Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psyche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psyche. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 lipca 2021

Dziecko i ja. Spotkanie z wyobraźnią.


Obóz z dziećmi. Rok 2021.

Siła życia, wyobraźnia i rodzic

Bardzo lubię spędzać pewne okresy czasu z dziećmi. Otrzymuję nie tylko zastrzyk pozytywnej energii w postaci nieokiełznanych zabaw, przytulasów i śmiechu, zatapiam się również w zgłębianie psyche. Wyobraźnia, ekspresja, bezpośredniość dzieciaków zabierają mnie się w świat, w którym możliwość, czasem nawet omnipotencja, przekraczają rzeczywiste problemy i zwykłe "to nie możliwe". Po prostu "mogę" w percepcji dziecka jest silniejsze niż "nie da się". Dziecko nie zna się na abstrakcyjnych problemach czy rozumieniu ograniczeń świata, w którym żyje. Dlatego też dziwi się, gdy spotyka swoją twarzą podłogę podczas intensywnego nieuważnego biegu. Dziecko doświadcza energii życia, które pcha je do poznania i zgłębiania wszystkiego, a także do częstych impulsywnych frustracji z powodu niezaspokojenia owego pędu. Jakby owa siła doświadczała oporu, dzięki któremu kształtuje się również oddzielność brzdąca. Opór ten może być rozumiany jako przeciwieństwo biologicznej entropii. Znajomy biolog powiedział mi kiedyś o swoim zachwycie nad owym przeciwstawnym ruchem we wszechświecie. Oto na tle biologicznej entropii, powstaje przyroda, pojedyncze organizmy i człowiek, który krystalizuje się, tworzy się w elastyczne i żywe ja. Marcin. Kasia. Piotr. Cud istnienia. Od dawna zachwyca mnie rozwój i złożoność tych procesów.

Wracając do dziecięcych pragnień... Już, teraz, chcę, ma tak być jak chcę... Dorośli wobec naporu dziecięcego libido często stają skonfundowani czy zdziwieni. Zapomnieli bowiem jak to jest być dzieckiem. Rodzic to siła nie tylko porządkująca owe pragnienia, ale i bezpieczna przystań, granice, ramy dla ekspresji rozwijającego się brzdąca. Rodzic czy opiekun jest jak akwarium dla rybek w wodzie. Tworzy środowisko i przestrzeń na zabawę, poznanie i wzrost. Bycie bezpieczną przystanią dla rodzica w stosunku rozpędzonego młodego żaglowca nie jest łatwe. Nie dziwne więc, że wielu rodziców stwierdza, że osiwiało wychowując dziecko.

Ekspresyjność psychiki dziecka w dużej mierze podparta jest siłą wyobrażeń. Dziecko w mig potrafi wyobrazić sobie inny świat, wcielić się w zwierzę, w bajkową postać czy przemówić na pogrzebie rozjechanego żuka. Wyobraźnia u dzieci pełni również ważną funkcję wspierającą w rozwoju nowych umiejętności. I tak oto mały Janek, razem z kuzynką Krysią bawią się w sklep, nabywając przy tym wiele umiejętności społecznych i komunikacyjnych. 

Wyobraźnia kryje w sobie niezwykły potencjał, jednocześnie straszy małego człowieka potworami pod łóżkiem, ciemnością nocy czy obcym człowiekiem spotkanym na ulicy.

"Proszę pana... Widzimy straszne zjawy"

Na jednym z tegorocznych obozów w momencie zajęć plastycznych pewna trzynastolatka poprosiła mnie, żebym porozmawiał z nią i z jej koleżankami. W oczach zauważyłem przerażenie, głęboki strach. W mojej głowie, czyli głowie zwykłego wychowawcy, który dba o bezpieczeństwo mniejszych ludzi, pojawiły się przeróżne myśli odnośnie tego, co mogło się stać. Wyrwane drzwi, stłuczone lustro, spotkanie z chłopakami z innego obozu... Uspokoiłem się, uziemiłem, urealniłem i ruszyłem na spotkanie z grupą dziewcząt.

Już na samym początku dziewczęta przeszły do rzeczy.
- Proszę pana, bo my widzimy w tym budynku i dookoła przeróżne postaci. Widzimy je jednocześnie. Są do siebie podobne.

Wysłuchałem opowieści o dziwnych postaciach, które niepokoją dziewczęta. Były straszne i tajemnicze. Zjawiały się za rogiem i nie pozwalały na zabawę i spokojne spotkania. Po prostu się pokazywały.

- Proszę pana, to się zaczęło od burzy. Kiedy wysiadł prąd. Wszystko wyglądało jak z horroru. - powiedziała jedna z dziewcząt.

Po wysłuchaniu opowieści wytłumaczyłem im, że to, co widzą jest prawdziwe. Na ich oczach pojawiło się zdziwienie i zachwyt. Potem opowiedziałem, że ja tych postaci nie widzę, jak i cała reszta obozu, ale w ich wyobraźni one naprawdę istnieją. Zapytałem czy wśród tych zjaw jest jakaś postać, która wydaje się sprzymierzeńcem, której można zaufać. Dziewczęta powiedziały, że pojawia się tam również jakiś mały chłopiec o dziwnych wyglądzie. Ma sympatyczną twarz i zdaje się, że chce im pomóc.

Po osadzeniu w rzeczywistości i uspokojeniu rozstaliśmy się. Powiedziałem, że zawsze mogą do mnie przyjść, gdy wydarzy się coś niepokojącego.

Wiem, że wyobraźnia ma swoją wewnętrzną realność. Mówieniu dziecku, że to co widzi czy słyszy nie jest realne i nie ma się tym, co przejmować nie wydaje mi się dobrą drogą. Chłopiec, który boi się potworów spod własnego łózka o wiele więcej skorzysta, gdy rodzice nachylą się i porozmawiają z potworami, żeby nie straszyły jego syna niż zapewnianie, że fantazja to jedynie złudzenie. Gdy coś pojawia się w wyobraźni warto to uwzględnić niż przycinać możliwości tej wspaniałej siły. Poza tym wejście w świat wyobraźni dziecka buduje więź i zaufanie. Przekonanie, które może zrodzić się dzięki uznaniu wyobraźni przez rodzica, może brzmieć: jestem w porządku, to co się ze mną dzieje nie jest niepokojące, mama/tata mnie kocha z tym, co widzę. Poza tym rodzice potrafią poradzić sobie z potworami. Jestem bezpieczny.

Następnego dnia jedna z dziewcząt przyszła do mnie i powiedziała:

- Panie Rafale. Wszystkie potwory zniknęły. Tak nagle. Dziwne. Z dziewczynami myślimy, że ten chłopiec przyprowadził nas do pana. Dziękujemy.

Stałem się dla nich częściowo postacią z tamtego świata, która pokazała, że nie musimy się bać. Dróg do wyzwalania z lęku jest wiele. Jedną z nich może być praca z wyobraźnią.
Ucieszony ze skuteczności swojej interwencji i zachwycony siłą wyobraźni wróciłem do zabawy z siedmiolatkami, w której byłem koniem rycerza, który mierzył się z dzikimi ludami południa. Cóż to była za walka!

Ile śmiechu, bliskości i śmiechu do łez doświadczyliśmy - wiemy tylko my.
Ja i dziecko.



niedziela, 22 listopada 2020

Nowoczesność, jej blaski i cienie

Lubię pisać o świecie, o tym, co się dzieje i jakie to ma znaczenie dla człowieka i dla ludzkości. Zadziwia mnie to. Na codzień utożsamiam się z postawą introspekcyjną - bycia w sobie. Świat myśli, uczuć, mechanizmów psychicznych, głębin nieświadomości jest dla mnie jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń codzienności. Uwielbiam być w kontakcie jeden na jeden z innymi. Kocham świat medytacji, snów i odśrodkowych olśnień. Zadziwia mnie więc jak bardzo ciągnie mnie do pisania o procesach w świecie, o przemianach w dziejach, o rozwoju ducha w kosmicznym tańcu ewolucji. Introwersja pisząca o ekstrawersji. A jednak... Możliwe, że von Franz, pisząc o wielkim Freudzie, napisała coś trafnego o prostym Rafale i o każdym, kto lubi w różny sposób tworzyć. Osobowość, która na codzień jest introwertyczna, w swoich dziełach staje się ekstrawertyczna. Nie od dziś wiadomo, że psychika dąży do równowagi (fachowo nazywa się to kompensacją). Część naszych nieświadomych pomyłek, kłopotów czy nawet chorób to wezwanie do równowagi. Mądrość płynącego i żywego procesu psyche wzywa nas do zauważenia innej części naszych osobowości. Natura naszej psychiki jest dynamicznym procesem homeostatycznym. W związku z tym dam się porwać indywidualnym procesom mojego wnętrza i napiszę kilka słów refleksji o współczesności i jej córce nowoczesności. Obie zachwycają mnie nowością, którą wnoszą w świat. Jednocześnie zaś jak to bywa z młodością - nie znosi ona kompromisów i nie pyta o wczoraj, dlatego też ważne, żeby otoczyć ją dorosłą refleksją, która widzi nie tylko, co można zrobić, ale i to czego nie można albo i nawet nie wolno robić. Dla młodości granice nie istnieją, dlatego też potrzebuje ona mądrej dorosłości, która ujmie w ramy to, co energicznie nowe i dążące do zmian. W procesie dziejowym możliwe jest objęcie nowoczesności i jej nowości. Zdaje się, że wszystko, co do tej pory wypracowaliśmy nie może zostać odrzucone. Mądrość dziada i pradziada, baby i prababy nie może zostać odrzucona. Ryzykujemy w ten sposób zachwianie granic w jednostce i w społeczności, co możemy dobitnie zauważyć w rodzinach, w których granice nie są uznawane.

Współczesność kojarzy się z przyśpieszeniem, z wielozadaniowością, z rozwojem technologii i z komunikacją internetową 24 godziny na dobę. Możemy napisać czy zadzwonić do przyjaciół na drugim krańcu świata, studiować on-line, zrobić zakupy czy spotkać miłość swojego życia w social mediach czy na portalach randkowych. Świat przyśpieszył. Jasną stroną tego przyśpieszenia jest to, iż mamy więcej czasu niż ludzie żyjący setki lat temu. Dziś czas staje się większym zasobem niż pieniądz. Nie musimy walczyć o byt, o przetrwanie jak nasi przodkowie. Oczywiście dysproporcje społeczne istnieją i nie wszyscy w równym stopniu są aż tak uprzywilejowani. Mimo to współczesność daje możliwości. Mamy potencjały, o których sto lat temu mogliśmy jedynie śnić. Możliwe, że owe sny-marzenia wprowadzają nas w jeszcze szybszy świat informacji czy też postinformacji. Jednocześnie dzięki większej ilości czasu dla siebie, współcześni ludzie nieustannie studiują, uczą się, rozwijają. Psychoterapia czy treningi mentalne nie są już dziś wyłącznie dla osób zaburzonych czy chorych. Chcemy rozwijać się i poprawiać jakość naszego świata. Do niedawna w meandry rodzicielstwa wprowadzała matka, babka i rodzinna społeczność. Dziś sposób rodzicielstwa to wybór rodziców, którego dokonują na bazie obserwacji własnej rodziny, swoich preferencji, wiedzy internetowej i kursów on-line.

