Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proces. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proces. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 listopada 2020

Nowoczesność, jej blaski i cienie

Lubię pisać o świecie, o tym, co się dzieje i jakie to ma znaczenie dla człowieka i dla ludzkości. Zadziwia mnie to. Na codzień utożsamiam się z postawą introspekcyjną - bycia w sobie. Świat myśli, uczuć, mechanizmów psychicznych, głębin nieświadomości jest dla mnie jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń codzienności. Uwielbiam być w kontakcie jeden na jeden z innymi. Kocham świat medytacji, snów i odśrodkowych olśnień. Zadziwia mnie więc jak bardzo ciągnie mnie do pisania o procesach w świecie, o przemianach w dziejach, o rozwoju ducha w kosmicznym tańcu ewolucji. Introwersja pisząca o ekstrawersji. A jednak... Możliwe, że von Franz, pisząc o wielkim Freudzie, napisała coś trafnego o prostym Rafale i o każdym, kto lubi w różny sposób tworzyć. Osobowość, która na codzień jest introwertyczna, w swoich dziełach staje się ekstrawertyczna. Nie od dziś wiadomo, że psychika dąży do równowagi (fachowo nazywa się to kompensacją). Część naszych nieświadomych pomyłek, kłopotów czy nawet chorób to wezwanie do równowagi. Mądrość płynącego i żywego procesu psyche wzywa nas do zauważenia innej części naszych osobowości. Natura naszej psychiki jest dynamicznym procesem homeostatycznym. W związku z tym dam się porwać indywidualnym procesom mojego wnętrza i napiszę kilka słów refleksji o współczesności i jej córce nowoczesności. Obie zachwycają mnie nowością, którą wnoszą w świat. Jednocześnie zaś jak to bywa z młodością - nie znosi ona kompromisów i nie pyta o wczoraj, dlatego też ważne, żeby otoczyć ją dorosłą refleksją, która widzi nie tylko, co można zrobić, ale i to czego nie można albo i nawet nie wolno robić. Dla młodości granice nie istnieją, dlatego też potrzebuje ona mądrej dorosłości, która ujmie w ramy to, co energicznie nowe i dążące do zmian. W procesie dziejowym możliwe jest objęcie nowoczesności i jej nowości. Zdaje się, że wszystko, co do tej pory wypracowaliśmy nie może zostać odrzucone. Mądrość dziada i pradziada, baby i prababy nie może zostać odrzucona. Ryzykujemy w ten sposób zachwianie granic w jednostce i w społeczności, co możemy dobitnie zauważyć w rodzinach, w których granice nie są uznawane.

Współczesność kojarzy się z przyśpieszeniem, z wielozadaniowością, z rozwojem technologii i z komunikacją internetową 24 godziny na dobę. Możemy napisać czy zadzwonić do przyjaciół na drugim krańcu świata, studiować on-line, zrobić zakupy czy spotkać miłość swojego życia w social mediach czy na portalach randkowych. Świat przyśpieszył. Jasną stroną tego przyśpieszenia jest to, iż mamy więcej czasu niż ludzie żyjący setki lat temu. Dziś czas staje się większym zasobem niż pieniądz. Nie musimy walczyć o byt, o przetrwanie jak nasi przodkowie. Oczywiście dysproporcje społeczne istnieją i nie wszyscy w równym stopniu są aż tak uprzywilejowani. Mimo to współczesność daje możliwości. Mamy potencjały, o których sto lat temu mogliśmy jedynie śnić. Możliwe, że owe sny-marzenia wprowadzają nas w jeszcze szybszy świat informacji czy też postinformacji. Jednocześnie dzięki większej ilości czasu dla siebie, współcześni ludzie nieustannie studiują, uczą się, rozwijają. Psychoterapia czy treningi mentalne nie są już dziś wyłącznie dla osób zaburzonych czy chorych. Chcemy rozwijać się i poprawiać jakość naszego świata. Do niedawna w meandry rodzicielstwa wprowadzała matka, babka i rodzinna społeczność. Dziś sposób rodzicielstwa to wybór rodziców, którego dokonują na bazie obserwacji własnej rodziny, swoich preferencji, wiedzy internetowej i kursów on-line.

Jednocześnie przyśpieszenie odrywa nas od ziemi. Żyjemy w rzeczywistości chmury internetowej, w której spotykamy się z innymi, gratulujemy zaręczyn czy zachwycamy się zdjęciami nowonarodzonych dzieci przez komunikatory. Mogą dzielić nas setki kilometrów, a jednak jesteśmy w ciągłym kontakcie. Ostatnio z przyjacielem, który mieszka w innym mieście niż ja, pisaliśmy wspólny tomik poezji. Połączenie, uczucia, wizje były prawdziwe. Krytycy wirtualnego świata nie rozumieją, że choć nie jest on fizyczny, związany z doświadczeniem cielesności, to jest prawdziwy. Świat Internetu jest realny w tym sensie, że wpływa bezpośrednio na nas i umożliwia konkretną twórczość czy doświadczenia. 

Oderwanie od ziemi i do materii jest jakby drugą stroną nowoczesności. Wiem, co mówię. Mieszkam w stolicy, na drugim piętrze pewnej starej kamienicy, spędzając wiele czasu w Internecie na konsultacjach, zajęciach, pisaniu i tworzeniu. Gdy jadę na wieś do rodziny dotykam ziemię z dreszczykiem, z czcią i z przyjemnością. Robię to jakbym spotykał zapomnianą przeze mnie mityczną matkę. Na codzień nie oram ziemi, nie pracuję w materii. Dla homoostazy potrzebuję wyjść z facebooka, z zooma czy z książki czytanej na tablecie. Ponownie objawia się tu mądrość samej pyche. Nowoczesność w dużej mierze płynie na fali Internetu. Dziś mamy już do czynienia z  web 3.0, który nie tylko jest przestrzenią biernego czytania czy oglądania, ale i  aktywnego udziału przez użytkownika w dzieleniu się informacjami, sprzedażą, marketingiem. Można powiedzieć, że mamy tu do czynienie z kolejnym dobrodziejstwem, które musi być jednak uzupełniane kontaktem z naturą, z ziemią, z dotykalnymi relacjami, z archaicznymi uczuciami mitów, baśni czy religii i bezpośrednim, fizycznym kontaktem.

Nowoczesność ma wiele kolorów. Niedawno z jednym z uczniów z liceum, w którym pracuję, w ramach konsultacji filozoficznych, rozmawialiśmy o współczesności. W którymś momencie mój młody przyjaciel stwierdził, że współczesność to w dużej mierze indywidualizm. Możemy żyć, jak chcemy. Właściwie to dzisiejsze wezwanie rzucane młodemu człowiekowi wyraża się w maksymie: wybierz swoją ścieżkę i nią podążaj. Musisz wybrać sam. Jesteś odpowiedzialny za swoje życie. Indywidualizm to ścieżka współczesności, to swoisty imperatyw moralny czy etyczna podstawa. Indywidualizm na naszej planecie nie był oczywistością. Przedziwne połączenie zachodnich podstaw cywilizacji: chrześcijaństwa, greckiej filozofii, rzymskiego prawa i oświeconego rozumu (wraz z nim rozwoju nauki, medycyny, technologii) przyniosły rozkwit indywidualizmu. Ludzie przez dziesiątki tysięcy lat żyli stadnie i żeby przetrwać trzymali sztamę z własnym rodem, z plemieniem. Rodzina i jej prawo, zwyczaje, totem wartości i sensów były centralnym prawem i osią życia. Dziś na skutek nabrania osobistej mocy wielu ludzi nie boi się chodzić własnymi drogami, nawet jeśli oznacza to niechęć rodziny czy społeczności. Dziś chodzenie własną ścieżką jest nakazem i obowiązkiem moralnym. Wyzwań i problemów z rozwojem indywidualistycznych społeczeństw jest co niemiara, jednak samo poszanowanie dla praw jednostki i uznanie autonomii jest wielkim osiągnięciem cywilizacji Zachodu.

Nowoczesność to ekstrawertyczny rozwój, wyrażający się nie tylko w internetowych streamach komunikacyjnych czy sprzedażowych, ale również w sposobie życia. Przyśpieszenie może wiązać się z utkwieniem w jednostronności. Ekstrawertyczna postawa nie uwzględniająca introwersji dysharmonizuje człowieka i często woła przez nerwicowe, kompulsywne myśli czy gwałtowne afekty. Sytuacja izolacji pandemicznej sprzyja Zachodowi w wyrównaniu postawy psychicznej. Izolacja może być sytuacją rozwojową. Może pozwolić nam na rozwinięcie w nas i w naszych rodzinach jakości, które do tej pory nie miały możliwości na zaistnienie. O pandemicznych szansach rozwojowych mówiłem w live'ie, którego link podaję poniżej:

https://fb.watch/1ULCQ4NBCv/

Refleksja, którą snuję w ramach tego tekstu nie zamyka tematu, otwiera go raczej i stwarza nowe pytania. Nowoczesność jak nastolatek budzi w ludziach dorosłych przeróżne odczucia. Jedni zachwycają się energią tej siły, drudzy niepokoją się przyśpieszającą zmianą, trzeci demonizują nowoczesność jako córkę zamętu i destrukcji. Pewnym jest, że asymilacja nowoczesności zależy od każdego z nas. Możemy być ofiarami zmian cywilizacyjnych albo twórcami nowych czasów, którzy wnoszą świadomość i miłość w przemiany dziejowe. Decyzja zależy od nas.

poniedziałek, 9 listopada 2020

Co wrze pod pokrywą? O procesach społecznych końca 2020 roku w Polsce

2020 rok, październik. Strajk kobiet i masy ludzi wychodzące na ulicę wzbudzają we mnie pewną dozę konsternacji, przekonania "można było się tego spodziewać" i fascynacji procesami społecznymi. Sytuacja otwiera we mnie pytanie: co właściwie dzieje się w przestrzeni publicznej? 
Z perspektywy faktów chodzi o decyzję Trybunału Konstytucyjnego w kwestii prawnych aspektów zakazu aborcji przy wadach letalnych płodu matki. Sprawa dotyczy więc etyki, prawa i różnicy światopoglądowej. Tam, gdzie pojawiają się tłumne demonstracje, tam też można spodziewać się, że sprawa nie dotyczy jedynie poziomu faktów. Istnieją procesy społeczne, których nie widać 'gołym okiem', ale przy zastosowaniu zdobyczy psychologii głębi czy psychologii procesu można zauważyć, o co chodzi na głębszym poziomie. Tak jak dwie osoby, które kłócą się o racje czy poglądy, zanurzone są w złożone afekty i procesy, tak dwie społeczne polaryzacje pływają w czymś bardziej złożonym niż jednopunktowe racje. Nie w każdym konflikcie chodzi o przedmiot sporu, a prawie zawsze konflikt ma w sobie wiele, różnych wymiarów. Warstwa deklaratywna konfliktu jest jedynie jak pokrywka na garnku, w którym wrze woda. Słowa mówią wiele, ale to, co nie jest mówione, jest równie istotne. W wypadku konfliktu wrzenie jest rodzajem starcia sił czy też energii społecznych, wchodzących ze sobą w interakcję.

