Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ego. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2020

Zaraza, jej archetypy i mądrość nieświadomości

Ostatnie tygodnie dla sporej części ludzkości są intensywnym czasem zmiany orientacji życiowej. Wirus i pandemia destabilizują życie społeczne i psychiczne. W poniższym tekście stawiam hipotezę, iż działalność polityczna i naukowa została opanowana w dużej mierze przez nieświadomość zbiorową. Co to oznacza? Zostaliśmy opanowali przez irracjonalne siły, o których nasza świadomość ma nikłe pojęcie. W pierwszych dniach doniesień o nowym wirusie sądziłem, że sprawa rozejdzie się po kościach (podobnie jak w przypadku sars czy ptasiej grypy). Myliłem się. Działanie tego wirusa wywołało w psychice obiektywnej głębokie poruszenie. Świat jakby zaczynał wariować. Szaleństwo, czyli intensywne działanie pod wpływem irracjonalnych, popędowych czynników wskazuje nam zgodnie z mapą psychologii głębi na zbiorową nieświadomość (nastąpiło poruszenie oceanu irracjonalnych i zbiorowych warstw psyche). Z perspektywy moralnej rzecz nie jest dobra ani zła, dopiero nasze działania wobec tych poruszeń można oceniać moralnie. Pamiętam dokładnie moment zamykania pierwszej szkoły w Warszawie, pustych półek w sklepach (brak papieru toaletowego i mięsa), wiadomości od znajomych o wojsku, które lada moment ma zamykać miasta. Na poziomie racjonalnego umysłu - wszystkie wieści widziane były jako irracjonalne lęki i zachowania powodowane troską o przetrwanie. Głębiej zaczynałem zauważać, że chodzi o archetypy i ich przemożne działanie.

W całym tym zamieszaniu poczułem w pewnym momencie napływ niebywałej paniki. Nagle wewnątrz mojej psychiki pojawił się koncept, iż świat ten zmierza ku końcowi. Pojawiły się znane z sytuacji granicznych odczucia: lęk, panika i złość. Wszedłem w to doświadczenie albo raczej nieświadomie zostałem porwany. Dopiero po jakimś czasie uzyskałem spokój i trzeźwe spojrzenie, z jednoczesnym wchodzeniem i obserwacją tego, co się dzieje we mnie i w zbiorowości. Z perspektywy psychologi głębi nieświadomość zbiorowa posiada dużą siłę, by wciągnąć ego człowieka w dane znaczenie, które często okraszone jest działaniem instynktownym. Dla przykładu impulsywne zakochanie czy marsz w pochodzie politycznym mają znamiona pochwycenia archetypowego. Może się zdarzyć, że choć nie sprawdziłeś do końca programu politycznego danej partii (nawet świadomie możesz się z nim nie zgadzać) czy nie dowiedziałeś się o obiekcie swojego zakochania nic więcej, prócz podążania za pociągiem ku niej - to z jakichś powodów robisz to, co robisz. Siła nieświadomości jest ogromna. Epoka rozwiniętej techniki, medycyny i nauki zastąpiła już jakiś czas temu świat religijnego zbawienia czy siłę mitów, symboli i popędowych energii.  Tylko pozornie. Nieświadomość przemawia i wpływa na nas. Ona żyje nas. Im mniej uznajemy jej obecność, tym bardziej zostajemy opanowani przez jej działanie. W szkole nie uczymy się o nieświadomości, o irracjonalnych popędach czy o wszystkim, co w nas samych nieustannie "gada swoje" i "robi swoje", a my udajemy, że tego nie ma.

Sytuacja wokół covid-19 jest wzorcowym działaniem psychiki zbiorowej. Całe narody zostały porwane przez lęk i panikę. Politycy i część nauki została zainfekowana treścią praobrazów epidemii. Nie oceniam tego moralnie w tym miejscu. Tak po prostu jest. To fakt.  Ludzkość nieraz zmagała się już z zarazami, z chorobami, z kataklizmami. Nasi przodkowie wypracowali całe mnóstwo zachowań, oddziaływań i postaw wobec zagrożeń. Zarazy nie należą jedynie do zamierzchła przeszłości. Myśli, emocje, reakcje wszystko to w pewnym stopniu "dziedziczymy" od przodków. Wszystko to odzywa się dziś, a my sami możemy nie poznawać własnych postaw, odczuć i reakcji - "jak mogliśmy tak panikować? jak mogłem kupić tyle papieru?" To nie nasza codzienna ego-świadomość reaguje na wydarzenie pandemii, a przynajmniej nie w takiej mierze jak sądziliśmy. Nieświadomość, która nie ma choć małego światełka ludzkiej świadomości działa w szaleńczym tempie.