Jednocześnie przyśpieszenie odrywa nas od ziemi. Żyjemy w rzeczywistości chmury internetowej, w której spotykamy się z innymi, gratulujemy zaręczyn czy zachwycamy się zdjęciami nowonarodzonych dzieci przez komunikatory. Mogą dzielić nas setki kilometrów, a jednak jesteśmy w ciągłym kontakcie. Ostatnio z przyjacielem, który mieszka w innym mieście niż ja, pisaliśmy wspólny tomik poezji. Połączenie, uczucia, wizje były prawdziwe. Krytycy wirtualnego świata nie rozumieją, że choć nie jest on fizyczny, związany z doświadczeniem cielesności, to jest prawdziwy. Świat Internetu jest realny w tym sensie, że wpływa bezpośrednio na nas i umożliwia konkretną twórczość czy doświadczenia. 

Oderwanie od ziemi i do materii jest jakby drugą stroną nowoczesności. Wiem, co mówię. Mieszkam w stolicy, na drugim piętrze pewnej starej kamienicy, spędzając wiele czasu w Internecie na konsultacjach, zajęciach, pisaniu i tworzeniu. Gdy jadę na wieś do rodziny dotykam ziemię z dreszczykiem, z czcią i z przyjemnością. Robię to jakbym spotykał zapomnianą przeze mnie mityczną matkę. Na codzień nie oram ziemi, nie pracuję w materii. Dla homoostazy potrzebuję wyjść z facebooka, z zooma czy z książki czytanej na tablecie. Ponownie objawia się tu mądrość samej pyche. Nowoczesność w dużej mierze płynie na fali Internetu. Dziś mamy już do czynienia z  web 3.0, który nie tylko jest przestrzenią biernego czytania czy oglądania, ale i  aktywnego udziału przez użytkownika w dzieleniu się informacjami, sprzedażą, marketingiem. Można powiedzieć, że mamy tu do czynienie z kolejnym dobrodziejstwem, które musi być jednak uzupełniane kontaktem z naturą, z ziemią, z dotykalnymi relacjami, z archaicznymi uczuciami mitów, baśni czy religii i bezpośrednim, fizycznym kontaktem.

Nowoczesność ma wiele kolorów. Niedawno z jednym z uczniów z liceum, w którym pracuję, w ramach konsultacji filozoficznych, rozmawialiśmy o współczesności. W którymś momencie mój młody przyjaciel stwierdził, że współczesność to w dużej mierze indywidualizm. Możemy żyć, jak chcemy. Właściwie to dzisiejsze wezwanie rzucane młodemu człowiekowi wyraża się w maksymie: wybierz swoją ścieżkę i nią podążaj. Musisz wybrać sam. Jesteś odpowiedzialny za swoje życie. Indywidualizm to ścieżka współczesności, to swoisty imperatyw moralny czy etyczna podstawa. Indywidualizm na naszej planecie nie był oczywistością. Przedziwne połączenie zachodnich podstaw cywilizacji: chrześcijaństwa, greckiej filozofii, rzymskiego prawa i oświeconego rozumu (wraz z nim rozwoju nauki, medycyny, technologii) przyniosły rozkwit indywidualizmu. Ludzie przez dziesiątki tysięcy lat żyli stadnie i żeby przetrwać trzymali sztamę z własnym rodem, z plemieniem. Rodzina i jej prawo, zwyczaje, totem wartości i sensów były centralnym prawem i osią życia. Dziś na skutek nabrania osobistej mocy wielu ludzi nie boi się chodzić własnymi drogami, nawet jeśli oznacza to niechęć rodziny czy społeczności. Dziś chodzenie własną ścieżką jest nakazem i obowiązkiem moralnym. Wyzwań i problemów z rozwojem indywidualistycznych społeczeństw jest co niemiara, jednak samo poszanowanie dla praw jednostki i uznanie autonomii jest wielkim osiągnięciem cywilizacji Zachodu.

Nowoczesność to ekstrawertyczny rozwój, wyrażający się nie tylko w internetowych streamach komunikacyjnych czy sprzedażowych, ale również w sposobie życia. Przyśpieszenie może wiązać się z utkwieniem w jednostronności. Ekstrawertyczna postawa nie uwzględniająca introwersji dysharmonizuje człowieka i często woła przez nerwicowe, kompulsywne myśli czy gwałtowne afekty. Sytuacja izolacji pandemicznej sprzyja Zachodowi w wyrównaniu postawy psychicznej. Izolacja może być sytuacją rozwojową. Może pozwolić nam na rozwinięcie w nas i w naszych rodzinach jakości, które do tej pory nie miały możliwości na zaistnienie. O pandemicznych szansach rozwojowych mówiłem w live'ie, którego link podaję poniżej:

https://fb.watch/1ULCQ4NBCv/

Refleksja, którą snuję w ramach tego tekstu nie zamyka tematu, otwiera go raczej i stwarza nowe pytania. Nowoczesność jak nastolatek budzi w ludziach dorosłych przeróżne odczucia. Jedni zachwycają się energią tej siły, drudzy niepokoją się przyśpieszającą zmianą, trzeci demonizują nowoczesność jako córkę zamętu i destrukcji. Pewnym jest, że asymilacja nowoczesności zależy od każdego z nas. Możemy być ofiarami zmian cywilizacyjnych albo twórcami nowych czasów, którzy wnoszą świadomość i miłość w przemiany dziejowe. Decyzja zależy od nas.

środa, 26 sierpnia 2020

Krótka notka o świadomości

Jeden z moich ulubionych momentów we własnej introspekcji czy w pracy z ludźmi to sytuacje, gdy ktoś otwiera oczy. Przez otwarcie oczu rozumiem moment świadomości, głębokiego "aha", rozpoznanie prawdy. Uchwycenie świadomością subiektywnej prawdy, rekonstrukcja sposobów myślenia o problemie jest uwalniająca i podnosząca na duchu. Prawda, która jest pogłębioną świadomością, koi, wzmacnia i pogłębia. W tym tekście owy moment oświeconego rozumienia będę nazywał świadomością. Świadomość można pogłębiać. Odwrotnością życia świadomego jest życie nieświadome, mechaniczne, płytkie i automatyczne.

Życie automatyczne oznacza znikomy brak świadomej uwagi w życiu. Człowiek-automat nie zauważa swoich zachowań, impulsów, myśli. Żyje odruchowo w zgodzie z zaprogramowanym umysłem. Brak refleksji nad sobą, nad swoim życiem, nad sensem swojego bycia i działania skutkuje powtarzalnymi wzorcami, które zapętlają się w cyklu odczucie-myśl-zachowanie. Wiele osób dziwi się jak to możliwe, że pewne niepożądane sytuacje powtarzają się w ich życiu. Nieświadome programy, nieuwolnione emocje generują powtarzalne nawyki. Zmiana nawyków, czyli w gruncie rzeczy transformacja samego bycia-w-świecie  prawdopodobnie nie jest możliwa bez udziału świadomości.

Bycie nieświadomym może sprawić, że staniemy się ofiarami cudzych oczekiwań, wpływów czy potrzeb. Nieświadomość jako brak refleksji nad sobą jest również uwięzieniem w wewnętrznej dyktaturze przymusu powtarzalnych reakcji. W takim stanie jesteśmy zewnątrz-sterowni. Świadomość - wiedzenie, że uczucie czy myśl pojawia się w nas jest doniosłym etapem rozwoju człowieka. Zdarza się, że to co rodzic powtarzał dziecku przez pierwsze sześć lat życia nigdy nie zostało zbadane, rozpoznane i przepracowane w dorosłym życiu. W przypadku braku świadomości nasze życie może stać się spełnianiem czyiś słów, życzeń, pragnień. W takich okolicznościach nietrudno o stanie się robotem. Słyszałem historię ludzi, którzy wybierali dany zawód, bo spełniali oczekiwania środowiska czy rodzin, w których żyli. Nieświadome mechanizmy są powtarzalne i mechaniczne. Im mniej świadomości, tym mniej poczucia życia po swojemu, a więcej nudy, niskiego poczucia wartości i smutku.

Dzieci są niezwykle chłonne i w swojej niewinności wszystko, co widzą i co słyszą przyjmują za oczywistą prawdę. W ten sposób powstają programy przekonań, a wraz z nimi emocjonalne odruchy, które w dużej mierze mogą warunkować zachowania, postawy i nawyki w dorosłym życiu. Można zauważyć, iż wielu ludzi żyje utartymi schematami, wypracowanymi jeszcze w dzieciństwie. Brak możliwości zakwestionowania czy transformacji programów myślowych wzmacnia odczucie nudy, mechaniczności, tracenia życia czy bycia ofiarą. Gdy odzyskujemy świadomość, mamy większe możliwości wyboru, a wraz z tym wzmacnia się nasza wewnętrzna moc - poczucie bycia ok i akceptacja, aż do okrywania miłości i jej mocy.

Życie automatyczne i nieświadome oznacza życie w konieczności, w przeznaczeniu,w ślepym losie. Jak pięknie to pokazał C.G. Jung świadomość u swoich początków była czymś wątłym i słabym. Była jak wyspa na oceanie nieświadomości. Świadome życie nie oznacza neurotycznej kontroli. Wyraża się raczej we wzroście akceptacji, poczucia integralności czy pogłębienia miłości. Nieświadomość bez udziału świadomego czynnika jest trwaniem w ślepym losie, w automatycznym matrixie, zaś wzrost czynnika świadomego odsłania wewnętrzną wolność jako źródłowy sposób istnienia. Z perspektywy psychologii jungowskiej twórczy dialog między świadomym a nieświadomym dobrze robi drodze rozwojowej człowieka.

Praca wewnętrzna, niezależnie od nurtu, szkoły czy technik, sprawia odzyskanie mocy, wzrost poczucia żywotności i budzenie uważności. Ludzie świadomi siebie, własnego wnętrza czy osobistych uwarunkowań stają niezależni i wolni. Relacje budowane na aksjomacie rozwoju świadomości przestają być przystawaniem, dopasowywaniem czy uzależniającym, lękowym łączeniem się w pary. Zaczynają się raczej jawić jako więzi, które są świętowaniem pełni i obfitości. Na niższych poziomach świadomości związki zbudowane są na braku i na potrzebach. Im wyżej w rozwoju relacje stają się celebracją pełni, dobrobytu i szczęścia. Być świadomym siebie i posiadać możliwość podejmowania decyzji wzmacnia autonomię i poczucie szczęścia. Odpowiedzialność jest możliwością odpowiadania rzeczywistości przez własne decyzje. Odzyskanie mocy wewnątrz człowieka wpływa pozytywnie również na samopoczucie, pracę i zdrowie.

Samoświadomość jest również życiem w kontakcie z tym, co ciemne, trudne i bolesne. Każda poważna szkoła zdobywania wiedzy o ludzkim wnętrzu spotyka się na swoich ścieżkach z śmiercią, cierpieniem i bólem. Wszystkie te przystanki w ludzkim życiu mogą być rozwijające i pogłębiające. Co zrobić by cień spotkany w introspekcji nie był destruktywny to już temat na inny tekst.