Strajk kobiet. Mieszkam na Żoliborzu. Kilka dni po rozpętaniu społecznej burzy, słyszałem ze swojego cichego mieszkanka, dobiegające z ulicy syreny policyjnych radiowozów. Sygnały wołały mnie: dzieje się,  pali się, ogień... Rozhulany proces społeczny jest jak ogień. Żywy, energiczny, czasem zagrażający i niebezpieczny. Proces społeczny jest jak buchający ogień.

Wyszedłem na spacer, by z ciekawością przyjrzeć się, co dzieje się pod domem pewnego posła, którego sprawa w dużej mierze dotyczyła. Policja opatrzona w tarcze obstawiała całą ulicę. Do kordonu policyjnego podchodzili głównie młodzi ludzie. Niektórzy krzyczeli, inni podnosili kartonowe napisy. Stanąłem i przypatrywałem się temu, co się dzieje. Po chwili poczułem, że na miejscu tego procesu, unosi się "duch dyktatury". Duch w procesach grupowych to rodzaj roli, postaci czy energii, która nie jest świadomie przez nikogo obstawiana. Dyktator to rozkazująca siła, nieznosząca sprzeciwu. Ludzie podchodzą, krzyczą wulgaryzmy, bo nie chcą moralnej czy religijnej dyktatury. Zresztą Polacy mają wielowiekowe tradycje walki z dyktatorską siłą okupanta.

Protesty społeczne posiadają, oprócz mechanizmu uwolnienia nadmiaru frustracji i niezadowolenia, siłę, by zmieniać porządek społeczny.
 
Złość może pełnić rolę punktu zwrotnego, za sprawą którego osoby uciskane w końcu chcą się uwolnić. Gniew na niesprawiedliwość społeczną, na represje czy nierówność spowodował w historii ludzkości wielkie rozruchy społeczne, które doprowadziły do poważnych zmian struktur społecznych. (David R. Hawkins "Siła czy moc")

Inną sprawą jest to, iż proces ten zwie się "strajkiem kobiet". Siła z jaką kobiety występują w tej sytuacji zdumiewa wszystkich. Słynne "wypierdalać" jednych oburza, drugich dziwi, trzecich wzywa do protestu. Jednak jeśli przyjrzymy się bliżej owej energii, możemy zauważyć proste, mocne i stanowcze "nie", które bierze się z tego, iż kobiecość doszła do jakiejś granicy. Aspekt kobiecy naszego społeczeństwa przez kilka ostatnich wieków jest w mniejszym lub większym stopniu represjonowany czy marginalizowany. Nie trzeba być feministą/ką, żeby to zauważyć. Energia męska, a więc sprawczość, siła, zdobywanie, przekształcanie świata jest dominującym kawałkiem naszej cywilizacji. Energia żeńska kojarzona bardziej z relacyjnością, z naturą, z ziemią domaga się w procesie dziejowym uznania i równowagi. Daleko mi do neomarskistowskiej idei, iż świat to ścieranie się dwóch odmiennych płci, jednak by oddać sprawiedliwość owej wrzącej kobiecości nie można zamykać oczu na dominującą społecznie rolę mężczyzn. Nierównowaga w świecie objawia się przez zmieszanie i uliczne protesty. 

Inną stroną całej sytuacji jest objawiająca się słabość religii. Gdy religia kostnieje i zamiera - staja się jak pusta studnia - zamiast czerpać ze Źródła, od którego ma swój początek, zaczyna posiłkować się prawem i układem z władzą, by ustanowić siłą swoją rację moralną. Poza tym następuje tu jeszcze inny proces - prawo staje się ważniejsze od żywego doświadczenia. W ten sposób religia kostnieje. Nie daje już żywego doświadczenia. Nie inicjuje w misterium, w wewnętrzne olśnienie, w dojrzewanie moralne. Zajmuje się obroną wypracowanego prawa i wyobrażenia na temat świata. Opowiada jedynie jak powinien wyglądać świat przez okulary własnego systemu moralności. Co ciekawe ponad dwudziestu księży wystosowało pewien list, a dwudziestu innych odpowiedziało na ich list. Spór. Katolicyzm, opowiadając się w pewnym momencie dziejów, przeciwko aborcji w sposób absolutystyczny, ukręcił sobie na siebie samego bicz, którym sam siebie rozwali. Jeśli podejdziemy do sprawy wnikliwie i badawczo, okaże się, że współczesna nauka ma ogromną trudność w określeniu, kiedy możemy mówić o istnieniu człowieka i co definiuje człowieczeństwo. Ostateczny osąd moralny nie jest więc tak oczywisty i prosty.

Jeden z symboli protestów, czyli piorun uderzający w krzyż, dobitnie pokazuje nieświadomą energię procesów społecznych. Część społeczeństwa ma dość panowania christianitas, które dyktuje reszcie społeczeństwa swoje warunki, nie słysząc głosu kobiet. Symbol ten pokazuje również, że proces laicyzacji w państwie może zajść szybciej i głębiej niż to się wydaje na pierwszy rzut oka. Piorun z błyskiem w tle. Oby nie niszczył, a przemieniał naszą społeczną macierz. 

Tak nam dopomóż Ojcze nasz. I matko nasza dopomóż też! 
Ponad płcią i ponad wszelkim wrzeniem - bądź pochwalon - Bezimienny!

środa, 26 sierpnia 2020

Krótka notka o świadomości

Jeden z moich ulubionych momentów we własnej introspekcji czy w pracy z ludźmi to sytuacje, gdy ktoś otwiera oczy. Przez otwarcie oczu rozumiem moment świadomości, głębokiego "aha", rozpoznanie prawdy. Uchwycenie świadomością subiektywnej prawdy, rekonstrukcja sposobów myślenia o problemie jest uwalniająca i podnosząca na duchu. Prawda, która jest pogłębioną świadomością, koi, wzmacnia i pogłębia. W tym tekście owy moment oświeconego rozumienia będę nazywał świadomością. Świadomość można pogłębiać. Odwrotnością życia świadomego jest życie nieświadome, mechaniczne, płytkie i automatyczne.

Życie automatyczne oznacza znikomy brak świadomej uwagi w życiu. Człowiek-automat nie zauważa swoich zachowań, impulsów, myśli. Żyje odruchowo w zgodzie z zaprogramowanym umysłem. Brak refleksji nad sobą, nad swoim życiem, nad sensem swojego bycia i działania skutkuje powtarzalnymi wzorcami, które zapętlają się w cyklu odczucie-myśl-zachowanie. Wiele osób dziwi się jak to możliwe, że pewne niepożądane sytuacje powtarzają się w ich życiu. Nieświadome programy, nieuwolnione emocje generują powtarzalne nawyki. Zmiana nawyków, czyli w gruncie rzeczy transformacja samego bycia-w-świecie  prawdopodobnie nie jest możliwa bez udziału świadomości.

Bycie nieświadomym może sprawić, że staniemy się ofiarami cudzych oczekiwań, wpływów czy potrzeb. Nieświadomość jako brak refleksji nad sobą jest również uwięzieniem w wewnętrznej dyktaturze przymusu powtarzalnych reakcji. W takim stanie jesteśmy zewnątrz-sterowni. Świadomość - wiedzenie, że uczucie czy myśl pojawia się w nas jest doniosłym etapem rozwoju człowieka. Zdarza się, że to co rodzic powtarzał dziecku przez pierwsze sześć lat życia nigdy nie zostało zbadane, rozpoznane i przepracowane w dorosłym życiu. W przypadku braku świadomości nasze życie może stać się spełnianiem czyiś słów, życzeń, pragnień. W takich okolicznościach nietrudno o stanie się robotem. Słyszałem historię ludzi, którzy wybierali dany zawód, bo spełniali oczekiwania środowiska czy rodzin, w których żyli. Nieświadome mechanizmy są powtarzalne i mechaniczne. Im mniej świadomości, tym mniej poczucia życia po swojemu, a więcej nudy, niskiego poczucia wartości i smutku.

Dzieci są niezwykle chłonne i w swojej niewinności wszystko, co widzą i co słyszą przyjmują za oczywistą prawdę. W ten sposób powstają programy przekonań, a wraz z nimi emocjonalne odruchy, które w dużej mierze mogą warunkować zachowania, postawy i nawyki w dorosłym życiu. Można zauważyć, iż wielu ludzi żyje utartymi schematami, wypracowanymi jeszcze w dzieciństwie. Brak możliwości zakwestionowania czy transformacji programów myślowych wzmacnia odczucie nudy, mechaniczności, tracenia życia czy bycia ofiarą. Gdy odzyskujemy świadomość, mamy większe możliwości wyboru, a wraz z tym wzmacnia się nasza wewnętrzna moc - poczucie bycia ok i akceptacja, aż do okrywania miłości i jej mocy.

Życie automatyczne i nieświadome oznacza życie w konieczności, w przeznaczeniu,w ślepym losie. Jak pięknie to pokazał C.G. Jung świadomość u swoich początków była czymś wątłym i słabym. Była jak wyspa na oceanie nieświadomości. Świadome życie nie oznacza neurotycznej kontroli. Wyraża się raczej we wzroście akceptacji, poczucia integralności czy pogłębienia miłości. Nieświadomość bez udziału świadomego czynnika jest trwaniem w ślepym losie, w automatycznym matrixie, zaś wzrost czynnika świadomego odsłania wewnętrzną wolność jako źródłowy sposób istnienia. Z perspektywy psychologii jungowskiej twórczy dialog między świadomym a nieświadomym dobrze robi drodze rozwojowej człowieka.

