach. Tak przynajmniej twierdzą dzieci, które nigdy nie grały w piłkę bądź nie bawiły się w błocie. Troll uwielbia siebie i świat, w którym żyje. Przeważnie traktowany jest przez innych z dużym dystansem. Nieliczni znający naszego przyjaciela żyją z nim w głębokiej więzi. Większość jednak boi się go, nie lubi jego wyglądu i nie przepada za jego zapachem. Troll wydaje się być kochającym buntownikiem, który nie potrzebuje innych do szczęścia. Być może właśnie dlatego inni nie wiedzą jak się do niego odnosić. Drogi czytelniku, jeśli go spotkasz i zapomnisz o swoim lęku, zobaczysz absolutnie niezwykłe rzeczy. Troll bowiem zna wiele fantastycznych miejsc i jego głowa jest pełna świetnych pomysłów, które prowadzą do niewiarygodnych przygód.

Karaluch. Malutki. Krótkie nóżki i nieco dłuższe czułki. Jego małe i giętkie kończyny sprawiają, że biega niezwykle szybko. Niektórzy twierdzą, że czasem słychać ciche tupanie, gdy siedzą swoim mieszkaniu. Możliwe, że to właśnie on biega po budynkach w miejskich osiedlach. Dla wykształconych i czystych ludzi Karaluch jest naprawdę obrzydliwy. Większość ludzi, którzy zauważyli Karalucha, zaczyna krzyczeć i wołać o pomoc. On nie rozumie takiego zachowania. Jest bowiem zupełnie niegroźny. Nie ma jadu ani szczypiec. Musisz wiedzieć kochany czytelniku, że Karaluch uwielbia samego siebie. Jest cały czarny i ma piękne ciemne oczy. Gdybyś mógł zobaczyć z jaką radością się rusza, odkrywa nowe tereny i cieszy się tym, co jest... Byłbyś zachwycony! Karaluch biega po całym świecie, choć donikąd nie dąży. Cieszy się przygodą. Nie ma żadnego, jedynego marzenia. Ma wiele pomysłów i pragnień. Jeśli jeden zamiar mu nie wyjdzie, zabiera się za inny. Gdy tylko się budzi w swojej małej norce rozpoczyna radosną przygodę odkrywania świata. Biega jak oszalały. Podobnie jak w wypadku Trolla, ludzie nie kwapią się na spotkanie z tą małą istotą. Jednak jeśli potrafisz cieszyć się zabawą, przyjaciółmi czy przyrodą może któregoś dnia wyruszysz razem z nim w niezwykłą przygodę odkrywania świata. Kto wie... Karaluch jak mało kto potrafi słuchać i rozumieć. Często zadaje niezwykle trafne pytania. Mimo swojego ruchliwego trybu życia, gdy słucha ludzi, muzyki czy szumu morza cały zamienia się w słuch.

Był piękny wiosenny dzień, gdy Karaluch z właściwą sobie zwinnością przebiegał po parku z lekkością serca, nucąc pod nosem wesołe piosenki. Gdy biegł czuł przyjemny, ciepły opór powietrza. Pod swoimi nóżkami wyczuwał miękką trawę. Wewnątrz doświadczał, że wspaniale jest żyć. Przeżywał całą gamę pozytywnych uczuć, myśląc o swoim prostym życiu. 

- Życie ech... - pomyślał - Wspaniała darmowa przygoda... Ile tu zapachów, kolorów, dźwięków.

Nagle Karaluch musiał przerwać swój zachwyt, ponieważ grupka małych dzieci zaczęła wołać w jego kierunku:
- Mamo! Mamo! – dzieci krzyczały pokazując palcami na Karalucha. – Spójrz! Jakie piękne stworzonko!

Dzieci zaczęły biec w stronę naszego małego przyjaciela prawie z tak wielką radością, jak Karaluch biega po całym świecie. Gdy zbliżyły się do niego, zatrzymały się i w niewielkiej odległości podziwiały swoje nowe odkrycie.
- Ale piękny – powiedział jeden z chłopców.
- Aaaaaa… - zza pleców dzieci nagle rozległ się krzyk przestraszonej kobiety. – Dzieci! Uciekajmy. Zostawcie tego karalucha. Chodźcie tu.

Dzieci poczuły lęk. Ich pierwotny zachwyt szybko zamienił się w strach. Mama dała jasno do zrozumienia – źródło zachwytu dzieci jest brzydkie i trzeba się trzymać od niego z daleka. Karaluch nie zdziwił się zbytnio całym zdarzeniem. Nieraz już był w podobnej sytuacji i wiedział, że nie wszystkie istoty znają smak Życia. Gdy patrzył na oddalające się dzieci z ich przerażoną mamą, przemknęła mu po głowie przedziwna myśl: 
- Są istoty, które nie znają smaku Życia i nie wiedzą, co znaczy prawdziwa wolność...

Po chwili usłyszał za sobą głośny szloch. Odwrócił się za siebie, przewrócił kilkakrotnie nóżkami i już widział pod drzewem potężnego Trolla zalanego łzami. Karaluch podbiegł szybciutko. Okrążył trzykrotnie drzewo przy którym siedział wielki Troll. Olbrzym płakał i szlochał. Ilość wody wylewająca się z jego ciała mogłaby zalać Karalucha. Na szczęście dzięki swojej zwinności odskakiwał on od słonych, wielkich łez spadających na ziemię. Z perspektywy Karalucha wyglądało to niczym wielki wodospad.
Po chwili Karaluch zagaił do Trolla:
- Ej duży! Strasznie dużo wody leci z Ciebie.
- Co? Co? Kto to mówi? Skąd? Gdzie? – Troll rozglądał się dookoła, szukając źródła dźwięku. – Kto to mówi?
- Tu. Na dole. Tu jestem. – wołał Karaluch. – Co cię tak strasznie smuci, wielki przyjacielu?
- Płaczę, bo mam gorszy dzień… - powiedział spokojniej olbrzym. – Zaraz mi przejdzie.
Troll zaczął wycierać swoją twarz z łez i przecierał oczy.
- Jesteś bardzo miły, mój mały przyjacielu. – spokojnym, głębokim głosem stwierdził Troll, pochylając się w stronę Karalucha – czy masz chwilę, żeby spędzić ze mną czas?
- Pewnie. – odpowiedział Karaluch.

Karaluch i Troll ruszyli razem na spacer po wielkim parku. Olbrzym bardzo szybko zapomniał o swoich smutkach. Wspinał się po drzewach, zrywał liście. Robił z wisy na wielkich gałęziach. Czasem drzewo załamywało się pod ciężarem olbrzyma, przez co spadał z hukiem na ziemię. Karaluch zanosił się wtedy cichym śmiechem, widząc swojego nowego znajomego leżącego na trawie. Potem śmiali się razem w niebogłosy. Karaluch biegał tu i ówdzie. Już to wdrapywał się na płot, już to obiegał dookoła drzewa. Wszystko działo się w prostej, niewymuszonej radości. Ludzie przechodzący po parku nie zauważali tej dziwnej zabawy. 