Istnieje przeogromna ilość korzyści rozwojowych, które płyną ze wzmacniania i rozwijania samoświadomości. Marzę, aby psychoedukacja czy treningi samoświadomości trafiły do szkół i uczelni jako ważne komponenty edukacji. Komputery, nowoczesne metody edukacji i tony wiedzy niekoniecznie niosą sens współczesnemu człowiekowi. Według badań depresja czy trudności emocjonalne młodzieży wzrastają z roku na rok. Może zamiast kolejnych egzaminów, ksiąg do przeczytania, oczekiwań do spełnienia - lepiej, gdyby więcej ludzi miało dostęp do wiedzy o ludzkim wnętrzu i mogło nauczyć się instrukcji obsługi radzenia sobie z własnymi uczuciami, myślami, zachowaniami.

Gdy zmienia się wnętrze pojedynczego człowieka, zmienia się cały świat.

„Bez samoświadomości jesteśmy jak niemowlęta w kołyskach”. (Virginia Woolf)

Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła. (C.G. Jung)

To co sobie uświadamiasz, to też kontrolujesz, to czego, sobie nie uświadomisz, kontroluję ciebie. (Anthony de Mello)

Dopóki nie uczynisz nieświadomego – świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem” (C.G. Jung)

„Aby zmienić osobę, należy zmienić jej świadomość siebie”. (Abraham Maslow)


niedziela, 17 maja 2020

Sen o umierającej nieszczęśliwej, religijnej świadomości



Miałem sen. W nocnych obrazach widziałem znajomego kapłana, który rzewnie płakał nad umierającą religią. Płacz jego wzbudzał we mnie współczucie i przedziwne pocieszenie. Miałem w sobie pewną ujmującą myśl: "nareszcie, koniec niewoli". Jednocześnie wiedziałem, że proces ten jest trudny i wymagający. Następnie sen poprowadził mnie na cmentarz - miejsce, w którym ludzie wspominają to, co minione i prowadzą namysł nad umieraniem. W tym śnie, na tym właśnie cmentarzu razem z płaczącym kapłanem odczuwałem, iż religia umiera. Sen wzmocnił we mnie pragnienie, by napisać ten tekst. Chodził on za mną już od jakiegoś czasu.  

Znaczenie, które rozpoznaję w tym śnie, we własnym samobadaniu i studiowaniu psyche pokazuje mi, że procesy prowadzą mnie coraz głębiej do szczerości przed sobą i innymi. Szczerość ta wyraża się w tezie: spora część masowej i instytucjonalnej religii, jaką znam, opiera się na niedojrzałej religijności albo na strukturach, które nie mają wiele wspólnego z duchowością. Teza wcale nie jest nowa w dziejach ludzkości. Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że nie uważam, iż nowy ateizm albo zupełne odrzucenie religii - w sposób ideowy - ma jakikolwiek sens rozwojowy. Śmierć religii z powyższego snu nie wyraża końca instytucji czy wspólnoty konfesyjnej w sposób bezpośredni (choć i to dzieje się dziś na Zachodzie). Owy kres jest obumarciem mitu, którym świat zachodni żył przez wieki. Mit o wielkim upadku i wygnaniu z raju znajduje się dziś w agonii i choć tradycyjne religie ciągle opierają się na grzeszności człowieka i gniewie boga, który uśmierzany jest przez zbawiciela/i, to większa część świata zachodniego odrzuciła już myślenie o sobie w kategoriach grzechu jako skazy czy zranionej natury. Bardziej dojrzałą formę mit ten przybiera, gdy mówi o miłości Boga do upadłej ludzkości. Wspólne jednak dla obu form pozostaje przekonanie o zepsuciu czy też zranieniu ludzkości po grzechu pierworodnym.

Chciałbym objaśnić podstawowe pojęcia, których używam w tekście: religia i duchowość. Duchowość rozumiem jako najgłębszą ścieżkę, w której człowiek doświadcza i rozpoznaje źródło swojego istnienia. Terminu religia używam w przeróżnych kontekstach znaczeniowych: od fałszywych, niosących cierpienie struktur niedojrzałej psyche i jej przejawów w świecie zorganizowanych wierzeń, przez codzienne poszukiwanie połączenia z tym co głębokie, po konkretne "religie", które uformowane są przez doktryny, wierzenia, moralność, kult. Używam ich w sposób raczej mało ścisły. Zdaje mi się jednak, że podstawowa myśl zawarta w tych kilku akapitach będzie zrozumiała.

Zanim zacznę krok po kroku opisywać w jaki sposób mit o upadku ze Starego Testamentu przestaje dziś nieść znaczenie człowiekowi, chciałbym przytoczyć wierszotwór, który napisałem, będąc pod intensywnym wpływem snu:

PLĄSY NA GROBACH PRZODKÓW

śniłem
kapłan płaczący z żalu po religii

płacz, szloch, żałoba

to mój przyjaciel
religia jaką znał

przeminęła

ta religia, w której

przyjemność to grzech
kobieta to podrzędna forma życia
masturbacja otwiera piekło
a nie-modlenie wprawia boga w gniew

religia, w której

śmiech, zabawa i bycie sobą to grzech
lęk przed piekłem popycha do kościoła
nauka to narzędzie szatana
a rację ma tylko jedno credo


cmentarz
jestem tam z przyjacielem

żegnamy się z opresyjną religią
jak dzieci płaczące po ojcu, który bił
z radością i z ulgą

cisza cmentarna
po śmierci religii, 
zostaje tylko ona

miłość

znana od wieków

cierpliwa
łagodna
nie unosi się pychą
nie pamięta złego

wyznawana czy nie - pełna
z człowiekiem czy bez - otwarta
z kościołami czy bez - wszędobylska
z modłami czy bez - wewnętrzna


przecieramy łzę
jesteśmy wolni



Mit o wielkim upadku można interpretować z perspektywy: teologii, socjologii historycznej, badań nad mitami, kulturoznawstwa, gnostycyzmu itd. Adam, Ewa, wąż i przechodzący po ogrodzie bóg doczekali się już wielu przeróżnych interpretacji. Od strony dominującej teologii w ramach chrześcijaństwa mit opowiada o tym, iż u zarania dziejów pierwsi ludzie zgrzeszyli nieposłuszeństwem wobec boga i od tego momentu na świecie pojawił się znój ciężkiej pracy i bóle rodzenia (trud i cierpienie). W sensie literalnym mit ten kilka wieków temu został obalony przez naukowy empiryzm, a nawet przez dojrzałą teologię. Patrząc na ewoluujący wszechświat trudno bowiem sobie wyobrazić, iż sens literalny mógł wydarzyć się realnie w konkretnym czasie i w konkretnej przestrzeni. Dlatego też wielcy myśliciele w katolicyzmie pokazywali, iż znaczeniowy sens "wydarzeń z ogrodu Eden" jest jedynie ograniczoną metaforą. Jednak co ciekawe, jeśli przysłuchasz się kapłanom czy chrześcijańskim misjonarzom, zawsze usłyszysz tę prawdę; człowiek u zarania dziejów zgrzeszył, okazał nieposłuszeństwo przez zakazany czyn; zerwał owoc z drzewa poznania dobra i zła. Od strony psychologicznej taka interpretacja tego mitu rodzi poczucie winy i pewne niezrozumienie. C.G. Jung, dziecko protestanckiej rodziny teologicznej, zadając pytania pełne empirycznego myślenia, dostawał odpowiedź od ojca: Karl, ty chciałbyś tylko wiedzieć, tu trzeba wierzyć. Współczesny człowiek nie wierzy na słowo, musi mieć potwierdzenie od strony doświadczenia czy empirii naukowej. Mowa tu oczywiście o człowieku, który na poważnie i z zaangażowaniem chce poznać daną prawdę. Pewna bliska osoba opowiadała mi ostatnio jak nie mogła zrozumieć jako dziecko literalnego sensu mitu o upadku. "Jak odpowiedzialność Adama i Ewy może wpływać na to, co jest teraz? Dlaczego oni to zrobili? Świat bez ich nieposłuszeństwa byłby rajem?" Zdziwiłem się, bowiem okazało się, że wiele dzieci, pochodzących ze środowisk religijnych ma podobne myśli. W podobny sposób młody Jung mierzył się z tematem grzechu pierworodnego:

W myśli przebiegłem długi rząd nieznanych przodków, by w końcu dojść do Adama i Ewy. Tu nasunęła mi się decydująca myśl: Adam i Ewa to pierwsi ludzie, oni już nie mieli rodziców, lecz zostali stworzeni przez samego Boga takimi, jakimi byli - stworzeni w określonym, Bogu znanym celu. Nawet nie przyszłoby im do głowy, że mogliby być inni, niż byli, albowiem byli doskonałymi stworzeniami Bożymi - Bóg stwarza przecież jedynie same doskonałości. A jednak popełnili grzech pierworodny, ponieważ uczynili to, czego Bóg chciał. Jak to było możliwe? (C. G. Jung "Wspomnienia, myśli, sny...")

Tradycyjna teologia broni się w tym miejscu "wolną wolą" pierwszego człowieka. Wyjaśnienie to jest sensowne w ramach teologicznego dyskursu. Jednak sam fakt "istnienia pierwszych, grzeszących rodziców" jest nie do przyjęcia w ramach dzisiejszej wiedzy o świecie. Po prostu hipoteza ewolucji i rozwój jaki obserwujemy w świecie dekonstruuje przekonanie, iż człowiek został "wsadzony" w świat jako jednostka wyizolowana od reszty natury. Dziś rozumiemy, że proces wyodrębniania się ludzkiej świadomości musiał trwać w dłuższym czasowo procesie. Jung zwracał również uwagę na fakt, iż u początków świadomość musiała być nikła i wątła. Możliwe, że świadomość człowieka na przestrzeni setek lat wyodrębniała się z nieświadomej jedni jak człowiek budzący się powoli z głębokiego snu.