Praca wewnętrzna, niezależnie od nurtu, szkoły czy technik, sprawia odzyskanie mocy, wzrost poczucia żywotności i budzenie uważności. Ludzie świadomi siebie, własnego wnętrza czy osobistych uwarunkowań stają niezależni i wolni. Relacje budowane na aksjomacie rozwoju świadomości przestają być przystawaniem, dopasowywaniem czy uzależniającym, lękowym łączeniem się w pary. Zaczynają się raczej jawić jako więzi, które są świętowaniem pełni i obfitości. Na niższych poziomach świadomości związki zbudowane są na braku i na potrzebach. Im wyżej w rozwoju relacje stają się celebracją pełni, dobrobytu i szczęścia. Być świadomym siebie i posiadać możliwość podejmowania decyzji wzmacnia autonomię i poczucie szczęścia. Odpowiedzialność jest możliwością odpowiadania rzeczywistości przez własne decyzje. Odzyskanie mocy wewnątrz człowieka wpływa pozytywnie również na samopoczucie, pracę i zdrowie.

Samoświadomość jest również życiem w kontakcie z tym, co ciemne, trudne i bolesne. Każda poważna szkoła zdobywania wiedzy o ludzkim wnętrzu spotyka się na swoich ścieżkach z śmiercią, cierpieniem i bólem. Wszystkie te przystanki w ludzkim życiu mogą być rozwijające i pogłębiające. Co zrobić by cień spotkany w introspekcji nie był destruktywny to już temat na inny tekst.

Istnieje przeogromna ilość korzyści rozwojowych, które płyną ze wzmacniania i rozwijania samoświadomości. Marzę, aby psychoedukacja czy treningi samoświadomości trafiły do szkół i uczelni jako ważne komponenty edukacji. Komputery, nowoczesne metody edukacji i tony wiedzy niekoniecznie niosą sens współczesnemu człowiekowi. Według badań depresja czy trudności emocjonalne młodzieży wzrastają z roku na rok. Może zamiast kolejnych egzaminów, ksiąg do przeczytania, oczekiwań do spełnienia - lepiej, gdyby więcej ludzi miało dostęp do wiedzy o ludzkim wnętrzu i mogło nauczyć się instrukcji obsługi radzenia sobie z własnymi uczuciami, myślami, zachowaniami.

Gdy zmienia się wnętrze pojedynczego człowieka, zmienia się cały świat.

„Bez samoświadomości jesteśmy jak niemowlęta w kołyskach”. (Virginia Woolf)

Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła. (C.G. Jung)

To co sobie uświadamiasz, to też kontrolujesz, to czego, sobie nie uświadomisz, kontroluję ciebie. (Anthony de Mello)

Dopóki nie uczynisz nieświadomego – świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem” (C.G. Jung)

„Aby zmienić osobę, należy zmienić jej świadomość siebie”. (Abraham Maslow)


niedziela, 10 listopada 2019

Traktat o duchowej istocie piękna

1. Piękno jest wszystkim, co jest.

   1.1. Wszystkość oznacza absolutność i transcendencję.
   1.2. Nie ma rzeczy, obiektu czy podmiotu, który byłby wyłączony z piękna.
   1.3. Wszystko jest piękne.
       1.3.1. Wszystko nie wyklucza nicości.
       1.3.2. Wszystko i nicość są zespolonymi aspektami piękna.
       1.3.3. Piękno jest absolutnym przekraczaniem pozornych przeciwieństw.

2. Piękno pochodzi z niewidzialnego pola, które jest stwórczą mocą.

   2.1. Widzialny świat pochodzi bezpośrednio z niewidzialnego.
   2.2. Widzialne i niewidzialne są ze sobą istotowo i niedualnie zespolone.
   2.3. Każda idea, rzecz, osoba jest piękna.
  2.4. Percepcja duchowa istoty piękna jest możliwa dzięki duchowi, który jest najgłębszym,                        niezniszczalnym rdzeniem istoty człowieka (niewidzialny porządek).
       2.4.1. Piękno oznacza umiłowanie dla tego, co jest.
       2.4.2. Na szczycie ewolucji duchowej człowieka piękno, boskość, duch to pojęcia tożsame.
   2.5. Piękno wypływa z najwyższego atraktorowego, niewidzialnego pola o potężnej mocy.
       2.5.1 Świętość jest blaskiem i mocą energii niewidzialnych pól o wysokiej energii.
            2.5.1.1. Prawdziwe piękno jest samą świętością. 

3. Estetyczne czy intelektualne doznanie piękna jest możliwe, bowiem zasadza się na metafizycznym ugruntowaniu w pięknie.

   3.1. Rozum i zmysły dotykają widzialnego obszaru piękna.
   3.2. Piękno jest czymś głębszym niż zjawiska.
   3.3. Metafizyczne piękno jest ostatecznie czystą immanentną transcendencją.
       3.3.1. Możliwość poznania piękna otwiera się w człowieku przez doświadczenie ducha.
       3.3.2. Immanentność oznacza tu, że piękna można doświadczyć jedynie we własnym wnętrzu                       przez poznanie.
       3.3.3. Transcendencja oznacza tu, iż niemożliwe jest objęcie pojęciem czy uczuciem całej                             głębokości i szerokości piękna.
           3.3.3.1. Transcendencja nie oznacza tu przestrzennego przemieszczania się.
           3.3.3.2. Transcendencja nie oznacza tu czasowego zmieniania się. 
                3.3.3.2.1. Piękno nie podlega zmianom.
           3.3.3.3. Transcendencja w sensie najgłębszym jest czystym pięknem bez stawania się.    

 4. Dla rozwiniętych duchowo ludzi wszystko jest piękne.

   4.1. Piękno można poznać przez stanie się nim.
   4.2. Uczestnictwo dokonuje się przez ewolucyjną ścieżkę wzrastania w kierunku pełni piękna.
   4.3. Stanie się najczystszym pięknem nie leży jedynie w możliwościach człowieka.
       4.3.1. W procesie stania się pięknem niezbędna jest rzeczywistość Łaski.
            4.3.1.1. Łaska jest pojęciem chrześcijańskim. Bez względu na kulturowe uwarunkowania                                 tego pojęcia "łaska" oznacza tu moc stwórczą.
            4.3.1.2. Łaska oznacza tu moc pochodzącą z rdzenia boskości, która wszystko czyni tym,                                 czym jest, czyli pięknym.
       4.3.2. Decyzja, która oznacza, podążanie za pragnieniem Piękna jest niezbędną częścią Procesu.
            4.3.2.1. Człowiek przy całym swym uwarunkowaniu ma możliwość odraczania stania się                                 tym, czym już jest.
                4.3.2.1.1. Intensywne odraczanie i zaprzeczanie oznacza neurotyczne cierpienie.
                      4.4.2.1.1.1. Wzrastanie duchowe dokonuje się przez zaangażowane odpuszczanie.
                4.3.2.1.2. Cierpienie jest niezbędną częścią Procesu.  
            4.3.2.2. Człowiek istnieje w świecie wolności w takim samym stopniu jak w świecie                                         konieczności.
                4.3.2.2.1. Wolna wola człowieka i wolna wola Boga na najgłębszym poziomie są jednym.

5. Ewolucja duchowa człowieka jest faktem na poziomie względnych zjawisk.
   
   5.1. Cały świat istnieje w creatio continua (w stwórczym Procesie uprzytamniania piękna).
       5.1.1. Stwarzanie jest Procesem, w którym człowiek i wszechświat uświadamiają sobie swoje                       Źródło.
       5.1.2. Proces stwarzania jest nieustanną obecnością Piękna, które szuka możliwości, by                                 uprzytomnić sobie, iż wszystkość jest samym Źródłem.
   5.2. W esencji wszystko jest już pełnią Piękna.
   5.3. Na poziomie zjawiskowym człowiek rozwija się przez określanie dobre - złe, piękne -brzydkie, prawdziwe - fałszywe. Rozwój ten dokonuje się przez moralność.
       5.3.1. W świecie zjawisk wybieranie tego, co moralne; dobre, piękne i prawdziwe jest niezbędną                   drogą ku Pięknu.
       5.3.2. Ostateczny skok w Piękno dokonuje się przez przekroczenie par przeciwieństw: dobre -złe, piękne - brzydkie, prawdziwe - fałszywe.

6. Niewidzialne piękno, boskość, sam rdzeń można poznać jedynie na ścieżce duchowej.

   6.1. Nauki przyrodnicze, humanistyczne same z siebie nie są w stanie wprowadzić w transformację w Piękno.
   6.2. Wszelka moralność, psychologia, rozwój osobisty są etapami w drodze stania się pięknem.
   6.3. Głębokie tradycje medytacyjne, kontemplatywne i mistyczne dają możliwość duchowych wglądów i ostatecznego zjednoczenia z Pięknem.

7. Duch jest pięknem.

   7.1. Metafizycznie nieprzejawiony duch jest całym pięknem.   
   7.2. Percepcja duchowa człowieka widzi aspekt piękna w niewidzialnym duchu i we wszystkich                stworzeniach, które z niego wypływają.
   
8. Piękno, dobro i prawda to jakości samego ducha.

9. Piękno przekracza pozorny konflikt między istnieniem a nieistnieniem.

   9.1. Piękno widzi narodziny i śmierć jako fale na oceanie boskości, nie zaś jako ostateczności.
   9.2. Istnienie i nieistnienie jest możliwe jedynie w ramach duchowego ego, który jest etapem Procesu stwórczego.
   9.3. Poddanie swojego ja/duchowego ego Bogu oznacza koniec istnienia pozornych przeciwieństw.
       9.3.1. Ty jesteś Tym. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. To klasyczne twierdzenia dojrzałości duchowej.
       9.3.2. Zjednoczenie jest szczytem ewolucji duchowej, które oznacza brak podziału między                            podmiotem a przedmiotem, człowiekiem a Bogiem itd.
       9.3.3. Brak poznawczego podziału na podmiot-przedmiot jest szczytem piękna i niedualnym                         zjednoczeniem.

10. Piękno jest pięknem. (święta tautologia)

    10.1. O czym (nie) można mówić, o tym trzeba milczeć.
        10.1.1. Milczenie jest głębią mówienia o Pięknie. 
               10.1.1.1. Cisza jest domostwem Piękna.


sobota, 2 listopada 2019

Tańczące liście, świato-pogląd i Umiłowanie!

Wracałem z pracy. Dzień minął przyjemnie. W jednej klasie uczniowie doświadczyli przebaczenia, w i drugiej zaś 'mali ludzie' odkryli, że praca w odmiennych płciowo grupach jest ciekawa. Dla dziecka na pewnym etapie rozwoju tego typu odkrycie przez doświadczenie, to niebywały skok rozwojowy. 

Wracałem z radością. Miło jest wspomagać ludzi w jakimkolwiek wieku w rozwoju. Od zawsze miałem wrażenie, że jest to jedna z moich życiowych dróg. Liście tańczyły wokół mnie, obracane przez ciepły wiatr.