Z powstałej epidemii można wyciągnąć jeszcze inne wnioski. Mimo rozwoju nauki i techniki ludzkość może dziś na nowo odkryć, że kruchość egzystencji człowieka i tej planety nie jest jedynie teorią. Pamiętam ten moment, gdy po moich plecach przebiegł dreszcz na wieść wiadomości o dziesiątkach zmarłych. Zgodnie z psychologią procesu wszedłem w ten symptom, by sprawdzić jakie znaczenie ze sobą niesie. Im dłużej przebywałem z tym dreszczem, tym bardziej zauważałem, że jest to kruchość, na której stoi ten świat. Przyjęcie tej kruchości pozwala na zwiększenie pola akceptacji i spokoju. Ten świat nie jest ostateczny - to jedno z mądrych wiadomości, które śle nam nieświadoma psyche.

Archetypowe obrazy i odczucia są matrycą tego, w jaki sposób nasi przodkowie radzili sobie z zarazami. Pierwsze prawo biologiczne prowadzi nas w kierunku przetrwania za wszelką cenę. Dostaliśmy to w spadku po zwierzętach. Duża część świata podąża dziś wyłącznie za owym popędem obrony przed śmiercią. Choć teorie naukowe i interpretacje statystyk mówią o wielkim niebezpieczeństwie, na ten moment liczby nie wskazują na to, iż ludzkość miałaby być zagrożona w sposób absolutny. Oczywiście musimy chronić innych i szukać sposobów radzenia sobie z kryzysem, jednak aktualny program masowej kwarantanny nie wydaje mi się być słusznym (nie będę kontynuował tego wątku, bowiem zajmuję się tu bardziej nieświadomym aspektom całego wydarzenia niż krytyką masowej kwarantanny). Pandemia paniki wrzuca ludzi w bieganie do lekarzy i do wyjazdów do szpitali, nawet z niewielkimi przeziębieniami, albo do postawy przeciwnej - unikania lekarzy za wszelką cenę. Snuję tu przypuszczenie, iż na poziomie racjonalnym całe zamieszanie z masowymi kwarantannami jest przesadzone i oparte o prawdopodobieństwa, które wyliczane są w archetypowej panice.

Dzięki temu, co się teraz dzieje, możemy również sporo dowiedzieć się o cieniu zbiorowym, który często powstaje w sytuacjach zagrożenia. W pierwszych dniach ogłoszenia pandemii wszystkie głosy, które kwestionowały zasadność masowej kwarantanny były uciszane i atakowane. Sam usłyszałem na swój temat, iż chcę po prostu być zauważonym, że jestem kanapowym specjalistą i że powinienem przestać chrzanić, bo nie jest to czas na filozofowanie, tylko na działanie. Ostatnia wypowiedź dokładnie pokazuje jak działa archetypowa zaraza - gna do instynktowego działania, które w wypadku większości krajów oznaczało zamknięcie w domach. Myślenie, które jest refleksją nad tym, co się dzieje, jest w gruncie rzeczy niebywale ważne. Uspokaja, pokazuje alternatywy i możliwości w działaniu, hamuje popęd przed natychmiastowym, totalnym i irracjonalnym działaniem. Nie chodzi tu o to, kto ma rację, a raczej o bycie w kontakcie z wszystkimi głosami, które zjawiają się w przestrzeni społecznej i wewnątrzpsychicznej. Inaczej mówiąc; im nasz kontakt z nieświadomością jest bardziej świadomy, zaangażowany i pełen zrozumienia, tym mniej nami miota i rzuca. Stajemy się w ten sposób indywiduum i pełnią życia psychicznego. Nie rządzi już nami ślepy los czy fatum. Stajemy się świadomi i mamy dostęp do mądrości. Jak to powiedział Jung: „dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem."


Na przykładzie Polski, w której zabroniono wchodzić ludziom do lasu, dało się zauważyć, iż reakcja rządzących nie ma za wiele wspólnego z racjonalną, przemyślaną decyzją. Las jest miejscem zdrowia, ale archetypowa panika widzi wirusy wszędzie. Stacje telewizyjne na swoich banerach pokazywały latającego wirusa, który staje się jakby ikoną medialną i wzmacnia stres. Wiele poglądów polityków i naukowców zmieniało się w krótkim czasie. Maseczki w jednym momencie miały nam bardziej szkodzić niż pomagać, dwa tygodnie później stały się obowiązkiem. Co ciekawe pojawiło się wiele głosów ze świata nauki kwestionujących działania rządów i głównego prądu naukowego. Epidemiolodzy, lekarze, naukowcy mówili, iż strategia masowej kwarantanny nie jest dobrym rozwiązaniem. Część z nich została zagłuszana. Oczerniano ich, niektórym znikały konta internetowe czy społecznościowe. W taki sposób tworzy się kolektywny cień.

Ostatnio obejrzałem po raz drugi film "Istota serca" o C.G. Jungu. Dotknęła mnie tam zwłaszcza jedna wypowiedź tego znakomitego analityka, która dobrze oddaje o co toczy się gra:

"Współczesny świat wisi na włosku. Tym włoskiem jest psychika człowieka. Współcześnie nie zagrażają nam klęski żywiołowe. W naturze nie ma czegoś takiego jak bomba wodorowa - to wszystko jest dziełem człowieka. Jesteśmy wielkim zagrożeniem. Psychika jest wielkim zagrożeniem. Co, jeśli pójdzie coś nie tak z psychiką? Widzieliśmy już jaką siłą jest psychika. Jakże ważne jest coś o niej wiedzieć. Ale nie wiemy o niej nic. Nikt nie docenia już idei, według której procesy psychiczne zwykłego człowieka mają jakieś znaczenie. Ludzie myślą:' Och, on w swojej głowie ma tylko to, co pochodzi z jego otoczenia.' Został nauczony określonych rzeczy i wierzy w określone rzeczy. A w szczególności, jeśli jest dobrze wychowany i wykarmiony - nie ma żadnych idei. To wielki błąd, ponieważ człowiek nie jest tym, kim się rodzi. Nie rodzi się jako niezapisana tablica, ale jako rzeczywistość" (C.G. Jung)

Statystyki, rozum, nauka, wykresy, granty naukowe, pragnienie bycia ważnym, lęk, panika, duma intelektualna, słupki wyborcze, a przede wszystkim dumne i wystraszone ego, są bazą dla działań w obliczu obecnego kryzysu. Psychika człowieka jest w moim przekonaniu włoskiem całej sprawy. Mądrość nie płynie jedynie z dedukcyjno-indukcyjnych matematycznych modeli zarządzania kryzysem. Mądrość nie opiera się na szczepionkach i aparaturze medycznej, choć wszystko to wzmacnia komfort życia na tej ziemi. Mądrość nie jest opinią większości, jeśli ona mija się z prawdą. Mądrość to przede wszystkim bycie w kontakcie z tym, co wewnętrzne, z całym znaczeniem i siłami nieświadomości, które pragną być poznane. Nieświadomość nie musi być rozumiana jako wróg czy intruz, ale jako przyjaciel, wspierający nasz świat i będący równoprawnym obywatelem naszej psyche. Byleby dać tej mądrości trochę więcej miejsca...

wtorek, 12 lutego 2019

Nieświadome

Jednym z największych odkryć współczesności jest poznanie i zrozumienie, że istnieje Nieświadome. Przed czasami Freuda i jego kumpla po fachu, a potem intelektualnego oponenta, Carla Junga, wiedziano, że istnieje senna niewiedza i świat fantazyjnych psychicznych treści. Jednak nie przykładano do niej większej uwagi i nie potrafiono naukowo nazywać tego zjawiska. W XIX wieku nastąpiło swoiste odkrycie, iż nieświadomość jest czymś rzeczywistym. Dziś nikt się temu nie dziwi. "Jestem nieświadomy wielu rzeczy". "Nie wiem czemu to zrobiłem". "Dlaczego właściwie to powiedziałem?", "Co do cholery znaczy ten sen?" Pytania tego typu są dziś przedmiotem osobistego badania nas ludzi współczesnych, w których zostajemy wystawieni na działanie tajemniczej nieświadomości.

Czym jest owo Nieświadome? Ściśle i precyzyjne określenie wydaje się być poza naszym zasięgiem. Nieświadomość bowiem jak wskazuje sama nazwa jest poza sferą świadomości mojego ja. Oznacza to, że doświadczam jej przejawów. W codziennym doświadczeniu możemy zauważyć, że istnieją procesy czy stany, które pozostają poza kontrolą ego-świadomości. Po prostu one się dzieją, czasem przychodzą na nas nieoczekiwanie. Sen, komiczne pomyłki słowne, chochlikowe niezdarności... Wszystkie one niosą znaczenie i sens dla człowieka. Jeśli tylko wejdziemy w nie i posłuchamy ich opowieści, możemy dotknąć i poznać mądrość, której nie zna sucha logika czy badania naukowe.

Podejście pana Freuda do nieświadomości poróżniło go z panem Jungiem. Freud twierdził, że nieświadomość jest wypartą częścią jednostki czy społeczności na skutek socjalizacji i tworzenia kultury. Po prostu człowiek z całą swoją impulsywną naturą (głównie agresja i seks) nie jest w stanie dopasować się do oczekiwań społecznych, więc wypiera, tłumi, zaprzecza itd. swoim popędom. Zbyt duże wypieranie kończy się nerwicą, a praca psychoterapeutyczna polega tu na dialogu z nieświadomym światem instynktów i popędów. Zdrowe ego, które żyje w twórczym napięciu między wybuchem instynktów libido a oceniającym, oskarżającym superego, potrzebuje światła świadomości, by zrozumieć i nauczyć się żyć w tym napięciu.

Podejście Junga do nieświadomości zdaje mi się sensowniejsze, choć jednocześnie nie oznacza to, że Freud zupełnie się mylił. Po prostu Freud z niebywałą precyzją zauważył istnienie mechanizmów psychicznych, jednak w moim odczuciu nie jest to podejście wyczerpujące. Uważam, że Jung celnie zauważył, że nieświadomość to coś więcej aniżeli wyparta energia libidalna. Mało tego, w koncepcji jungowskiej nieświadomość może być mądra i twórcza. Jest ona jakby skarbnicą mądrości. Baśnie, sny, mity, religie... Wszystkie te dziedziny niosą za sobą życiodajny sens, który jest pełny znaczenia. Stąd też analizowanie własnych snów, fantazji, wglądów jawi się nam jako droga do zgłębienia samego siebie. Nieświadomość nie jest czymś statycznym. Jest procesem, który wpływa na człowieka bezpośrednio. Czasem niweczy jego plany, zwraca uwagę na kwestie, które są nowe czy inne dla ego albo po prostu dotyka wnętrza indywidualnej psyche. Nieświadome ma zadanie! Może ono przy udziale świadomości przemienić człowieka i sprawić by stał się bardziej i głębiej sobą.

A teraz konkretny przykład!
Od dawna zwracam uwagę na to, co przydarza się w moim życiu. Z uwagą obserwuję swoje sny i staram się nasłuchiwać, co też mają mi do powiedzenia. Przyglądam się grupom dzieci i młodzieży (w pracy) i zastanawiam, co też tu się rozgrywa poza kurtyną deklarowanego spektaklu. Często w życiu widzimy jedynie przejawy działań. Pod różnymi sytuacjami kryją się lekcje, informacje, źródła, które są głębsze niż myślowe spekulacje i powierzchowna paplanina umysłu.

Pamiętam jak na jednym z kursów związanych z pracą wewnętrzną (psychoterapia procesu) w mocny sposób zrozumiałem, co znaczy wpływ nieświadomego. Sytuacja działa się w grupie trzech osób, w której mieliśmy pracować nad wybranym zagadaniem. W czasie rozmowy z jedną z uczestniczek zauważyłem, że próbuję ciągnąć rozmowę i dopasowywać się do zaistniałej sytuacji. Pojawiło się uczucie złości i zawstydzenia. W czasie zadania wszyscy z uwagą śledziliśmy własne odczucia, myśli i reakcje. Ileż tam się działo poza kontrolą świadomego umysłu! Następnie przez jakiś czas rozmawialiśmy o tym doświadczeniu. Jedna z uczestniczek zauważyła, że w czasie rozmowy ruszałem w specyficzny sposób palcami od nóg. Byłem wtedy bez butów. Popatrzyłem na swoje stopy. Dlaczego to robię? Czy jestem zdenerwowany? Spięty? Zacząłem badać siebie i pytać co komunikują mi moje stopy. Poczułem, że w tym wypadku nie chodzi o niepokój i trudności z komunikacją. I nagle... No tak! Przecież to jakby pies merdał ogonem. Moje stopy to psi ogon! Przypomniałem sobie te chwile, kiedy merdam stopą: czytanie dobrej książki, leżenie w łóżku z ukochaną osobą, picie kawy... W każdej z tych chwili cieszyłem się sobą i zwykłym byciem. Jakie znaczenie niosło to nieświadome działanie? A no takie, że w całej tej krępującej sytuacji jednocześnie istniała radość z bycia, radość z tej rozmowy, radość istnienia.

Poniższa sytuacja pokazuje mi, że nieświadome to nie jakaś wyparta energia czy straszne, mroczne siły. Nieświadome to po prostu część psyche, które żyje nas, pośród nas i w nas. Kontakt z nieświadomym to kontakt z rzeką doświadczeń. Psyche człowieka to nie jest indywidualna sprawa. Przyjęło się, że człowiek ma psychikę, ale zdaje się, że może być wręcz odwrotnie. To psychika ma nas. Ale to już temat na inny wpis.

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Co świętujemy w Boże Narodzenie?

Boże Narodzenie. Przedziwny czas. Budzi mnie do namysłu, do zdziwienia, do bliżej nieokreślonej wewnętrznej czci dla tego wyjątkowego czasu.

Od kilku dni rozmyślam nad symbolami, które narzucają się tu i ówdzie. Choinka, kolędy, rodzinny czas, światło, przesilenie zimowe, rodzący się Chrystus, opłatek... Nieświadomość z niebywałą odwagą i delikatnością dotyka mojej świadomej uwagi w tym czasie i zaprasza nie tylko do refleksji, ale i to pewnej formy uczestnictwa w tej magicznej liturgii. Co mówią mi te święta? O co w nich chodzi? Dlaczego tak wielu ludzi świętuje w tym czasie? 


Pytanie "dlaczego" z jednej strony kieruje mnie w poszukiwanie historyczno-społecznych przyczyn tych świąt. Oto kilkanaście wieków temu wczesne chrześcijaństwo spotkało się z kulturą rzymską. Jeśli chcielibyśmy tu powiedzieć językiem relacyjnym, co wydarzyło się między nimi to zaiskrzenie wydaje się być odpowiednim słowem. Rzym i chrześcijaństwo splotło się ze sobą i położyło podwaliny (razem z Grekami) dla rodzącej się cywilizacji europejskiej. Prawdopodobnie koło III/IV wieku rozpoczyna się chrześcijańskie świętowanie narodzin Jezusa Chrystusa. Zdaje się, że 25 grudnia był świętowany przez Rzymian jako święto boga słońca. Chrześcijaństwo, które w czwartym wieku naszej ery stawało się coraz bardziej powszechne w cesarstwie ochrzciło solarne bóstwo, które od wtedy "stało się" Chrystusem - wschodzącym słońcem, które przez wcielenie zamieszkało pośród ludzi, by pokonać ciemność ludzkiego życia. Symbol ten, choć w duchu chrześcijańskim ma swoją własną teologię, przyjął się w kulturze europejskiej i po dziś dzień w różnych formach żyje w świadomości zachodnich społeczeństw. Współcześnie Boże Narodzenie niekoniecznie musi oznaczać osobistego związku jednostki z jakimkolwiek wyznaniem chrześcijańskim. Przedziwne jest, że świętowanie Bożego Narodzenia to swoisty taniec różnych metafor, które splatają się ze sobą, asymilują bądź ścierają się wzajemnie. Kultury przenikając się ze sobą dokładały coraz to nowe symbole czy zmieniały ich znaczenie. I w ten sposób np. w Polsce mamy na święta choinkę, która prawdopodobnie pochodzi z XII wieku od germańskich ludów.

Na pytanie: "dlaczego" tak wielu ludzi świętuje w tym czasie, można odpowiedź w jeszcze inny sposób. Mianowicie można postawić pytanie o cel tego świętowania. Dla czego ludzie świętują? Co świętują? Co jest celem obchodzenia tych świąt? Jakie wartości uwidaczniają się w czasie świąt? Jakie postawy w tym czasie człowiek kultywuje i wzmacnia?


Jeśli przyjmiemy postawę empiryczno-fenomenologiczną, czyli będziemy badać to, co widać we współczesnej kulturze, zauważymy bogactwo symboli i znaczeń, które pulsują w naszych domach. Przystrojenie choinki, składanie sobie życzeń, gotowanie potraw, spotkania wśród bliskich, śpiewanie kolęd, przebaczanie sobie wzajemnie dawnych urazów i win, puste miejsce przy stole, łamany opłatek... Wszystko to niesie ogrom znaczeń i sensów! Żyjemy w nich, oddychamy nimi, jednak nie zawsze jesteśmy świadomi, co tak naprawdę robimy. Zadziwiające jest to, że końcówka grudnia to czas zimowego przesilenia. Dzień od tego momentu staje się coraz dłuższy, noc będzie się skracać. Wigilijny stół, w którym zbierają się bliscy, światło lampek na choince, rozświetlone twarze ludzi, którzy zajadają przepyszne potrawy... Światło w ten dzień zwycięża nad wszechogarniającą ciemnością. Ciemność ta wcale nie musi oznaczać jedynie moralnego zła. Może oznaczać np. nieokreśloność, chaos, nierozróżnioną jednię, nudę szarej egzystencji czy pustkę związaną z brakiem głębokich relacji czy z brakiem kontaktu z własnym wnętrzem. Przy stole może rodzić się nowa jakość bycia. Więc... Symbol ten przemawia do mnie, iż jeśli wejdę w to, co proponuje mi tu wydarzająca się nieświadomość, mogę zostać przemieniony. Symbol zwyciężania światła nad ciemnością oznacza zwycięstwo duchowych wartości tj. rodzinne więzy, pokój, uczciwość, bliskość, bycie-dla-innych, hojność (podarunki), radość nad szarością i nudą nie-urodzonej egzystencji.

Carl Gustaw Jung wyróżniał trzy momenty czy też rodzaje narodzin, które występują w życiu jednostki. Po pierwsze człowiek rodzi się cieleśnie. Ciało niemowlęcia staje się odrębne od matki i przez jakiś czas wzrasta. Następnie człowiek rodzi się jako ego, jako ja, jako konkretna tożsamość. Jung opisuje swoje własne doświadczenie związane z narodzinami ja. Oto jako dwunastoletni chłopiec nagle doświadczył odkrycia, że jest odrębny. Odkrył, że on to on. Ja to ja. Zdziwienie istnienia. Sam pamiętam swoje wczesnomłodzieńcze doświadczenie, gdy nagle dotknąłem tego, że jestem sobą. Przedziwne! Trzecie narodziny w życiu człowieka, to czas budzenia się, odkrywania w sobie Źródła, Boskości, wewnętrznej Jaźni. Jung twierdził, że większość ludzi ma możliwość doświadczenia narodzin Ducha w drugiej połowie życia. Wtedy też człowiek zauważa, że nie jest tylko swoim własnym ja. Przy odrobinie szczęścia, jakiejś duchowej praktyce czy przy sprzyjających okolicznościach dorosły człowiek może odkryć własną Głębię, duchową naturę swojego życia, cel i początek egzystencji.

