Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ewolucja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ewolucja. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 sierpnia 2020

Krótka notka o świadomości

Jeden z moich ulubionych momentów we własnej introspekcji czy w pracy z ludźmi to sytuacje, gdy ktoś otwiera oczy. Przez otwarcie oczu rozumiem moment świadomości, głębokiego "aha", rozpoznanie prawdy. Uchwycenie świadomością subiektywnej prawdy, rekonstrukcja sposobów myślenia o problemie jest uwalniająca i podnosząca na duchu. Prawda, która jest pogłębioną świadomością, koi, wzmacnia i pogłębia. W tym tekście owy moment oświeconego rozumienia będę nazywał świadomością. Świadomość można pogłębiać. Odwrotnością życia świadomego jest życie nieświadome, mechaniczne, płytkie i automatyczne.

Życie automatyczne oznacza znikomy brak świadomej uwagi w życiu. Człowiek-automat nie zauważa swoich zachowań, impulsów, myśli. Żyje odruchowo w zgodzie z zaprogramowanym umysłem. Brak refleksji nad sobą, nad swoim życiem, nad sensem swojego bycia i działania skutkuje powtarzalnymi wzorcami, które zapętlają się w cyklu odczucie-myśl-zachowanie. Wiele osób dziwi się jak to możliwe, że pewne niepożądane sytuacje powtarzają się w ich życiu. Nieświadome programy, nieuwolnione emocje generują powtarzalne nawyki. Zmiana nawyków, czyli w gruncie rzeczy transformacja samego bycia-w-świecie  prawdopodobnie nie jest możliwa bez udziału świadomości.

Bycie nieświadomym może sprawić, że staniemy się ofiarami cudzych oczekiwań, wpływów czy potrzeb. Nieświadomość jako brak refleksji nad sobą jest również uwięzieniem w wewnętrznej dyktaturze przymusu powtarzalnych reakcji. W takim stanie jesteśmy zewnątrz-sterowni. Świadomość - wiedzenie, że uczucie czy myśl pojawia się w nas jest doniosłym etapem rozwoju człowieka. Zdarza się, że to co rodzic powtarzał dziecku przez pierwsze sześć lat życia nigdy nie zostało zbadane, rozpoznane i przepracowane w dorosłym życiu. W przypadku braku świadomości nasze życie może stać się spełnianiem czyiś słów, życzeń, pragnień. W takich okolicznościach nietrudno o stanie się robotem. Słyszałem historię ludzi, którzy wybierali dany zawód, bo spełniali oczekiwania środowiska czy rodzin, w których żyli. Nieświadome mechanizmy są powtarzalne i mechaniczne. Im mniej świadomości, tym mniej poczucia życia po swojemu, a więcej nudy, niskiego poczucia wartości i smutku.

Dzieci są niezwykle chłonne i w swojej niewinności wszystko, co widzą i co słyszą przyjmują za oczywistą prawdę. W ten sposób powstają programy przekonań, a wraz z nimi emocjonalne odruchy, które w dużej mierze mogą warunkować zachowania, postawy i nawyki w dorosłym życiu. Można zauważyć, iż wielu ludzi żyje utartymi schematami, wypracowanymi jeszcze w dzieciństwie. Brak możliwości zakwestionowania czy transformacji programów myślowych wzmacnia odczucie nudy, mechaniczności, tracenia życia czy bycia ofiarą. Gdy odzyskujemy świadomość, mamy większe możliwości wyboru, a wraz z tym wzmacnia się nasza wewnętrzna moc - poczucie bycia ok i akceptacja, aż do okrywania miłości i jej mocy.

Życie automatyczne i nieświadome oznacza życie w konieczności, w przeznaczeniu,w ślepym losie. Jak pięknie to pokazał C.G. Jung świadomość u swoich początków była czymś wątłym i słabym. Była jak wyspa na oceanie nieświadomości. Świadome życie nie oznacza neurotycznej kontroli. Wyraża się raczej we wzroście akceptacji, poczucia integralności czy pogłębienia miłości. Nieświadomość bez udziału świadomego czynnika jest trwaniem w ślepym losie, w automatycznym matrixie, zaś wzrost czynnika świadomego odsłania wewnętrzną wolność jako źródłowy sposób istnienia. Z perspektywy psychologii jungowskiej twórczy dialog między świadomym a nieświadomym dobrze robi drodze rozwojowej człowieka.

Praca wewnętrzna, niezależnie od nurtu, szkoły czy technik, sprawia odzyskanie mocy, wzrost poczucia żywotności i budzenie uważności. Ludzie świadomi siebie, własnego wnętrza czy osobistych uwarunkowań stają niezależni i wolni. Relacje budowane na aksjomacie rozwoju świadomości przestają być przystawaniem, dopasowywaniem czy uzależniającym, lękowym łączeniem się w pary. Zaczynają się raczej jawić jako więzi, które są świętowaniem pełni i obfitości. Na niższych poziomach świadomości związki zbudowane są na braku i na potrzebach. Im wyżej w rozwoju relacje stają się celebracją pełni, dobrobytu i szczęścia. Być świadomym siebie i posiadać możliwość podejmowania decyzji wzmacnia autonomię i poczucie szczęścia. Odpowiedzialność jest możliwością odpowiadania rzeczywistości przez własne decyzje. Odzyskanie mocy wewnątrz człowieka wpływa pozytywnie również na samopoczucie, pracę i zdrowie.

Samoświadomość jest również życiem w kontakcie z tym, co ciemne, trudne i bolesne. Każda poważna szkoła zdobywania wiedzy o ludzkim wnętrzu spotyka się na swoich ścieżkach z śmiercią, cierpieniem i bólem. Wszystkie te przystanki w ludzkim życiu mogą być rozwijające i pogłębiające. Co zrobić by cień spotkany w introspekcji nie był destruktywny to już temat na inny tekst.

Istnieje przeogromna ilość korzyści rozwojowych, które płyną ze wzmacniania i rozwijania samoświadomości. Marzę, aby psychoedukacja czy treningi samoświadomości trafiły do szkół i uczelni jako ważne komponenty edukacji. Komputery, nowoczesne metody edukacji i tony wiedzy niekoniecznie niosą sens współczesnemu człowiekowi. Według badań depresja czy trudności emocjonalne młodzieży wzrastają z roku na rok. Może zamiast kolejnych egzaminów, ksiąg do przeczytania, oczekiwań do spełnienia - lepiej, gdyby więcej ludzi miało dostęp do wiedzy o ludzkim wnętrzu i mogło nauczyć się instrukcji obsługi radzenia sobie z własnymi uczuciami, myślami, zachowaniami.

Gdy zmienia się wnętrze pojedynczego człowieka, zmienia się cały świat.

„Bez samoświadomości jesteśmy jak niemowlęta w kołyskach”. (Virginia Woolf)

Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła. (C.G. Jung)

To co sobie uświadamiasz, to też kontrolujesz, to czego, sobie nie uświadomisz, kontroluję ciebie. (Anthony de Mello)

Dopóki nie uczynisz nieświadomego – świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem” (C.G. Jung)

„Aby zmienić osobę, należy zmienić jej świadomość siebie”. (Abraham Maslow)


niedziela, 17 maja 2020

Sen o umierającej nieszczęśliwej, religijnej świadomości



Miałem sen. W nocnych obrazach widziałem znajomego kapłana, który rzewnie płakał nad umierającą religią. Płacz jego wzbudzał we mnie współczucie i przedziwne pocieszenie. Miałem w sobie pewną ujmującą myśl: "nareszcie, koniec niewoli". Jednocześnie wiedziałem, że proces ten jest trudny i wymagający. Następnie sen poprowadził mnie na cmentarz - miejsce, w którym ludzie wspominają to, co minione i prowadzą namysł nad umieraniem. W tym śnie, na tym właśnie cmentarzu razem z płaczącym kapłanem odczuwałem, iż religia umiera. Sen wzmocnił we mnie pragnienie, by napisać ten tekst. Chodził on za mną już od jakiegoś czasu.  

Znaczenie, które rozpoznaję w tym śnie, we własnym samobadaniu i studiowaniu psyche pokazuje mi, że procesy prowadzą mnie coraz głębiej do szczerości przed sobą i innymi. Szczerość ta wyraża się w tezie: spora część masowej i instytucjonalnej religii, jaką znam, opiera się na niedojrzałej religijności albo na strukturach, które nie mają wiele wspólnego z duchowością. Teza wcale nie jest nowa w dziejach ludzkości. Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że nie uważam, iż nowy ateizm albo zupełne odrzucenie religii - w sposób ideowy - ma jakikolwiek sens rozwojowy. Śmierć religii z powyższego snu nie wyraża końca instytucji czy wspólnoty konfesyjnej w sposób bezpośredni (choć i to dzieje się dziś na Zachodzie). Owy kres jest obumarciem mitu, którym świat zachodni żył przez wieki. Mit o wielkim upadku i wygnaniu z raju znajduje się dziś w agonii i choć tradycyjne religie ciągle opierają się na grzeszności człowieka i gniewie boga, który uśmierzany jest przez zbawiciela/i, to większa część świata zachodniego odrzuciła już myślenie o sobie w kategoriach grzechu jako skazy czy zranionej natury. Bardziej dojrzałą formę mit ten przybiera, gdy mówi o miłości Boga do upadłej ludzkości. Wspólne jednak dla obu form pozostaje przekonanie o zepsuciu czy też zranieniu ludzkości po grzechu pierworodnym.

Chciałbym objaśnić podstawowe pojęcia, których używam w tekście: religia i duchowość. Duchowość rozumiem jako najgłębszą ścieżkę, w której człowiek doświadcza i rozpoznaje źródło swojego istnienia. Terminu religia używam w przeróżnych kontekstach znaczeniowych: od fałszywych, niosących cierpienie struktur niedojrzałej psyche i jej przejawów w świecie zorganizowanych wierzeń, przez codzienne poszukiwanie połączenia z tym co głębokie, po konkretne "religie", które uformowane są przez doktryny, wierzenia, moralność, kult. Używam ich w sposób raczej mało ścisły. Zdaje mi się jednak, że podstawowa myśl zawarta w tych kilku akapitach będzie zrozumiała.

Zanim zacznę krok po kroku opisywać w jaki sposób mit o upadku ze Starego Testamentu przestaje dziś nieść znaczenie człowiekowi, chciałbym przytoczyć wierszotwór, który napisałem, będąc pod intensywnym wpływem snu:

PLĄSY NA GROBACH PRZODKÓW

śniłem
kapłan płaczący z żalu po religii

płacz, szloch, żałoba

to mój przyjaciel
religia jaką znał

przeminęła

ta religia, w której

przyjemność to grzech
kobieta to podrzędna forma życia
masturbacja otwiera piekło
a nie-modlenie wprawia boga w gniew

religia, w której

śmiech, zabawa i bycie sobą to grzech
lęk przed piekłem popycha do kościoła
nauka to narzędzie szatana
a rację ma tylko jedno credo


cmentarz
jestem tam z przyjacielem

żegnamy się z opresyjną religią
jak dzieci płaczące po ojcu, który bił
z radością i z ulgą

cisza cmentarna
po śmierci religii, 
zostaje tylko ona

miłość

znana od wieków

cierpliwa
łagodna
nie unosi się pychą
nie pamięta złego

wyznawana czy nie - pełna
z człowiekiem czy bez - otwarta
z kościołami czy bez - wszędobylska
z modłami czy bez - wewnętrzna


przecieramy łzę
jesteśmy wolni



Mit o wielkim upadku można interpretować z perspektywy: teologii, socjologii historycznej, badań nad mitami, kulturoznawstwa, gnostycyzmu itd. Adam, Ewa, wąż i przechodzący po ogrodzie bóg doczekali się już wielu przeróżnych interpretacji. Od strony dominującej teologii w ramach chrześcijaństwa mit opowiada o tym, iż u zarania dziejów pierwsi ludzie zgrzeszyli nieposłuszeństwem wobec boga i od tego momentu na świecie pojawił się znój ciężkiej pracy i bóle rodzenia (trud i cierpienie). W sensie literalnym mit ten kilka wieków temu został obalony przez naukowy empiryzm, a nawet przez dojrzałą teologię. Patrząc na ewoluujący wszechświat trudno bowiem sobie wyobrazić, iż sens literalny mógł wydarzyć się realnie w konkretnym czasie i w konkretnej przestrzeni. Dlatego też wielcy myśliciele w katolicyzmie pokazywali, iż znaczeniowy sens "wydarzeń z ogrodu Eden" jest jedynie ograniczoną metaforą. Jednak co ciekawe, jeśli przysłuchasz się kapłanom czy chrześcijańskim misjonarzom, zawsze usłyszysz tę prawdę; człowiek u zarania dziejów zgrzeszył, okazał nieposłuszeństwo przez zakazany czyn; zerwał owoc z drzewa poznania dobra i zła. Od strony psychologicznej taka interpretacja tego mitu rodzi poczucie winy i pewne niezrozumienie. C.G. Jung, dziecko protestanckiej rodziny teologicznej, zadając pytania pełne empirycznego myślenia, dostawał odpowiedź od ojca: Karl, ty chciałbyś tylko wiedzieć, tu trzeba wierzyć. Współczesny człowiek nie wierzy na słowo, musi mieć potwierdzenie od strony doświadczenia czy empirii naukowej. Mowa tu oczywiście o człowieku, który na poważnie i z zaangażowaniem chce poznać daną prawdę. Pewna bliska osoba opowiadała mi ostatnio jak nie mogła zrozumieć jako dziecko literalnego sensu mitu o upadku. "Jak odpowiedzialność Adama i Ewy może wpływać na to, co jest teraz? Dlaczego oni to zrobili? Świat bez ich nieposłuszeństwa byłby rajem?" Zdziwiłem się, bowiem okazało się, że wiele dzieci, pochodzących ze środowisk religijnych ma podobne myśli. W podobny sposób młody Jung mierzył się z tematem grzechu pierworodnego:

W myśli przebiegłem długi rząd nieznanych przodków, by w końcu dojść do Adama i Ewy. Tu nasunęła mi się decydująca myśl: Adam i Ewa to pierwsi ludzie, oni już nie mieli rodziców, lecz zostali stworzeni przez samego Boga takimi, jakimi byli - stworzeni w określonym, Bogu znanym celu. Nawet nie przyszłoby im do głowy, że mogliby być inni, niż byli, albowiem byli doskonałymi stworzeniami Bożymi - Bóg stwarza przecież jedynie same doskonałości. A jednak popełnili grzech pierworodny, ponieważ uczynili to, czego Bóg chciał. Jak to było możliwe? (C. G. Jung "Wspomnienia, myśli, sny...")

Tradycyjna teologia broni się w tym miejscu "wolną wolą" pierwszego człowieka. Wyjaśnienie to jest sensowne w ramach teologicznego dyskursu. Jednak sam fakt "istnienia pierwszych, grzeszących rodziców" jest nie do przyjęcia w ramach dzisiejszej wiedzy o świecie. Po prostu hipoteza ewolucji i rozwój jaki obserwujemy w świecie dekonstruuje przekonanie, iż człowiek został "wsadzony" w świat jako jednostka wyizolowana od reszty natury. Dziś rozumiemy, że proces wyodrębniania się ludzkiej świadomości musiał trwać w dłuższym czasowo procesie. Jung zwracał również uwagę na fakt, iż u początków świadomość musiała być nikła i wątła. Możliwe, że świadomość człowieka na przestrzeni setek lat wyodrębniała się z nieświadomej jedni jak człowiek budzący się powoli z głębokiego snu.

Cała struktura powyższego mitu, pokazuje jak "grzeszne" są kobieta i wąż, a z nimi życie i seks (zauważ jak duże znaczenie seksualności i jej obostrzeń istnieje w ramach religii z poziomu mitycznego). Oczywiście przeciętny wierzący chrześcijanin powie, iż seks jest dobry, ale jedynie w ramach małżeństwa. Owo "ale jedynie" zdradza nam jak bardzo wierzący ludzie utożsamiają bóstwo z jego obrazem istniejącym w psychice człowieka. Jeśli przestudiujesz wnikliwie Pismo Święte zauważysz, że obrazy boga w nim zawarte są paletą tego, w co wierzyli ludzie na temat danego boga i bóstw; bóg w księdze Rodzaju, bóg w księdze Samuela, bóg w księdze Ozeasza itd. Każdy z tych obrazów pokazuje nam boga jako antropomorficzną postać, która nieustannie interweniuje w losy świata.  Dla przykładu bóg w ST jest niebywale kapryśny i zmienny. Często bywa rządny krwi i walki, następnie przebacza i przytula. Dziś taki bóg nadawałby się idealnie na porządną psychoanalizę (chrześcijański obraz boga z poziomu mitycznego wymaga ascezy seksualnej i uznaje popędy za sferę grzeszną). Interwencje Jahwe są pełne nakazów moralnych i kultycznych. Sposób komunikacji boga jest jednocześnie zapośredniczony przez kapłanów i proroków. Bóg tych ludów to pewien obraz, który niezbędnie formułował społeczeństwo, wierzenia, moralność, a ostatecznie tworzył sens więzi i porządek społeczny. Współczesny bóg chrześcijan również wypowiada się na przeróżne moralne tematy tj. aborcja, antykoncepcja, homoseksualizm itd. przez doktryny czy kapłanów, powołując się często na asystencję ducha świętego (o zgrozo współcześnie większość tych tematów dotyczy seksualności czy płodności). Te przeróżne obrazy są w istocie impresjami pochodzącymi z psychiki człowieka i są odbiciem tego, jaki jest człowiek. Psychologia głęboka odkryła bowiem, iż ludzie noszą w sobie różne obrazy boga. One zaś oddziałują na rozumienie życia i konkretne działania. Duchowość nie zajmuje się jedynie doświadczeniem owych obrazów, choć i to dzieje się w praktykowaniu ścieżek kontemplacyjnych i jogicznych, ale jej główne zadanie to prowadzenie do empirycznego, wewnętrznego rozpoznania boskiej rzeczywistości. Droga ta jest mozolna i wąska. Oznacza bowiem spotkanie się człowieka z nieświadomymi siłami, które przekraczają ego jednostki. Głębokie ścieżki duchowe stronią od mówienia o bogu, a zapraszają do inicjacji, czyli konkretnej ścieżki praktykowania medytacji czy kontemplacji, albo mówią też apofatycznie - kim lub czym bóg nie jest - co może poprowadzić do bezpośredniego rozpoznania "rzeczywistości, którą nazywamy Bogiem". Prawdziwe niepoznawalne zmysłami czy rozumem bóstwo poznaje się od wewnątrz w doświadczeniu mistycznym, które przekracza wszelkie religie i dyskursy - a z nimi transcenduje wszelkie obrazy bogów i bóstw. Sam rdzeń boskości jest w istocie poza imieniem i poza religią jak głoszą to nam mistycy wszystkich czasów. Podstawowe rozróżnienie między bogiem jako obrazem, który w projekcji interweniuje i moralnie ogłasza ludziom, co mają robić, a bóstwem jako wewnętrzną iskrą życia, jest w moim odczuciu fundamentalną kwestią w całym dyskursie. Fanatyzm religijny to psychologicznie przywiązanie do jednego obrazu z wiarą i z odczuciem (z pasją), iż on jest jedyną, niepodważalną prawdą. W tej sytuacji mamy do czynienia z inflacją ego - nie liczy się już ja człowieka, który wierzy w danego boga, ale jedynie samo żarliwe odczucie płynące z boskiego obrazu, a z nim konkretne działanie w imieniu danego boga. Droga ta może prowadzić nawet do gotowości, by zabić innowierców, wysadzić wieżowiec czy klinikę aborcyjną ze względu na napływ intensywnych treści nieświadomych na ego-świadomość. Oczywiście można by w tym miejscu przedstawić linie rozwojowe psyche w kontekście obrazów boga i bóstw. Jednak wykracza to poza ramy tego krótkiego tekstu.

Joseph Campbell, amerykański mitoznawca, w książce "Potęga mitu" pokazuje w sposób dobitny jak mit o upadku wpływa na rozumienie świata:

Główna idea biblijnej tradycji Upadku mówi, że natura, jaką znamy jest zepsuta, seks sam w sobie jest zepsuty, kobieta, jako ucieleśnienie seksu, jest szerzycielką zepsucia. Dlaczego Adamowi i Ewie została wzbroniona wiedza o dobru i złu? Bez tej wiedzy bylibyśmy gromadą dzieciaków nadal bawiących się w Edeńskim Ogrodzie i niemających żadnego udziału w życiu.

(...)
W odziedziczonej przez nas tradycji biblijnej życie jest zepsute, a każdy naturalny impuls - grzeszny, o ile nie zostanie obrzezany albo ochrzczony. Tym, który przyniósł grzech na świat, był wąż, jabłko zaś dała mężczyźnie kobieta. Utożsamienie kobiety z grzechem i węża z grzechem, a więc i życia z grzechem - oto splot, który określił cały mit biblijny i naukę o Upadku.

Zdaje mi się, że współczesny chrześcijanin nie zgodziłby się z powyższymi tezami. Jednak poczucie winy w ramach głoszonej nauki pozostaje podstawowym, nieuświadomionym kawałkiem kerygmatu chrześcijańskiego. Kapłan zaczynający misterium wielkiej nocy opowiada o tym jak Chrystus pokonał zło i grzech, który uczynił człowiek. Bez owego poczucia, że robię coś nie tak albo że jest ze mną coś nie w porządku, bardzo trudno praktykować dziś chrześcijaństwo. Znam to z własnego doświadczenia. Kiedyś bliska osoba powiedziała mi, że trudno jej odnaleźć się nawet wśród kaznodziejów polskiego katolicyzmu z racji na to, iż nauka, którą słyszy zaczyna się od niedoskonałości, grzeszności i ułomności człowieka. Następnym zaś krokiem jest mowa o działającym i miłosiernym bogu. Oczywiście psychologiczny cień jest częścią naszej natury, jednak ludzie, którzy nie rozumieją swoich ludzkich impulsów w kontekście grzeszności nie są w stanie odnaleźć się w religii chrześcijańskiej. Jakiś czas temu znajoma opowiadała mi o tym, iż przestała chodzić do kościoła ze względu na to, iż bez poczucia winy uprawia seks poza instytucją małżeństwa. To zaś dyskwalifikuje ją jako uczestniczącą w pełni liturgii. Musiałaby być w ramach wspólnoty grzesznicą, a sumienie nie wyrzucało jej, iż to, co robi jest złe i wymaga bożego przebaczenia.


Mity nowoczesne, które uwzględniają nie tylko naukowe hipotezy (np. ewolucję) ale też mistykę, która zawsze miała trudności we współbyciu z religijnym establishmentem, pokazują, że świat się rozwija. Cierpienie więc, a z nim wszystko, co nazywamy złem, jest częścią procesu stwórczego. Mistyk widzi wszędzie Boga, więc grzech, choroba, śmierć są tak samo uprawnione jak wszystko inne. Grzech rozumiany w tej dynamice jest jako część egzystencji. Odrzucanie życia i jej przejawów w mig rozwija neurotyczne cierpienie. Dlatego też, jak pięknie to pokazał C.G. Jung w Aion. Przyczynki do symboliki jaźni, dawny symbol walczących ryb (ciągłe ścieranie się życia ze śmiercią, cnoty z grzechem, boga z diabłem, człowieka z naturą) zostaje dziś zastąpione przez postać wodnika, który zamiast walki - wybiera świadomość i rozumienie, zamiast zadawania sobie bólu samoagresji i bolesnego podziału. Z dużą ciekawością przyglądam się współczesnym ruchom kontemplacyjnym chrześcijaństwa, które reprezentują wodnikowy styl duchowości. Duchowość nie tworzy poczucia winy w ramach struktur wprowadzających i objaśniających. Raczej daje możliwości uwalniania człowieka z poczucia niedoskonałości.

David R. Hawkins w taki sposób ujął współczesny ruch odchodzenia ludzi od tradycyjnych form religijnych na Zachodzie:

W toku wieloletnich obserwacji klinicznych poczucie winy okazywało się najczęstszym powodem odchodzenia od religii. To dlatego, że spełnienie wymagań religii wydawało się nieosiągalne. Zadaj sobie pytanie: Dlaczego? Zawsze chodzi o rozdźwięk między tym, jacy w swoim mniemaniu powinniśmy być, a tym, za jakich w rzeczywistości się uważamy. Zamiast czuć się winna, wypróbuj uwalnianie i odpuszczanie wszystkich negatywnych uczuć, jakie się pojawiają. Poczekaj i sama zobacz, jak zmieni się twoja postawa. (D. Hawkins "Technika Uwalniania")


W czasie pisania tegoż tekstu wychodzi kolejny film "Zabawa w chowanego". Obie produkcje braci Sekielskich, oprócz konkretnej krzywdy ludzi i mechanizmów wypierania przez instytucje kościoła problemu pedofili, pokazuje poziom dojrzałości polskiej religii. Można powiedzieć, za teoretykiem systemów religijnych i duchowych Kenem Wilberem, iż większa część polskiego katolicyzmu jest na poziomie mitycznym w rozwoju religii. Poziom ten charakteryzuje się brakiem racjonalności i integralności. Mityczna optyka widzi cały świat jedynie w perspektywie religii. Wszystko jest sakralne i wpisane w dany mit religijny. Nie istnieje nic poza bogiem czy diabłem. Zauważ, że kapłan molestujący dzieci stwierdza, że diabeł go skusił. Nie widzi racjonalnych przyczyn psychoseksulanych swojego zachowania. Nie potrafi widzieć rzeczywistości w perspektywie racjonalnej, np. używając psychologii czy nawet zdrowego rozsądku. Wszystkie rzeczy są otoczone sztywną sakralnością, co jest owocem niedojrzałości psychicznej. Na wysokich poziomach duchowych człowiek potrafi rozróżniać, badać moralnie samego siebie, a także rozumieć świat w sposób złożony. Inaczej mówiąc; doświadczenie religijne musi uwzględniać psychologię, etykę i własne uwarunkowania.


Sen, o którym pisałem na początku tekstu jest rodzajem pragnienia czy marzenia w stosunku do rozwoju religii. Kilka lat temu praktykując katolicyzm odkryłem, że sam system strukturalny religii opiera się na fałszywych założeniach, co do natury człowieka. Człowiek nie jest zepsutym przez grzech pierworodny stworzeniem, a rozwijającą się naturą, która nosi w sobie boskie Źródło, które dalekie jest od antropomorficznych bogów, uwarunkowanych kulturowo. Jak to trafnie zauważył Hegel - wielu chrześcijan wyobraża sobie boga jako "kręgowca o gazowym ciele". Eteryczny bóg jest tu istotą oddzielną, żyjącą w niebie albo chodzącym po ziemi interweniującym super-bohaterem typu avengers. Wszystko to jest pewnym ważnym etapem rozwoju świadomości, jednak nie jest to samym Esencją Istnienia. Mój sen jest marzeniem o upadku dualistycznego i neurotycznego religijnego mitu. Marzenie to powstało po doświadczeniu uwolnienia od mitu o upadku i dotknięciu w sobie miejsca, które nieskażone jest nieszczęśliwą świadomością, o której czytamy w Fenomenologii Ducha Hegla, która jest w istocie oddzielonym ja, której ustawia siebie naprzeciwko boga, który widziany jest jako oddzielna rzeczywistość. Mistyka pokazuje, że jest to jedynie błąd poznawczy, maja, nieświadomy, niezbudzony stan świadomości. Etap tej wędrówki jest konieczny w rozwoju ludzkiej świadomości, jednak wielu współczesnych doświadcza dziś "śmierci boga" i zaniku owej dualistycznej struktury. Dalej droga może prowadzić albo do nihilizmu i rozpaczy egzystencjalnej albo do duchowego doświadczenia jedności z boską rzeczywistością (piekło nihilizmu jest etapem przejściowym w duchowych ścieżkach przybierająca postać doświadczeń nocy i pustki).

Oby kolaps fałszywej i niedojrzałej religii stał się udziałem jak największej ilości ludzi i wspólnot. Duchowość, a z nią miłość, jako ścieżka jednocząca i afirmująca życie, może być kolejnym etapem w drodze ewolucji świadomości człowieka. Możliwe, że konfesyjne ścieżki wielu religii zmienią się nie do poznania pod wpływem tej transformującej przemiany. Jednak w najbliższym czasie zdaje się to, z wielu racji, jeszcze niemożliwe. Owo "jeszcze" jest tym, co wymaga zaangażowania i pracy poznawczej, a co jednocześnie budzi nadzieję, iż ewoluująca boskość dokonuje transformującej przemiany przez setki czy tysiące lat istnienia tego wszechświata.

niedziela, 12 kwietnia 2020

Zaraza, jej archetypy i mądrość nieświadomości

Ostatnie tygodnie dla sporej części ludzkości są intensywnym czasem zmiany orientacji życiowej. Wirus i pandemia destabilizują życie społeczne i psychiczne. W poniższym tekście stawiam hipotezę, iż działalność polityczna i naukowa została opanowana w dużej mierze przez nieświadomość zbiorową. Co to oznacza? Zostaliśmy opanowali przez irracjonalne siły, o których nasza świadomość ma nikłe pojęcie. W pierwszych dniach doniesień o nowym wirusie sądziłem, że sprawa rozejdzie się po kościach (podobnie jak w przypadku sars czy ptasiej grypy). Myliłem się. Działanie tego wirusa wywołało w psychice obiektywnej głębokie poruszenie. Świat jakby zaczynał wariować. Szaleństwo, czyli intensywne działanie pod wpływem irracjonalnych, popędowych czynników wskazuje nam zgodnie z mapą psychologii głębi na zbiorową nieświadomość (nastąpiło poruszenie oceanu irracjonalnych i zbiorowych warstw psyche). Z perspektywy moralnej rzecz nie jest dobra ani zła, dopiero nasze działania wobec tych poruszeń można oceniać moralnie. Pamiętam dokładnie moment zamykania pierwszej szkoły w Warszawie, pustych półek w sklepach (brak papieru toaletowego i mięsa), wiadomości od znajomych o wojsku, które lada moment ma zamykać miasta. Na poziomie racjonalnego umysłu - wszystkie wieści widziane były jako irracjonalne lęki i zachowania powodowane troską o przetrwanie. Głębiej zaczynałem zauważać, że chodzi o archetypy i ich przemożne działanie.

W całym tym zamieszaniu poczułem w pewnym momencie napływ niebywałej paniki. Nagle wewnątrz mojej psychiki pojawił się koncept, iż świat ten zmierza ku końcowi. Pojawiły się znane z sytuacji granicznych odczucia: lęk, panika i złość. Wszedłem w to doświadczenie albo raczej nieświadomie zostałem porwany. Dopiero po jakimś czasie uzyskałem spokój i trzeźwe spojrzenie, z jednoczesnym wchodzeniem i obserwacją tego, co się dzieje we mnie i w zbiorowości. Z perspektywy psychologi głębi nieświadomość zbiorowa posiada dużą siłę, by wciągnąć ego człowieka w dane znaczenie, które często okraszone jest działaniem instynktownym. Dla przykładu impulsywne zakochanie czy marsz w pochodzie politycznym mają znamiona pochwycenia archetypowego. Może się zdarzyć, że choć nie sprawdziłeś do końca programu politycznego danej partii (nawet świadomie możesz się z nim nie zgadzać) czy nie dowiedziałeś się o obiekcie swojego zakochania nic więcej, prócz podążania za pociągiem ku niej - to z jakichś powodów robisz to, co robisz. Siła nieświadomości jest ogromna. Epoka rozwiniętej techniki, medycyny i nauki zastąpiła już jakiś czas temu świat religijnego zbawienia czy siłę mitów, symboli i popędowych energii.  Tylko pozornie. Nieświadomość przemawia i wpływa na nas. Ona żyje nas. Im mniej uznajemy jej obecność, tym bardziej zostajemy opanowani przez jej działanie. W szkole nie uczymy się o nieświadomości, o irracjonalnych popędach czy o wszystkim, co w nas samych nieustannie "gada swoje" i "robi swoje", a my udajemy, że tego nie ma.

Sytuacja wokół covid-19 jest wzorcowym działaniem psychiki zbiorowej. Całe narody zostały porwane przez lęk i panikę. Politycy i część nauki została zainfekowana treścią praobrazów epidemii. Nie oceniam tego moralnie w tym miejscu. Tak po prostu jest. To fakt.  Ludzkość nieraz zmagała się już z zarazami, z chorobami, z kataklizmami. Nasi przodkowie wypracowali całe mnóstwo zachowań, oddziaływań i postaw wobec zagrożeń. Zarazy nie należą jedynie do zamierzchła przeszłości. Myśli, emocje, reakcje wszystko to w pewnym stopniu "dziedziczymy" od przodków. Wszystko to odzywa się dziś, a my sami możemy nie poznawać własnych postaw, odczuć i reakcji - "jak mogliśmy tak panikować? jak mogłem kupić tyle papieru?" To nie nasza codzienna ego-świadomość reaguje na wydarzenie pandemii, a przynajmniej nie w takiej mierze jak sądziliśmy. Nieświadomość, która nie ma choć małego światełka ludzkiej świadomości działa w szaleńczym tempie.

Z powstałej epidemii można wyciągnąć jeszcze inne wnioski. Mimo rozwoju nauki i techniki ludzkość może dziś na nowo odkryć, że kruchość egzystencji człowieka i tej planety nie jest jedynie teorią. Pamiętam ten moment, gdy po moich plecach przebiegł dreszcz na wieść wiadomości o dziesiątkach zmarłych. Zgodnie z psychologią procesu wszedłem w ten symptom, by sprawdzić jakie znaczenie ze sobą niesie. Im dłużej przebywałem z tym dreszczem, tym bardziej zauważałem, że jest to kruchość, na której stoi ten świat. Przyjęcie tej kruchości pozwala na zwiększenie pola akceptacji i spokoju. Ten świat nie jest ostateczny - to jedno z mądrych wiadomości, które śle nam nieświadoma psyche.

Archetypowe obrazy i odczucia są matrycą tego, w jaki sposób nasi przodkowie radzili sobie z zarazami. Pierwsze prawo biologiczne prowadzi nas w kierunku przetrwania za wszelką cenę. Dostaliśmy to w spadku po zwierzętach. Duża część świata podąża dziś wyłącznie za owym popędem obrony przed śmiercią. Choć teorie naukowe i interpretacje statystyk mówią o wielkim niebezpieczeństwie, na ten moment liczby nie wskazują na to, iż ludzkość miałaby być zagrożona w sposób absolutny. Oczywiście musimy chronić innych i szukać sposobów radzenia sobie z kryzysem, jednak aktualny program masowej kwarantanny nie wydaje mi się być słusznym (nie będę kontynuował tego wątku, bowiem zajmuję się tu bardziej nieświadomym aspektom całego wydarzenia niż krytyką masowej kwarantanny). Pandemia paniki wrzuca ludzi w bieganie do lekarzy i do wyjazdów do szpitali, nawet z niewielkimi przeziębieniami, albo do postawy przeciwnej - unikania lekarzy za wszelką cenę. Snuję tu przypuszczenie, iż na poziomie racjonalnym całe zamieszanie z masowymi kwarantannami jest przesadzone i oparte o prawdopodobieństwa, które wyliczane są w archetypowej panice.

Dzięki temu, co się teraz dzieje, możemy również sporo dowiedzieć się o cieniu zbiorowym, który często powstaje w sytuacjach zagrożenia. W pierwszych dniach ogłoszenia pandemii wszystkie głosy, które kwestionowały zasadność masowej kwarantanny były uciszane i atakowane. Sam usłyszałem na swój temat, iż chcę po prostu być zauważonym, że jestem kanapowym specjalistą i że powinienem przestać chrzanić, bo nie jest to czas na filozofowanie, tylko na działanie. Ostatnia wypowiedź dokładnie pokazuje jak działa archetypowa zaraza - gna do instynktowego działania, które w wypadku większości krajów oznaczało zamknięcie w domach. Myślenie, które jest refleksją nad tym, co się dzieje, jest w gruncie rzeczy niebywale ważne. Uspokaja, pokazuje alternatywy i możliwości w działaniu, hamuje popęd przed natychmiastowym, totalnym i irracjonalnym działaniem. Nie chodzi tu o to, kto ma rację, a raczej o bycie w kontakcie z wszystkimi głosami, które zjawiają się w przestrzeni społecznej i wewnątrzpsychicznej. Inaczej mówiąc; im nasz kontakt z nieświadomością jest bardziej świadomy, zaangażowany i pełen zrozumienia, tym mniej nami miota i rzuca. Stajemy się w ten sposób indywiduum i pełnią życia psychicznego. Nie rządzi już nami ślepy los czy fatum. Stajemy się świadomi i mamy dostęp do mądrości. Jak to powiedział Jung: „dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem."


Na przykładzie Polski, w której zabroniono wchodzić ludziom do lasu, dało się zauważyć, iż reakcja rządzących nie ma za wiele wspólnego z racjonalną, przemyślaną decyzją. Las jest miejscem zdrowia, ale archetypowa panika widzi wirusy wszędzie. Stacje telewizyjne na swoich banerach pokazywały latającego wirusa, który staje się jakby ikoną medialną i wzmacnia stres. Wiele poglądów polityków i naukowców zmieniało się w krótkim czasie. Maseczki w jednym momencie miały nam bardziej szkodzić niż pomagać, dwa tygodnie później stały się obowiązkiem. Co ciekawe pojawiło się wiele głosów ze świata nauki kwestionujących działania rządów i głównego prądu naukowego. Epidemiolodzy, lekarze, naukowcy mówili, iż strategia masowej kwarantanny nie jest dobrym rozwiązaniem. Część z nich została zagłuszana. Oczerniano ich, niektórym znikały konta internetowe czy społecznościowe. W taki sposób tworzy się kolektywny cień.

Ostatnio obejrzałem po raz drugi film "Istota serca" o C.G. Jungu. Dotknęła mnie tam zwłaszcza jedna wypowiedź tego znakomitego analityka, która dobrze oddaje o co toczy się gra:

"Współczesny świat wisi na włosku. Tym włoskiem jest psychika człowieka. Współcześnie nie zagrażają nam klęski żywiołowe. W naturze nie ma czegoś takiego jak bomba wodorowa - to wszystko jest dziełem człowieka. Jesteśmy wielkim zagrożeniem. Psychika jest wielkim zagrożeniem. Co, jeśli pójdzie coś nie tak z psychiką? Widzieliśmy już jaką siłą jest psychika. Jakże ważne jest coś o niej wiedzieć. Ale nie wiemy o niej nic. Nikt nie docenia już idei, według której procesy psychiczne zwykłego człowieka mają jakieś znaczenie. Ludzie myślą:' Och, on w swojej głowie ma tylko to, co pochodzi z jego otoczenia.' Został nauczony określonych rzeczy i wierzy w określone rzeczy. A w szczególności, jeśli jest dobrze wychowany i wykarmiony - nie ma żadnych idei. To wielki błąd, ponieważ człowiek nie jest tym, kim się rodzi. Nie rodzi się jako niezapisana tablica, ale jako rzeczywistość" (C.G. Jung)

Statystyki, rozum, nauka, wykresy, granty naukowe, pragnienie bycia ważnym, lęk, panika, duma intelektualna, słupki wyborcze, a przede wszystkim dumne i wystraszone ego, są bazą dla działań w obliczu obecnego kryzysu. Psychika człowieka jest w moim przekonaniu włoskiem całej sprawy. Mądrość nie płynie jedynie z dedukcyjno-indukcyjnych matematycznych modeli zarządzania kryzysem. Mądrość nie opiera się na szczepionkach i aparaturze medycznej, choć wszystko to wzmacnia komfort życia na tej ziemi. Mądrość nie jest opinią większości, jeśli ona mija się z prawdą. Mądrość to przede wszystkim bycie w kontakcie z tym, co wewnętrzne, z całym znaczeniem i siłami nieświadomości, które pragną być poznane. Nieświadomość nie musi być rozumiana jako wróg czy intruz, ale jako przyjaciel, wspierający nasz świat i będący równoprawnym obywatelem naszej psyche. Byleby dać tej mądrości trochę więcej miejsca...

środa, 4 marca 2020

Brzuch lasu, czyli metafora miłosnej Obecności

Jest pewna piękna piosenka, choć myślę, że trafniej utwór ten należałoby nazwać pieśnią. Pieśń jest wielka i głęboka. Opowiada jakąś archetypiczną treść, wspartą głębokim i często uniwersalnym wzorcem. Pieśń niesie znaczenie i poczucie jakiegoś mniej lub bardziej wyrazistego rezonansu w tym, który słucha czy wykonuje muzykę. Pieśni mogą zmieniać nasze wnętrza, a wraz ze zmianą umysłu człowieka zmienia się świat. Zdaje się, że odwrotna droga nie jest prawdą. Pragnienie by zmieniać świat, uszczęśliwiać kogoś czy zmieniać raczej nie ma takiej energii i żaru jak kochanie od środka. Poza tym zdaje się, że gorączkowa niezgoda na świat i innych ludzi płynie z egotyzmu. Inaczej jest z miłością. Kochanie to nie jest tylko kochaniem kogoś lub czegoś. Jest samym byciem miłości. I to owy stan zmienia wszystko dookoła. Święty, mędrzec czy zbawiciel tym jaki jest, zmienia wszystko wokół. Dzieje się to samo z siebie. On tego nie robi. Gdy poddaje Sile Wyższej swoje życie, Ona zaczyna promieniować przez niego. Ów stan miłości można wyrazić się przez piękne i głębokie pieśni, płynące z Serca Istnienia.


Pieśń, o której pisałem na początku tego tekstu to utwór "Na wróble" pani Meli Koteluk. Opowiada ona w przepiękny sposób o naturze człowieka, która wolna jest iluzji przymusu pragnień. 



Kilka dni temu przeżywałem swój własny ślub i wesele. Dzień ten był dla mnie i Zosi pięknym, wzruszającym świętem miłości. Zabawa, wolność i radość kochania dały nam przaśne i urokliwe doświadczenia. W czasie składania życzeń przez rodzinę i przyjaciół nagle przyszło do mnie, że wydarzenie to jest metaforycznym siedzeniem w brzuchu lasu. Sala była cała w drewnie, na naszym stole położono mech i pieńki. Jednak brzuch lasu jest tak naprawdę pewną metaforą. Określenie to pochodzi z piosenki Meli Koteluk. Oznacza dla mnie egzystencję wolną od przymusu pragnień, pozorów szczęścia i gorączki ego. Jest w tym jakiś urok życia bez pośpiechu, bez zdobywania i bez walki o iluzoryczne zaistnienie.

Gdy siadam w "brzuchu lasu" i słucham wiatru przypominam sobie kim jestem. Wiatr opowiada o przepływie, o lekkości, o wolności... Opowiada o czymś niewidzialnym, które jest bardziej realne od widzialnego. Wiatr wieje, ale "nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża". Jest przejawem Nieprzejawionego. Wkopanie się w siebie i bycie w brzuchu lasu jest niewiarygodnie proste. Gdy tracimy złudzenia i iluzje, stan ten się odsłania. Zawsze tu był, ale chmury małego ja, przysłaniały jego blask. Gdy brzuch lasu staje się codziennym stanem, nie mam się czym pochwalić. Brakuje w tym stanie wyjątkowości ego w postaci bycia-super czy też bycia-beznadziejnym. Jest to, co jest.

Nigdy nie widziałem, żeby las chwalił się tym, czym jest. Las i jego brzuch jest przepiękny. Nie ma potrzeby niczego udowadniać ani kwestionować. Choć na poziomie roślin, zwierząt czy grzybów las rozwija się czy zwija (ewoluuje bądź inwoluuje), to w samej esencji jest święty i nie podlega zmianom. Z człowiekiem jest podobnie, jednak nieprzytomność i wygnanie z brzucha lasu w pęd konsumpcyjnego świata, sprawia, że nie dowierza on w istnienie czegoś głębszego niż to, co widać, co da się zmierzyć i to, za co można zapłacić kartą.



W brzuchu lasu nie ma nic poza radością i kochaniem, które przyjmują tysiące form. Jak to pięknie stoi w "Niekończącej się historii":

"Bo widział już, że na świecie były tysiące odmian radości, ale w gruncie rzeczy wszystkie stanowiły jedną radość kochania. Radować się i kochać to było jedno i to samo"

Metaforycznym "brzuch lasu" jest źródłem Życia i celem naszego istnienia tu na ziemi. Im bardziej poddamy się jego wpływowi, tym głębiej zaskoczy nas radość ubrana w miłość czy też miłość ubrana w radość.

Z czego tu się cieszyć?
Z wszystkiego i z niczego. To kim jestem, jest samą Radością.

sobota, 2 listopada 2019

Tańczące liście, świato-pogląd i Umiłowanie!

Wracałem z pracy. Dzień minął przyjemnie. W jednej klasie uczniowie doświadczyli przebaczenia, w i drugiej zaś 'mali ludzie' odkryli, że praca w odmiennych płciowo grupach jest ciekawa. Dla dziecka na pewnym etapie rozwoju tego typu odkrycie przez doświadczenie, to niebywały skok rozwojowy. 

Wracałem z radością. Miło jest wspomagać ludzi w jakimkolwiek wieku w rozwoju. Od zawsze miałem wrażenie, że jest to jedna z moich życiowych dróg. Liście tańczyły wokół mnie, obracane przez ciepły wiatr.

Wracałem z głodem, więc po drodze wstąpiłem do piekarni po pyszną gruzińską bułkę. Zaglądam na facebooka, a tam we wspomnieniach pojawiło się następujące zdjęcie:


Było to zdjęcie z wydarzenia sprzed trzech lat. Nie pamiętam już dokładnie o co nam wtedy chodziło. Toczyła się rozmowa wśród przyjaciół i w którymś momencie powstało to zdjęcie. Po powrocie do domu po tamtym spotkaniu napisałem:

Obecność.
Wszystko jest Obecnością. Zwyczajną, prostą, pełną spokoju Obecnością. Niewytłumaczalną, naturalną, nie znającą przymusu, podziałów i lęku przestrzenią. Jest wszędzie, w każdej istocie. W liściu, w kropli deszczu, w ramieniu przyjaciela.
Niczego nie żąda, niczego nie wymaga. Nigdy się nie kończy. Cieszy się, że jest. Pochodzi znikąd i prowadzi donikąd. Wieczna. Jest mała jak ziarnko gorczycy - niewidzialna. Z niej to wyrasta wielkie drzewo - cały wszechświat. Obecna we wszystkim, choć nie krzycząca o swoim istnieniu. Ziarenko obecne w całym drzewie, choć jakby umarłe, nie-będące.
Pełna. Wystarczająca. Bez braku. Tu i teraz. W każdym.

Zdjęcie i cytat wzbudziły we mnie bardzo pozytywne uczucia. Przypomniało mi to przemianę, której wtedy doświadczałem. Byłem religijnym człowiekiem, który przez lata starał się medytować, wchodzić w siebie, poszukiwać Boga. Czas, w którym powstało to zdjęcie był momentem, gdy wszelkie koncepcje na temat religijnej natury Boga zniknęły. Zrozumiałem wtedy, że wszelkie moje obrazy boskości były związane z projekcją antropomorficzną, tzn. wszystkie dobre, idealne cechy, których pragnąłem, rzutowałem na Boga. Po odkryciu, iż Bóg nie jest ani osobą ani nie-osobą odkrywałem prostą radość bez towarzyszących obrazów, wyobrażeń, projekcji. Bóg, który wcześniej był konkretną osobą z wolą, z inicjatywą w działaniu, z aparatem interwencji w ten świat i w moje życie, zniknął. Początkowo pojawiła się święta pustka czy też czysta nicość. Z czasem owe nic coraz bardziej jaśniało wszystkością. Po czasie zapomniałem trochę o doświadczaniu i rozmyślaniu na temat duchowości. Zająłem się bowiem bardziej psychologią, zarabianiem pieniędzy i relacją z kobietą. Jednak samo głębokie odczucie czegoś istotnego pozostało.

Dziś dzięki wielu światłym ludziom rozumiem, że proces, który wtedy przechodziłem był naturalnym i rozwojowym ewolucyjnym krokiem. Zapewne można popatrzeć na to wydarzenie z wielu perspektyw. Chciałbym w tym miejscu posłużyć się Teorią Integralną Kena Wilbera, a dokładnie jej małym wycinkiem - linią rozwojową światopoglądów.

Rozwój światopoglądów w ramach psychologii rozwojowej cieszy się od lat zainteresowaniem naukowców. Chciałbym tu pokazać jedną z takich opcji, które proponuje Ken Wilber. Posłuchajmy co ma do powiedzenia ten teoretyk systemów na temat rozwoju światopoglądów:

"Świat, w którym żyjemy, nie został nam dany z góry. Jedną z najważniejszych zasad postmodernistycznej rewolucji w filozofii, psychologii i socjologii jest zasada mówiąca, że istnieją różne światopoglądy - różne sposoby kategoryzowania, prezentowania, opisywania i organizowania naszych doświadczeń. Nie istnieje jeden, monolityczny świat z jednym, uprzywilejowanym sposobem przedstawiania go, lecz raczej wielorakie światy z pluralistycznymi interpretacjami. Co więcej, te światopoglądy często - w istocie niemal zawsze - zmieniają się z epoki na epokę i z kultury na kulturę. Nie należy rozumieć tego w sposób skrajny - różne interpretacje mają wiele cech wspólnych, dzięki czemu świat się nie rozpada. Faktycznie, uczeni odkryli, że w językach, uczuciach, strukturach poznawczych, w percepcji kolorów itd. występują pewne (a często liczne) cechy uniwersalne. Te uniwersalne elementy splatają się i organizują na najróżniejsze sposoby, w rezultacie czego powstają tkaniny różnorodnych światopoglądów.

Choć teoretycznie istnieje niemal nieskończenie wiele światopoglądów, wydaje się, że w historii człowieka na tej planecie jest około tuzina światopoglądów, które wywierały i wciąż wywierają szeroki i znaczący wpływ. Badania takich uczonych, jak Jean Gebser, Gerald Heard, Jurgen Habermas, Michel Foucault, Robert Bellah, Peter Berger i innych wykazały, że do głównych światopoglądów należą: czuciowo-ruchowy, archaiczny, magiczny, mityczny, mentalny, egzystencjalny, nadpsychiczny, subtelny, przyczynowy i niedualny. (Ścisłe znaczenie tych terminów stanie się jaśniejsze w dalszej części tego tekstu).

Nie chodzi o to, który z tych światopoglądów jest słuszny, a który błędny; wszystkie są odpowiednie dla swojego czasu i miejsca. Chodzi raczej o zwykłe skatalogowanie, najtroskliwiej jak to możliwe, bardzo ogólnych cech charakteryzujących każdy światopogląd i „wzięcie w nawias" (lub odsunięcie na bok) chwilowo kwestii, czy te światopoglądy są „prawdziwe", czy nie - opiszemy je po prostu tak, jakby były prawdziwe. Np. światopogląd magiczno-animistyczny cechuje częściowe przenikanie się podmiotu i przedmiotu. Dlatego ludzie utrzymujący ten światopogląd czują bezpośrednio, że „przedmioty nieożywione", takie jak skały i rzeki, żyją lub nawet mają duszę albo swojego ducha. Światopogląd mityczny odznacza się ogromną liczbą bogów i bogiń, będących nie jakimiś bytami abstrakcyjnymi, lecz głęboko odczuwanymi siłami, z których każda ma bezpośredni wpływ na sprawy ziemskich mężczyzn i kobiet. Światopogląd mentalny - którego najbardziej znaną częścią jest „światopogląd racjonalny" - cechuje przekonanie, że obszar subiektywny jest całkowicie odrębny od obiektywnego obszaru natury. Jeden z najbardziej naglących problemów w tym światopoglądzie stanowi kwestia powiązania tych dwóch obszarów. Światopogląd egzystencjalny rozumie, że istnienie różnorodnych perspektyw leży w naturze wszechświata, a więc nie tylko nie istnieją żadne uprzywilejowane perspektywy, lecz sami musimy wydobyć jakiś sens z tych przerażająco różnorodnych możliwości. Cechą światopoglądu subtelnego jest postrzeganie subtelnych form i transcendentalnych archetypów, pierwotnych wzorców przejawów, które zwykle uważane są za Boskie. Światopogląd przyczynowy odznacza się bezpośrednią realizacją bezkresnego, nieprzejawionego obszaru - zwanego różnie: pustką, ustaniem, Otchłanią, Nienarodzonym, Ain, Ursprung - bezkresnej Bezforemności, z której wyłania się cała manifestacja. Światopogląd niedualny reprezentuje całkowitą jedność Bezforemnego z całym światem Formy.

Te różne światopoglądy ukazują prawdziwie oszałamiającą gamę sposobów, w jakie nasze doświadczenia mogą być organizowane i interpretowane. Nie są to w żadnym razie jedyne światopoglądy ani powyższa lista nie jest zamknięta czy ustalona z góry - ona ciągle się rozwija, otwierając nowe możliwości. Ale jeśli nie mamy żadnego światopoglądu, pozostajemy zagubieni w niemiłosiernie jazgoczącym zamęcie doświadczenia, jak to określił William James." (Jeden Smak, Ken Wilber, s. 157-158)

Biorąc pod uwagę powyższy opis teoretyczny zrozumiałem, iż rozwój koncepcji Boga/boskości/ostatecznej rzeczywistości jest związany bezpośrednio z etapem rozwojowym w ramach światopoglądu człowieka. Światopogląd zaś związany jest bezpośrednio z doświadczaniem. Na poziomach archaiczno-magicznych człowiek i natura, człowiek i przedmiot, człowiek i matka, człowiek i Bóg itd. są ze sobą zjednoczenie w nieświadomej jedni. Carl Gustav Jung, za Lévy-Bruhl'em, nazywał to participation mystique, które jest w istocie przedświadomym 'zlaniem się'. Od momentu wyjścia z nieświadomej jedni zaczyna się psychiczny rozwój danej struktury, cechy, osoby czy społeczeństwa. Pojawiają się rozróżnienia i świadomość oddzielności. Np. dziecko na pewnym etapie rozwojowej uświadamia sobie swoją oddzielną świadomość (temat granic ego).

Zdaje się, że prawdziwe jest zdanie bliskiej mi osoby, że wiedza dąży do mnogości, zaś miłość jednoczy. Coś w tym jest. Świat widzialny istnieje przez oddzielania, wyróżniania, wyodrębnianie. Miłość, a z nią duchowość przypomina, że cały wszechświat jest zanurzony w boskości. Creatio continua jest ewolucyjną drogą poznania, iż mimo wielości świat w swej naturze nigdy nie może wypaść z łaski Boga/ z nieforemnej bezkresnej Wszystkości.


W moim wypadku religijność w momencie robienia zdjęcia była w dużej mierze na etapie egzystencjalnym. Przynajmniej tak mniemam po tym jak rozumiałem wtedy boskość. Byłem w czasie intensywnego studiowania i medytowania, nie tylko chrześcijańskich ścieżek duchowych. Etap egzystencjalny związany jest z widzeniem wielości światopoglądów w świecie z jednoczesnym rozumieniem czy wglądem, iż różnice w widzeniu ostatecznej rzeczywistości należą od kultury, a także sposobu doświadczania. Wtedy też zacząłem widzieć, iż Bóg ostatecznie nie posiada formy. Znaczy to, że moje wyobrażenia na temat boskości są w swej istocie jedynie wyobrażeniami. Niezwykła to ulga doświadczać Boga jako nieskończonego pola, które niczego nie żąda od człowieka. Wszechobecność piękna i dobra osadza człowieka w codzienności. Zdaje się, że na etapach wyższych pojawia się również wiedza, iż Bóg niczego nie wymaga od człowieka, bowiem nie jest on ani osobowy ani nieosobowy. Przekracza wszelkie antynomie, będąc Wszystkością Tego, Co Jest. Jeśli nie nagradza ani nie karze, nie ma również potrzeby lojalności czy służalczości. Religia w swym kostnieniu instytucjonalnym wyobraża sobie Boga jako gniewnego, rozżalonego, zazdrosnego itd. Wszystko to związane jest z niższymi fazami rozwojowymi, w których ego projektuje na Boga swoje żale, uczucia, pragnienia, stwarzając wizerunek Boga, który jest lepszą kopią człowieka itd. Tam, gdzie powstają ścieżki kontemplatywne czy medytacyjne, pojawia się mówienie o boskości w paradoksach. Ponadto na pierwszy plan wysuwa się miłość, wolność, pokój. Człowiek doświadcza uwolnienia od poczucia winy i zaczyna rozumieć, iż Stworzyciel nie jest postacią, osobowością czy nazwą. Transcendentny przekracza wszystko, będąc immanentną bliskością i czułością.  Transcendenty jest immanentnym, i odwrotnie.

Umiłowanie!


Słowami próbuję nazwać to rozpoznanie. Rozumienie przydało mi się w życiu, pozwalając wiedzieć w jakim miejscu mogę się znajdować. Jednak słowa ostatecznie nic nie mówią. Smak Obecności to smak, nie zaś słowo. Smak zaś jest zmysłem, a doświadczenie ostatecznej rzeczywistości nie jest zmysłowe, nie jest uczuciowe, nie jest intelektualne. A jakie jest?

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Interpretacje, ich wariacje i piękno ewolucyjnego procesu!

Człowiek tworzy sensy i interpretacje. Teza raczej oczywista. Zdaje mi się, że nie ma potrzeby większego udowadniania jej prawdziwości. Homo sapiens żyje i porusza się w przestrzeni sensowności, nawet jeśli mówi o bezsensie czy o braku sensu w swoim życiu. Sens czy jego brak jest sposobem egzystencji i z niego wypływa konkretna życiowa postawa czy działanie.

Prosta fenomenologiczna obserwacja przeciętnego, współczesnego człowieka ukazuje nam, że instynkty życia (eros), śmierci (thantatos) i horyzonty sensu to podstawowe modusy egzystencji. Człowiek pragnie bowiem widzieć swój świat sensownym. Porusza się w obrębie zaspokajania potrzeb i poczucia sensowności tego, co robi. Człowiek na tym etapie rozwoju ludzkości pragnie żyć tak, aby czuć spełnienie i znać sens tej egzystencji. Dlatego też homo sapiens pracuje, tworzy więzi, uprawia różne formy religijności czy ścieżki rozwoju. W pewnej mierze można powiedzieć, że człowiek szuka czegoś, co napełni jego egzystencję blaskiem sensu i poczuciem spełnienia.

Można tu oczywiście nie zgodzić się i stwierdzić, iż przeciętny Kowalski ani nie szuka sensu ani nie zastanawia się dlaczego istnieje i po co to wszystko. To prawda. Ludzkość jest na różnych poziomach rozwoju. Stwierdzenie, że wiele osób żyje jedynie w horyzoncie zaspokajania potrzeb, nie oznacza, iż można coś w sposób absolutny powiedzieć o wyższych poziomach rozwoju.

Oczywistym zdaje mi się, że tam gdzie pojawia się nauka, logika, wyższa moralność (najczęściej uwewnętrzniona), wrażliwość na sztukę i głęboka demokracja człowiek wychodzi ze świata zwierzęcych instynktów w kierunku świata umysłu. Stąd droga prowadzi w nad-umysł, w miłość, w świat duchowy. Droga ewolucji jawi się więc jako ścieżka wznosząca od świata zwierzęcego (materia) przez ludzki świat potrzeb, umysłu i jego społecznych inklinacji, aż do oświecenia, które jest domeną duchowości.

Na poziomie zwierzęcym zdolności interpretacyjne zdają się być nikłe. Człowiek, któremu zdaje się, że drogą jego życia jest walka o przetrwanie (zachowanie potrzeb, gatunku, ego) interpretuje świat przez pryzmat zmagania i niekończącego się trudu. Taka osoba zmaga się ze sobą w diadzie życie-śmierć. Na tym etapie życie biologiczne jawi się jako jedynie rzeczywiste. Zaspokajanie potrzeb to walka o przeżycie (posiadanie, zdrowie, dobrobyt). Zachowanie bios należy do najważniejszych wartości. Dominująca dynamika tej struktury to lęk, który napędza życie jednostki. Człowiek żyje w pogoni za uwolnieniem z tragizmu codzienności. Życie na tym poziome wachluje między stanem braku, ciemności, beznadziei ("życie jest bezsensu") a stanem spełnienia i poczucia omnipotencji ("mogę wszystko, mam wszystko").

Na poziomie umysłu człowiek zaczyna doświadczać nowych aspektów egzystencji. Walka o przetrwanie zostaje zastąpiona przez subtelny świat sensów. Człowiek odkrywa w sobie myśl i jego siłę. Zaczyna niuansować rzeczywistość. Na tym etapie budzi się powoli uważność na różne przejawy życia. W tym miejscu rodzi się filozofia, nauka, medycyna, demokracja, a także religijne zapytywanie o istotę rzeczy. Poziom umysłu im bardziej wysoki i subtelny, tym bardziej zaczyna zauważać siłę myśli i moc wnętrza człowieka. Wielu ludzi zaczyna zauważać swoje wnętrze jako realną rzeczywistość. Rodzi się psychologia, przeróżne praktyki pracy wewnętrznej, odkrywamy świat uczuć, pragnień, odniesień. Religia przestaje być jedynie społeczną strukturą, tradycją czy ścieżką sublimującą lęk, ale prowadzi do wnętrza i do samopoznania. Pojawia się szacunek dla zmienności życia biologicznego, a także coraz bardziej okazuje się, że subiektywny świat wnętrza jest równie realny jak świat materialny.

Następny etap ludzkiego rozwoju świadomości związany jest z przestrzenią ducha. Jest to świat głębi i sensu przekraczającego ramy umysłu. Jest to świat radykalnie subiektywny. Możliwy do odkrycia jedynie we własnym wnętrzu. Świat nad-umysłu, ducha czy miłości (nazwy mogą być różne) jest wielce zróżnicowany i posiada wiele innych podetapów. Poziom ten jest przestrzenią doświadczeń transpersonalnych i subtelnych. Głęboka psychologia, autentyczna religia, głębokie praktyki medytacyjne czy spontaniczne wglądy są drogą w ową niewysłowioną przestrzeń. Religie w różny sposób nazywają te stany czy poziomy. Generalnie można powiedzieć, że zorganizowane religie posiadają dwie warstwy doświadczeń: egzoteryczną (zinstytucjonalizowany wymiar religii, kult, moralność, dogmaty) i ezoteryczną (ścieżki inicjacyjne; kontemplacyjne, wglądowe czy jogiczne). Oba przeplatają się wzajemnie. Wielcy założyciele religii (Chrystus, Budda, Kriszna) prowadzili swoich uczniów w drogę wewnętrznej transformacji. Prawdopodobnie nie zależało im na zakładaniu instytucji religijnych. I choć dziś kościół, meczet czy aśram to miejsca ważne z punktu społecznego, to nie one są źródłowym elementem religii.

Ścieżki ezoteryczne (wewnętrzne) prowadzą nas do istoty prawdziwej religii, do przemiany i wzrostu świadomości. Adept tej ścieżki doświadcza głębokiej przemiany. Odkrywa, że ani ciało ani myśl nie wyrażają jego istoty. Następuje "porwanie przez Łaskę", w której to znika poczucie oddzielenia. Człowiek zaczyna doświadczać Jaźni jako realności. Dla mistyka boskość jest bardziej realna niż materia czy umysł. Odkrycie "tego miejsca" sprawia, że percepcja przestaje odbierać świat w perspektywie podmiot-przedmiot. Poczucie odległości a wraz z nim pragnienie okazuje się być iluzją, snem, chwilowym pomysłem. Rzeczywistość jawi się jako absolutnie doskonała. Wszystko objawia chwałę Stwórcy. Każda rzecz promienieje blaskiem, harmonią i pięknem. Zło, brak, cierpienie widziane jest jako przejściowe czy iluzoryczne. Bóg zrodził się oto tu w przestrzeni, w której zawsze był.

Czy nakreślona wyżej mapa jest w ogóle potrzebna? Świadomość, że świat ewoluuje może pomóc człowiekowi zauważyć, gdzie znajduje się na swojej ścieżce i docenić różne wymiary życia. Myślenie ewolucyjne wspiera rozwój. Omija bowiem egotyczny pomysł, iż świat jest czarno-biały. Świat jest raczej tańcem tysiąca kolorów, który zmierza w samo serce Boskości u początku drogi będąc już w samym centrum serca. Zdaje się, że bez myślenia procesowego czy ewolucyjnego nie jest możliwe dziś prowadzenie sensownych badań naukowych. Jak pięknie zauważył to jezuita i paleontog Pierre Theilard de Chardin:

"Czy ewolucja to teoria, system lub hipoteza? To coś znacznie więcej: to ogólny stan, przed którym wszystkie teorie, wszystkie hipotezy, wszystkie systemy muszą się ukorzyć i któremu odtąd muszą zadośćuczynić, jeśli mają być możliwe do pomyślenia i prawdziwe. Ewolucja jest światłem oświetlającym wszystkie fakty, krzywą, którą wszystkie linie muszą naśladować (The Phenomenon of Man)."

Amerykański lekarz i nauczyciel duchowy David Hawkins opracował niezwykłą mapę poziomów świadomości. Swoją pracą ukazał, że świat jest ewolucyjną drogą stwarzania i objawia piękno Esencji Istnienia. Wszystkie więc etapy objęte są w swej istocie przez Światło Stwórcy:

"Dzięki rozpoznaniu istoty wszystko, co istnieje, posiada wrodzone piękno, a jego „wartość” polega na tym, że jest ono ekspresją ewolucji Stworzenia, ponieważ wyraża nieprzejawione stające się Przejawionym. Wartość jest zatem wrodzona Wszystkiemu, co Istnieje dzięki Boskiemu Źródłu samego Istnienia, które znajduje się w sferze nielinearnej i dlatego jest niewidoczne dla ograniczeń zawartych w mechanizmach percepcji."

Szkiełko i oko nie dosięgnie Ducha. By sensownie wędrować po meandrach człowieczego losu potrzeba dobrych map. Zdaje się, że teorie dynamiczne, ewolucyjne i procesowe są trafnymi drogowskazami w drodze do Prawdy. Opisana tu powyżej trójpoziomowa mapa ewolucji świadomości ludzkiej jest jedynie uproszczoną próbą opowiedzenia niewiarygodnej przygody jaką jest ewolucja.

sobota, 5 stycznia 2019

Źródło przyjemności

Przyjemność i przykrość to dwa odczucia czy nawet stany egzystencjalne, które kołyszą naszym codziennym życiem. I choć góra wraz z dołem geometrycznie są wyraziste i jasne, to w życiu psychicznym kołyszemy się między przyjemnością a przykrością doznań. Freud w genialny sposób zauważył tą dynamikę psychiczną. Energiczne id, kontrolujące superego i tożsamościowe ja we wspólnym tańcu tworzą życie jednostki i życie kultury. Przynajmniej na powierzchni...

Nie będę jednak w tym wpisie próbował opisywać dynamiki psychicznej. Zadam proste pytanie: skąd bierze się przyjemność życia? Odpowiem z własnego doświadczenia, wspartego studiowaniem pism i ścieżek duchowych. Odpowiedź jest jasna, prosta i oczywista. Wszelka przyjemność w życiu człowieka wypływa z wnętrza, z jaźni, z wewnętrznej Obecności.

Dlaczego więc występuje tak wiele przykrości, cierpienia i poczucia braku w życiu jednostki i społeczeństwa? Jest to związane z poszukiwaniem spełnienia, szczęścia, przyjemności w rzeczach, w ideach, w osobach, w stanach. Człowiek nie jest w swej istocie człowiekiem. Homo sapiens to jedynie powłoka. Pod nią mieszka duch, jaźń, serce istnienia. Człowiek, który wychodzi ze świata natury zmierza bezpośrednio do odkrycia, że w swej esencji jest prawdziwie niewysłowioną Obecnością. Ewolucja świadomości jest drogą do poznania samego siebie, wraz z nią cierpienie do pewnego czasu jawi się jako Trud Istnienia, który jest motorem do budzenia ludzkości do Tego, Co Jest.

Przez wieki nielicznym jednostkom dane było dojść do kresu ludzkiej, duchowej ewolucji. Jezus, Budda, Kryszna są po dziś dzień dla wielu ludzi postaciami duchowych szczytów. Współczesna nauka widzi w religijności albo przejaw nerwicy albo pozostałości po ewolucji biologicznej. Szkiełko i oko to domena umysłu, a myśl nie jest w stanie objąć Tajemnicy Istnienia. Nauka więc, choć tak pożyteczna, nie odpowie na najgłębsze pytania ani nie odkryje Sensu Istnienia. Chrystus, Budda i inni odkryli, iż świat doznań, spostrzeżeń, myśli ma swoje źródło w wewnętrznym, subiektywnym świecie jaźni, która jest niewysłowioną Obecnością. Różnie ją nazywali. Jednak w gruncie rzeczy mówili o tym samym doświadczeniu.

Przyjemność w swej naturze wypływa z ludzkiego wnętrza. Wracałem sobie któregoś dnia z pracy i wszedłem do sklepu, by zrobić codzienne zakupy. Popatrzyłem na półki sklepowe. I poczułem nieodpartą chęć, by zjeść chipsy. Taka ochota nachodzi mnie od czasu do czasu. Wcześniej zauważyłem, że brak dobrego nastroju, czyli poczucie przykrości generuje we mnie pragnienie przyjemności. Ono zaś pobudza mnie do poszukiwań czegoś, co mogłoby zaspokoić wewnętrzny głód. Od czasu, gdy głęboko wszedłem w siebie, odkrywałem, że jest coś niebywale przyjemnego w BYCIU. Po prostu. I oto stojąc przed półką w sklepie, nagle odczułem, że jest mi przyjemnie BĘDĄC. Przyjemność płynęła z mojego wnętrza i w mgnieniu oka poczułem, że nie potrzebuję chipsów, by poczuć się lepiej. Właściwie to niczego nie potrzebuję, by czuć przyjemność. Oto źródło mojego szczęścia znalazłem w sobie samym, w jaźni mojego istnienia. Zaraz... Jak ja mogłem w ogóle szukać szczęścia? Przecież to absurd: poszukiwać coś, czym się jest.
Moje imię, zawód, nazwisko, relacje, ukochana kobieta, pieniądze, doświadczenia i przygody, uczucia erotyczne czy inne wzniosłe, pokarm, doznania estetyczne nie są źródłem przyjemności. Wszystko to jest dobre i piękne, jednak rzeczy nie tworzą i nie dają przyjemności. Przyjemność tego wszystkiego mieszka we mnie, nie zaś w tym, co przejawione i nietrwałe. Całe nieszczęście ludzkiej egzystencji tkwi w oczekiwaniu, że wrażenia, rzeczy, stany mogą dać szczęście. Rozczarowanie - oto efekt próby znalezienia przyjemności w tym, co przejawione.

Chrystus miał powiedzieć: "królestwo niebieskie w was jest" i zdaje się, że tych, których spotykał dotykał mocą przebudzonego w sobie Ducha. Nagle grzesznik mógł odkryć, że nie jest tym z czym się utożsamia.

Proste ćwiczenie, któregoś dnia przywiodło mnie do Jaźni, którą w esencji jestem: co jest świadome tego wszystkiego, co widzę, tego co myślę? Co to jest to, co widzi wszelkie rzeczy, myśli czy uczucia? Akt świadomości! Jakie jest źródło tego aktu? Co znajduje się "pod spojrzeniem"? Co jest ekranem całego tego filmu życia? Te intelektualne pytania paradoksalnie zmroziły mój umysł i poczułem prostą przezroczystość istnienia, cichy spokój i prostą błogość Tego, Co Jest.

Przyjemność, która płynie z Jaźni... Mogę iść w świat smakować i cieszyć się wszystkim, co jest. Bez potrzeby zaspokajania głodu. Głód bowiem znikł. A nie, przepraszam... Nigdy się nie pojawił. Nienasycenie było iluzją, nieistniejącą senną marą. Tylko Bóg jest realny! Przyjemność niewysłowionej Obecności nie jest żadną rzeczą czy oddzielnym, mieszkającym w chmurach bogiem. Jest raczej wewnętrznym, subiektywnym nie-czymś. Rozciąga się ponad czymś i nie-czymś, a drogą do rozpoznania Tego jest własne, wewnętrzne, doświadczenie, szczerość, uwielbienie czy miłość.

Pięknie mówił o tym indyjski mistrz duchowy Ramana Maharihi:

"Łaska jest początkiem, środkiem i kresem: ŁASKA jest JAŹNIĄ! Z powodu fałszywej identyfikacji z ciałem, ŁASKA przypisywana jest ciału. Jednak punktem widzenia Guru jest JAŹŃ. JAŹŃ jest tylko jedna! On mówi ci, że tylko JAŹŃ istnieje, czy więc JAŹŃ nie jest dla ciebie łaską? Skąd stan łaski wypływa? Tylko z JAŹNI. Manifestacja JAŹNI jest manifestacją łaski i odwrotnie. Wszystkie błędy powstają z powodu złego punktu widzenia, a w konsekwencji oczekiwania zewnętrznych dóbr dla odseparowanego JA. Nic nie jest zewnętrzne dla JAŹNI!"

niedziela, 16 grudnia 2018

Peryferie, ewolucja i przebóstwionie człowieczeństwo!

Od czasów młodości ciągnęło mnie w kierunku ludzkich peryferiów. Patrzyłem na ludzką biedę, na choroby, na ułomności... Patrzyłem na to, co marginalne i czułem przedziwne przyciąganie. Czułem ciekawość i pragnienie by poznać odrzucone rejony ludzkiej psyche i jej przejawów w świecie materii.

Któregoś dnia, gdy miałem naście lat, w pieszej, samotnej wędrówce w pewnej małej wiosce spotkałem pewnego pana, który siedział na ławeczce pod sklepem i prosił o parę groszy na wino. Miał w sobie coś takiego, co mnie przyciągało. Potem z przyjaciółmi często odgrywaliśmy pijanych mężczyzn, mając przy tym ubaw po pachy. Zdaje mi się, że w owej zabawie nie chodziło tylko i wyłącznie o śmiech. Coś w tym było...

Innego dnia pracowałem w szpitalu jako wolontariusz. Kręciłem się przy łóżku pewnego pacjenta, gdy ten poprosił mnie bym poprawił mu nogę. Wsadziłem ręce pod kołdrę, by pomóc częściowo sparaliżowanemu mężczyźnie. Poczułem, że jest tam tylko jedna noga. Był to pierwszy dzień pracy w szpitalu. Przeżyłem szok. Pacjentów po przeróżnych urazach, udarach, chorobach były dziesiątki. Jeszcze większym szokiem było spotkać tak wielu ludzi, którzy opiekują się tymi peryferyjnymi trudami ludzkiego życia.

W innym czasie pracowałem na sortowni poczty w jednym z miast holenderskich. Praca była ciężka. Wokół młodsi i starsi mężczyźni wrzucali ciężkie paczki na taśmy produkcyjne. Pot, ciężka praca i siarczyste wulgaryzmy. I ten świat daje mi do myślenia i pociąga, by starać się rozumieć człowieka i jego konteksty.

Jest piątek. Jadę do pracy do jednej ze szkół, by poprowadzić warsztaty z grupą uczniów. Przejeżdżam autobusem przez pewną dzielnicę, która wyraźne różni się od innych w mieście. Zaniedbane podwórka, brud, nieład i widoczna wokół bieda. Takie dzielnice słyną z większej przestępczości niż w innych miejscach. Często są one pełne dysfunkcyjnych rodzin, uzależnień i agresji. Coś mnie tu przyciąga. Coś we mnie marzy by zwyczajnie zamieszkać wśród tych ludzi.


Peryferie. Miejsca i czasy, w człowieku i w społeczeństwach, w których brak wysokiej kultury, ochoty do twórczości, subtelnego świata wartości czy piękna odczuć. Przestrzenie, gdzie ubóstwo nie dotyczy jedynie portfela. Na peryferiach obce są głębokie więzy i siła uczuć. Króluje jedynie prawo zachowania życia i gatunku. Dlatego też walka i przetrwanie są najwyższą wartością. W tym miejscu piszę o peryferiach, w których brakuje ludzkiego współczucia i mocy miłości. Czy jest coś w tym złego, że tak się dzieje? Nie sądzę. Po prostu człowiek jest w jakiejś mierze częścią natury i świata zwierzęcego, a brak wzorców i przestrzeni do rozwoju sprawia niemożność wyrwania się z egotycznego kontekstu egzystencji.

Jestem gorącym zwolennikiem ewolucyjnego myślenia i patrzenia na to, co dzieje się wokół właśnie w kluczu mądrych procesów ewolucyjnych. Świat, który zastałem jawi mi się jako wielka przestrzeń, w której toczą się tysiące zespolonych ze sobą procesów. Wszystkie tworzą jeden ogromny ewolucyjny proces. I choć słowo "ewolucja" kojarzy się raczej z biologią, to używam go w sensie szerszym. Świat wraz z człowiekiem ewoluuje. To nie tylko ewolucja biologiczna, psychiczna czy kulturowa. Ewolucja ma swój wymiar duchowy. Bóg przypomina sobie samego siebie. We wszystkim, co się przejawia. Współczesność nie przepada za tego typu myśleniem. Upadek wielkich narracji filozoficznych i religijnych spowodował, że wielu ludzi Zachodu alergicznie reaguje na stwierdzenia o jedności świata, o wielkim procesie czy o metafizycznym sensie życia. Mimo to wizja de Chardain (jezuity i paleontologa) wydaje mi się jedną z narracji, opisów, map, które bliskie są prawdziwości. Teoria ewolucyjna łączy zmysł religijny z naukowym badaniem świata, integruje duchowy zachwyt z naukową ścisłością, a także sensownie opisuje świat. Jak ewolucyjny ruch tego, co jest ma się z peryferyjną ciągotą w peryferia ludzkiej biedy?

Zdaje mi się, że Plotyn mógł mieć rację, gdy mówił o ludziach: "jeszcze nie bogowie, już nie zwierzęta". Ewolucja biologiczna wskazuje na przemiany w poszczególnych gatunkach w kontekście tego, co widać pod przysłowiową lupą czy mikroskopem. Ewolucja rozumiana szerzej byłaby drogą w kierunku tego, co boskie. Człowiek wedle wielu tradycji duchowych stoi na rozdrożu. Jedną nogą w całej pełni jest zwierzęciem z całym zestawem potrzeb i walki o przetrwanie, drugą zaś również w całej pełni interesuje się tym, co transcendentne, wzniosłe, tym co ponad nim samym. Homo spiritus to człowiek przyszłości, który głęboko akceptując swoją zwierzęcą część, będzie wychylał swoją naturę do własnego Źródła. Przez naukę, humanistykę, psychologię, wrażliwość społeczną, opiekę nad najsłabszymi człowiek zmierza ku byciu boskim. Boskość ta to nie jest jakimś ideałem etycznym czy religijnym. Jest to raczej odnalezienie domu, znalezienie Jaźni swojego Istnienia, która zawsze była na wyciągnięcie ręki. To najgłębsze bycie sobą - wolne od egotyzmu i zwierzęcych instynktownych przymusów.

Peryferia w tym kontekście to dla mnie droga do samego centrum Jaźni, do Domu Istnienia, do Ukochania Boga. Wtedy gdy uśmiecham się do depresyjnych myśli, przytulam płaczące dziecko, przybijam piątkę z rozrabiaką z podstawówki czy słucham z uwagą młodego człowieka, który walczy o przetrwanie w niełatwym środowisku - idę wraz z przemianą świata wzwyż. Owo wzwyż oznacza "budowanie królestwa niebieskiego", które nie jest zaświatowym miejscem, a codziennością przepełnioną przestrzenią wolności. Patrząc w niebo, widzę bezkres. Bezkres kojarzy się z wolnością. Bezkresne serce przyjmuje i kocha to, co się zjawia. Peryferia są zaś w pewnej mierze w samym sercu Bezkresu, Boga, ewolucyjnej przemiany. Pięknie wskazuje na to papież Franciszek, wskazując na ubóstwo jako na skarb, o który należy się zatroszczyć, zaś Kościół Katolicki miał w zwyczaju mówić, że ubodzy i biedni są bogactwem Kościoła.

Na ścianie w moim pokoju wisi pewne zdjęcie. Na nim dwie dziewczyny i garstka indyjskich dzieci. Zdjęcie symbol. Budzi we mnie prostą chęć, by być tam gdzie jest człowiek z jego milionem wymiarów. Peryferia nie istnieją gdzieś daleko - w Indiach czy w Afryce. One są we mnie, w moim domu, w pracy, na ulicy. Jednak wrażenie odległych krain, takich jak Indie, wzmacnia psychologiczne pragnienie, by wybrać się w podróż do wnętrza siebie i wnętrza świata, by przyjąć, przytulić i wzmocnić wszystkie te części, które zostały zepchnięte, odcięte, odrzucone. Ostatecznie zaś by stać się tym, czy jestem w swoim rdzeniu: Miłością, przekraczającą nawet same peryferia.