Wracałem z głodem, więc po drodze wstąpiłem do piekarni po pyszną gruzińską bułkę. Zaglądam na facebooka, a tam we wspomnieniach pojawiło się następujące zdjęcie:


Było to zdjęcie z wydarzenia sprzed trzech lat. Nie pamiętam już dokładnie o co nam wtedy chodziło. Toczyła się rozmowa wśród przyjaciół i w którymś momencie powstało to zdjęcie. Po powrocie do domu po tamtym spotkaniu napisałem:

Obecność.
Wszystko jest Obecnością. Zwyczajną, prostą, pełną spokoju Obecnością. Niewytłumaczalną, naturalną, nie znającą przymusu, podziałów i lęku przestrzenią. Jest wszędzie, w każdej istocie. W liściu, w kropli deszczu, w ramieniu przyjaciela.
Niczego nie żąda, niczego nie wymaga. Nigdy się nie kończy. Cieszy się, że jest. Pochodzi znikąd i prowadzi donikąd. Wieczna. Jest mała jak ziarnko gorczycy - niewidzialna. Z niej to wyrasta wielkie drzewo - cały wszechświat. Obecna we wszystkim, choć nie krzycząca o swoim istnieniu. Ziarenko obecne w całym drzewie, choć jakby umarłe, nie-będące.
Pełna. Wystarczająca. Bez braku. Tu i teraz. W każdym.

Zdjęcie i cytat wzbudziły we mnie bardzo pozytywne uczucia. Przypomniało mi to przemianę, której wtedy doświadczałem. Byłem religijnym człowiekiem, który przez lata starał się medytować, wchodzić w siebie, poszukiwać Boga. Czas, w którym powstało to zdjęcie był momentem, gdy wszelkie koncepcje na temat religijnej natury Boga zniknęły. Zrozumiałem wtedy, że wszelkie moje obrazy boskości były związane z projekcją antropomorficzną, tzn. wszystkie dobre, idealne cechy, których pragnąłem, rzutowałem na Boga. Po odkryciu, iż Bóg nie jest ani osobą ani nie-osobą odkrywałem prostą radość bez towarzyszących obrazów, wyobrażeń, projekcji. Bóg, który wcześniej był konkretną osobą z wolą, z inicjatywą w działaniu, z aparatem interwencji w ten świat i w moje życie, zniknął. Początkowo pojawiła się święta pustka czy też czysta nicość. Z czasem owe nic coraz bardziej jaśniało wszystkością. Po czasie zapomniałem trochę o doświadczaniu i rozmyślaniu na temat duchowości. Zająłem się bowiem bardziej psychologią, zarabianiem pieniędzy i relacją z kobietą. Jednak samo głębokie odczucie czegoś istotnego pozostało.

Dziś dzięki wielu światłym ludziom rozumiem, że proces, który wtedy przechodziłem był naturalnym i rozwojowym ewolucyjnym krokiem. Zapewne można popatrzeć na to wydarzenie z wielu perspektyw. Chciałbym w tym miejscu posłużyć się Teorią Integralną Kena Wilbera, a dokładnie jej małym wycinkiem - linią rozwojową światopoglądów.

Rozwój światopoglądów w ramach psychologii rozwojowej cieszy się od lat zainteresowaniem naukowców. Chciałbym tu pokazać jedną z takich opcji, które proponuje Ken Wilber. Posłuchajmy co ma do powiedzenia ten teoretyk systemów na temat rozwoju światopoglądów:

"Świat, w którym żyjemy, nie został nam dany z góry. Jedną z najważniejszych zasad postmodernistycznej rewolucji w filozofii, psychologii i socjologii jest zasada mówiąca, że istnieją różne światopoglądy - różne sposoby kategoryzowania, prezentowania, opisywania i organizowania naszych doświadczeń. Nie istnieje jeden, monolityczny świat z jednym, uprzywilejowanym sposobem przedstawiania go, lecz raczej wielorakie światy z pluralistycznymi interpretacjami. Co więcej, te światopoglądy często - w istocie niemal zawsze - zmieniają się z epoki na epokę i z kultury na kulturę. Nie należy rozumieć tego w sposób skrajny - różne interpretacje mają wiele cech wspólnych, dzięki czemu świat się nie rozpada. Faktycznie, uczeni odkryli, że w językach, uczuciach, strukturach poznawczych, w percepcji kolorów itd. występują pewne (a często liczne) cechy uniwersalne. Te uniwersalne elementy splatają się i organizują na najróżniejsze sposoby, w rezultacie czego powstają tkaniny różnorodnych światopoglądów.

Choć teoretycznie istnieje niemal nieskończenie wiele światopoglądów, wydaje się, że w historii człowieka na tej planecie jest około tuzina światopoglądów, które wywierały i wciąż wywierają szeroki i znaczący wpływ. Badania takich uczonych, jak Jean Gebser, Gerald Heard, Jurgen Habermas, Michel Foucault, Robert Bellah, Peter Berger i innych wykazały, że do głównych światopoglądów należą: czuciowo-ruchowy, archaiczny, magiczny, mityczny, mentalny, egzystencjalny, nadpsychiczny, subtelny, przyczynowy i niedualny. (Ścisłe znaczenie tych terminów stanie się jaśniejsze w dalszej części tego tekstu).

Nie chodzi o to, który z tych światopoglądów jest słuszny, a który błędny; wszystkie są odpowiednie dla swojego czasu i miejsca. Chodzi raczej o zwykłe skatalogowanie, najtroskliwiej jak to możliwe, bardzo ogólnych cech charakteryzujących każdy światopogląd i „wzięcie w nawias" (lub odsunięcie na bok) chwilowo kwestii, czy te światopoglądy są „prawdziwe", czy nie - opiszemy je po prostu tak, jakby były prawdziwe. Np. światopogląd magiczno-animistyczny cechuje częściowe przenikanie się podmiotu i przedmiotu. Dlatego ludzie utrzymujący ten światopogląd czują bezpośrednio, że „przedmioty nieożywione", takie jak skały i rzeki, żyją lub nawet mają duszę albo swojego ducha. Światopogląd mityczny odznacza się ogromną liczbą bogów i bogiń, będących nie jakimiś bytami abstrakcyjnymi, lecz głęboko odczuwanymi siłami, z których każda ma bezpośredni wpływ na sprawy ziemskich mężczyzn i kobiet. Światopogląd mentalny - którego najbardziej znaną częścią jest „światopogląd racjonalny" - cechuje przekonanie, że obszar subiektywny jest całkowicie odrębny od obiektywnego obszaru natury. Jeden z najbardziej naglących problemów w tym światopoglądzie stanowi kwestia powiązania tych dwóch obszarów. Światopogląd egzystencjalny rozumie, że istnienie różnorodnych perspektyw leży w naturze wszechświata, a więc nie tylko nie istnieją żadne uprzywilejowane perspektywy, lecz sami musimy wydobyć jakiś sens z tych przerażająco różnorodnych możliwości. Cechą światopoglądu subtelnego jest postrzeganie subtelnych form i transcendentalnych archetypów, pierwotnych wzorców przejawów, które zwykle uważane są za Boskie. Światopogląd przyczynowy odznacza się bezpośrednią realizacją bezkresnego, nieprzejawionego obszaru - zwanego różnie: pustką, ustaniem, Otchłanią, Nienarodzonym, Ain, Ursprung - bezkresnej Bezforemności, z której wyłania się cała manifestacja. Światopogląd niedualny reprezentuje całkowitą jedność Bezforemnego z całym światem Formy.

Te różne światopoglądy ukazują prawdziwie oszałamiającą gamę sposobów, w jakie nasze doświadczenia mogą być organizowane i interpretowane. Nie są to w żadnym razie jedyne światopoglądy ani powyższa lista nie jest zamknięta czy ustalona z góry - ona ciągle się rozwija, otwierając nowe możliwości. Ale jeśli nie mamy żadnego światopoglądu, pozostajemy zagubieni w niemiłosiernie jazgoczącym zamęcie doświadczenia, jak to określił William James." (Jeden Smak, Ken Wilber, s. 157-158)

Biorąc pod uwagę powyższy opis teoretyczny zrozumiałem, iż rozwój koncepcji Boga/boskości/ostatecznej rzeczywistości jest związany bezpośrednio z etapem rozwojowym w ramach światopoglądu człowieka. Światopogląd zaś związany jest bezpośrednio z doświadczaniem. Na poziomach archaiczno-magicznych człowiek i natura, człowiek i przedmiot, człowiek i matka, człowiek i Bóg itd. są ze sobą zjednoczenie w nieświadomej jedni. Carl Gustav Jung, za Lévy-Bruhl'em, nazywał to participation mystique, które jest w istocie przedświadomym 'zlaniem się'. Od momentu wyjścia z nieświadomej jedni zaczyna się psychiczny rozwój danej struktury, cechy, osoby czy społeczeństwa. Pojawiają się rozróżnienia i świadomość oddzielności. Np. dziecko na pewnym etapie rozwojowej uświadamia sobie swoją oddzielną świadomość (temat granic ego).

Zdaje się, że prawdziwe jest zdanie bliskiej mi osoby, że wiedza dąży do mnogości, zaś miłość jednoczy. Coś w tym jest. Świat widzialny istnieje przez oddzielania, wyróżniania, wyodrębnianie. Miłość, a z nią duchowość przypomina, że cały wszechświat jest zanurzony w boskości. Creatio continua jest ewolucyjną drogą poznania, iż mimo wielości świat w swej naturze nigdy nie może wypaść z łaski Boga/ z nieforemnej bezkresnej Wszystkości.