Cała struktura powyższego mitu, pokazuje jak "grzeszne" są kobieta i wąż, a z nimi życie i seks (zauważ jak duże znaczenie seksualności i jej obostrzeń istnieje w ramach religii z poziomu mitycznego). Oczywiście przeciętny wierzący chrześcijanin powie, iż seks jest dobry, ale jedynie w ramach małżeństwa. Owo "ale jedynie" zdradza nam jak bardzo wierzący ludzie utożsamiają bóstwo z jego obrazem istniejącym w psychice człowieka. Jeśli przestudiujesz wnikliwie Pismo Święte zauważysz, że obrazy boga w nim zawarte są paletą tego, w co wierzyli ludzie na temat danego boga i bóstw; bóg w księdze Rodzaju, bóg w księdze Samuela, bóg w księdze Ozeasza itd. Każdy z tych obrazów pokazuje nam boga jako antropomorficzną postać, która nieustannie interweniuje w losy świata.  Dla przykładu bóg w ST jest niebywale kapryśny i zmienny. Często bywa rządny krwi i walki, następnie przebacza i przytula. Dziś taki bóg nadawałby się idealnie na porządną psychoanalizę (chrześcijański obraz boga z poziomu mitycznego wymaga ascezy seksualnej i uznaje popędy za sferę grzeszną). Interwencje Jahwe są pełne nakazów moralnych i kultycznych. Sposób komunikacji boga jest jednocześnie zapośredniczony przez kapłanów i proroków. Bóg tych ludów to pewien obraz, który niezbędnie formułował społeczeństwo, wierzenia, moralność, a ostatecznie tworzył sens więzi i porządek społeczny. Współczesny bóg chrześcijan również wypowiada się na przeróżne moralne tematy tj. aborcja, antykoncepcja, homoseksualizm itd. przez doktryny czy kapłanów, powołując się często na asystencję ducha świętego (o zgrozo współcześnie większość tych tematów dotyczy seksualności czy płodności). Te przeróżne obrazy są w istocie impresjami pochodzącymi z psychiki człowieka i są odbiciem tego, jaki jest człowiek. Psychologia głęboka odkryła bowiem, iż ludzie noszą w sobie różne obrazy boga. One zaś oddziałują na rozumienie życia i konkretne działania. Duchowość nie zajmuje się jedynie doświadczeniem owych obrazów, choć i to dzieje się w praktykowaniu ścieżek kontemplacyjnych i jogicznych, ale jej główne zadanie to prowadzenie do empirycznego, wewnętrznego rozpoznania boskiej rzeczywistości. Droga ta jest mozolna i wąska. Oznacza bowiem spotkanie się człowieka z nieświadomymi siłami, które przekraczają ego jednostki. Głębokie ścieżki duchowe stronią od mówienia o bogu, a zapraszają do inicjacji, czyli konkretnej ścieżki praktykowania medytacji czy kontemplacji, albo mówią też apofatycznie - kim lub czym bóg nie jest - co może poprowadzić do bezpośredniego rozpoznania "rzeczywistości, którą nazywamy Bogiem". Prawdziwe niepoznawalne zmysłami czy rozumem bóstwo poznaje się od wewnątrz w doświadczeniu mistycznym, które przekracza wszelkie religie i dyskursy - a z nimi transcenduje wszelkie obrazy bogów i bóstw. Sam rdzeń boskości jest w istocie poza imieniem i poza religią jak głoszą to nam mistycy wszystkich czasów. Podstawowe rozróżnienie między bogiem jako obrazem, który w projekcji interweniuje i moralnie ogłasza ludziom, co mają robić, a bóstwem jako wewnętrzną iskrą życia, jest w moim odczuciu fundamentalną kwestią w całym dyskursie. Fanatyzm religijny to psychologicznie przywiązanie do jednego obrazu z wiarą i z odczuciem (z pasją), iż on jest jedyną, niepodważalną prawdą. W tej sytuacji mamy do czynienia z inflacją ego - nie liczy się już ja człowieka, który wierzy w danego boga, ale jedynie samo żarliwe odczucie płynące z boskiego obrazu, a z nim konkretne działanie w imieniu danego boga. Droga ta może prowadzić nawet do gotowości, by zabić innowierców, wysadzić wieżowiec czy klinikę aborcyjną ze względu na napływ intensywnych treści nieświadomych na ego-świadomość. Oczywiście można by w tym miejscu przedstawić linie rozwojowe psyche w kontekście obrazów boga i bóstw. Jednak wykracza to poza ramy tego krótkiego tekstu.

Joseph Campbell, amerykański mitoznawca, w książce "Potęga mitu" pokazuje w sposób dobitny jak mit o upadku wpływa na rozumienie świata:

Główna idea biblijnej tradycji Upadku mówi, że natura, jaką znamy jest zepsuta, seks sam w sobie jest zepsuty, kobieta, jako ucieleśnienie seksu, jest szerzycielką zepsucia. Dlaczego Adamowi i Ewie została wzbroniona wiedza o dobru i złu? Bez tej wiedzy bylibyśmy gromadą dzieciaków nadal bawiących się w Edeńskim Ogrodzie i niemających żadnego udziału w życiu.

(...)
W odziedziczonej przez nas tradycji biblijnej życie jest zepsute, a każdy naturalny impuls - grzeszny, o ile nie zostanie obrzezany albo ochrzczony. Tym, który przyniósł grzech na świat, był wąż, jabłko zaś dała mężczyźnie kobieta. Utożsamienie kobiety z grzechem i węża z grzechem, a więc i życia z grzechem - oto splot, który określił cały mit biblijny i naukę o Upadku.

Zdaje mi się, że współczesny chrześcijanin nie zgodziłby się z powyższymi tezami. Jednak poczucie winy w ramach głoszonej nauki pozostaje podstawowym, nieuświadomionym kawałkiem kerygmatu chrześcijańskiego. Kapłan zaczynający misterium wielkiej nocy opowiada o tym jak Chrystus pokonał zło i grzech, który uczynił człowiek. Bez owego poczucia, że robię coś nie tak albo że jest ze mną coś nie w porządku, bardzo trudno praktykować dziś chrześcijaństwo. Znam to z własnego doświadczenia. Kiedyś bliska osoba powiedziała mi, że trudno jej odnaleźć się nawet wśród kaznodziejów polskiego katolicyzmu z racji na to, iż nauka, którą słyszy zaczyna się od niedoskonałości, grzeszności i ułomności człowieka. Następnym zaś krokiem jest mowa o działającym i miłosiernym bogu. Oczywiście psychologiczny cień jest częścią naszej natury, jednak ludzie, którzy nie rozumieją swoich ludzkich impulsów w kontekście grzeszności nie są w stanie odnaleźć się w religii chrześcijańskiej. Jakiś czas temu znajoma opowiadała mi o tym, iż przestała chodzić do kościoła ze względu na to, iż bez poczucia winy uprawia seks poza instytucją małżeństwa. To zaś dyskwalifikuje ją jako uczestniczącą w pełni liturgii. Musiałaby być w ramach wspólnoty grzesznicą, a sumienie nie wyrzucało jej, iż to, co robi jest złe i wymaga bożego przebaczenia.


Mity nowoczesne, które uwzględniają nie tylko naukowe hipotezy (np. ewolucję) ale też mistykę, która zawsze miała trudności we współbyciu z religijnym establishmentem, pokazują, że świat się rozwija. Cierpienie więc, a z nim wszystko, co nazywamy złem, jest częścią procesu stwórczego. Mistyk widzi wszędzie Boga, więc grzech, choroba, śmierć są tak samo uprawnione jak wszystko inne. Grzech rozumiany w tej dynamice jest jako część egzystencji. Odrzucanie życia i jej przejawów w mig rozwija neurotyczne cierpienie. Dlatego też, jak pięknie to pokazał C.G. Jung w Aion. Przyczynki do symboliki jaźni, dawny symbol walczących ryb (ciągłe ścieranie się życia ze śmiercią, cnoty z grzechem, boga z diabłem, człowieka z naturą) zostaje dziś zastąpione przez postać wodnika, który zamiast walki - wybiera świadomość i rozumienie, zamiast zadawania sobie bólu samoagresji i bolesnego podziału. Z dużą ciekawością przyglądam się współczesnym ruchom kontemplacyjnym chrześcijaństwa, które reprezentują wodnikowy styl duchowości. Duchowość nie tworzy poczucia winy w ramach struktur wprowadzających i objaśniających. Raczej daje możliwości uwalniania człowieka z poczucia niedoskonałości.

David R. Hawkins w taki sposób ujął współczesny ruch odchodzenia ludzi od tradycyjnych form religijnych na Zachodzie:

W toku wieloletnich obserwacji klinicznych poczucie winy okazywało się najczęstszym powodem odchodzenia od religii. To dlatego, że spełnienie wymagań religii wydawało się nieosiągalne. Zadaj sobie pytanie: Dlaczego? Zawsze chodzi o rozdźwięk między tym, jacy w swoim mniemaniu powinniśmy być, a tym, za jakich w rzeczywistości się uważamy. Zamiast czuć się winna, wypróbuj uwalnianie i odpuszczanie wszystkich negatywnych uczuć, jakie się pojawiają. Poczekaj i sama zobacz, jak zmieni się twoja postawa. (D. Hawkins "Technika Uwalniania")


W czasie pisania tegoż tekstu wychodzi kolejny film "Zabawa w chowanego". Obie produkcje braci Sekielskich, oprócz konkretnej krzywdy ludzi i mechanizmów wypierania przez instytucje kościoła problemu pedofili, pokazuje poziom dojrzałości polskiej religii. Można powiedzieć, za teoretykiem systemów religijnych i duchowych Kenem Wilberem, iż większa część polskiego katolicyzmu jest na poziomie mitycznym w rozwoju religii. Poziom ten charakteryzuje się brakiem racjonalności i integralności. Mityczna optyka widzi cały świat jedynie w perspektywie religii. Wszystko jest sakralne i wpisane w dany mit religijny. Nie istnieje nic poza bogiem czy diabłem. Zauważ, że kapłan molestujący dzieci stwierdza, że diabeł go skusił. Nie widzi racjonalnych przyczyn psychoseksulanych swojego zachowania. Nie potrafi widzieć rzeczywistości w perspektywie racjonalnej, np. używając psychologii czy nawet zdrowego rozsądku. Wszystkie rzeczy są otoczone sztywną sakralnością, co jest owocem niedojrzałości psychicznej. Na wysokich poziomach duchowych człowiek potrafi rozróżniać, badać moralnie samego siebie, a także rozumieć świat w sposób złożony. Inaczej mówiąc; doświadczenie religijne musi uwzględniać psychologię, etykę i własne uwarunkowania.


Sen, o którym pisałem na początku tekstu jest rodzajem pragnienia czy marzenia w stosunku do rozwoju religii. Kilka lat temu praktykując katolicyzm odkryłem, że sam system strukturalny religii opiera się na fałszywych założeniach, co do natury człowieka. Człowiek nie jest zepsutym przez grzech pierworodny stworzeniem, a rozwijającą się naturą, która nosi w sobie boskie Źródło, które dalekie jest od antropomorficznych bogów, uwarunkowanych kulturowo. Jak to trafnie zauważył Hegel - wielu chrześcijan wyobraża sobie boga jako "kręgowca o gazowym ciele". Eteryczny bóg jest tu istotą oddzielną, żyjącą w niebie albo chodzącym po ziemi interweniującym super-bohaterem typu avengers. Wszystko to jest pewnym ważnym etapem rozwoju świadomości, jednak nie jest to samym Esencją Istnienia. Mój sen jest marzeniem o upadku dualistycznego i neurotycznego religijnego mitu. Marzenie to powstało po doświadczeniu uwolnienia od mitu o upadku i dotknięciu w sobie miejsca, które nieskażone jest nieszczęśliwą świadomością, o której czytamy w Fenomenologii Ducha Hegla, która jest w istocie oddzielonym ja, której ustawia siebie naprzeciwko boga, który widziany jest jako oddzielna rzeczywistość. Mistyka pokazuje, że jest to jedynie błąd poznawczy, maja, nieświadomy, niezbudzony stan świadomości. Etap tej wędrówki jest konieczny w rozwoju ludzkiej świadomości, jednak wielu współczesnych doświadcza dziś "śmierci boga" i zaniku owej dualistycznej struktury. Dalej droga może prowadzić albo do nihilizmu i rozpaczy egzystencjalnej albo do duchowego doświadczenia jedności z boską rzeczywistością (piekło nihilizmu jest etapem przejściowym w duchowych ścieżkach przybierająca postać doświadczeń nocy i pustki).

Oby kolaps fałszywej i niedojrzałej religii stał się udziałem jak największej ilości ludzi i wspólnot. Duchowość, a z nią miłość, jako ścieżka jednocząca i afirmująca życie, może być kolejnym etapem w drodze ewolucji świadomości człowieka. Możliwe, że konfesyjne ścieżki wielu religii zmienią się nie do poznania pod wpływem tej transformującej przemiany. Jednak w najbliższym czasie zdaje się to, z wielu racji, jeszcze niemożliwe. Owo "jeszcze" jest tym, co wymaga zaangażowania i pracy poznawczej, a co jednocześnie budzi nadzieję, iż ewoluująca boskość dokonuje transformującej przemiany przez setki czy tysiące lat istnienia tego wszechświata.

sobota, 2 listopada 2019

Tańczące liście, świato-pogląd i Umiłowanie!