Myślę, że Boże Narodzenie dotyka trzech rodzajów narodzin. Po pierwsze świętujemy narodziny konkretnego człowieka - Jezusa Chrystusa. Cielesne narodziny to rzecz niebywała. Ci, którzy doświadczyli narodzin dziecka we własnej rodzinie wiedzą jaka radość i świeżość dotyka ludzi w związku z narodzinami. Drugie narodziny, czyli powstanie tożsamości (ego) to w perspektywie konfesyjnej; narodziny wielkiego człowieka - Jezusa Chrystusa - osobowości, która wniosła sobą do świata niebywałą ekspresję duchową i wartości, na której zbudowana jest nasza cywilizacja. Każdy z nas na swój niepowtarzalny sposób nosi w sobie tęsknotę i pragnienie pozostawienia po sobie śladu czy też zbudowaniu czegoś dobrego w świecie. Narodziny duchowe pokazują, iż ten narodzony Jezus przynosi ze sobą Obecność, która jest Obecnością w każdym człowieku. Paradoksalnie! Człowiek pokazuje, iż Bóg mieszka w człowieku. Oto radość tej nocy! Człowiek nie jest tylko i wyłącznie swoim ciałem, swoim imieniem, swoją historią, swoją osobowością, swoimi osiągnięciami itd.. Człowiek pochodzi od Boskiej Obecności i nią jest w swojej Esencji. Religia, która zapomina o tym doświadczeniu i o tym, że służy samemu wnętrzu człowieka, przenosi, projektuje własną duchową naturę na konkretną jedną osobę, rytuał czy sposób świętowania. Moc Chrystusa to nie tyle moc osoby, a raczej moc wewnętrznej boskiej natury każdego człowieka, który w niej żyje, porusza się i jest. Znaczy to, że poznanie swojej wewnętrznej jaźni, wewnętrznego Chrystusa (w języku chrześcijan), samego rdzenia boskości to istota i serce tych świąt.

Świętowanie narodzin napawa mnie podziwem i przedziwnym zdumieniem. Narodziny z ciała, narodziny ego, narodziny Ducha... Dziwy same.

Boże Narodzenie niesie jeszcze wiele wspaniałych treści i symboli, ale idę już przygotować się do wigilii. Gloria in excelsis Deo!

"Wielkie zdziwienie: wszelkie stworzenie,
Cały świat orzeźwiony;
Mądrość Mądrości, Światłość Światłości,
Bóg-Człowiek tu wcielony."


wtorek, 7 sierpnia 2018

Ból w plecach, nocna księżycowa łuna i... zwyczajny spokój!

Każdy miewa dni przepełnione bólem czy cierpieniem. Ból w ciele z powodu kontuzji, chorób czy zwykłego starzenia się organizmu to standard w doświadczeniu życia człowieka. Ból, który jest naturalną częścią naszej egzystencji jest tylko w pewnej mierze związany z cierpieniem egotycznej świadomości. Gdy pozostajemy w uścisku ego, gdy lęk i poczucie winy są paliwem dla naszej codzienności, przeklinamy nasz los. Zupełnie inaczej człowiek radzi sobie z bólem, gdy wie, że jest czymś więcej niż ciałem, psychiką czy własną historią. Cierpienie jest w zasadzie wyborem, ból zaś nie zależy od naszej woli bezpośrednio.

Ostry ból przeszył moje plecy. Zbyt gwałtownie wykonałem kilka ruchów w ciągu dnia. Czułem nieprzyjemne ukłucie i pulsujący ucisk. Prawdopodobnie miałem lekko naciągnięty mięsień. Dzień upłynął mi w poszukiwaniu pozycji, które miały wywołać zmniejszenie bólu. Najtrudniej było nocą. W pozycji leżącej plecy bolały intensywniej. Przed godziną czwartą wybudziłem się na dobre. Leżałem spokojnie. Ból kołysał się w ciele, a ja będąc uważnym, odczuwałem spokój i wytchnienie. Nagle zorientowałem się, że bardzo często w takich sytuacjach, oprócz fizycznego bólu, pojawia się we mnie psychiczny dyskomfort. "Tego nie powinno być", "jak szybko wyeliminować to, co się dzieje?", "dlaczego mi się to przytrafiło?" itd. W tej sytuacji było inaczej. Po prostu leżałem w ciszy, w spokoju, przyglądając się poświacie księżyca. Piękny blask, cisza nocy i energia bólu. W mig zrozumiałem jak wielka jest różnica między bólem a cierpieniem. Ból to część tej egzystencji, cierpienie zaś to opcja, możliwość, wybór. Gdy jakiś czas temu przeczytałem słowa Byron Katie: "cierpienie jest kwestią wyboru", oniemiałem. Sprawę znałem od dawna z własnego doświadczenia i z towarzyszenia innym. Cierpienie egotycznego ja rozpuszcza się samo z siebie, gdy tylko przestajemy się kurczowo go trzymać i rezygnujemy z przyjemności cierpienia. Tak! Cierpienie w jakieś mierze wywołuje przyjemność i jesteśmy podświadomie przywiązani do niego. Osobie cierpiącej wydaje się, że cierpienie przychodzi na nią z zewnątrz. Egotyczne ja wyobraża sobie, że wszystko wokół powinno być inne, by człowiek mógł cieszyć się własną egzystencją...
Poświata księżyca... Ból w plecach... Akceptacja... Co za zdziwienie! Zrozumienie. Błysk.

Egotyczna świadomość przywiązana jest do apatii, poczucia winy, lęku i złości. Pamiętam swoje nagłe odkrycie, gdy kilka lat temu przechadzałem się ulicami Warszawy. Nagle zobaczyłem, że istnieje we mnie mechanizm, który potrzebuje cierpienia i jest do niego przywiązany. Inaczej mówiąc: chcę cierpienia i produkuję winę, lęk i niezgodę. Każdy kto podejmował głęboko terapię czy ma za sobą jakieś wglądy we własne wnętrze, wie, że ostatecznie nie można nikogo obarczyć winą czy odpowiedzialnością za własne życie. Dopóki cierpiący wierzy, że cały świat musi się zmienić, by on mógł żyć sensownie i w poczuciu spełnienia, dopóty trwa w beznadziei. Gdy odkryje, że to on sam jest odpowiedzialny za swoje życie, poczuje w sobie odwagę i akceptację. Przestanie wtedy stwarzać napięcie, cierpienie i bezsens. Droga się odwróci. Teraz mając w sobie siłę płynącą z odwagi, akceptacji i szacunku może uwalniać nabyte cierpienie. 

Leżałem na plecach. Ból krążył po ciele, a ja nie czułem ani niepokoju ani niechęci ani niezgody. Była we mnie jakby świadomość, że tak jak jest, jest w porządku. Jakiś czas później wziąłem tabletkę. Ból się zmniejszył, a ja zasnąłem o poranku przy wschodzącym słońcu.

Bądź czysty jak lustro, które niczego nie odbija.
Bądź oczyszczony z obrazów
i zmartwień, które przychodzą z obrazami.
Wpatruj się w to, co nie jest zawstydzone
i nie lęka się żadnej prawdy.
Zawrzyj wszystkie ludzkie twarze w twej własnej,
nie oceniając żadnej z nich.

W ten sposób suficki mistyk Rumi wyraził to, co we mnie się działo. Wolność od obrazów, obaw, zmartwień, całego negatywizmu pozwala odkryć to, co od zawsze jest jasne. W głębi człowieka istnieje zwykły, prosty spokój. Nie jest on wyjątkowy. Każdy człowiek ma go dokładnie taki sam. "W Nim poruszamy się, żyjemy i jesteśmy..." Negatywizm jest jak chmury, które przesłaniają naszą prawdziwą jaźń - słońce istnienia. Gdy chmury odchodzą okazuje się, że słońce było tu zawsze. Jedynie zanadto wierzyliśmy chmurom i ich nietrwałości. Owo słońce jest samą miłością.

Ci, którzy nie czują tej Miłości,
przyciągającej ich jak nurt rzeki;
ci, którzy nie piją rosy
jako pucharu wiosennej wody;
ci, którzy nie przyjmują zachodu słońca jako kolacji
i ci, którzy nie chcą się zmienić...
Pozwól im dalej spać. (Rumi)

I weź tu się pochwal człowieku czymś takim... Skoro to o czym tu mowa nie jest ani widzialne, ani osobiste, ani zdobyte. Spokój, który przewyższa umysł... Spokój, który pozwala być i cieszyć się własną egzystencją jest zwyczajny i prosty. Tak prosty jak wschód i zachód słońca. Tak zwyczajny jak ciepła herbata czy bzyczący komar. Spokój ten budzi się w nas, gdy odpuszczamy cierpienie i pozwalamy rzeczom być takie, jakie są. Tradycje duchowe zalecają akceptację, powstrzymywanie się od osądów, wspieranie wszelkich przejawów życia, bycie pogodnym, otwartym i przyjacielskim, przebaczanie, poddanie, bycie w teraźniejszości itd. Wszystko to może sprawić, iż odkryjemy własną jaźń...
Coś niebywale głębszego od potocznego i tymczasowego ja...