W moim wypadku religijność w momencie robienia zdjęcia była w dużej mierze na etapie egzystencjalnym. Przynajmniej tak mniemam po tym jak rozumiałem wtedy boskość. Byłem w czasie intensywnego studiowania i medytowania, nie tylko chrześcijańskich ścieżek duchowych. Etap egzystencjalny związany jest z widzeniem wielości światopoglądów w świecie z jednoczesnym rozumieniem czy wglądem, iż różnice w widzeniu ostatecznej rzeczywistości należą od kultury, a także sposobu doświadczania. Wtedy też zacząłem widzieć, iż Bóg ostatecznie nie posiada formy. Znaczy to, że moje wyobrażenia na temat boskości są w swej istocie jedynie wyobrażeniami. Niezwykła to ulga doświadczać Boga jako nieskończonego pola, które niczego nie żąda od człowieka. Wszechobecność piękna i dobra osadza człowieka w codzienności. Zdaje się, że na etapach wyższych pojawia się również wiedza, iż Bóg niczego nie wymaga od człowieka, bowiem nie jest on ani osobowy ani nieosobowy. Przekracza wszelkie antynomie, będąc Wszystkością Tego, Co Jest. Jeśli nie nagradza ani nie karze, nie ma również potrzeby lojalności czy służalczości. Religia w swym kostnieniu instytucjonalnym wyobraża sobie Boga jako gniewnego, rozżalonego, zazdrosnego itd. Wszystko to związane jest z niższymi fazami rozwojowymi, w których ego projektuje na Boga swoje żale, uczucia, pragnienia, stwarzając wizerunek Boga, który jest lepszą kopią człowieka itd. Tam, gdzie powstają ścieżki kontemplatywne czy medytacyjne, pojawia się mówienie o boskości w paradoksach. Ponadto na pierwszy plan wysuwa się miłość, wolność, pokój. Człowiek doświadcza uwolnienia od poczucia winy i zaczyna rozumieć, iż Stworzyciel nie jest postacią, osobowością czy nazwą. Transcendentny przekracza wszystko, będąc immanentną bliskością i czułością.  Transcendenty jest immanentnym, i odwrotnie.

Umiłowanie!


Słowami próbuję nazwać to rozpoznanie. Rozumienie przydało mi się w życiu, pozwalając wiedzieć w jakim miejscu mogę się znajdować. Jednak słowa ostatecznie nic nie mówią. Smak Obecności to smak, nie zaś słowo. Smak zaś jest zmysłem, a doświadczenie ostatecznej rzeczywistości nie jest zmysłowe, nie jest uczuciowe, nie jest intelektualne. A jakie jest?

sobota, 14 września 2019

O drodze, w którą wyruszyła pewna mrówka.

Mrówka szła już kilka dni, by znaleźć miejsce dla swojego pragnienia znalezienia siebie. Zgubiła mrowisko, w którym żyła całe swoje mrówcze życie a z nim straciła wszystkie obowiązki i przywiązania, które wiązały ją z całym mrowiem. Koleżanki, przyjaciele, ciotki, pracodawcy... Wszystkich ich zostawiła. Zgubiłam czy zostawiłam? Już właściwie nie wiedziała, co pognało ją w świat. Jedno wiedziała: jej życie stadne skończyło się. I choć w mrowisku była częścią wielkiej rodziny i kawałkiem szczęściodajnej narracji o pracy na rzecz świata, to spełnienie, które odkrywała w samotnej drodze były jej najcudowniejszym skarbem. Czuła jakby stawała się sobą. Czy w mrowisku naprawdę nie mogłam znaleźć siebie?

Nie odeszła z mrowiu pełnego sensu stadnego, by komuś zrobić na złość. Odeszła, by znaleźć siebie. Tam nie mogła. Za ciasno jej było. Musiała bowiem ciągle dostosowywać się, dopasowywać, udawać.

Droga dawała jej poczucie spełnienia. Jednak owo poczucie bycia u siebie miało swoją cenę. Odtąd sama musiała zmagać się z ciężarem drogi, z brakiem zakorzenienia, z pustką po wielkiej narracji. Im dłużej wędrowała, tym mniej była podatna na sugestie, manipulacje czy przywiązania w stosunku do innych istot. Była piękna i wolna. W tym wszystkim niezwykle prosta. Inne istoty podziwiały jej przejrzystość, dobroć i zwyczajność. Już nie musiała od niczego uciekać, gdy zostawiła fałszywą część samej siebie.

Droga ciosała ją. Odpadały kolejne kawałki, które nie były nią. Jakże ciężka to praca! Czasem nawiedzały ją myśli czarnokształtne. Po co mi to było? W mrowisku przecież miałam wszystko. Jednak szybko zyskiwała świadomość. Nie ma powrotu. Muszę iść, by odkryć to, co wezwało mnie do drogi. I szła kolejne dni...




Indywiduacja, która jest drogą samopoznania, posiada w sobie element odejścia od tego, co nazywam stadnim przywiązaniem. Nie jest alienacją, ucieczką czy buntem. Tłum może tłumić jednostkę i jej niepowtarzalność. Zdaje się, że każda zdrowa jednostka, by rozwinąć w pełni swój potencjał musi odejść od tego, co zna i wie od swojej rodziny, plemienia, narodu. Wzrost świadomość w obrębie tego kim jestem, wiąże się z rozpoznaniem tego, co we mnie samym pochodzi ze stada, a co jest moją własną niepowtarzalnością. Paradoksalnie: odejście jest jednocześnie zakorzenieniem psychicznym. Człowiek, która odważa się zostawić, co zna, odkrywa w sobie nowość, która daje poczucie zakorzenienia i sensu. Dlatego tak często stoi w Piśmie: zostawili wszystko i poszli za Nim. By odnaleźć trzeba zdecydować się na odwagę eksploracji Nowego, a nic tak nie hamuje tej odwagi jak przywiązania.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Jeż, święty las i spotkanie z cieniem

Stał na skraju wielkiego i ciemnego lasu. Ścieżka zdawała się być krętą rzeką w stronę oceanu. Taką miał fantazję. Widział korony drzew kołysane chłodnym wiatrem, które w dziwny sposób wskazywały mu drogę. Zapraszały go, by wszedł. Wypłynąć? Czuł, że przyciąga go ta Cisza i jej  przedziwne szmery. Jednocześnie odczuwał lęk, który zdawał się mówić, że po wejściu w mrok tych drzew straci kontrolę nad swoim kruchym życiem. Kto wie może nic nie będzie już takie jak dawniej?


A jednak moc przyciągania wygrała z lękiem młodego jeża. Drobnymi krokami zmierzał w kierunku ciemnego lasu. W zanadrzu miał do dyspozycji ostre kolce na małym grzbiecie. Gdyby tylko ktoś chciał go zaatakowa, gotów był użyć natychmiast swojego arsenału obronnego. To dodawało mu otuchy i odwagi.


Wszedł. Wokół było dość ciemno i chłodno. Drzewa kołysały łagodnie koronami drzew. Porywisty wiatr milknął z minuty na minutę i jeż coraz wyraźniej słyszał obezwładniającą Ciszę. Przystanął na chwilę. Bezpieczeństwo Ciszy pozwalało na relaks i zatrzymanie się. Opuścił nastroszone i napięte igły, a łapkami dotykał mchu, który okazał się być niezwykle miły w dotyku. Zdawało się jakby między drzewami przepływał szmer łagodnej pieśni.

Nie musisz nigdzie już iść
przysłuchaj się uważnie

W tym lesie znajdziesz to
czego brakuje ci


Mały jeż przysłuchiwał się z pełną uwagą delikatności szmeru, który kołysał łagodnie całym lasem. W tym momencie nie miał żadnych wątpliwości. Coś przygnało go tu, by mógł poznać coś, czego mu brakowało. Przez chwilę wpadł w zadumę. Wszystkiego bowiem w swoim jeżykowym świecie miał pod dostatkiem. Pokarm, słońce, miłość... Przez jego ciało przeleciały wszystkie ciepła i ciepełka, których w życiu już doznał i które sprawiły, że cieszy się sobą. W świetle tego wszystkiego widział siebie jako niezwykle pozytywnego jeża. W ułamku sekundy poczuł zmęczenie całym tym bogactwem. Jakby ciężar dobra i ciepła przygniatał jego jeżykową duszę. Och... Gdyby można było to wszystko gdzieś zostawić... Myśl tak go zaskoczyła, że zamknął na chwilę oczy, by wsłuchać się w siebie.

Nagle coś poruszyło się między drzewami. Jeż otworzył oczy, nastroszył igły, napiął łapki. Był gotów walczyć albo uciekać. Przyglądał się drzewom i nagle zza drzew wyłonił się duży borsuk. W jednej chwili jeż podskoczył i zebrał się do ucieczki, jednak nie zauważył, że podczas przyjemnej medytacji jego nóżki zaplątały się w jakieś leśne pnącza. Padł na ziemię unieruchomiony. Borsuk spokojnie podszedł i popatrzył głęboko w oczy jeża. Nasz mały przyjaciel zobaczył przenikliwą głębię i spokój. Przestał się bać. Wiedział, że borsuk nie ma złych zamiarów. Dziwne.

- Zaplątałeś się troszkę - zagaił borsuk - pomogę Ci.

Po wydostaniu się z leśnej pułapki jeż stracił kompletnie ochotę na ucieczkę, poczuł narastającą ciekawość i chęć bycia przy swoim nowym znajomym.

Borsuk z jeżem przysiedli pod wielkim dębem i zaczęli rozmawiać. Dyskutowali na przeróżne tematy, poznając się przy okazji. Borsuk w przedziwny sposób poruszał myśli, które nie były zbytnio wygodne i przyjemne dla jeża. Sporo mówił o cierpieniu wielu leśnych istot, o tym jak drzewa obumierają, o tym jak stara się być z całą ciemną częścią natury. Jeż czuł jakby poznawał nowy świat. Nigdy wcześniej nie zwrócił dostatecznie uwagi na choroby, smutki, trudności, które są niezbywalną częścią Życia. Był pozytywnym jeżem i nie mógł się nadziwić jak to możliwe, że Życie, tak jak moneta, ma dwie strony: dobrą i złą.

Borsuk musiał być niezwykłym mędrcem. W oczach jeża jawił się jako ktoś niezwykle głęboki. Możliwe, że przeszedł wiele w swoim leśnym życiu i wiedział głębiej niż niejeden zwykły śmiertelnik. Po kilku godzinach rozmowy nie miał wątpliwości - borsuk był mędrcem tego lasu a Cisza chciała, aby to jego właśnie spotkał. Wraz z upływem czasu jeż poczuł, że w nim samym pojawia się przedziwny smutek, złość i bezradność. Zaczął płakać. Cień, który nosił w sobie stał się jawny i przejrzysty. Jego wyobraźnia wskazywała mu obrazy z przeszłości, w których doświadczył zła. Płakał. Widział śmierć swoich bliskich, wszystkie nieporozumienia, których doświadczył, własne słabości i trudy. Gdy po wielu dniach (tak! nasz jeż spędził w lesie bardzo dużo czasu) wypłakał już osobiste sprawy, poczuł jak zaczyna go dotykać ciemność całego świata. Borsuk, który mu towarzyszył w tym czasie, odchodził co jakiś czas w głębie lasu, po czym powracał, by być z jeżem. Jego obecność i przewodnictwo sprawiało, że jeż wiedział, że to, co się dzieje ważnym procesem. Borsuk niewiele mówił, wiele zaś słuchał. Jednak jego słowne czy nieme wskazówki były proste: Bądź! To wszystko jest w porządku. Wszystko co jest, może sobie być. Jesteś bezpieczny.