Wracałem z pracy. Dzień minął przyjemnie. W jednej klasie uczniowie doświadczyli przebaczenia, w i drugiej zaś 'mali ludzie' odkryli, że praca w odmiennych płciowo grupach jest ciekawa. Dla dziecka na pewnym etapie rozwoju tego typu odkrycie przez doświadczenie, to niebywały skok rozwojowy. 

Wracałem z radością. Miło jest wspomagać ludzi w jakimkolwiek wieku w rozwoju. Od zawsze miałem wrażenie, że jest to jedna z moich życiowych dróg. Liście tańczyły wokół mnie, obracane przez ciepły wiatr.

Wracałem z głodem, więc po drodze wstąpiłem do piekarni po pyszną gruzińską bułkę. Zaglądam na facebooka, a tam we wspomnieniach pojawiło się następujące zdjęcie:


Było to zdjęcie z wydarzenia sprzed trzech lat. Nie pamiętam już dokładnie o co nam wtedy chodziło. Toczyła się rozmowa wśród przyjaciół i w którymś momencie powstało to zdjęcie. Po powrocie do domu po tamtym spotkaniu napisałem:

Obecność.
Wszystko jest Obecnością. Zwyczajną, prostą, pełną spokoju Obecnością. Niewytłumaczalną, naturalną, nie znającą przymusu, podziałów i lęku przestrzenią. Jest wszędzie, w każdej istocie. W liściu, w kropli deszczu, w ramieniu przyjaciela.
Niczego nie żąda, niczego nie wymaga. Nigdy się nie kończy. Cieszy się, że jest. Pochodzi znikąd i prowadzi donikąd. Wieczna. Jest mała jak ziarnko gorczycy - niewidzialna. Z niej to wyrasta wielkie drzewo - cały wszechświat. Obecna we wszystkim, choć nie krzycząca o swoim istnieniu. Ziarenko obecne w całym drzewie, choć jakby umarłe, nie-będące.
Pełna. Wystarczająca. Bez braku. Tu i teraz. W każdym.

Zdjęcie i cytat wzbudziły we mnie bardzo pozytywne uczucia. Przypomniało mi to przemianę, której wtedy doświadczałem. Byłem religijnym człowiekiem, który przez lata starał się medytować, wchodzić w siebie, poszukiwać Boga. Czas, w którym powstało to zdjęcie był momentem, gdy wszelkie koncepcje na temat religijnej natury Boga zniknęły. Zrozumiałem wtedy, że wszelkie moje obrazy boskości były związane z projekcją antropomorficzną, tzn. wszystkie dobre, idealne cechy, których pragnąłem, rzutowałem na Boga. Po odkryciu, iż Bóg nie jest ani osobą ani nie-osobą odkrywałem prostą radość bez towarzyszących obrazów, wyobrażeń, projekcji. Bóg, który wcześniej był konkretną osobą z wolą, z inicjatywą w działaniu, z aparatem interwencji w ten świat i w moje życie, zniknął. Początkowo pojawiła się święta pustka czy też czysta nicość. Z czasem owe nic coraz bardziej jaśniało wszystkością. Po czasie zapomniałem trochę o doświadczaniu i rozmyślaniu na temat duchowości. Zająłem się bowiem bardziej psychologią, zarabianiem pieniędzy i relacją z kobietą. Jednak samo głębokie odczucie czegoś istotnego pozostało.

Dziś dzięki wielu światłym ludziom rozumiem, że proces, który wtedy przechodziłem był naturalnym i rozwojowym ewolucyjnym krokiem. Zapewne można popatrzeć na to wydarzenie z wielu perspektyw. Chciałbym w tym miejscu posłużyć się Teorią Integralną Kena Wilbera, a dokładnie jej małym wycinkiem - linią rozwojową światopoglądów.

Rozwój światopoglądów w ramach psychologii rozwojowej cieszy się od lat zainteresowaniem naukowców. Chciałbym tu pokazać jedną z takich opcji, które proponuje Ken Wilber. Posłuchajmy co ma do powiedzenia ten teoretyk systemów na temat rozwoju światopoglądów:

"Świat, w którym żyjemy, nie został nam dany z góry. Jedną z najważniejszych zasad postmodernistycznej rewolucji w filozofii, psychologii i socjologii jest zasada mówiąca, że istnieją różne światopoglądy - różne sposoby kategoryzowania, prezentowania, opisywania i organizowania naszych doświadczeń. Nie istnieje jeden, monolityczny świat z jednym, uprzywilejowanym sposobem przedstawiania go, lecz raczej wielorakie światy z pluralistycznymi interpretacjami. Co więcej, te światopoglądy często - w istocie niemal zawsze - zmieniają się z epoki na epokę i z kultury na kulturę. Nie należy rozumieć tego w sposób skrajny - różne interpretacje mają wiele cech wspólnych, dzięki czemu świat się nie rozpada. Faktycznie, uczeni odkryli, że w językach, uczuciach, strukturach poznawczych, w percepcji kolorów itd. występują pewne (a często liczne) cechy uniwersalne. Te uniwersalne elementy splatają się i organizują na najróżniejsze sposoby, w rezultacie czego powstają tkaniny różnorodnych światopoglądów.

Choć teoretycznie istnieje niemal nieskończenie wiele światopoglądów, wydaje się, że w historii człowieka na tej planecie jest około tuzina światopoglądów, które wywierały i wciąż wywierają szeroki i znaczący wpływ. Badania takich uczonych, jak Jean Gebser, Gerald Heard, Jurgen Habermas, Michel Foucault, Robert Bellah, Peter Berger i innych wykazały, że do głównych światopoglądów należą: czuciowo-ruchowy, archaiczny, magiczny, mityczny, mentalny, egzystencjalny, nadpsychiczny, subtelny, przyczynowy i niedualny. (Ścisłe znaczenie tych terminów stanie się jaśniejsze w dalszej części tego tekstu).

Nie chodzi o to, który z tych światopoglądów jest słuszny, a który błędny; wszystkie są odpowiednie dla swojego czasu i miejsca. Chodzi raczej o zwykłe skatalogowanie, najtroskliwiej jak to możliwe, bardzo ogólnych cech charakteryzujących każdy światopogląd i „wzięcie w nawias" (lub odsunięcie na bok) chwilowo kwestii, czy te światopoglądy są „prawdziwe", czy nie - opiszemy je po prostu tak, jakby były prawdziwe. Np. światopogląd magiczno-animistyczny cechuje częściowe przenikanie się podmiotu i przedmiotu. Dlatego ludzie utrzymujący ten światopogląd czują bezpośrednio, że „przedmioty nieożywione", takie jak skały i rzeki, żyją lub nawet mają duszę albo swojego ducha. Światopogląd mityczny odznacza się ogromną liczbą bogów i bogiń, będących nie jakimiś bytami abstrakcyjnymi, lecz głęboko odczuwanymi siłami, z których każda ma bezpośredni wpływ na sprawy ziemskich mężczyzn i kobiet. Światopogląd mentalny - którego najbardziej znaną częścią jest „światopogląd racjonalny" - cechuje przekonanie, że obszar subiektywny jest całkowicie odrębny od obiektywnego obszaru natury. Jeden z najbardziej naglących problemów w tym światopoglądzie stanowi kwestia powiązania tych dwóch obszarów. Światopogląd egzystencjalny rozumie, że istnienie różnorodnych perspektyw leży w naturze wszechświata, a więc nie tylko nie istnieją żadne uprzywilejowane perspektywy, lecz sami musimy wydobyć jakiś sens z tych przerażająco różnorodnych możliwości. Cechą światopoglądu subtelnego jest postrzeganie subtelnych form i transcendentalnych archetypów, pierwotnych wzorców przejawów, które zwykle uważane są za Boskie. Światopogląd przyczynowy odznacza się bezpośrednią realizacją bezkresnego, nieprzejawionego obszaru - zwanego różnie: pustką, ustaniem, Otchłanią, Nienarodzonym, Ain, Ursprung - bezkresnej Bezforemności, z której wyłania się cała manifestacja. Światopogląd niedualny reprezentuje całkowitą jedność Bezforemnego z całym światem Formy.

Te różne światopoglądy ukazują prawdziwie oszałamiającą gamę sposobów, w jakie nasze doświadczenia mogą być organizowane i interpretowane. Nie są to w żadnym razie jedyne światopoglądy ani powyższa lista nie jest zamknięta czy ustalona z góry - ona ciągle się rozwija, otwierając nowe możliwości. Ale jeśli nie mamy żadnego światopoglądu, pozostajemy zagubieni w niemiłosiernie jazgoczącym zamęcie doświadczenia, jak to określił William James." (Jeden Smak, Ken Wilber, s. 157-158)

Biorąc pod uwagę powyższy opis teoretyczny zrozumiałem, iż rozwój koncepcji Boga/boskości/ostatecznej rzeczywistości jest związany bezpośrednio z etapem rozwojowym w ramach światopoglądu człowieka. Światopogląd zaś związany jest bezpośrednio z doświadczaniem. Na poziomach archaiczno-magicznych człowiek i natura, człowiek i przedmiot, człowiek i matka, człowiek i Bóg itd. są ze sobą zjednoczenie w nieświadomej jedni. Carl Gustav Jung, za Lévy-Bruhl'em, nazywał to participation mystique, które jest w istocie przedświadomym 'zlaniem się'. Od momentu wyjścia z nieświadomej jedni zaczyna się psychiczny rozwój danej struktury, cechy, osoby czy społeczeństwa. Pojawiają się rozróżnienia i świadomość oddzielności. Np. dziecko na pewnym etapie rozwojowej uświadamia sobie swoją oddzielną świadomość (temat granic ego).

Zdaje się, że prawdziwe jest zdanie bliskiej mi osoby, że wiedza dąży do mnogości, zaś miłość jednoczy. Coś w tym jest. Świat widzialny istnieje przez oddzielania, wyróżniania, wyodrębnianie. Miłość, a z nią duchowość przypomina, że cały wszechświat jest zanurzony w boskości. Creatio continua jest ewolucyjną drogą poznania, iż mimo wielości świat w swej naturze nigdy nie może wypaść z łaski Boga/ z nieforemnej bezkresnej Wszystkości.


W moim wypadku religijność w momencie robienia zdjęcia była w dużej mierze na etapie egzystencjalnym. Przynajmniej tak mniemam po tym jak rozumiałem wtedy boskość. Byłem w czasie intensywnego studiowania i medytowania, nie tylko chrześcijańskich ścieżek duchowych. Etap egzystencjalny związany jest z widzeniem wielości światopoglądów w świecie z jednoczesnym rozumieniem czy wglądem, iż różnice w widzeniu ostatecznej rzeczywistości należą od kultury, a także sposobu doświadczania. Wtedy też zacząłem widzieć, iż Bóg ostatecznie nie posiada formy. Znaczy to, że moje wyobrażenia na temat boskości są w swej istocie jedynie wyobrażeniami. Niezwykła to ulga doświadczać Boga jako nieskończonego pola, które niczego nie żąda od człowieka. Wszechobecność piękna i dobra osadza człowieka w codzienności. Zdaje się, że na etapach wyższych pojawia się również wiedza, iż Bóg niczego nie wymaga od człowieka, bowiem nie jest on ani osobowy ani nieosobowy. Przekracza wszelkie antynomie, będąc Wszystkością Tego, Co Jest. Jeśli nie nagradza ani nie karze, nie ma również potrzeby lojalności czy służalczości. Religia w swym kostnieniu instytucjonalnym wyobraża sobie Boga jako gniewnego, rozżalonego, zazdrosnego itd. Wszystko to związane jest z niższymi fazami rozwojowymi, w których ego projektuje na Boga swoje żale, uczucia, pragnienia, stwarzając wizerunek Boga, który jest lepszą kopią człowieka itd. Tam, gdzie powstają ścieżki kontemplatywne czy medytacyjne, pojawia się mówienie o boskości w paradoksach. Ponadto na pierwszy plan wysuwa się miłość, wolność, pokój. Człowiek doświadcza uwolnienia od poczucia winy i zaczyna rozumieć, iż Stworzyciel nie jest postacią, osobowością czy nazwą. Transcendentny przekracza wszystko, będąc immanentną bliskością i czułością.  Transcendenty jest immanentnym, i odwrotnie.

Umiłowanie!


Słowami próbuję nazwać to rozpoznanie. Rozumienie przydało mi się w życiu, pozwalając wiedzieć w jakim miejscu mogę się znajdować. Jednak słowa ostatecznie nic nie mówią. Smak Obecności to smak, nie zaś słowo. Smak zaś jest zmysłem, a doświadczenie ostatecznej rzeczywistości nie jest zmysłowe, nie jest uczuciowe, nie jest intelektualne. A jakie jest?

niedziela, 29 września 2019

"Przytuliłabym ją...", czyli studium pewnej psychologicznej osobowości

Wracaliśmy samochodem z pracy. Mieliśmy przed sobą kilka godzin wspólnej podróży. Rozmawialiśmy. Tak wiele tematów przewinęło się między nami. W pewnym momencie pojawił się temat narodu, w którym przyszło nam żyć. Ukuliśmy metaforę Polski jako osobowości postraumatycznej i temat popłynął. Wojna, okupacja, komunizm, walka o niepodległość - wszystko to stanowi punkty węzłowe (kompleksy kulturowe) w polskiej zbiorowej psychice. Pojawiło się we mnie pytanie, które po dziś dzień przypomina o sobie: co zrobiłbyś, gdyby Polska przyszła do ciebie na terapię? Jak możemy pomóc naszemu narodowi? Jednocześnie jak możemy sami sobie pomóc? Jak rozumieć dzisiejszą sytuację?

"Pola" to najnowszy utwór Muńka Staszczyka. Od pierwszego wysłuchania utwór ten dotknął mnie głęboko. Piosenka opowiada o Poli. Zdaje się, że autor ukuł tu analogię do narodu polskiego. Wsłuchajmy się w piosenkę Muńka:

Oto fragment tekstu:

Pola, błagam obudź się
Sen o potędze skończył się
W swojej iluzji nie możesz trwać tak długo
Spiker z łapanki wciska kit
Rozbudza narodowy mit
On nic nie znaczy, jesienną jest szarugą
A ty masz swoje troski, twój świat nie jest boski
Na ulicach miast zakrywasz twarz, jak wielu z nas
Jak wielu z nas
Pola, ty musisz z kolan wstać
Bo tu już nie ma z czego brać
W pociągach czujesz swąd domowej wojny
Chociaż nie jesteś najpiękniejsza
I na wybiegach masz gorsze miejsca
Na kontynencie, czy jest ktoś tak samotny
Bo ty masz swoje troski, twój świat nie jest boski
Na ulicach miast zakrywasz twarz, jak wielu z nas
Jak wielu z nas.

W ramach psychologii głębi istnieje pomysł, iż istnieje coś takiego jak psychika zbiorowa. Idąc tym tropem, w ogromnym uproszczeniu, można mówić o osobowości psychiki kulturowej (sam ukułem ten hipotetyczny, roboczy termin).  Lubię myśleć o narodzie polskim jako o osobowości. Oczywiście jest to jedynie analogia. Podobieństwa między osobowością pojedynczego człowieka a "osobowością narodu" są mniejsze niż różnice między tymi zjawiskami. Mimo to myślenie metaforyczno-analogiczne o Polsce jako o Poli pozwala mi głębiej rozumieć procesy kulturowe i psychiczne narodu. Jednocześnie budzi to we mnie współczucie dla wszystkich narodowych kompleksów, które co jakiś czas dają o sobie znać w przestrzeni publicznej. Ostatnio przeczytałem wywiad, który pokazuje jaką Polacy muszą wykonań pracę, by wychodzić z posttraumytycznego szoku powojennego: https://www.polityka.pl/jamyoni/1770624,1,polacy--narod-z-ptsd.read?fbclid=IwAR1SVYm-L6o7iLVNEWqCzasC72Dac6rd4Xq8SI_GYvnvDNFZk6Z1B0SioUM. Tytuł artykułu "Polacy - naród z PTSD" na potrzeby metafory Poli można by przetłumaczyć "Pola - osobowość z PTSD".

Przyjrzyjmy się temu, co może oznaczać kompleks psychiczny w kontekście traumatycznych doświadczeń. Według C.G. Junga kompleks to oderwana część osobowości, który funkcjonuje oddzielenie od świadomości człowieka. Można powiedzieć, że jest to nieświadoma, odseparowana część danej osobowości. Inaczej mówiąc: kompleks to zdysocjowany aspekt człowieka, który danej sytuacji, np. pod wpływem cierpienia nie zmieścił się do tożsamości "ja" osoby. Kompleks psychiczny posiada wysoki stopień autonomii i może wpływać na świadomość wydostając się z ciemnej sfery nieświadomości, przytłumiając, codzienne "ja". Poniższy wykres, pochodzący z książki Jolande Jacobi Psychologia C.G. Junga, pokazuje w jaki sposób kompleks wpływa na świadomość; działa on jak obcy element, dlatego też świadomość człowieka staje się przytłumiona. Wchodzi ona bowiem w odmienny stan świadomości, który powstaje z racji intensyfkacji energii psychicznej, która w danej sytuacji, w określonych warunkach ujawnia się. Dla przykładu: osobowość straumatyzowana przez trudne doświadczenie "nosi" w sferze nieświadomej przeszłe wydarzenie, które nagle w odpowiednich warunkach uaktywnia się i zakłóca świadomość. W taki właśnie sposób działa kompleks. Rozumienie tego procesu wspiera proces zdrowienia, przepracowania traumy i integrację osobowości.


Powyższy wywód dotyczył jednostki. Sądzę, że kompleks psychiczny może również rozgrywać się w rodzinie, w grupie czy w narodzie. Oczywiście zjawiska zbiorowe są bardzo złożone. Na potrzeby zrozumienia "kompleksów, które nosi w sobie Pola"  powstał poniższy diagram. Zdaje się, że najnowsza historia Poli to nowy okres w jej dziejach. Czas wolności stwarza przestrzeń na odtwarzanie kompleksów, które manifestują się m.in. przez narracje o wielkiej Polsce. Pod deklarowanymi hasłami żyje nieprzepracowana trauma narodowa. Świadomość historii, odczucie jej i pogodzenie się z przeszłością jest drogą do integracji przeciwieństw i asymilację kompleksów narodowych. 

Na poziomie życia publicznego zjawiska kulturowe w Polsce do złudzenia przypominają osobowość posttraumatyczną. Wystarczy włączyć wiadomości, poczytać paski informacyjne w tv, posłuchać polityków czy rodzinę przy niedzielnym obiedzie. Stres pourazowy jest w pewnym stopniu obecny w przestrzeni publicznej. Depresyjne stany, niezdolność do przeżywania przyjemności, przeżywanie przeszłych wydarzeń na nowo (reminiscencje, tzw. flashbacks), silny lęk, niechęć do innych, poczucie wszechsiły i omnipotencji z jednoczesną ucieczką od realizmu dnia codziennego. Wszystkie te stany psychiczne obecne są w naszej Poli.


Przyjrzymy się teraz zachowaniom naszej Poli na arenie międzyosobowej/międzynarodowej w metaforycznym studium przypadku:

Pola. Dziewczynka,  która w swojej grupie rówieśniczej jest ciekawą osobowością, ma za sobą trudną przeszłość. Wyróżnia się na tle innych osób. Często wypowiada się na forum impulsywnie. Odnosi się do siebie z wyolbrzymionym poczuciem wyższości. Ma wyraźną trudność w tym, by zauważyć, iż w kręgu wokół niej jest wiele innych osób. Widzi innych przez "okulary przeszłości". Można z łatwością zauważyć, że w grupie pełni rolę ofiary. Jednocześnie inni nie rozumieją jej zachowań przez brak zrozumienia jej historii.

W grupie jest obecny Franek - wielka osobowość, która choć ma swoje własne trudności - to szuka porozumienia i wspólnoty. Jest też Andrzej, który ostatnio poczuł pragnienie zakreślenia ściślej własnych granic i oddala się nieco od grupy. Jest wielu innych: Hania, Czarek, Natalia, Piotrek. Wszyscy są tutaj, bo zapragnęli stworzyć coś razem. Spotkali się dla wspólnego dobra i dla korzyści wszystkich. Ostatnio wspólnota przeżywa kryzys istnienia społeczności.

Pola ma ogromne trudności. Jest bowiem osobowością posttraumatyczną. Chce za wszelką cenę pokazać, że istnieje. Była bowiem ofiarą przez wiele lat. Bita i gwałcona. Natalia razem z Radkiem, który notabene zawsze jest poza grupą, przez lata atakowali ją i stosowali ewidentną przemoc. Nikt z grupy nie bronił bezpośrednio Poli. Stawiała czoło oprawcom, jednak ostatecznie jej granice zostały zniszczone. Po odzyskaniu siebie samej Pola jest dumna ze swojej odwagi w walce o niezależność. Dziś uczy się wolności, jednak PTSD i nieprzepracowane traumy sprawiają, że nie umie dogadać się z innymi. Nosi zresztą w sobie po dzień dzisiejszy wstręt do Natalii i Radka. Nie mówi o tym wprost, ale jednocześnie nie przepada za Frankiem, Andrzejem i resztą, bo nie reagowali bezpośrednio na jej krzywdę. W procesie grupowym jest ewidentnie ofiarą, która potrzebuje, by inni przyznali się do winy i nie udawali, że nic się nie stało. Inni również mają własne historie i procesy do przepracowania.