- Trollu! Czy to nie dziwne? – zatrzymał się na chwilę Karaluch, stojąc na niskiej jabłonce. – Oni nas kompletnie nie widzą.
- Oni nic nie widzą. Spójrz tylko na ich oczy, na ich ciała… 
Wpatrywali się w ludzi biegnących w pośpiechu i w dużym napięciu. Przechodnie wyglądali jakby mieli do wykonania miliony zadań. Inni byli smutni i przybici. Jeszcze inni nerwowi i wyraźnie niezadowoleni z życia.
- Czy to możliwe? Świat jest taki piękny. A oni go nie widzą. Przez to nie widzą i nas. – mówił z zadumą Troll.
- Może kiedyś, przyjdzie dzień, że zauważą zielone liście, ciepłe słońce, słony deszcz, miękką trawę czy twarze innych… - dodał Karaluch, wystawiając swoje czułki na ciepłe promienie słońca.

Przez chwilę patrzyli jeszcze zdumieni i zadziwieni zabieganymi ludźmi. Troll z Karaluchem wiedzieli, że stali się przyjaciółmi, którzy dzielą wspólną radość Życia. Jednocześnie w Trollu i w Karaluchu pojawiła się przedziwna więź. "Oddałbym swoje życie za mojego przyjaciela". Myśl ta płynęła między nimi wśród traw, drzew, obłoków...

Następnie zaczęli ponownie biegać to tu, to tam roznosząc po całym świecie prostą radość Istnienia. Żyli tym, co najważniejsze, jednak nie potrafili nazwać, co to jest. Nie umieli wyjaśnić skąd pochodzi i dokąd zmierza cała prosta radość i miłość, która promieniowała wokół nich. 

Jedyną drogą poznania owego-najważniejszego było stać się tym.

piątek, 21 grudnia 2018

Zachodni zanik religii, cudowna nieświadomość i... żywe doświadczenie


Niełatwe tematy są jak ekstremalne wyprawy. Przygotowanie do wyprawy trwa jakiś czas. Trzeba być w formie i mieć czas, by zająć się czymś niełatwym, co wymaga wspinania się czy zmagania z trudem. Od jakiegoś czasu chodzi za mną temat chrześcijaństwa i jego kryzysu w kryzysu w kulturze. Zapewne dotyka mnie on mocno ze względu na osobiste doświadczenia, ale również przez obserwację świata, w którym dane mi żyć. Od kilku dni widzę, że tekst już dojrzewa we mnie, więc pora wyrazić go w literach i zdaniach.

Truizmem jest stwierdzenie, że współczesne chrześcijaństwo przeżywa kryzys. Sekularyzacja, niechęć do religii, wzmocnienie autonomii i wolności jednostki sprawiają, że kościoły w Europie przeżywają kryzys. Trudności przeżywa Kościół w Polsce. W tym tekście chcę zająć się analizą tego, dlaczego współczesny dyskurs katolicki nie jest atrakcyjny. Spróbuję odpowiedzieć na pytanie: dlaczego katolicka żywotność symboli, rytuałów i znaczeń słabnie w kulturze. Spróbuję pokazać, co najpiękniejszego w chrześcijaństwie zostaje zapomniane.

Ostatnio poczytuję "W poszukiwaniu Graala" Richarda Rohra, katolickiego zakonnika, który z niebywałą przenikliwością analizuje współczesną kulturę, kryzys kościoła i proponuje ponowne odczytanie dawnego mitu o poszukiwaniu Graala (godne polecenia!). Rohr z niebywałą ostrością pisze o kulturze Zachodu, iż utraciła kontakt z duszą, a wraz z nią utraciła więź z naturą, z mitem i ze znaczeniem religijnym, która jest sercem religii. Franciszkanin wskazując na kryzys instytucji kościoła katolickiego mówi o implozji metafory na rzecz rozumu, twierdzeń logicznych i poprawności etnocentrycznej. Wszystko to jest otoczone iluzją kontroli i panowania. Mamy prawdę, a wraz z nią monopol na jej przekazywanie. W dawnych kulturach wiedzieliśmy: to mity, baśnie, sensy żyją nas samych. To nie ludzka społeczność miała mity, to mity "posiadały" społeczności. Ludzie rodzili się w jakimś micie i go asymilowali czy dialogowali z nim/w nim. W pewnej mierze to mit był pierwszy od człowieka, tak jak nieświadomość (czymkolwiek jest) wyprzedza ludzką świadomość. Dziś wszystkie mitologiczne opowieści traktujemy trochę jak fantastyczne bajki dla dzieci, które w najlepszym wypadku należy znać, by okazać się człowiekiem wykształconym w odpowiednim gronie czy po to, by opowiadać dzieciom.

Innym problemem jest zastyganie metafor. Chrześcijaństwo wraz swoim rozwojem coraz bardziej kostniało i mroziło w puste schematy żywe doświadczenie, a z nim metafory. Dlatego też od czasu do czasu w łonie religii zinstytucjonalizowanych, na ich obrzeżach czy w podziemiach powstawały żywotne ruchy pobudzające stygnące struktury (np. wspólnoty gnostyckie, Luter i protestantyzm czy katarzy w chrześcijaństwie). Przykładem może być uczta eucharystyczna, za którą kryje się bogactwo symboli, a wraz z nią siła nieświadomości, która swoją mądrością wzbudzała przez wieki zachwyt, uwielbienie i generowała cykle przemian w człowieku. Jak stwiedza R. Rohr: "rozcieńczyliśmy całą ideę i stworzyliśmy antyseptyczą karykaturę oryginału, którą umieściliśmy na ozdobionych białymi koronkami ołtarzach". Msza w wydaniu dzisiejszym jest raczej świątynnym rytuałem i odprawieniem pewnego religijnego obowiązku. Bogactwo symboli, w których niegdyś ludzie mogli się kąpać jak w morzu, dziś zastąpione jest tanim moralizatorstwem, nakazywaniem czegoś, wzbudzaniem sentymentalnych uczuć czy przepisywaniem recept na wszelkie bolączki i cierpienia (marketing religijny). Symbol picia czyjejś krwi, który oznacza przyjmowania mocy od kogoś czy czegoś zastąpiono racjonalną poprawnością i zamknięciem na pierwotne, spontaniczne doświadczenie.

Wiem o czym piszę. Próbowałem przez dwa lata po doświadczeniu wewnętrznej przemiany odnaleźć się w religijnym, świątynnym dyskursie. Bezskutecznie. Symbole, mity i siła życia widziane były w literaturze, w przyrodzie, w improwizacji ruchowej, w sztuce... A jednak w kościele rzadko zdawało się, bym brał udział w czymś numiotycznym, przemieniającym, dającym poczucie głębokiego sensu. Dlaczego? Zdaje mi się, że w samej wspólnocie zauważyłem przedziwną implozję życia symbolicznego i tłumienie nieświadomości, mówiąc językiem psychologii. Do tego kapłan z zapleczem teologicznym, który określa, wie i orzeka, co można przeżywać, czego zaś nie. Kontrola nigdy nie może przemienić niczego.  Rohr tak mówi o zastyganiu metafor:

Religijna idolatria chroni metafory z takim zaangażowaniem, jakby to one były produktem końcowym. Paliliśmy ludzi na stosach, ponieważ nie akceptowali właściwej metafory. Wykluczamy innym ze współuczestnictwa w uczcie, na którą zaprosił wszystkich Jezus, tylko dlatego, że nie mówią tak jak my. Kiedy religia myli metaforę z rzeczywistością, zaczyna zmieniać się w coś mechanicznego. Tajemniczy i osobisty Bóg przekształca się w automat do sprzedaży przekąsek, a naszym zadaniem jest wciskanie właściwych guzików.

Rohr operuje w swoim dyskursie wokół trzech aspektów rzeczywistości: ciało, dusza, duch. Jest to biblijna antropologia, która nie dzieli człowieka na części, lecz widzi go w różnych aspektach. Ciało jest aspektem materialnym, naszą codzienną najprostszą percepcją. To świat przedmiotów, zadań do wykonania i logiki z prozą codzienności. Można powiedzieć w języku psychologii procesu, że jest to uzgodniona rzeczywistość. Wszyscy ludzie godzą się na to, ze mają dwie nogi, że dobrze jest zjeść obiad i że dwa plus dwa to cztery.
Następnie Rohr za Biblią mówi o aspekcie duszy. Jest ona związana z przyrodą, z mitami, z baśniami, z metaforami. Jest bliska kobiecemu aspektowi życia. Zakonnik posługuje się tu terminologią C. G. Junga (pierwszy raz widzę, żeby katolik tak bardzo zrozumiał myśl głębokiej psychologii). Dusza to również świat snów, wizji i znaczeń, które nadają smak i sens życiu człowieka. Dusza to ścieżka inicjacji w życie młodzieńcze, w kobiecość czy w męskość, w dorosłość, w starość itd. Dusza to jakby części nas samych i naszych wspólnot, które nie są oczywistością na pierwszy rzut oka. Wymagają spotkania, dialogu, relacji i uważności w pracy wewnętrznej.
Zaś duch rozumiany jest jako rzeczywistość niezwiązana z obrazami, z dzianiem się,. Duch to esencja istnienia, jedność absolutna, święte świętych. To czysta transcendencja.

Rohr stwierdza, iż współczesna religia próbuje panować nad duszą. Jednak nie jest to możliwe. Człowiek ze swoją ego-świadomością nie jest w stanie zapanować nad potężnymi siłami duszy (siłami nieświadomości; głębokie treści wypływające z głębi zbiorowej psyche, w której każdy człowiek uczestniczy). Znaczy to, że dawnej religie  dawały człowiekowi przestrzeń na poddawanie się tym siłom i ich integrację z codzienną rzeczywistością (ciało). Dziś religia boi się duszy, a wraz z nią natury, kobiecości, seksualności, baśni itd. Z perspektywy czasu widzę, że jako młody zakonnik pływałem w tym, co nazywamy duszą. Medytowałem, śniłem, szedłem za poruszeniami... Miałem na to przestrzeń w zaciszu klasztoru. Przepiękny i przemożny jest świat symboli. Jednak wraz z pogłębieniem studiów teologicznych zauważyłem, że zmienia się mój status. Miałem się przygotowywać do stania się kapłanem, czyli kimś kto kontroluje ludzkie doświadczenia i określa, co można, a czego nie. Pamiętam wielką liturgię z kardynałem w jednej ze świątyń. Pompatyczne pieśni, wzniosłe słowa, dym z kadzidła, a ja więcej sensu i miłości znajduję w mrocznym lesie, w spotkaniu z obolałym bliźnim czy w męskiej rozmowie z braćmi niż w całym tym liturgicznym spektaklu.

Inna sprawa! Wraz z zanikiem duszy i jej ruchów, znika również postać ojców, do których można by pójść z własnym doświadczeniem. Współcześni religijni ojcowie są strażnikami moralności i obrońcami swojej rdzennej, plemiennej religii. Oddajmy na chwilę głos amerykańskiemu zakonnikowi:

Spotkałem w życiu kilku cudownych osób, które pełniły wobec mnie rolę ojca. Jedną z nich był kardynał Joseph Bernardin z Chicago. Kiedy był arcybiskupem wzywał mnie do siebie i pokazywał stertę skarg, jakie dostawał na mnie. Spodziewałem się najgorszego. On jednak powtarzał: "Poprosiłem mojego teologa, żeby na to wszystko spojrzał i... ufamy ci". Miałem wtedy dwadzieścia osiem lat i aspirowałem na wojownika i maga. Ale on dał mi przestrzeń. Rozpiął pode mną sieć i mówił: "Ty i ja trzymamy się razem".

Ojciec, strażnik czy mędrzec pełni w religiach tę niebywałą rolę, iż wprowadza młodych poszukiwaczy duchowych w doświadczenie. Uczy jak się w nim poruszać, oferuje obecność i wsparcie. Jednak nie nakazuje i nie moderuje tego, jak należy doświadczać. Wie, że każdy adept ma własną ścieżkę. Tymczasem współczesna religia oferuje inicjację w moralność, w poprawność, w wierność swojej tradycji, w bycie posłusznym i w bycie porządnym. Przystrzyżenie pazurów nie przemieni żadnego tygrysa. Stanie się on bezpieczny, ale bez żadnej mocy, która zdolna byłaby zmieniać świat, a nie tylko go konserwować. A młodzi ludzie potrzebni są światu jako moc do przemieniania świata, nie zaś jako grzeczne dzieci. Ktoś, kto w młodości nie miał przestrzeni, by poczuć własną moc, na starość w zgorzknieniu będzie nadal krzyczał o tym jak niegrzeczni są młodzi ludzie (projekcja) i jak świat stacza się w apokaliptyczne dno.

Na jednym ze spotkań w nurcie psychologii procesu poddałem się pewnemu doświadczeniu. Oto zacząłem poruszać się jak mag miotający ognistymi kulami, które rzucane w konkretnym kierunku przemieniały świat. Nie ja byłem twórcą tych kul i tego ognia. Poddałem się przemożnemu doświadczeniu, które nadało blask mojemu młodzieńczemu pragnieniu, by świat się przemieniał, wzrastał i ewoluował. Smutne jest to, że religia katolicka - ta potężna i cudowna siła - nie ma dziś w sobie ani przestrzeni ani chęci podążania za procesami świata. Pełni raczej rolę zachowania tożsamości narodowej i wsparcie w codziennych trudach jak pocieszna, słaba matka. W najlepszym wypadku pocieszy i przytuli. Czy chodzi o to, żeby kogoś winić za taki stan rzeczy? Nie. Chodzi o świadomość tego, co się dzieje w kulturze. Zdaje się, że kostnienie religijne to również normalny i naturalny proces w kulturze. Kilka tygodni temu na jednym z wykładów o C.G. Jungu rozmawialiśmy o zbiorowej nieświadomości i jej tendencji do tematyzacji i dogmatyzacji doświadczenia religijnego. Jest to naturalny proces. Zdaje się jednak, że religie mogą obumierać, gdy czynnik kostnienia jest zbyt mocny, a zanik autentycznego doświadczenia staje się intensywny. 

Być może wspomniany już badacz psychologii i symboli C. G. Jung wie, o co chodzi z kryzysem duchowym:

Chodzenie do kościoła z wolna stawało się dla mnie męczarnią, ponieważ głośno - chciałby się niemal powiedzieć: bezwstydnie - prawiono tam o Bogu, o tym, co zamierza, o tym, co robi. Napominano tam ludzi, by wzbudzili w sobie takie uczucia, by wierzyli w taką tajemnicę, o której wiedziałem, że jest jak najbardziej wewnętrzną, najintymniejszą pewnością, i że żadne słowo nie może wyrazić i zdradzić. Mogłem stąd wysnuć jedynie wniosek, że widocznie nikt nie zna tej tajemnicy, nikt, nawet sam pastor. W przeciwnym razie nigdy by się nie odważył publicznie rozprawiać o tym, co boskie, profanując niewysłowione uczucia niesmacznymi sentymentalizmami. (C. G. Jung , "Wspomnienia, myśli, sny" )

Napisał to człowiek na wskroś religijny, który nie odnalazł w zorganizowanej religii przestrzeni na żywe, głębokie doświadczenie, które łączyłoby go nie tylko z własnym narodem czy kościołem, ale z całą ludzkością i zbiorową nieświadomością. A tak C.G. Jung pisał o swoim młodzieńczym doświadczeniu "wyjścia poza tradycję":

"Zebrałem w sobie całą odwagę, jakbym miał co najmniej wskoczyć w ogień piekielny, i pozwoliłem popłynąć myślom: przed moimi oczyma stanęła piękna katedra, nad nią błękitne niebo, a wysoko nad światem, na wyniosłym złotym tronie siedzący Bóg - nagle spod tego tronu na nowy, barwny dach kościoła spada monstrualnych rozmiarów ekskrement, rozbijając ściany świątyni.

A więc to było to. Poczułem niewiarygodną ulgę i nieopisane wyzwolenie. Zamiast oczekiwanego potępienia spłynęła na mnie łaska, a z nią niewypowiedziana błogość, jakiej nigdy jeszcze nie zaznałem. Płakałem ze szczęścia i wdzięczności, że po tym, gdy zostałem poddany nieubłaganej surowości Boga, objawiła mi się Jego mądrość i dobroć. Miałem wrażenie, że przeżywam chwilę oświecenia. Wiele z tego, czego przedtem nie mogłem zrozumieć, stało się dla mnie jasne. Doświadczyłem tego, czego nie pojął mój ojciec, a czemu choćby w najlepszej wierze i z najgłębszego przekonania się opierał - doświadczyłem woli Bożej. Ponieważ ojciec utkwił w uporze, dlatego też nigdy nie przeżył cudu łaski, która wszystko koi i wszystko czyni zrozumiałym. Ojciec obrał sobie za drogowskaz przykazania Biblii, wierzył w Boga, jak tego Biblia wymaga i jak nauczyli go ojcowie. Nie znał jednak Boga żywego i bezpośrednio takiego, który - wszechmocny i wolny - jest ponad Biblią i ponad Kościołem, który może wezwać człowieka do wolności, zmusić, by człowiek wyrzekł się własnych przekonań i poglądów, a tym samym by mógł, nie stawiając żadnych warunków, spełnić Jego żądanie. Bóg w tym Swoim wystawianiu na próbę ludzkiej odwagi nie ulega żadnym tradycjom, choćby najświętszym." (Wspomnienia, myśli, sny)


Ten krótki tekst nie wyjaśnia wszystkiego. Jednak pozwala rozpocząć w sobie i wśród innych dialog doświadczeń, które integrując się wzajemnie, przyniosą jeszcze więcej sensu i zrozumienia.

sobota, 1 grudnia 2018

Pogaduchy z Wojtasem, duchowość i... Źródło Istnienia!

Są ludzie z którymi można rozmawiać godzinami. Czytałem kiedyś opowieść o tym jak Freud z Jungiem rozmawiali ze sobą ponad dziesięć godzin. Nie dziwi mnie to. Znam osoby, z którymi mogę rozmawiać po kilka godzin. Rozmowę przerywają potrzeby życia codziennego: fizjologia (tzw. siku), głód, obowiązki domowe czy sprawy do załatwienia. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, którzy cenią świat wewnętrznych sensów, odczuć, metafor. Filozoficzne stawianie hipotez na temat życia, człowieka i świata, przedstawianie poglądów i wychylanie całej swej istoty w kierunku Prawdy jest dla mnie pyszną duchową ucztą. Od lat!

Sobotnia rozmowa z Wojtasem. Gadamy trzy godziny przez neta, aż do momentu, gdy trzeba coś zjeść i iść do łazienki. Duchowość, religia, kultura... Opowiadamy o własnych doświadczeniach. Próbujemy nazwać to, czego doświadczamy. Dzielimy się autorami i tekstami, które miały na nas wpływ. Opowiadamy, przywołujemy baśnie i mity, stawiamy logiczne hipotezy. Wszystko to dla wspólnej uciechy dzielenia się i poznawania. Dialog prowadzi nas poza nas samych. Paradoksalnie! W samo sedno. Do Źródła. Pod koniec Wojtek podsumowuje nasze rozkminy na temat duchowości:

"Duchowość jest dla odważnych... albo się rzucisz... w samo Źródło, w Ostateczną Rzeczywistość, w Boga... albo zabraknie ci odwagi i zostaniesz w tym, co znasz."

Duchowość prowadzi w samo sedno Życia. Kto doświadczył mocy Nienazywalnego ten wie, dlaczego różne tradycje nazywają ją ogniem. Duchowość jest procesem niebezpiecznym dla potocznego życia człowieka. Możesz zostać przemieniony w całości. Przestaniesz być, tym kim myślisz, że jesteś, a staniesz się sobą. Jak Szaweł idący do Damaszku doświadczył nagłego zwrotu. Światło zrzuciło Szawła z dotychczasowych poglądów i przekonań.

Religia wydarza się raczej jako mniej lub bardziej ścisły system wierzeń. Każde ludzie ego ma  przekonania, poglądy, sądy. Religia tworzy sensy i znaczenia dla self człowieka. Samo w sobie jest to naturalnym procesem. Religijność jest w porządku. Daje znaczenie, bezpieczeństwo, schronienie. Pozwala rozumieć otaczający świat. Gdy człowiek spotyka się z ogromem Wszechświata, z Tajemnicą Życia - religia daje mu oparcie, bezpieczną przystań, by pomieścić w głowie to, co spotyka, czego doświadcza. Religia to taka opowieść o Nieskończoności w skończony sposób. Jakby chcieć opowiedzieć widok górskich szczytów, samymi kropkami. Religijny dyskurs jest w pewnym sensie konieczny. I choć mistyk uśmiecha się z rozbawieniem i z pokorą do ludzkiej, narkotycznej skłonności do nazywania, a co za tym idzie do próby panowania i kontroli, to religijne budowanie świątyń zrozumienia własnego istnienia jest zwykłą częścią człowieczego losu. Opowieści o znaczeniu świata i człowieka są różne. Tak samo różne są religie. W zależności od kultury, czasów, osobistego uwarunkowania jednostki itd.
Niektórzy po pewnym czasie zakotwiczenia w religii odczuwają, zauważają i doświadczają ciasności religijnych dogmatów i osądów. Nie musi to oczywiście oznaczać odejścia od danej grupy religijnej, ale czasem zdarza się i tak. Inni w samej religii odnajdują kontemplacyjne ścieżki przemiany i idą w sam Ogień Istnienia. Gdy człowiek odkrywa, że myśl jest wąska, uwarunkowana i nie wyraża Całości i Wszystkości tego, co Jest, może doświadczyć niezwykłego przebudzenia. Oświecenie tego typu jest odświeżające i piękne, a jednocześnie przerażające dla ego. Człowiek staje się prawdziwie samotny. Już nie podpiera się o innych, nie szuka swej wartości w ludziach, nie podążą za modą. Wraz z tym pojawia się współczucie i bliskość z innymi. Nie jest to bliskość z myślami czy wiedzą innych. To raczej odkrycie, że Wszystkość mieszka w każdym. Wraz z owym ocknięciem "zjawia się" duchowość jako serce prawdziwej i głębokiej religijności. Chrześcijańska metanoia czy buddyjskie satori to doświadczenie odkrywające najbardziej realny poziom życia. Poziom ten jest esencją, sednem i sercem Życia. Po takim doświadczeniu kocha się wszystkich jak swoich. Etykiety społeczne, polityczne, religijne blakną, bowiem w każdej osobie spotyka się Oblicze Jedynego.

Istnieją różne opowieści, różne religie, różne języki. Jednak duchowość istnieje jako jedna rzeczywistość. Religie mogą kłócić się która jest ważniejsza. Religia może ruszać na krucjaty czy pisać traktaty dlaczego jej opowieść jest bardziej prawdziwa od innych opowieści. Ludzie religijni bez doświadczenia Ducha kochają swoich ziomków, innych najwyżej szanują. Duchowość nie ma granic, nie zna więc również konfliktów i walki. W duchowości wszyscy stają się braćmi. Jezus i Budda siedzący przy jednym stole, w jednym Istnieniu.

Wielu ludzi, którzy zaufali Sile większej niż oni sami lub doświadczyli czegoś niebywale trudnego (śmierć bliskich, kataklizm, choroba) odkryli Prawdę. Dróg do Jedynego istnieje wiele. Cierpienie, intelektualne poszukiwanie, wdzięczność i zachwyt nad tym, co jest, kochanie kogoś/czegoś głęboko czy bezinteresowna służba innym to proste drogi, aby poznać to o czym próbuję się tu opowiedzieć. Wpis na tym blogu jest jak religijny dyskurs czy opowieść. Nie o niego w nim chodzi. On zaprasza do drogi, do wydarzenia się tego, co nigdy się nie dzieje, co nie jest dotknięte przez czas i dzianie się, do tego, co przekracza wszelkie antynomie i konflikty.


"Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli" (Łk 10, 23-24)



I na koniec coś, co o poranku napisałem z serca:


Gdy się zatrzymam...
w punkcie
w bezruchu

bycie rozpuszcza wszystko

przestrzeń
oto ona
ukochana
umiłowana

A jednak
w byciu czy w nie-byciu
też mnie nie ma

przekraczam wszystkie pozorne przeciwieństwa

milknie słowo
znika świat

słowo ciałem się stało

ciało znika
słowo znika
świat znika

co zostaje?

niedziela, 14 października 2018

Religia, (nie)wygodne pytania i paschalna przemiana

Od czasu do czasu ludzie zadają mi pytanie: "czy jesteś wierzący?", "czy wierzysz w Boga?", "jaki jest twój stosunek do kościoła katolickiego?". Pytanie te wiążą się bezpośrednio z historią mojego życia, którą znają osoby zadające pytanie. 

Od wczesnych lat dzieciństwa interesował mnie absolutny sens, pytanie o przyczynę istnienia świata i mnie samego. Gdy byłem małym chłopcem patrzyłem z pełnym zachwytem w gwieździste niebo nocą, przeczuwając, że istnieje coś nieskończonego. Nieskończone żyło mnie. W pewnym momencie moje rodzące się ja (ego) bardzo przeraziło się owej nieskończoności. Dorastając, zainteresowałem się religią i poszukiwaniem Boga. Droga poprowadziła mnie do Towarzystwa Jezusowego, w którym spędziłem dziewięć lat życia. Przez ten czas medytowałem, poznawałem Pismo Święte, studiowałem filozofię czy teologię, brałem udział w dłuższych czasach milczenia, miałem wiele głębokich doświadczeń i wglądów, modliłem się ludźmi, dyskutowałem poszukując zrozumienia świata, afirmowałem swoją osobowość, robiłem różne warsztaty, prowadziłem grupy, służąc ludziom itd. 

Około szóstego roku bycia w zakonie zaczął się we mnie poważny kryzys, który zmusił mnie do zobaczenia, że wiele z tego, w co wierzyłem było jedynie wykrzywionym wyobrażeniem. Oto miałem zostać księdzem katolickim. Zauważyłem, że oczekiwania w stosunku do tej roli społecznej stoją w sprzeczności z moim młodzieńczym pragnieniem poznawania świata i poszukiwania Prawdy. Interesowało mnie wiele: psychologia, psychoanaliza, filozofia, religie wschodu, doświadczenia szamańskie, struktura poznania itd. Jednocześnie coraz wyraźniej widziałem, że religia, której jestem częścią, nie przepada za "innością". Teologia, którą studiowałem nie tylko zdawała mi się być nudną i oderwaną od codziennego życia nauką, ale nie odpowiadała też na głębokie pytania i nie niosła życiodajnego sensu. 

Czułem, że niebawem zostanę urzędnikiem kultu i muszę nauczyć się prawa kanonicznego, musztry świątynnej i szablonowych odpowiedzi na ludzkie cierpienie. Wraz z tym zrozumiałem, że zostając księdzem, który ciągle ma jeszcze w miarę wysoką pozycję społeczną w Polsce (tak! księża są jeszcze traktowani w niektórych środowiskach jako jednostki wyjątkowe), nie będę mógł w swoim życiu doświadczać i poznawać świata. Religia bowiem w subtelny sposób zabrania doświadczać pewnych aspektów życia. Było to potężne zdziwienie! Do tej bowiem pory myślałem, że zakon pozwala mi eksplorować i zgłębiać z otwartością rzeczywistość. Po dwuletnim mroku, śmierci religijnego "Boga" i niemożności zrozumienia o co chodzi w chrześcijańskiej wizji świata postanowiłem opuścić szeregi zakonu i pójść ścieżką, która byłaby bliższa mojemu wewnętrznemu głosowi. Teraz opowiadam o tym spokojnie. Wtedy panowała we mnie burza, sztorm i przedziwny kopernikański przewrót. Interpretacja mojego odejścia była różna. Niektórzy twierdzili, że się zagubiłem. Inni, że zwątpiłem. Jeszcze inni twierdzili, że chodzi tylko o to, że pokochałem kobietę (to też się wydarzyło!). Piękną rzecz napisał mi jeden z moich przyjaciół jezuitów, gdy odchodziłem: "mam wrażenie, że odnalazłeś siebie".

"Czy jesteś wierzący?" To pytanie sprawia, że nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Jeśli ktoś ma kilka godzin na przyjazną rozmowę, opowiadam o tym, co myślę i czuję w tym temacie.

"Czy jesteś wierzący?" I tak, i nie. Nie jestem wierzący, bowiem nie podpisuję się pod żadnym z istniejących wyznań chrześcijańskich. Nie korzystam z sakramentów, nie odnajduję siebie w całym mistagogiczno-katechetycznym gmachu religii. Nie wyznaję jedyności zbawienia w Chrystusie. Z drugiej strony symbole chrześcijańskie i całe zaplecze etyczno-inicjacyjne jest mi niebywale bliskie. Chrystus pozostał dla mnie jednym z wzorów, symboli i żywotnych sił, które przemieniają moje widzenie świata. Nie walczę z religią. Mam serdecznych przyjaciół w Kościele i szanuję tradycję kościołów chrześcijańskich. Jednak jeśli mam być uczciwym, nie mogę znaleźć swej drogi w tym, co chrześcijanie określają: wiarą. Jestem wierzący, bowiem wiem, że materia nie jest jedynym światem. Jest powłoką, pod którą kryje się coś więcej. Świat jest jak cebula. Albo jak filmowy ogr. Ma warstwy. Znaczy to, że pod postacią materii, świata widzialnego, osób, rzeczy i procesów, istnieje Niewidzialne, Nieuwarunkowane, Nieskończone. Widzialne z niewidzialnym istnieje w głębokiej tajemniczej jedności. Owo Niewidzialne żyje ten świat.

Tak trudno mi określić własną tożsamość religijną, tak samo jak trudno określić mi kim lub czym jest Bóg, ostateczna rzeczywistość czy najgłębszy sens życia. Teologia, a z nią religia katolicka, tak bardzo określiła czym/kim jest Bóg, że niewielu ludzi może zmieścić się w tej wizji świata. To kim był Jezus, a czym jest religia dziś, to dwie różne sprawy. Kilka lat temu po powrocie z jakiejś liturgii napisałem następujące słowa:

"Coś tam trzeba.
Odkleja się chrześcijaństwo od mojego serca tak jak odkleja się plaster od rany, która się zagoiła. Naturalnie. Bez okrzyków i haseł propagandowych. Bez rewolucji i zamieszek. Tak jak po dniu przychodzi noc, tak wyrastam z wiary moich ojców. Nie odcinam się od korzeni, niczego absolutnie nie neguję. Po prostu nie wiem o co chodzi. Odpada to wszystko, czego nie rozumiem i w czym nie ma życia. Zmartwychwstanie, umartwianie siebie, sąd, liturgie, starania się, posty, modły, medytacje, spowiadania regularne, ciało co z grobu powstanie… Koncepcji i idei multum. Jak na targu. Tyle, że wybierać nie mogę. Mam wierzyć i już. I tak dużo strachu. Kapłan na podwyższeniu sprawuje ofiarę. Lud z dala patrzy i błaga „Boga” o zlitowanie nad „grzechami” swoimi i świata całego.
Miałem nadzieję znaleźć w chrześcijaństwie zbawienie. Nie znalazłem. Niczego nie znalazłem w niczym. I oto o dziwo zbawionym okazałem się być. Taki jaki jestem. Mama i tata kochali mnie takim, jakim jestem. Kawa co ją rano piłem kochała mnie, takim jakim jestem. Wiatr, słońce, deszcz… Kochało mnie życie, takim jakim jestem. Tylko ty religio jakoś nie umiesz kochać tak po prostu za nic. Zawsze czegoś chcesz. Ofiar, wyrzeczeń, postanowień, cnót, uwielbień, zaświadczeń, orzeczeń, wyznań, oświeceń, czystego sumienia... Nie walczę z tobą. Po prostu widzę jak rozpadasz się w drobny mak. Skoro sama egzystencja taka piękna, czemu mam ci składać hołd?
Coś tam trzeba. Tego nauczyła mnie chrześcijaństwo. Dziś już nawet nie wiem, co miałbym zrobić. Nawet nie wiem, jaki jest cel tego wszystkiego. Niebo? Piekło? Miłość bliźniego? Doskonałość? Przemiana wewnętrzna? Wszystko to już jest tu i teraz. Obecne.
Dziś widzę do głębi – Jezus – nie jest takim jak mi opowiedziano. Chrystus to wolność. I kto wie, być może wzywasz mnie Nieznany do pozostawienia…"

Nie jestem teistą. Nie jestem agnostykiem. Nie jestem ateistą. Kim więc jestem? A może nie muszę odpowiadać na te pytania. Słodka niewiedza i proste życie. Pływam w tym, co chrześcijanie określają "Bogiem". Ocean ten jednak nie ma płci, woli i miliona pozytywnych atrybutów. Nie jest Ojcem ani Matką. Jest samym istnieniem, które przekracza wszystkie antynomie, przeciwności. Jest więc ponad dobrem i złem, ponad pięknem i brzydotą, ponad osobą i nie-osobą, a nawet ponad istnieniem i nieistnieniem. Wszystko otacza. Wszystko w nim istnieje, przez niego i dla niego. Jest wszystkim i ponad wszystkim.

"Wtedy można by powiedzieć wraz z Nietzschem: „Bóg umarł”.
Postąpilibyśmy jednak słuszniej, mówiąc: „Bóg usunął swój obraz; gdzież go znajdziemy?” (Carl Gustaw Jung)
Mam przedziwne doświadczenie bliskości z panem Jungiem. Rozumiem jego ambiwalentne podejście do religii. Czytając jego "Wspomnienia, myśli, sny" czułem tajemniczą więź doświadczeń. On odszedł od praktykowania chrześcijaństwa, choć całe życie spędził w bliskości z głębokim doświadczeniem religijnym. Jung, cytując Nietzschego, wiedział, że nie tylko w nim samym, ale i w kulturze następuje swoista "śmierć Boga". Wraz z nią znikają wyobrażenia, religijne projekcje, obwinianie siebie samego czy Stwórcę za zło w świecie. Oto współcześnie pojawia się duchowość, w której sam Stwórca usuwa wszelkie obrazy siebie samego. Koniec teologii, koniec historii, koniec opowieści na temat religii. A jeśli istnieją nadal, wiemy, że to tylko opowieści. Dziś, tak jak mistycy wszystkich czasów, możemy iść w samo doświadczenie. Poza słowami. Poza obrazami. Następuje swoisty ruch w ponad-doświadczanie... Tam w głębi nas samych, możemy poznać tego, o którym opowiadają religie. Otchłań duszy, iskierka czy nieskończona jaźń. Imion tysiące.

Obraz Boga może dziś znikać. Czyż religijnie nasza cywilizacja nie jest dziś w neurotycznym stanie lęku. Na czym mamy oprzeć nasze kruche życie? W czym nasze małe ja ma znaleźć oparcie? Jest tak wiele potężnych sił, które pracują w człowieku... Religia przez wieki chroniła i chroni nadal człowieka przed potężnymi nieświadomymi siłami, osłaniając słabe, małe ego. Religie pomagały w kontakcie z tymi potężnymi mocami. Dziś jakby się kończyły... A może się mylę? 

Być może to sam Niewidzialny zabrał wszelkie obrazy siebie samego, jak pisze pan Jung.

Dynamika Paschy. Śmierć na krzyżu. Pusty grób. Zmartwychwstanie.
Po śmierci religijnych obrazów Boga pozostała święta pustka (jakże ceniona w buddyjskich ścieżkach inicjacyjnych), janowe nic na górze Karmel czy mistrza Eckharta odosobnienie. Kto zanurzył się w ciszy, w pustce i umiłowaniu Obecności, ten wie jak TO smakuje. A symboliczne zmartwychwstanie... Cóż. Zmartwychwstanie ukazuje mi, że Bóg jest tym, który jest wszędzie i nigdzie. Obecność roztacza się wszędzie, obejmuje każde stworzenie... i nie wymaga niczego. Zamiast świątynnego oddawania czci - kult w Duchu i w Prawdzie.

We mnie samym dokonała się Pascha. Wszystko się zmieniło. Nic się nie zmieniło. Tak trudno powiedzieć coś o tym cudzie.

Czy religia jest zbędna dziś? Na pewno nie. Religia przez wieki dawała człowiekowi bezpieczeństwo, ochronę i moc do sensownego życia. A dziś? Jaką przemianę może czekać chrześcijaństwo, jeśli chce dać współczesnemu człowiekowi ścieżkę do Prawdy? Co musi zrozumieć religijny dyskurs, aby propozycje duchowe były ogniem, które przemienia ludzkie życie? Czy istnieje coś takiego jak ewolucja religii? To już temat na inny wpis.

Napisałem to, bo chciałem się podzielić. Nikogo nie chcę przekonywać do niczego. Niczego nie chcę udowodnić. Być może ktoś tak jak ja, czy wspomniany Jung, wie co to znaczy samotność pójścia własną ścieżką i poczuje wsparcie, bez względu na wyznawaną religię, światopogląd czy system wartości. Każdy ma swoją własną ścieżkę w drodze ku Prawdy. Pokój!

poniedziałek, 24 września 2018

Szczerość

Nic bardziej wyzwalającego niż możliwość uwolnienia emocji... Nic bardziej odświeżającego niż szczera rozmowa, w której bezpieczeństwo i otwartość pozwalają na swobodę bycia... Nic bardziej czułego niż widzenie nawykowych reakcji jako nie-swoich...

Od kilku tygodni porusza mnie temat szczerości. Nie chodzi mi tu o czynność mówienia tego, co się myśli i czuje w każdej chwili czy tendencja do nieustannego i nawykowego artykułowania swojej opinii. Raczej chodzi o pewien wewnętrzny stan. Zauważam, że gdy zwyczajnie jestem uważny na to, co się dzieje się we mnie i wokół  mnie, pojawia się jakaś tajemnicza jakość bycia. Po prostu jestem. Tak sobie jestem. Widzę wszystkie moje tendencje, stare nawyki, powtarzające się od lat reakcje emocjonalne... Słyszę głos w mojej głowie, który opowiada dziesiątki historii. Czasem rozmawiam w myślach z bliskimi, przechodniami, osobami z przeszłości. Gdy tylko na moment SZCZERZE widzę te wszystkie stany, ruchy czy pozycje, pojawia się we mnie przestrzeń i cisza, która nie jest jednak żadną formą odrealnienia czy ucieczki. Nagła przerwa w myślach i w działaniach. Przerwa. Przerwa, w której mieszka boskość. Odpoczynek. Jednocześnie świadomość przeróżnych stanów mentalno-uczuciowych niesie świadomość tego, że jestem świadomy. Paradoksy! Jest we mnie coś, co to wszystko widzi. Czym to jest? Widzenie. Wiedzenie. Świadek. Obserwujący w spokoju cichy przyjaciel. Miłująca Obecność. I oto odkrywam siebie. Jestem świadomością. Żadne imię, żadna opowieść, żadna nazwa nie oddaje mojej istoty. I choć używam imienia, badam swoją przeszłość czy szukam znaczenia dla swojej codzienność, to w gruncie rzeczy zawsze wracam do tego prostego punktu. Jestem BYCIEM, samą świadomością. Żadna rzecz nie wypowie tego, kim jestem. Żadne słowo nie odda istoty tożsamości. JESTEM.

Szczerość! Mogę być tym, kim jestem na tym świecie. Nie muszę być sobą czy nie-sobą. Nie muszę również zmieniać siebie, by być kimś innym. Rafał. Ta historia, ten człowiek, to uwarunkowanie... Niech służy czemuś większemu, szerszemu i głębszemu! Nie muszę zajmować się naprawianiem siebie, innych, świata. Gdy bowiem jestem "widzącą Obecnością" nic nie musi się już zdarzyć ani nic nie musi się dziać. Jest, co jest. Boskość tańcząca wszystko i wszystkich. Spełnienie. Akceptacja. Czystość.

Rafała łatwo zranić, rozdrażnić, zdenerwować. Rafał posiada wiele uwarunkowań, masek, lęków. Ten Rafał ma również wiele zalet, cnót czy zdolności. Składa się z wielu czynników, zasłyszanych opinii , komórek, genów, myśli, zachowań i decyzji, że tym będę, a tym zaś nie chcę być. Jednak tak SZCZERZE w gruncie rzeczy istnieje "coś" głębszego niż ten Rafał. Poza czasem. Poza jutro, dziś i wczoraj.
Nauczono mnie, że moje ciało to ja. Później nauczono mnie, że moje myśli, moja historia, moje pasje to ja. Następnie uczono mnie, że im więcej zdobędę i osiągnę tym bardziej będę.
Czy na pewno?
A może wystarczy zupełnie to, co jest? Tak zwyczajnie... I pod tą rolą, osobą, zasłoną dostrzegę Nieuwarunkowane, którym jestem.

Przyszła jesień. Pora roku, którą Rafał bardzo lubi. Ciepła herbata, chłód i wiatr. A pod tym, co ten cudowny Rafał lubi czy nie lubi, żyje Życie. Bez podziału, bez tęsknoty, bez oddzielenia.

ja i ojciec jedno jesteśmy

niedziela, 24 czerwca 2018

O uwalnianiu

Istnieje dość powszechne przekonanie, a nawet sposób życia, który opiera się o percepcję siebie samego jako niedoskonałej istoty. Dominujące uczucia na tym poziomie świadomości to: smutek, lęk, złość, apatia, niechęć i poczucie winy. Widzenie siebie jako grzesznika, nieudacznika czy słabego człowieka wzmacnia poczucie niekompletności. Niższe poziomy świadomości człowieka obarczone są lękiem, gniewem i niskim poczuciem własnej wartości.
Niedostatek stoi w centrum takiej egzystencji. Przez chcenie, oczekiwania i zdobywanie człowiek stara się zagłuszyć czy też zapełnić tę iluzoryczną dziurę. Osoba ma poczucie, że musi zaspokajać i dopełniać siebie przez ludzi, rzeczy, osiągnięcia.

Oczywiście nic nie jest w stanie zagłuszyć żarłocznych pragnień, a rozczarowania z powodu niespełnienia prowadzą do rozgoryczenia i depresji. O depresji można powiedzieć, że jest swoistym deep pression. Wewnątrz niespełnienia istnieje silna i tłumiona agresja (pression) na siebie samego i na świat. Dlatego też wielu ludzi dzięki pracy wewnętrznej, uważności i akceptacji w czasie depresji odkrywa, że pod rozległym smutkiem istnieje wiele stłumionej złości. Złość ta jest niechęcią do siebie, świata i rzeczywistości. Opis, który tu kreślę jest opisem stanu i percepcji, która wydaje się prawdziwa. Jednak wraz z rozwojem świadomości cały ten negatywizm okazuje się być iluzją. Wyzwolenie spod panowania "małego ja", czyli całego aparatu fałszu na temat siebie i rzeczywistości, to droga nie tylko dla wybranych. Dziś wiedza i środki do drogi wolności są dostępne dla każdego (przynajmniej na tej szerokości geograficznej).

Jedna z dróg wyzwolenia prowadzi przez uwalnianie negatywizmu i fałszywych przekonań do rozpoznania, że nasze prawdziwe Ja jest radosne, pełne i obfite. Bez braku. Nie ma potrzeby niczego udowadniać ani zdobywać. Można po prostu cieszyć się Życiem. Jednak zanim rozpoznamy tę prostą prawdę musimy "uporać się" z negatywizmem. Szczerość wobec tego, co jest w nas to pierwszy krok w tej drodze.
Takim "dokopywaniem się" do głębi zajmuje się żywa religia, autentyczna mistyka i głęboka psychologia. Chciałbym polecić w tym miejscu jedną z lepszych książek w rozwijaniu świadomości, jakie czytałem. Technika uwalniania Davida Hawkinsa wprowadza w bardzo prostą praktykę uwalniania, która obecna jest w pewnej części w niektórych szkołach psychoterapeutycznych czy medytacyjnych. Oddajmy głos amerykańskiemu psychiatrze:

"Podczas wieloletniej praktyki w psychiatrii klinicznej moim nadrzędnym celem było poszukiwanie najskuteczniejszych sposobów usuwania ludzkiego cierpienia przejawiającego się w tak wielu formach. Aby położyć mu kres, zgłębiałem liczne dyscypliny medyczne, psychologiczne i psychiatryczne – psychoanalizę, terapię behawioralną, biofeedback, akupunkturę, żywienie i neurologię. Poza metodami klinicznymi studiowałem systemy filozoficzne, metafizykę, różnorakie metody uzdrawiania holistycznego, brałem udział w kursach samorozwoju, próbowałem różnych ścieżek duchowych, technik medytacyjnych i innych sposobów poszerzania własnej świadomości.
Odkryłem podczas wszystkich tych poszukiwań, że bardzo mi pomaga uwalnianie i odpuszczanie. Jego rola jest tak doniosła, że poczułem konieczność napisania książki, w której będę mógł podzielić się z innymi tym, co zaobserwowałem jako klinicysta, i tym, czego doświadczyłem osobiście.
Chcę się więc podzielić tą praktyczną i pomocną techniką, ułatwiającą radzenie sobie ze zmiennością
codziennego życia – z codziennymi stratami, rozczarowaniami, stresami i kryzysami. Z jej pomocą uwolnisz się od negatywnych emocji i ich wpływu na zdrowie, relacje i pracę; poradzisz sobie z niechcianymi uczuciami. Niniejsza książka opisuje prosty i skuteczny sposób, dzięki któremu można uwolnić się od negatywnych uczuć i stać się wolnym. Technika Uwalniania, która wykorzystuje „mechanizm poddania”, to praktyczna metoda usuwania przeszkód i przywiązań."

Nie jestem tylko teoretykiem tej metody. Praktykowałem przez wiele lat medytację ignacjańską, po której rozsmakowałem się w kontemplacji metodą Jalicsa. Kontemplacja chrześcijańska w swoim rdzeniu posługuje się podobnym schematem poddania. Polega ona na postawie otwartego serca, na przyjęciu tego, co się dzieje i nie przywiązywaniu się do treści, które pojawiają się w świadomości medytującego. Wielokrotnie przekonywałem się jak wielką moc posiada zwykłe pozwolenie na przeżywanie tego, co jest. Negatywne uczucia nie znikają mimo tłumienia ich, ucieczki przed nimi czy nawet przez wyrażanie ich. Żadna z tych strategii na dłuższą metę nie działa. Uwalnianie, czyli pozwolenie i odpuszczanie uczuć niesie wolność wewnętrzną. Gdy dokarmiamy uczucia przez nieustanne "mentalne przeżuwanie" porażek, braków i zdarzeń obudowujemy siebie fałszem. Okrajanie siebie z wszystkich programowań umysłu, którymi byliśmy poddawani od dzieciństwa przez społeczeństwo, to właśnie Technika Uwalniania. Wraz z praktyką uwalniania odkrywamy, że nasze prawdziwe Ja (głębsza Jaźń) nie jest dotknięta przez grzech, strach i winę.

Z czasem okazuje się, że najgłębiej jesteśmy niewinni, piękni i wspaniali. Na niższych poziomach świadomości poczucie winy i lęk są potrzebne do nieustannego karania i poniżania siebie. Gdy "dorastamy w świadomości" uwalniamy się od negatywizmu. Nie musimy już  karać siebie i innych, bo wiemy, że żadna myśl nie wyraża wspaniałości tego, kim jesteśmy. Widzimy świat jako kochającego rodzica, który obficie nas obdarowuje. Stajemy się wspierający, dzielimy się z innymi miłością i obecnością. Nie musimy już "żebrać" o uwagę i miłość. Nie wiemy co to wewnętrzny brak, więc dzielimy się z innymi obfitością istnienia, którymi jesteśmy. Odchodzi krytyka, przywiązanie, zaborczość i kłótliwość...
Opis prawdziwego Ja nie jest utopią ani megalomanią. Nie należy jednak wierzyć na słowo owemu opisowi, który proponuję w tym tekście. Przyjęcie nowych przekonań nie niesie głębokiej przemiany. Jeśli pojawia się sceptycyzm wobec tej narracji, jest on uzasadniony. Lepiej nie oczekiwać zbyt wiele i potem się nie rozczarować. Jeśli ktoś czuję się pociągnięty przez owy uwalniający sposób bycia, niech wypróbuje go na samym sobie.


Utwór, który gra we mnie jakoś tekstem i muzyką, zgodą i spokojem... "Nie chcę iść pod wiatr, gdy wieje w dobrą stronę..." https://www.youtube.com/watch?v=QRxH-II0OsA