Jeż stał się niezwykle wrażliwy. Czuł lekkość. Odkrył w sobie nowe poczucie humoru. Stał się otwarty. Mniej uciekał od trudnych sytuacji w życiu. Wiedział, że Życie to dobro i zło, które splecione są ze sobą nierozerwalnym więzami. Wcześniej próbował żyć dobrą stroną, Dziś nauczył się, że Życie niesie, co ma nieść i w nim samym pary przeciwieństw: narodziny-śmierć, radość-smutek, przyjemność-ból, dobro-zło mają swoje miejsce.

Wdzięcznym krokiem wyszedł z ciemnego lasu i wrócił do swojej codzienności. W jego myślach zaś słyszał głos borsuka....



Życie jest doświadczaniem dobra i doświadczaniem zła. Uciekanie od tego, co człowiek nazywa złem: choroby, śmierć, trudy jest uciekaniem od samego życia. W sensie psychologicznym powiedzenie, że "Bóg jest dobry" jest dualizmem i odcięciem od Życia. Bóg jest i dobrem, i złem. Absolutne jest doświadczeniem całkowitości Życia. Rzeczywistość, którą nazywamy Bogiem jest otwartą, nieskończoną Przestrzenią, w której tańczą wszystkie doświadczenia - i dobre, i złe.
Sens teologiczny i moralny mówi, że Bóg jest dobry, czy też jak u Augustyna: Bóg jest najwyższym dobrem. Nie przeciw teologii występuje nasz borsuk i jego święty las. Psychologicznie rzecz ujmując twierdzenie "bóg jest dobry" dla wielu współczesnych wyznawców znaczy: Bóg jest w dobrobycie, w szczęściu, w uśmiechu. Nie ma go w Cieniu Życia. Jednak doświadczenie mistyków pokazuje, że to, co nazywamy boskością jest we wszystkich doświadczeniach człowieka.
Dlatego przeżyć co jest do przeżycia, choć logicznie jest tautologią, to egzystencjalnie wyraża głęboką prawdę. 

Wszystko, co jest, może sobie być.

czwartek, 11 lipca 2019

Heretyk, płonący stos i wolność bycia tym, kim się jest!

To był czas, w którym pojawiło się kwestionowanie. Bardzo silne. Człowiek, którym byłem prowadził intensywne życie duchowe i religijne w zakonie. Modlitwa, służba innym, studiowanie teologii, filozofii, samego siebie, medytacja, praca wewnętrzna... Wszystko to stanowiło trzon tego, co nazywałem wiarą. Budowane solidnie. Krok po kroku. Najpierw w odcięciu od świata w ciszy kaplicy, lasu, pokoju. Potem w samym świecie, wśród wielu ludzi. Słyszałem przekazy wiary, poznawałem wtajemniczenie w sakramenty, w rozumienie Boga i świata. Uczyłem się wizji chrześcijańskiej do samych kości. Rozwijałem się. Wszystko niosło ogrom piękna i dobra, przemieniało od środka, transformowało osobowość i pozwalało odkryć sens życia, jednocześnie zaś przeczuwałem, że jest w tym coś jeszcze... I przyszedł czas. Dojrzało.

Kwestionowanie. Ostry kryzys związał mnie jeszcze bardziej z rzeczywistością, którą w religiach nazywano Bogiem. Ciemność przybliża do Niewidzialnego. Zresztą ludzie, którzy sporo w życiu przeżyli mogą albo skostnieć, zamieszkać w depresji, pogrążyć się w  upadku, kąpać się w beznadziei albo wyjść z tego odmienieni Światłem Prawdy.

Kwestionowanie. Wątpienie. Doszedłem do punktu, gdy musiałem opuścić katolicki świat, bowiem przestał odpowiadać na ważne pytania, a nawet więcej - stawiał pytania tak nieadekwatne i dziwne, że trudno było się w tym odnaleźć. Dwa lata próbowałem odbudować wewnętrzną, chrześcijańską budowlę. Bezskutecznie. Wielu światłych ojców i matek duchowych próbowało mi pomóc. Jednak żadne próby korekty we mnie czy wskazówki odnośnie tego, co powinienem zrobić, nie pomagały. Jedynie jeden ojciec jezuita otarł się o sedno subiektywnej, wewnętrznej prawdy, która budziła się we mnie: odkryłeś wolność, to dobrze. No tak. Przełożeni chcieli, żebym z tą wolnością wrócił na dawne tory. Jednak coś wewnątrz nie potrafiło się na to zgodzić. Odpuściłem. Stąd pojawiła się droga samotna. Hairesis.

Miałem wrażenie jakby ogień płonął we mnie. Gdy pojawiałem się wśród ortodoksyjnych chrześcijan (strzegących swoich przekonań jak warownej twierdzy) widziałem jak bardzo nie lubią tego, co się ze mną dzieje. Jednego razu zrozumiałem, że ów ogień jest żarem stosów płonących w dawnych czasach. Tam, gdzie w ramach systemu religijnego zjawiał się ktoś, kto był inny, wierzył inaczej, miał inne poglądy, inne doświadczenie, tam musiał liczyć się z wykluczeniem. W pewnych czasach wykluczenie dotyczyło wygnania, torturowania, spalenia czy po prostu zszargania dobrego imienia tego-kogoś-innego. Wraz z rozwojem demokracji i dobrodziejstwem modernizmu (moralność, sztuka, religia zostały rozdzielone, co przyniosło wolność jednostce) taki układ przestał być powszechny. Jednak wśród dużych religii ciągle istnieje schemat myślenia my-oni, który zresztą jest naturalnym dorobkiem ewolucji stadnej homo sapiens. Wyobraźmy sobie, że jeszcze nie tak dawno - kilka tysięcy lat temu - do przetrwania konieczne było, by trzymać się grupy, jej przekonań i  jej zwyczajów. Wygnanie oznaczało niechybną śmierć. Dziś wygnanie z danej grupy nie oznacza bezpośredniej śmierci biologicznej. Jednak zdecydowanie może dotknąć śmiercią psychiczną. Wystarczy popatrzeć na dzieci odrzucane przez własne rodziny, jak zniszczone jest doświadczenie self i jak sporo czasu, energii i mądrości potrzeba, by odnalazły dom we własnej psyche.

Dziś kocham i podziwiam Lutra, Kalwina, Giordano Bruno, katarów, gnostyków itd. Oni wszyscy niosą mi pociechę wolności. Mówią o tym, że pluralizm może być wartością i INNY nie jest gorszy. Augustyn z Lutrem połączeni węzłem małżeńskim. Ortodoksja nie może istnieć bez herezji, i odwrotnie. Dobra religia ma dobre herezje. Religia zaś, która daje przestrzeń na doświadczenia subtelne i transpersonalne to taka, która potrafi wytrzymać napięcie na linii ortodoksja-herezja. Weźmy dla przykładu religię judaizmu ze Starego Testamentu. Kapłani kontra prorocy, a dojrzalej - kapłani i prorocy we wspólnej drodze. Kapłaństwo utrzymywało tradycję, stabilność, porządek społeczny, zaś prorocy nieśli doświadczenie żywej zmiany i autentyczności. Jedno nie istnieje bez drugiego. Jak 'długość' istnieje tylko dlatego, że egzystuje też 'krótkość', tak: ortodoksja istnieje, bo jest możliwa herezja.

Heretyk. Otrzymałem taką łatkę. I niedługo trwało nim odczułem, co znaczy dla głównego nurtu, iż ktoś nim jest. Jeśli miałem odwagę, żeby iść taką drogą to musiałem się liczyć z tym, iż stracę powszechnie dobre imię, akceptację i miłość u wielu ludzi. Tak było. Jaka to była ulga! Okazało się bowiem, że wielu ludzi religijnych nie kochało mnie takim, jakim jestem. Oni kochali rolę społeczną, którą nosiłem na sobie. Kochali personę. W religii, która nie lubi żywego doświadczenia i inności, pozory są bardzo istotne. Strój kapłana to on. Jego modlitwy na oczach ludu to on. Jego słowa pobożne w świątyni to on. Odkryłem, że dla wielu ludzi byłem ważny jako przedstawiciel religii, w którą wierzyli. Oczywiście nie dla wszystkich. Jednak niebywałe jest jak współcześni wierzący ciągle potrzebują projekcyjnych wzorców w zakonnikach, w kapłanach, w "wyjątkowych postaciach". W sumie rzecz jest naturalna, jednak zaskoczyło mnie to mocno. Jung kiedyś miał powiedzieć: "Psychologicznie rzecz biorąc, ludzkość w gruncie rzeczy znajduje się jeszcze ciągle w okresie dzieciństwa. Ogromna większość ludzi potrzebuje autorytetu, przywództwa i prawa." (C.G. Jung Archetypy i symbole).

Heretyk. Greckie słowo hairesis oznacza wybór. Wybrałem. Z wyborem wiąże się wolna wola, czyli możliwość decydowania, a to samo w sobie jest już pewną formą wolnością. Bycie wolnym to przepiękny ideał i stan ducha. Możliwe, że w tym kontekście bycie tzw. heretykiem to motor napędowy do zmian dla religii. Heretycy wszystkich wieków mieli niebywałą siłę, by iść za własnym doświadczeniem. Uczą mnie wolności. Dlatego tak bardzo ciągnęło mnie np. do Lutra i jego mądrego podążania za innością i pragnieniem, by odmienić świat. Odwaga i wolność.

Na studiach z teologii przyciągnął mnie temat dogmatu katolickiego o piekle. Zbadałem go wnikliwie, również w ramach pracy magisterskiej. Oczywiście w wymiarze egzystencjalnym (motyw cierpienia) czy etycznym (możliwość wyboru zła) ten religijny pogląd ma swoje znaczenie i dużą wartość. Odkryłem jednak coś jeszcze. W wyniku wnikliwego badania siebie, ludzi, którym towarzyszyłem i tradycji chrześcijańskich zauważyłem niebywały lęk, który kryje się za tą ideą. Piekło jako kara to bardzo mocne karzące superego religijne, które nieświadomie zabrania cieszyć się życiem, seksem, przyjemnością, wolnomyślicielstwem, swobodnym badaniem świata itd. Gdy supeł tej idei zawiązany w mojej psyche w młodości, rozwiązał się w czasie studiów - otworzyłem się na świat, na nowe idee, na inności i na nowe doświadczenia. Od tego czasu obawiano się w ramach chrześcijaństwa tej inności, choć jednocześnie czułem szacunek i proszono mnie, by wybrał czy zostaję w ramach zastanego systemu czy odchodzę. Usłyszałem któregoś dnia, gdy zastanawiano się czy powinienem został kapłanem katolickim: "jak chcesz być sługą jedności z tym wszystkim, co czytasz i co mówisz?". Hmm... Kilka lat temu napisałem w ciszy swojego pokoju taki tekst:


"Bezpieczeństwo kontra wolność.