Gdy wszyscy siadają w kręgu, by wspólnie budować wspólnotę, Pola bywa agresywna. Wynosi się ponad innych. Właściwie nie chce współpracować z nikim z jej otoczenia. Można zauważyć wyraźny lęk, który dotyczy przeszłych wydarzeń. Przykleja się do Antka zza dalekiego morza, bo zakochana jest w sennym marzeniu o własnej wielkości. Antek zdaje się być wielki. Przepracował swoją historię. Zdaje się, że jest najpotężniejszy na świecie. Pragnienie omnipotencji jest w Poli ogromne. Przyciemnia ono realizm. Pola jest bowiem średniakiem. W każdej grupie spotykamy kogoś, kto jest członkiem grupy i nie ma wielkich zasobów, by być jednostką wyjątkową. Pola nie potrafi zrozumieć, że taka jaka jest, jest wyjątkowa. Mnogość nie przepracowanych traum utrudnia akceptację tego, co jest. Pola więc wojuje, krzyczy i domaga się dla siebie czci. Oprócz tego wewnętrznie jest skłócona, rozdarta między przeklętą przeszłością a dzisiejszym bezpieczeństwem. Pola potrzebuje wejść w proces terapeutyczny. Sytuacja wymaga przeżycia wszystkich traum, przepłakania przeszłości i stanięcia na własnych nogach. Tylko czy znajdzie się ktoś kto da Poli zrozumienie, współczucie, fachową pomoc, mądrość, miłość? Być może w niej samej obudzi się coś/ktoś, co pomoże jej w procesie wyjścia ze stresu postraumatycznego, pozwoli ucieszyć się sobą i pogodzić z własną przeszłością.


Co zrobiłbyś, gdyby Pola/Polska przyszła do ciebie prosić o terapię, o pomoc, o wsparcie? We wspomnianej na początku tekstu rozmowie przyjaciele w sposób bardzo inspirujący odpowiadali na to pytanie. Odpowiedź, która najbardziej we mnie została dotyczyła reakcji człowieka, który spotyka się z cierpieniem. Przytuliłabym ją... Odpowiedziała jedna z kobiet, będąca w samochodzie. Dotknęło mnie to do żywego. Polska potrzebuje przytulenia. Znaczy to, że głębokie współczucie dla sytuacji Poli może stać się przestrzenią dla przeżycia kompleksów kulturowych i stopniowego wychodzenia ze stresu pourazowego. Przytulenie nie jest tylko i wyłącznie fizycznym objęciem. Może ono bowiem przybrać formę rozumienia, współczucia i trzeźwego osądu. Jedynie to, co przyjęte może wejść w proces integracji i przemiany. Czasem na warsztatach z dziećmi, które prowadzę, pojawia się "trudne dziecko". Gdy widzę złość, bezradność, smutek, konflikty w dorastającym młodym człowieku, lubię widzieć je, otaczać uwagą, spokojem, próbować rozumieć, wspierać. Dziś chcę powiedzieć do Poli: Pola! Rozumiem Cię i wspieram Twoją drogę w kierunku wolności. Ktoś, kto przeżył tyle co ty, potrzebuje bardzo dużo uwagi i miłującej obecności.

sobota, 14 września 2019

O drodze, w którą wyruszyła pewna mrówka.

Mrówka szła już kilka dni, by znaleźć miejsce dla swojego pragnienia znalezienia siebie. Zgubiła mrowisko, w którym żyła całe swoje mrówcze życie a z nim straciła wszystkie obowiązki i przywiązania, które wiązały ją z całym mrowiem. Koleżanki, przyjaciele, ciotki, pracodawcy... Wszystkich ich zostawiła. Zgubiłam czy zostawiłam? Już właściwie nie wiedziała, co pognało ją w świat. Jedno wiedziała: jej życie stadne skończyło się. I choć w mrowisku była częścią wielkiej rodziny i kawałkiem szczęściodajnej narracji o pracy na rzecz świata, to spełnienie, które odkrywała w samotnej drodze były jej najcudowniejszym skarbem. Czuła jakby stawała się sobą. Czy w mrowisku naprawdę nie mogłam znaleźć siebie?

Nie odeszła z mrowiu pełnego sensu stadnego, by komuś zrobić na złość. Odeszła, by znaleźć siebie. Tam nie mogła. Za ciasno jej było. Musiała bowiem ciągle dostosowywać się, dopasowywać, udawać.

Droga dawała jej poczucie spełnienia. Jednak owo poczucie bycia u siebie miało swoją cenę. Odtąd sama musiała zmagać się z ciężarem drogi, z brakiem zakorzenienia, z pustką po wielkiej narracji. Im dłużej wędrowała, tym mniej była podatna na sugestie, manipulacje czy przywiązania w stosunku do innych istot. Była piękna i wolna. W tym wszystkim niezwykle prosta. Inne istoty podziwiały jej przejrzystość, dobroć i zwyczajność. Już nie musiała od niczego uciekać, gdy zostawiła fałszywą część samej siebie.

Droga ciosała ją. Odpadały kolejne kawałki, które nie były nią. Jakże ciężka to praca! Czasem nawiedzały ją myśli czarnokształtne. Po co mi to było? W mrowisku przecież miałam wszystko. Jednak szybko zyskiwała świadomość. Nie ma powrotu. Muszę iść, by odkryć to, co wezwało mnie do drogi. I szła kolejne dni...




Indywiduacja, która jest drogą samopoznania, posiada w sobie element odejścia od tego, co nazywam stadnim przywiązaniem. Nie jest alienacją, ucieczką czy buntem. Tłum może tłumić jednostkę i jej niepowtarzalność. Zdaje się, że każda zdrowa jednostka, by rozwinąć w pełni swój potencjał musi odejść od tego, co zna i wie od swojej rodziny, plemienia, narodu. Wzrost świadomość w obrębie tego kim jestem, wiąże się z rozpoznaniem tego, co we mnie samym pochodzi ze stada, a co jest moją własną niepowtarzalnością. Paradoksalnie: odejście jest jednocześnie zakorzenieniem psychicznym. Człowiek, która odważa się zostawić, co zna, odkrywa w sobie nowość, która daje poczucie zakorzenienia i sensu. Dlatego tak często stoi w Piśmie: zostawili wszystko i poszli za Nim. By odnaleźć trzeba zdecydować się na odwagę eksploracji Nowego, a nic tak nie hamuje tej odwagi jak przywiązania.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Jeż, święty las i spotkanie z cieniem

Stał na skraju wielkiego i ciemnego lasu. Ścieżka zdawała się być krętą rzeką w stronę oceanu. Taką miał fantazję. Widział korony drzew kołysane chłodnym wiatrem, które w dziwny sposób wskazywały mu drogę. Zapraszały go, by wszedł. Wypłynąć? Czuł, że przyciąga go ta Cisza i jej  przedziwne szmery. Jednocześnie odczuwał lęk, który zdawał się mówić, że po wejściu w mrok tych drzew straci kontrolę nad swoim kruchym życiem. Kto wie może nic nie będzie już takie jak dawniej?


A jednak moc przyciągania wygrała z lękiem młodego jeża. Drobnymi krokami zmierzał w kierunku ciemnego lasu. W zanadrzu miał do dyspozycji ostre kolce na małym grzbiecie. Gdyby tylko ktoś chciał go zaatakowa, gotów był użyć natychmiast swojego arsenału obronnego. To dodawało mu otuchy i odwagi.


Wszedł. Wokół było dość ciemno i chłodno. Drzewa kołysały łagodnie koronami drzew. Porywisty wiatr milknął z minuty na minutę i jeż coraz wyraźniej słyszał obezwładniającą Ciszę. Przystanął na chwilę. Bezpieczeństwo Ciszy pozwalało na relaks i zatrzymanie się. Opuścił nastroszone i napięte igły, a łapkami dotykał mchu, który okazał się być niezwykle miły w dotyku. Zdawało się jakby między drzewami przepływał szmer łagodnej pieśni.

Nie musisz nigdzie już iść
przysłuchaj się uważnie

W tym lesie znajdziesz to
czego brakuje ci


Mały jeż przysłuchiwał się z pełną uwagą delikatności szmeru, który kołysał łagodnie całym lasem. W tym momencie nie miał żadnych wątpliwości. Coś przygnało go tu, by mógł poznać coś, czego mu brakowało. Przez chwilę wpadł w zadumę. Wszystkiego bowiem w swoim jeżykowym świecie miał pod dostatkiem. Pokarm, słońce, miłość... Przez jego ciało przeleciały wszystkie ciepła i ciepełka, których w życiu już doznał i które sprawiły, że cieszy się sobą. W świetle tego wszystkiego widział siebie jako niezwykle pozytywnego jeża. W ułamku sekundy poczuł zmęczenie całym tym bogactwem. Jakby ciężar dobra i ciepła przygniatał jego jeżykową duszę. Och... Gdyby można było to wszystko gdzieś zostawić... Myśl tak go zaskoczyła, że zamknął na chwilę oczy, by wsłuchać się w siebie.

Nagle coś poruszyło się między drzewami. Jeż otworzył oczy, nastroszył igły, napiął łapki. Był gotów walczyć albo uciekać. Przyglądał się drzewom i nagle zza drzew wyłonił się duży borsuk. W jednej chwili jeż podskoczył i zebrał się do ucieczki, jednak nie zauważył, że podczas przyjemnej medytacji jego nóżki zaplątały się w jakieś leśne pnącza. Padł na ziemię unieruchomiony. Borsuk spokojnie podszedł i popatrzył głęboko w oczy jeża. Nasz mały przyjaciel zobaczył przenikliwą głębię i spokój. Przestał się bać. Wiedział, że borsuk nie ma złych zamiarów. Dziwne.

- Zaplątałeś się troszkę - zagaił borsuk - pomogę Ci.

Po wydostaniu się z leśnej pułapki jeż stracił kompletnie ochotę na ucieczkę, poczuł narastającą ciekawość i chęć bycia przy swoim nowym znajomym.

Borsuk z jeżem przysiedli pod wielkim dębem i zaczęli rozmawiać. Dyskutowali na przeróżne tematy, poznając się przy okazji. Borsuk w przedziwny sposób poruszał myśli, które nie były zbytnio wygodne i przyjemne dla jeża. Sporo mówił o cierpieniu wielu leśnych istot, o tym jak drzewa obumierają, o tym jak stara się być z całą ciemną częścią natury. Jeż czuł jakby poznawał nowy świat. Nigdy wcześniej nie zwrócił dostatecznie uwagi na choroby, smutki, trudności, które są niezbywalną częścią Życia. Był pozytywnym jeżem i nie mógł się nadziwić jak to możliwe, że Życie, tak jak moneta, ma dwie strony: dobrą i złą.

Borsuk musiał być niezwykłym mędrcem. W oczach jeża jawił się jako ktoś niezwykle głęboki. Możliwe, że przeszedł wiele w swoim leśnym życiu i wiedział głębiej niż niejeden zwykły śmiertelnik. Po kilku godzinach rozmowy nie miał wątpliwości - borsuk był mędrcem tego lasu a Cisza chciała, aby to jego właśnie spotkał. Wraz z upływem czasu jeż poczuł, że w nim samym pojawia się przedziwny smutek, złość i bezradność. Zaczął płakać. Cień, który nosił w sobie stał się jawny i przejrzysty. Jego wyobraźnia wskazywała mu obrazy z przeszłości, w których doświadczył zła. Płakał. Widział śmierć swoich bliskich, wszystkie nieporozumienia, których doświadczył, własne słabości i trudy. Gdy po wielu dniach (tak! nasz jeż spędził w lesie bardzo dużo czasu) wypłakał już osobiste sprawy, poczuł jak zaczyna go dotykać ciemność całego świata. Borsuk, który mu towarzyszył w tym czasie, odchodził co jakiś czas w głębie lasu, po czym powracał, by być z jeżem. Jego obecność i przewodnictwo sprawiało, że jeż wiedział, że to, co się dzieje ważnym procesem. Borsuk niewiele mówił, wiele zaś słuchał. Jednak jego słowne czy nieme wskazówki były proste: Bądź! To wszystko jest w porządku. Wszystko co jest, może sobie być. Jesteś bezpieczny.

Jeż stał się niezwykle wrażliwy. Czuł lekkość. Odkrył w sobie nowe poczucie humoru. Stał się otwarty. Mniej uciekał od trudnych sytuacji w życiu. Wiedział, że Życie to dobro i zło, które splecione są ze sobą nierozerwalnym więzami. Wcześniej próbował żyć dobrą stroną, Dziś nauczył się, że Życie niesie, co ma nieść i w nim samym pary przeciwieństw: narodziny-śmierć, radość-smutek, przyjemność-ból, dobro-zło mają swoje miejsce.

Wdzięcznym krokiem wyszedł z ciemnego lasu i wrócił do swojej codzienności. W jego myślach zaś słyszał głos borsuka....



Życie jest doświadczaniem dobra i doświadczaniem zła. Uciekanie od tego, co człowiek nazywa złem: choroby, śmierć, trudy jest uciekaniem od samego życia. W sensie psychologicznym powiedzenie, że "Bóg jest dobry" jest dualizmem i odcięciem od Życia. Bóg jest i dobrem, i złem. Absolutne jest doświadczeniem całkowitości Życia. Rzeczywistość, którą nazywamy Bogiem jest otwartą, nieskończoną Przestrzenią, w której tańczą wszystkie doświadczenia - i dobre, i złe.
Sens teologiczny i moralny mówi, że Bóg jest dobry, czy też jak u Augustyna: Bóg jest najwyższym dobrem. Nie przeciw teologii występuje nasz borsuk i jego święty las. Psychologicznie rzecz ujmując twierdzenie "bóg jest dobry" dla wielu współczesnych wyznawców znaczy: Bóg jest w dobrobycie, w szczęściu, w uśmiechu. Nie ma go w Cieniu Życia. Jednak doświadczenie mistyków pokazuje, że to, co nazywamy boskością jest we wszystkich doświadczeniach człowieka.
Dlatego przeżyć co jest do przeżycia, choć logicznie jest tautologią, to egzystencjalnie wyraża głęboką prawdę. 

Wszystko, co jest, może sobie być.

sobota, 27 kwietnia 2019

Kryzys cywilizacyjny, psychologia głębi i avengers

Przeczytałem kapitalną książkę. Psychoza czy opętanie  to wywiad Sławomira Rusina z Zenonem Waldemarem Dudkiem (jungistą, psychoterapeutą i psychiatrą). Muszę przyznać, że dawno nie spotkałem tak dobrej i wnikliwej analizy kondycji współczesnego człowieka w ujęciu integralnym.

Okładka książki jest wielce wymowna. Człowiek stojący jakby na jednej planecie jest otoczony jaskrawym światem, płynącym z odwróconego drzewa na drugiej planecie. Dla mnie metafora ta mówi o współczesnym człowieku, który pozostaje pod wpływem tego, co nieświadome (drzewo), choć nie zdaje sobie kompletnie z tego sprawy. Niewiedza o tym fakcie wpływa na niego sprawia nerwicową gorączkę duszy bądź psychotyczne rozszczepienie w mnogie ja. Książka opowiada o współczesnym kryzysie psychiczno-kulturowym i wskazuje sposoby na wychodzenie z obłąkania przez mądry kontakt z tym, co nieświadome. Autor z niebywałą gracją wprowadza czytelnika/słuchacza w meandry psychologii głębi, wyjaśniając jednocześnie status i kondycję psychiczną współczesnego człowieka. Zdaje się, że świadomość tego, co się w nas i wokół nas dzieje jest jednym z podstawowych czynników dojrzałości człowieka. Jeśli nie wiemy, co dzieje się w nas, nie znamy motywów naszych działań, nie kontaktujemy się się z tym, co nieświadome, to zapewne żyjemy automatycznie przeskakując nerwicowo po zakładkach internetowych albo bezmyślnie scrolujemy tablicę facebooka. Nigdy dotąd ryzyko życia powierzchownego i pozbawionego kontaktu z głębią nie było tak wysokie. Dlatego tak bardzo potrzeba w wychowaniu i edukacji zajęć z etyki, inicjacji w mądrość, nauki myślenia, poznawania baśni, pozytywnej profilaktyki, dociekań filozoficznych, zdobywania umiejętności interpersonalnych i nauki podstawowych zagadnień praktycznej psychologii itp.

Ostatnie miesiące pracuję warsztatowo w szkołach i od czasu do czasu po obserwacji dzieci i młodzieży zapala się w moim umyśle czerwona lampka. Widać wyraźną zmianę cywilizacyjną. Przewrót już się toczy. Wszechobecna technologia, nieobecni w wychowaniu rodzice, podstawowe trudności komunikacyjne u dzieci, wzrost zaburzeń i przepełnione szpitale psychiatryczne... Kryzys systemu edukacji to kolejna oznaka, iż to, co działało przez wieki powoli wypala się. Nikt za bardzo nie wie, dokąd to zmierza. Poziom dojrzałości w debacie społecznej nie zachwyca. Symboliczny okrągły stół staje się w sensie metaforycznym kwadratowy ze względu na nie zbyt wysoką umiejętność szacunku i dialogu w komunikacji czy w debacie społecznej. Warsztaty z podstawowych umiejętności interpersonalnych (tj. umiejętność dialogu, wyrażanie opinii i odczuć, aktywne słuchanie) są potrzebne dziś każdemu. Z mlekiem matki wypijaliśmy kiedyś zdolności relacyjne - dziś w sposób symboliczny mleko matki zastępuje ekran smartfona czy tableta. Mleko matki w sensie dosłownym i metaforycznym karmi głęboko, zaś technologiczne ekrany karmią powierzchownie. Mleko matki to pokarm duszy. Kultura bez kontaktu ze sztuką, z religią, z wartościami, z mitami, z baśniami karłowacieje i kurczy się. Gry i portale społecznościowe nie zastąpią wychowania i inicjacji w wartości czy w tradycję. Nie jest jednak za późno. Zrobić coś małego w swoim życiu dla innych to przysłużyć się całemu społeczeństwo.


W czasie lektury książki jedna z wypowiedzi autora poruszyła mnie mocno. Czytałem słowo po słowie i czułem jak ktoś nazywa moje własne obserwacje poczynione w różnych szkołach. Oto ten fragment:

"Po pierwsze, zagubienie jest dość powszechne już w najmłodszych grupach wiekowych, czyli cierpią na nie dzieci i młodzież. Dorośli przestali z miłością i troską wychowywać młode pokolenie. Bardzo często wydają swoje dzieci na pastwę nowych technologi, bo tego chce rynek bezkompromisowych korporacji i materialistów. Szkoły również nie przygotowują młodego pokolenia do dorosłego życia, bo zanikł etos zawodu pedagoga - nauczyciele z certyfikatami realizują papierowe cele, wymyślone przez oderwanych od realiów urzędników i ideologów.

Obecne młode pokolenie wychowało się na Harrym Potterze i Gwiezdnych wojnach i nie poszukuje wzorców moralnych ani w domu, ani w szkole. Szuka wskazówek życiowych na chybił trafił, a głównym obrzędem są ad hoc tworzące się obrzędy dionizyjskie, czyli eksperymentalny seks, narkotykowe tripy, trening alkoholowy dla nastolatek i tajemnicze spotkania z nieznajomymi w mediach społecznościowych. Rodzice są dziś często kumplami swoich dzieci, a w zakresie wychowania zagubionymi sierotami życiowymi. Nie są źródłem wiedzy o życiu dla swoich podopiecznych i fundamentem stabilnej tożsamości. Jako praktyk jestem pod wrażeniem wielkiej przemiany psychicznej w nowym pokoleniu. Myślę, że potrzebujemy zupełnie nowej psychologii integralnej, która objaśni, dlaczego tak wielu ludzi na progu dorosłości dysponuje osobowością naiwną, kryzysową lub graniczną" (Zenon Waldemar Dudek "Psychoza czy opętanie")

Cóż za niebywale trafne spostrzeżenia. Nie można chyba jaśniej i dobitniej nazwać tego, co dzieje się w młodym pokoleniu.


Rzadko oglądam filmy. Nie mają dla mnie takiej mocy jak sny, fantazje, rozmowy. Moja dusza niesie w sobie tak wiele treści, że ekranowe przygody zdają mi się wyblakłym cieniem wobec tego wewnętrzne. Analogicznie jak u Platona - idee same w sobie są w moim wnętrzu niebywałym skarbem i duszą, zaś jej wytwory (filmy, baśnie, mity) to cienie owych idei. Mimo tego dobry film może przynieść masę ciekawych rozkmin, zaś film, który oglądają masy mówi niebywale dużo o sytuacji społecznej i o psychice zbiorowej.

Jakiś czas temu obejrzałem Avengers Infinty War i muszę przyznać, że obraz w którym wszyscy superbohaterowie giną w końcowej fazie filmu bardzo mnie dotknął. Większość z superherosów nie ginie w walce. Zostają rozpuszczeni przez moc Thanosa, opanowanego manią porządkowania wszechświata przez selekcję istot (warto zwrócić uwagę na analogię między ideologią nazizmu, stalinizmu a sposobem myślenia Thanosa). Herosi w ostatniej scenie zamieniają się w proch. Nikt nie potrafi pokonać mocnego wroga, a zdolności do stworzenia teamu herosów również nie zachwycają. Jest to bardzo wymowny symbol tego, czym żyje świat zachodni. Zanikają autorytety, wartości, mity. Dziś każdy może zakwestionować w sposób destrukcyjny co tylko zechce. Mimo wszystko nadal dziwi mnie, gdy ktoś szuka w postaci Matki Teresy podstępu czy fałszu. Pieniądz, ekonomia i swobodna wolność - oto bogowie XXI wieku. W avengersach to, co zadziwia to niesłychana trudność w zjednoczeniu się wszystkich superbohaterów przeciwko destrukcyjnej mocy. Zachód rozkłada choroba pod nazwą: oderwanie od ziemi, od rodziny, od instynktów natury.

Współczesny młody człowiek jest w trudnej sytuacji znikania wzorców, archetypów, wartości, mitów (tak jak w avengersach znikają poszczególni superbohatereowie). Oczywiście w perspektywie psychiki obiektywnej (zbiorowej) wszystkie głębokie warstwy nadal istnieją i pulsują, chcąc przebić się do świadomości zachodniego homo sapiens. Nie tak łatwo zagłuszyć impulsywne, archaiczne wzorce, które przez wieki kierowały życiem społeczności. I tu prześwituje nadzieja. W każdym czasie znajdywały się osoby, które ruszały w głąb siebie, budując lepszy świat przez przebaczenie, głębokie więzi, uczciwość, zaangażowanie, pracę wewnętrzną, wzrost świadomości, refleksję itd.


Mimo niezbyt optymistycznej wizji jaką snuto w tym poście pozostaję człowiekiem nadziei. Ona każe mi wierzyć, że w człowieku istnieje moc, która przez cierpliwą wewnętrzną pracę może transformować świat. Możliwe, że wzrastające dziś dzieci, gdy otrzymają minimalne wsparcie, uwagę i szacunek obudzą się z majaków życia płytkiego i powierzchownego. Głębia bowiem nie potrzebuje zbyt wiele by przebudzić człowieka z życia powierzchownego i wypranego z sensu.