Mam wierzyć w co mi każą. Mam. I koniec. Nie jestem sługą jedności, gdy kwestionuję w co ludzie wierzą. Mam siedzieć cicho. Patrzeć jak ludzie się męczą ze swoimi religijnymi, dogmatycznymi pomysłami. Przedziwne. Nauczani nieszczęścia. Ślepo, na pamięć. Wiedzą, co robić. Cierpią, ale idą w to, bo przedstawiono im sens tego wszystkiego.
Badam sprawę jak mogę wnikliwie. Rozpadają się we mnie wszystkie struktury myślowe, zbitki toż-samości. Ból to niewyobrażalny. Tracę grunt pod wszystkim. I co się okazuje? Nie zginąłem. Nie przepadłem w nicości. Wręcz przeciwnie. Jestem tak wolny, współczujący i samotny. Nic mnie nie definiuje. Jestem, w którym nie ma żadnego ja. Wszechświat nie kręci się wokół mnie. Nie jestem słońcem wokół, którego fruwają planety.

Mam wierzyć w co mi każą. Odkrywam bezkres i wolność od definicji, którą jestem najpierwotniej. Ale mam siedzieć cicho. Pojawiam się, a ludzie czują zagrożenie. Diabeł się zjawia przed ich oczyma.

Kwestionuję. Świątynia, kult, kapłani, pieniądze. Masz za to pełną miskę jedzenia. Słyszę w odpowiedzi. I dociera do mnie głębiej: nie prawda się tu liczy, a organizacja, porządek, stabilność.

Wykład. Mowa o Jezusie. Wątpliwości jakiegoś rabina. Wykładowca. Jeśli ma się dach nad głową i miskę pełną jedzenia nie tak łatwo szukać prawdy. Po raz kolejny uderza.

Niebezpieczne to  całe kwestionowanie jak cholera. Inaczej nie umiem. Wolności niezmierzona!"


Heretyk dojrzewał aż dorósł. I musiał iść inną drogą. Bezpieczeństwo, które gwarantowała mi instytucja religijna zastąpiłem Życiem i jej tysiącem smaków. Mogłem wybierać, stałem się wolny. Dziś nie jestem wrogiem religii. Wręcz przeciwnie. Uważam, że dla wielu ludzi może być wspaniałą drogą do rozwoju, do przebudzenia, do prawdziwego życia. Jednak religia bardzo opornie reaguje na procesy zmian, a jeśli chce stać się dla współczesnego człowieka motorem rozwoju, musi poddać się przemianom.

Chciałbym oddać głos Wojtkowi. Jego doświadczenie pokazuje jak marnie wygląda religia w polskim społeczeństwie:

"Jestem heretykiem, to cena za szczerość i otwartość przed Bogiem w sakramencie pokuty i pojednania. Spowiedź generalna przed ślubem miała być wartościowym doświadczeniem miłosierdzia bożego, miałem się oczyścić i zacząć nowy etap w drodze przez życie z Bogiem. Mimo trapiących mnie od dłuższego czasu wątpliwości pragnąłem podejść do sprawy tak uczciwie jak tylko się da. Spowiednikowi zwierzyłem się z moich wątpliwości, co do wiary w świętość Kościoła (warunek wiary), nie podzielam bałwochwalczego kultu Maryi (mimo że jest dla mnie wyjątkową i świętą kobietą). Przestałem traktować Biblię jako jedynie słuszną świętą księgę, która ma mi wskazywać dokładnie co mam robić w życiu. Liczyłem na wyrozumiałość, pokrzepienie, umocnienie i wyjaśnienie niektórych kwestii. Niestety w zamian za moją szczerość otrzymałem burę od księdza. I ostrzeżenie, co prawda nie wprost, że jeśli się nie nawrócę, nie zmienię myślenia to zbawienie mnie ominie. Myśleć nie powinienem w ogóle lecz ślepo wierzyć w dogmaty inaczej zostanę poza Kościołem. Po prostu się zamknąć, nie zadawać pytań, nie wątpić, zapomnieć o tym co boli i żyć jakby nic się nie stało. Ale niestety stało się i to boli (ale to na inną rozmowę). To jednak nie było wcale ważne. W ogóle nie było ważne to z czym przyszedłem do kratek konfesjonału, jedyną słuszną rację oraz głos miał duchowny. 
Kapłan jedynej słusznej religii oczywiście udzielił rozgrzeszenia, jednak znanej mi radości i wolności, pokoju nie zaznałem. Od kratek odszedłem przybity, zdruzgotany i smutny. Zamiast uzyskać odpowiedzi zrodziło się jeszcze więcej pytań. No bo jak to w końcu jest? Możesz wyzywać, bić i gwałcić żonę, kraść, kombinować, kłamać ale jak wierzysz w dogmaty to jest wszystko w porządku? A jak szanujesz małżonkę, starasz się być dobrym człowiekiem, jesteś uczciwy, wrażliwy, wyrozumiały ale jeśli nie wierzysz w dogmaty to bój się Boga. 
Po spowiedzi mimo tego że prawo pozwalało to nie potrafiłem przystąpić do Eucharystii. Po prostu nie potrafiłem, nie miałem siły... 
Przygotowania do ślubu katolickiego też mogę podsumować jako spłycenie wszystkiego do kwestii seksu i rozmnażania się. Szacunek do kobiet, miłość, wrażliwość, dialog, komunikacja, partnerstwo, teologiczne znaczenie małżeństwa zostało ograniczone do minimum... No bo przecież to nie istotne, najważniejsze jest to aby mężczyzna miał wytrysk w drogach rodnych kobiety. No i wierzył w dogmaty.
Oczywiście seks też został ograniczony tylko do reprodukcji, a budowanie więzi, bliskości pominięte. A radość ze zbliżenia, seksualności?  Nie godna wspomnienia... 
Gdyby nie te nauki to oczywiście nie widziałbym że mam ukochanej osoby nie zdradzać, nie ranić, nie przekazywać życia... Otóż nie drodzy kapłani. To nie wynika z wiary, czy z nakazu Kościoła ale z faktu że po prostu jestem człowiekiem.
No i ostatni fakt, który coraz bardziej oddała mnie od Kościoła Katolickiego. Drugi chrzest to ekskomunika a pedofilia księży to propaganda lewicy. Ksiądz który szuka Boga jest wyrzucony i pozbawiony środków do życia, a ten który niszczy życie najmniejszych może liczyć na bezproblemowe życie, tylko miejsce zamieszkania musi zmienić." (podkreślenia R.W)


Rozwojowa linia religii napotyka w Polsce na opór przed zmianą. Kończy się społeczne władanie kościoła nad duszami ludzkimi. Traumy narodowe odzywają się co chwila. Jednak kościół nie umie z łagodnością, z mądrością i z miłosierdziem pochylać się nad sprawami w wolnej Polsce, będąc dobrym terapeutą czy duchowym przewodnikiem w sytuacji budzenia się demonów z przeszłości. Raczej zabrania, karci, wydaje teksty potępiające, osądza, gania... Brakuje duchowych przywódców na nowe czasy, gdy nie ma już okupanta i wroga na zewnątrz. I okazuje się teraz, że wrogowie są, ale wewnątrz religii. Ukrywanie pedofilii, kolesiostwo, pieniądze, zadarte nosy... Z nadzieją przyglądam się temu, co się dzieje. Oby ortodoksja otworzyła się na herezję, i odwrotnie. Małżeństwo tych dwojga rozpędzi motor zmian i wprowadzi energię w transformacje, które zajść muszą, by zinstytucjonalizowana religia mogła ostać się w społeczeństwie. A jest ona według mnie ciągle ważną częścią życia społecznego...

środa, 26 czerwca 2019

Praca z grupami, hobbitowe wezwanie i ogień, który może przemienić świat

W ostatnim roku życie postawiło mnie oko w oko z grupami. Znalazłem pracę i stałem się trenerem zajęć profilaktycznych dla dzieci i młodzieży w szkołach. Jednocześnie czułem się wypychany w kierunku zaangażowania i refleksji w obszarze społecznym. To nowa część mnie, bowiem przez ostatnich kilka lat byłem bardziej zaangażowany w życie wewnętrzne, w pracę nad sobą, w medytację. Pływałem we własnym wnętrzu i rzadko z dużym zaangażowaniem wchodziłem w kryzysy czy konflikty społeczne. Nie interesowało mnie zbytnio, by zajmować się światem i tym, co się w nim dzieje. Impuls w postaci wewnętrznego odczucia i splot dziwnie ze sobą powiązanych sytuacji (Jung takie powiązanie zdarzeń bez ciągu przyczynowo-skutkowego nazywa synchronicznością) spowodował, że otworzyłem się na grupy i procesy społeczne, pragnąc świadomie pracować z nimi i wspierać dobre zmiany.

I tak w przeciągu roku miałem okazję: widzieć dziesiątki czy setki grup dzieci i młodzieży, prowadzić projekt teatralno-rozwojowy dla osób z trudnościami psychicznymi (grupa spychana społecznie na margines) czy rozmawiać z przeróżnymi osobami na temat współczesnej sytuacji społecznej. Miałem również okazję widzieć jak może przebiegać trudny kryzys rozwojowy w pewnej grupie, a także współodczuwałem, bacznie obserwowałem zmiany i trudności zachodzące w zbiorowości polskiej. W międzyczasie czytywałem trochę i reflektowałem nad sytuacją Polaków (trauma narodowa, sytuacja polityczna, marsze, pedofilia w Kościele itd.) czy rozmyślałem nad trudnościami w obszarze integracji europejskiej. Zgłębiałem idę pracy ze światem A. Mindella i psychologię kultury W.Z. Dudka. Potrzebowałem zgłębić intelektualnie i emocjonalnie ideę psychiki zbiorowej (wg C.G. Junga) przez wykłady, czytanie i wyczuwanie pola grupy na warsztatach w szkołach czy na warszawskiej patelni (swoisty tygiel procesów zbiorowych w Polsce). Oglądałem filmy i baśnie z wrażliwością, co mówią one z głębi psychiki zbiorowej o współczesnym człowieku. Musiałem również wewnętrznie odnieść się do religii moich ojców i w sposób pogłębiony odnaleźć swoje miejsce w rodzinie, w której przyszło mi żyć. Wszystko to działo się jakby niechcący. Moje świadome ja chciało raczej wieść żywot domowego kota, który szczęśliwy jest samym swoim istnieniem, pyszną strawą i nie martwi się o to, co na zewnątrz. Jednak rzeczywistość stawiała mnie w nieco innej sytuacji. Kot musiał opuszczać, co jakiś czas dom i stawać się Kotem w Butach, by przemierzać ten świat, ucząc się go i współodczuwając z nim we wszystkim, co się dzieje. To wszystko złożyło się na narodziny nowego aspektu mojej osobowości. Zdaje się, że poród jeszcze trwa...

Nauczyłem się kilku rzeczy w tym czasie, którymi chcę się podzielić. Przede wszystkim dotknąłem po raz kolejny jak wielką siłę ma grupa. Ilość nieświadomych procesów dziejących się w społecznościach to nie lada wyzwanie dla zwykłego, hobbitowego introwertyka z jakim dotąd się utożsamiałem. Pykanie fajki, ukochana kobieta, pyszna strawa, dobra lektura, gra komputerowa... Oto menu codzienności tego osobnika. Opowieść o Bilbo Baginsie w tej materii jest mi niezwykle bliska. Oto hobbit z Shire zostaje wezwany do trudnej i niebezpiecznej wyprawy, w której będzie musiał zmierzyć się ze smokiem i z masą niebezpieczeństw. Musi opuścić przyjemny domek i wygodną codzienność, by oddać się wezwaniu. 

Praca z dziećmi, z młodzieżą, z grupami w formie procesu grupowego czy zajęć otwartych to prawdziwa wyprawa w nieznanie (nieraz smok potrafi dać ostro w kość). Grupa może nieść w sobie wiele złości, oburzenia, chaosu, trudności rozwojowych itd. Wiedzą o tym dobrze pedagodzy, psycholodzy, działacze społeczni wchodzący autentycznie i asertywnie w trudne sytuacje grupowe. Spotkałem wielu takich bohaterów. Nauczyciele, pedagodzy, ludzie walczący o dobro, o sprawiedliwość w swoich firmach i organizacjach. Bilbo spotkał smoka, ja zaś spotykałem rozhulane, dynamiczne i nieświadome procesy grupowe. Czasem czułem się jak Bilbo w konfrontacji z potężnym smokiem. Praca z grupą przypomina siedzenie w tyglu, którym ciągle coś skwierczy, syczy czy żarzy się. Ogień ten jest dla rozwoju, jednak nieumiejętne korzystanie z jego mocy może spowodować spalenie. Oddajmy na chwilę głos A. Mindellowi:

"Ogień, który trawi ludzkość w jej społecznym, psychologicznym i duchowym aspekcie, może zniszczyć świat. Ale może też przemienić problemy w poczucie wspólnoty. To zależy od nas. Możemy unikać sporów, ale możemy również bez lęku "siedzieć w ogniu", działać, zapobiegać powtarzaniu się najboleśniejszych pomyłek historii." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu : Wykorzystanie konfliktów i różnic między ludźmi dla transformacji dużych grup")

Społeczności mają swoje własne cienie, własne smoki. Osoba, która chce pracować i wspomagać grupy musi nauczyć się wielu rzeczy, by radzić sobie z całą złożonością praca z konfliktami i z rozwojem. Oto krótka lista rzeczy, których nauczyłem się i ciągle się uczę w pracy z grupami:

1. Grupa jest jakby jednym organizmem psychicznym. Spotykam pojedyncze osoby i jednocześnie wchodzę w relację z "osobowością grupy". Poznanie smaku, zapachu, temperamentu, charakteru grupy jest niezwykle ważne.

2. Konflikty są częścią życia grup i społeczności. Na tym etapie ewolucji ludzkiej świadomości musimy nauczyć się "konfliktowania" i otwartej komunikacji.

3. Złość, gniew, rozgoryczenie, smutek mogą stać się atutem i wspomaganiem dla rozwoju grup. Nie da się od nich uciec. Im bardziej się je wypiera, tym więcej neurotycznego cierpienia się pojawia. Na poziomie społecznym: im mniej przyzwolenia na inność, na głos mniejszości, tym większe ryzyko rozruchów, ostrych manifestacji i protestów (patrz: nauczyciele w Polsce)

4. Istnieją hierarchie i siły związane z władzą w grupach. Moim zadaniem jest objąć uwagą to, co nienazwane, wypychane i niekochane. Np. w obrębie współczesnych grup osoby wyciszone, niechętne do ekspresji, zabawy, kariery, zarabiania pieniędzy czy osoby nieheteronormatywne, osoby niepełnosprawne, osoby religijne są spychane na margines społeczny. Powoduje to cierpienie. Sam doświadczyłem w swoim życiu, co znaczy siła głównego nurtu, gdy własne doświadczenie wewnętrzne kwestionowało główny system religijny. 
Trzeba objąć uwagą mniejszość, bowiem nieświadoma większość używa siły wobec innych, jeśli nie ma samoświadomości w zakresie własnej przewagi materialnej, psychicznej czy duchowej.

5. Poszczególne osoby mają różne rangi w grupach. Ranga wg. Psychologii Procesu to zespół zasobów, które posiada jednostka czy grupa. Szef w pracy, biskup w Polsce (do emisji filmu Sekielskiego), biały heteroseksualny mężczyzna na Zachodzie to przykładowe jednostki z wysoką rangą. Uświadamianie pozycji w grupach i oświetlanie atmosfery emocjonalnej związanej z nierównością to ważne zadanie w pracy z grupą.

6. Siła grup i nieświadomych procesów może zniszczyć świat, ale może również zmienić i transformować społeczeństwo.

Na koniec chciałbym zaproponować fragment książki "Siedząc w ogniu", który pokazuje jak piękna i głęboka może być praca w obrębie grup. Fragment opowiada historię autora, który doświadczył ostrej krytyki i otworzył się na to doświadczenie:


"Ale ja byłem nieszczęśliwy. Poszedłem do domu zraniony i przygnębiony. Usiadłem w fotelu, głowa zaczęła mi opadać. Wiele razy krytykowano mnie podobnie w grupach, ale teraz coś, czego nie potrafiłem zidentyfikować wywołało we mnie taki smutek, iż poprosiłem Amy, by mi pomogła w pracy z mymi uczuciami. Czy stłumiłem złość na tego mężczyznę, złość spowodowaną jego raniącymi opiniami na temat kobiet? Wiedziałem, że jego poglądy zdenerwowały mnie, ale było w tym coś jeszcze. Amy zaproponowała następującą pracę wewnętrzną.

PRACA WEWNĘTRZNA - ĆWICZENIE NA WYJAŚNIENIE NASTROJU

Amy powiedziała:
- Wyobraź sobie jakąś trudną sytuację. Jakąkolwiek sytuację, która wywołuje bolesne uczucia. Spróbuj zobaczyć siebie w tym stanie, ze wszystkimi szczegółami.
Zobaczyłem obraz siebie w scenie z dzisiejszego popołudnia, kiedy krytykował mnie ten mężczyzna.
- Teraz przyjrzyj się tej części swego ciała, która przyciąga twoją uwagę.
Okiem wyobraźni zobaczyłem siebie w depresji. Skupiłem się na mojej głowie, która zdawała się zwieszać bardzo nisko.
- Bądź cierpliwy. Postaraj się zauważyć coś nowego w tej części swego ciała, coś, czego nigdy
przedtem nie widziałeś. Może to zabrać minutę albo nawet dwie.

Ku memu zaskoczeniu, ujrzałem zwieszającą się nad moją głową gilotynę, jakiej używano kilka wieków temu w Europie do ścinania ludziom głów.
- Pozwól, by historia tego czegoś nowego rozwinęła się - powiedziała Amy.
Zastygłem w bezruchu. Niemal nie mogłem na to patrzeć. Zobaczyłem spadające ostrze gilotyny. W mojej wyobraźni zostałem pozbawiony głowy za to, że byłem aktywnym działaczem społecznym, pracującym na rzecz demokracji, a przeciwko monarchii. Ale co obcięło mi głowę? Nie król, tylko wielki duch. Pomyślałem, że ta historia robi się bardzo dziwna. Rozwijała się dalej. Zobaczyłem siebie odrodzonego w nowym ciele. W wyobraźni nie była to już Europa sprzed kilku wieków, lecz Rewolucja Amerykańska. Miałem nową osobowość. Znów byłem działaczem społecznym, tylko o wiele starszym. Jako ta starsza osoba, pracowałem nie tylko na rzecz uciśnionych, ale uważałem wszystkich, uciśnionych i uciskających, za swoje dzieci.
Nagle zrozumiałem swoje uczucia. Dzięki mężczyźnie, który krytykował mnie tego popołudnia, skontaktowałem się ze swoim niezadowoleniem z bycia jednostronnym. Jakaś moja najgłębsza część chciała obciąć mi głowę lub zmienić moje zdanie. Innymi słowy, byłem nieświadomie zły na samego siebie, że w sekrecie do tego stopnia staję po stronie problemów ludzi ciemiężonych, że nie mogę już współodczuwać z nikim innym. Ten problem istniał w moim życiu społecznie uciskanego. Teraz usilnie pracowałem nad swoim rozwojem, tak bym nie musiał już stawiać oporu ludziom reprezentującym główny nurt kultury. Chciałem widzieć wszystkich ludzi, włącznie z mężczyzną, który mnie zaatakował, jako moje dzieci.
Ten wgląd sprawił, że zacząłem szlochać z radości. Amy i ja objęliśmy się. Mój nastrój zmienił się natychmiast. W wyobraźni nie obciął mi głowy jakiś stary król, który mógłby reprezentować wewnętrzną dominację nade mną. To był duch, coś bardziej znaczącego, co chciało, bym się zmienił. Poruszyło mnie to, że mogę dalej się rozwijać. Ten popołudniowy, trudny proces grupowy przemienił się w niezwykłe doświadczenie, które czegoś mnie nauczyło. Nie mogłem się doczekać, by dokończyć naszą pracę z grupą.
Kiedy zaczęliśmy następnego ranka, byłem gotów na wszystko. Mężczyzna, który mnie skrytykował wstał, zanim otworzyłem usta i powiedział wszystkim, jak wspaniale się czuje i jak wiele się wczoraj nauczył. Zdumiało mnie to, rozpłakałem się z radości. Opowiedziałem grupie, czego też się nauczyłem." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu")