Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2020

Sen o umierającej nieszczęśliwej, religijnej świadomości



Miałem sen. W nocnych obrazach widziałem znajomego kapłana, który rzewnie płakał nad umierającą religią. Płacz jego wzbudzał we mnie współczucie i przedziwne pocieszenie. Miałem w sobie pewną ujmującą myśl: "nareszcie, koniec niewoli". Jednocześnie wiedziałem, że proces ten jest trudny i wymagający. Następnie sen poprowadził mnie na cmentarz - miejsce, w którym ludzie wspominają to, co minione i prowadzą namysł nad umieraniem. W tym śnie, na tym właśnie cmentarzu razem z płaczącym kapłanem odczuwałem, iż religia umiera. Sen wzmocnił we mnie pragnienie, by napisać ten tekst. Chodził on za mną już od jakiegoś czasu.  

Znaczenie, które rozpoznaję w tym śnie, we własnym samobadaniu i studiowaniu psyche pokazuje mi, że procesy prowadzą mnie coraz głębiej do szczerości przed sobą i innymi. Szczerość ta wyraża się w tezie: spora część masowej i instytucjonalnej religii, jaką znam, opiera się na niedojrzałej religijności albo na strukturach, które nie mają wiele wspólnego z duchowością. Teza wcale nie jest nowa w dziejach ludzkości. Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że nie uważam, iż nowy ateizm albo zupełne odrzucenie religii - w sposób ideowy - ma jakikolwiek sens rozwojowy. Śmierć religii z powyższego snu nie wyraża końca instytucji czy wspólnoty konfesyjnej w sposób bezpośredni (choć i to dzieje się dziś na Zachodzie). Owy kres jest obumarciem mitu, którym świat zachodni żył przez wieki. Mit o wielkim upadku i wygnaniu z raju znajduje się dziś w agonii i choć tradycyjne religie ciągle opierają się na grzeszności człowieka i gniewie boga, który uśmierzany jest przez zbawiciela/i, to większa część świata zachodniego odrzuciła już myślenie o sobie w kategoriach grzechu jako skazy czy zranionej natury. Bardziej dojrzałą formę mit ten przybiera, gdy mówi o miłości Boga do upadłej ludzkości. Wspólne jednak dla obu form pozostaje przekonanie o zepsuciu czy też zranieniu ludzkości po grzechu pierworodnym.

Chciałbym objaśnić podstawowe pojęcia, których używam w tekście: religia i duchowość. Duchowość rozumiem jako najgłębszą ścieżkę, w której człowiek doświadcza i rozpoznaje źródło swojego istnienia. Terminu religia używam w przeróżnych kontekstach znaczeniowych: od fałszywych, niosących cierpienie struktur niedojrzałej psyche i jej przejawów w świecie zorganizowanych wierzeń, przez codzienne poszukiwanie połączenia z tym co głębokie, po konkretne "religie", które uformowane są przez doktryny, wierzenia, moralność, kult. Używam ich w sposób raczej mało ścisły. Zdaje mi się jednak, że podstawowa myśl zawarta w tych kilku akapitach będzie zrozumiała.

Zanim zacznę krok po kroku opisywać w jaki sposób mit o upadku ze Starego Testamentu przestaje dziś nieść znaczenie człowiekowi, chciałbym przytoczyć wierszotwór, który napisałem, będąc pod intensywnym wpływem snu:

PLĄSY NA GROBACH PRZODKÓW

śniłem
kapłan płaczący z żalu po religii

płacz, szloch, żałoba

to mój przyjaciel
religia jaką znał

przeminęła

ta religia, w której

przyjemność to grzech
kobieta to podrzędna forma życia
masturbacja otwiera piekło
a nie-modlenie wprawia boga w gniew

religia, w której

śmiech, zabawa i bycie sobą to grzech
lęk przed piekłem popycha do kościoła
nauka to narzędzie szatana
a rację ma tylko jedno credo


cmentarz
jestem tam z przyjacielem

żegnamy się z opresyjną religią
jak dzieci płaczące po ojcu, który bił
z radością i z ulgą

cisza cmentarna
po śmierci religii, 
zostaje tylko ona

miłość

znana od wieków

cierpliwa
łagodna
nie unosi się pychą
nie pamięta złego

wyznawana czy nie - pełna
z człowiekiem czy bez - otwarta
z kościołami czy bez - wszędobylska
z modłami czy bez - wewnętrzna


przecieramy łzę
jesteśmy wolni



Mit o wielkim upadku można interpretować z perspektywy: teologii, socjologii historycznej, badań nad mitami, kulturoznawstwa, gnostycyzmu itd. Adam, Ewa, wąż i przechodzący po ogrodzie bóg doczekali się już wielu przeróżnych interpretacji. Od strony dominującej teologii w ramach chrześcijaństwa mit opowiada o tym, iż u zarania dziejów pierwsi ludzie zgrzeszyli nieposłuszeństwem wobec boga i od tego momentu na świecie pojawił się znój ciężkiej pracy i bóle rodzenia (trud i cierpienie). W sensie literalnym mit ten kilka wieków temu został obalony przez naukowy empiryzm, a nawet przez dojrzałą teologię. Patrząc na ewoluujący wszechświat trudno bowiem sobie wyobrazić, iż sens literalny mógł wydarzyć się realnie w konkretnym czasie i w konkretnej przestrzeni. Dlatego też wielcy myśliciele w katolicyzmie pokazywali, iż znaczeniowy sens "wydarzeń z ogrodu Eden" jest jedynie ograniczoną metaforą. Jednak co ciekawe, jeśli przysłuchasz się kapłanom czy chrześcijańskim misjonarzom, zawsze usłyszysz tę prawdę; człowiek u zarania dziejów zgrzeszył, okazał nieposłuszeństwo przez zakazany czyn; zerwał owoc z drzewa poznania dobra i zła. Od strony psychologicznej taka interpretacja tego mitu rodzi poczucie winy i pewne niezrozumienie. C.G. Jung, dziecko protestanckiej rodziny teologicznej, zadając pytania pełne empirycznego myślenia, dostawał odpowiedź od ojca: Karl, ty chciałbyś tylko wiedzieć, tu trzeba wierzyć. Współczesny człowiek nie wierzy na słowo, musi mieć potwierdzenie od strony doświadczenia czy empirii naukowej. Mowa tu oczywiście o człowieku, który na poważnie i z zaangażowaniem chce poznać daną prawdę. Pewna bliska osoba opowiadała mi ostatnio jak nie mogła zrozumieć jako dziecko literalnego sensu mitu o upadku. "Jak odpowiedzialność Adama i Ewy może wpływać na to, co jest teraz? Dlaczego oni to zrobili? Świat bez ich nieposłuszeństwa byłby rajem?" Zdziwiłem się, bowiem okazało się, że wiele dzieci, pochodzących ze środowisk religijnych ma podobne myśli. W podobny sposób młody Jung mierzył się z tematem grzechu pierworodnego:

W myśli przebiegłem długi rząd nieznanych przodków, by w końcu dojść do Adama i Ewy. Tu nasunęła mi się decydująca myśl: Adam i Ewa to pierwsi ludzie, oni już nie mieli rodziców, lecz zostali stworzeni przez samego Boga takimi, jakimi byli - stworzeni w określonym, Bogu znanym celu. Nawet nie przyszłoby im do głowy, że mogliby być inni, niż byli, albowiem byli doskonałymi stworzeniami Bożymi - Bóg stwarza przecież jedynie same doskonałości. A jednak popełnili grzech pierworodny, ponieważ uczynili to, czego Bóg chciał. Jak to było możliwe? (C. G. Jung "Wspomnienia, myśli, sny...")

Tradycyjna teologia broni się w tym miejscu "wolną wolą" pierwszego człowieka. Wyjaśnienie to jest sensowne w ramach teologicznego dyskursu. Jednak sam fakt "istnienia pierwszych, grzeszących rodziców" jest nie do przyjęcia w ramach dzisiejszej wiedzy o świecie. Po prostu hipoteza ewolucji i rozwój jaki obserwujemy w świecie dekonstruuje przekonanie, iż człowiek został "wsadzony" w świat jako jednostka wyizolowana od reszty natury. Dziś rozumiemy, że proces wyodrębniania się ludzkiej świadomości musiał trwać w dłuższym czasowo procesie. Jung zwracał również uwagę na fakt, iż u początków świadomość musiała być nikła i wątła. Możliwe, że świadomość człowieka na przestrzeni setek lat wyodrębniała się z nieświadomej jedni jak człowiek budzący się powoli z głębokiego snu.

Cała struktura powyższego mitu, pokazuje jak "grzeszne" są kobieta i wąż, a z nimi życie i seks (zauważ jak duże znaczenie seksualności i jej obostrzeń istnieje w ramach religii z poziomu mitycznego). Oczywiście przeciętny wierzący chrześcijanin powie, iż seks jest dobry, ale jedynie w ramach małżeństwa. Owo "ale jedynie" zdradza nam jak bardzo wierzący ludzie utożsamiają bóstwo z jego obrazem istniejącym w psychice człowieka. Jeśli przestudiujesz wnikliwie Pismo Święte zauważysz, że obrazy boga w nim zawarte są paletą tego, w co wierzyli ludzie na temat danego boga i bóstw; bóg w księdze Rodzaju, bóg w księdze Samuela, bóg w księdze Ozeasza itd. Każdy z tych obrazów pokazuje nam boga jako antropomorficzną postać, która nieustannie interweniuje w losy świata.  Dla przykładu bóg w ST jest niebywale kapryśny i zmienny. Często bywa rządny krwi i walki, następnie przebacza i przytula. Dziś taki bóg nadawałby się idealnie na porządną psychoanalizę (chrześcijański obraz boga z poziomu mitycznego wymaga ascezy seksualnej i uznaje popędy za sferę grzeszną). Interwencje Jahwe są pełne nakazów moralnych i kultycznych. Sposób komunikacji boga jest jednocześnie zapośredniczony przez kapłanów i proroków. Bóg tych ludów to pewien obraz, który niezbędnie formułował społeczeństwo, wierzenia, moralność, a ostatecznie tworzył sens więzi i porządek społeczny. Współczesny bóg chrześcijan również wypowiada się na przeróżne moralne tematy tj. aborcja, antykoncepcja, homoseksualizm itd. przez doktryny czy kapłanów, powołując się często na asystencję ducha świętego (o zgrozo współcześnie większość tych tematów dotyczy seksualności czy płodności). Te przeróżne obrazy są w istocie impresjami pochodzącymi z psychiki człowieka i są odbiciem tego, jaki jest człowiek. Psychologia głęboka odkryła bowiem, iż ludzie noszą w sobie różne obrazy boga. One zaś oddziałują na rozumienie życia i konkretne działania. Duchowość nie zajmuje się jedynie doświadczeniem owych obrazów, choć i to dzieje się w praktykowaniu ścieżek kontemplacyjnych i jogicznych, ale jej główne zadanie to prowadzenie do empirycznego, wewnętrznego rozpoznania boskiej rzeczywistości. Droga ta jest mozolna i wąska. Oznacza bowiem spotkanie się człowieka z nieświadomymi siłami, które przekraczają ego jednostki. Głębokie ścieżki duchowe stronią od mówienia o bogu, a zapraszają do inicjacji, czyli konkretnej ścieżki praktykowania medytacji czy kontemplacji, albo mówią też apofatycznie - kim lub czym bóg nie jest - co może poprowadzić do bezpośredniego rozpoznania "rzeczywistości, którą nazywamy Bogiem". Prawdziwe niepoznawalne zmysłami czy rozumem bóstwo poznaje się od wewnątrz w doświadczeniu mistycznym, które przekracza wszelkie religie i dyskursy - a z nimi transcenduje wszelkie obrazy bogów i bóstw. Sam rdzeń boskości jest w istocie poza imieniem i poza religią jak głoszą to nam mistycy wszystkich czasów. Podstawowe rozróżnienie między bogiem jako obrazem, który w projekcji interweniuje i moralnie ogłasza ludziom, co mają robić, a bóstwem jako wewnętrzną iskrą życia, jest w moim odczuciu fundamentalną kwestią w całym dyskursie. Fanatyzm religijny to psychologicznie przywiązanie do jednego obrazu z wiarą i z odczuciem (z pasją), iż on jest jedyną, niepodważalną prawdą. W tej sytuacji mamy do czynienia z inflacją ego - nie liczy się już ja człowieka, który wierzy w danego boga, ale jedynie samo żarliwe odczucie płynące z boskiego obrazu, a z nim konkretne działanie w imieniu danego boga. Droga ta może prowadzić nawet do gotowości, by zabić innowierców, wysadzić wieżowiec czy klinikę aborcyjną ze względu na napływ intensywnych treści nieświadomych na ego-świadomość. Oczywiście można by w tym miejscu przedstawić linie rozwojowe psyche w kontekście obrazów boga i bóstw. Jednak wykracza to poza ramy tego krótkiego tekstu.

Joseph Campbell, amerykański mitoznawca, w książce "Potęga mitu" pokazuje w sposób dobitny jak mit o upadku wpływa na rozumienie świata:

Główna idea biblijnej tradycji Upadku mówi, że natura, jaką znamy jest zepsuta, seks sam w sobie jest zepsuty, kobieta, jako ucieleśnienie seksu, jest szerzycielką zepsucia. Dlaczego Adamowi i Ewie została wzbroniona wiedza o dobru i złu? Bez tej wiedzy bylibyśmy gromadą dzieciaków nadal bawiących się w Edeńskim Ogrodzie i niemających żadnego udziału w życiu.

(...)
W odziedziczonej przez nas tradycji biblijnej życie jest zepsute, a każdy naturalny impuls - grzeszny, o ile nie zostanie obrzezany albo ochrzczony. Tym, który przyniósł grzech na świat, był wąż, jabłko zaś dała mężczyźnie kobieta. Utożsamienie kobiety z grzechem i węża z grzechem, a więc i życia z grzechem - oto splot, który określił cały mit biblijny i naukę o Upadku.

Zdaje mi się, że współczesny chrześcijanin nie zgodziłby się z powyższymi tezami. Jednak poczucie winy w ramach głoszonej nauki pozostaje podstawowym, nieuświadomionym kawałkiem kerygmatu chrześcijańskiego. Kapłan zaczynający misterium wielkiej nocy opowiada o tym jak Chrystus pokonał zło i grzech, który uczynił człowiek. Bez owego poczucia, że robię coś nie tak albo że jest ze mną coś nie w porządku, bardzo trudno praktykować dziś chrześcijaństwo. Znam to z własnego doświadczenia. Kiedyś bliska osoba powiedziała mi, że trudno jej odnaleźć się nawet wśród kaznodziejów polskiego katolicyzmu z racji na to, iż nauka, którą słyszy zaczyna się od niedoskonałości, grzeszności i ułomności człowieka. Następnym zaś krokiem jest mowa o działającym i miłosiernym bogu. Oczywiście psychologiczny cień jest częścią naszej natury, jednak ludzie, którzy nie rozumieją swoich ludzkich impulsów w kontekście grzeszności nie są w stanie odnaleźć się w religii chrześcijańskiej. Jakiś czas temu znajoma opowiadała mi o tym, iż przestała chodzić do kościoła ze względu na to, iż bez poczucia winy uprawia seks poza instytucją małżeństwa. To zaś dyskwalifikuje ją jako uczestniczącą w pełni liturgii. Musiałaby być w ramach wspólnoty grzesznicą, a sumienie nie wyrzucało jej, iż to, co robi jest złe i wymaga bożego przebaczenia.


Mity nowoczesne, które uwzględniają nie tylko naukowe hipotezy (np. ewolucję) ale też mistykę, która zawsze miała trudności we współbyciu z religijnym establishmentem, pokazują, że świat się rozwija. Cierpienie więc, a z nim wszystko, co nazywamy złem, jest częścią procesu stwórczego. Mistyk widzi wszędzie Boga, więc grzech, choroba, śmierć są tak samo uprawnione jak wszystko inne. Grzech rozumiany w tej dynamice jest jako część egzystencji. Odrzucanie życia i jej przejawów w mig rozwija neurotyczne cierpienie. Dlatego też, jak pięknie to pokazał C.G. Jung w Aion. Przyczynki do symboliki jaźni, dawny symbol walczących ryb (ciągłe ścieranie się życia ze śmiercią, cnoty z grzechem, boga z diabłem, człowieka z naturą) zostaje dziś zastąpione przez postać wodnika, który zamiast walki - wybiera świadomość i rozumienie, zamiast zadawania sobie bólu samoagresji i bolesnego podziału. Z dużą ciekawością przyglądam się współczesnym ruchom kontemplacyjnym chrześcijaństwa, które reprezentują wodnikowy styl duchowości. Duchowość nie tworzy poczucia winy w ramach struktur wprowadzających i objaśniających. Raczej daje możliwości uwalniania człowieka z poczucia niedoskonałości.

David R. Hawkins w taki sposób ujął współczesny ruch odchodzenia ludzi od tradycyjnych form religijnych na Zachodzie:

W toku wieloletnich obserwacji klinicznych poczucie winy okazywało się najczęstszym powodem odchodzenia od religii. To dlatego, że spełnienie wymagań religii wydawało się nieosiągalne. Zadaj sobie pytanie: Dlaczego? Zawsze chodzi o rozdźwięk między tym, jacy w swoim mniemaniu powinniśmy być, a tym, za jakich w rzeczywistości się uważamy. Zamiast czuć się winna, wypróbuj uwalnianie i odpuszczanie wszystkich negatywnych uczuć, jakie się pojawiają. Poczekaj i sama zobacz, jak zmieni się twoja postawa. (D. Hawkins "Technika Uwalniania")


W czasie pisania tegoż tekstu wychodzi kolejny film "Zabawa w chowanego". Obie produkcje braci Sekielskich, oprócz konkretnej krzywdy ludzi i mechanizmów wypierania przez instytucje kościoła problemu pedofili, pokazuje poziom dojrzałości polskiej religii. Można powiedzieć, za teoretykiem systemów religijnych i duchowych Kenem Wilberem, iż większa część polskiego katolicyzmu jest na poziomie mitycznym w rozwoju religii. Poziom ten charakteryzuje się brakiem racjonalności i integralności. Mityczna optyka widzi cały świat jedynie w perspektywie religii. Wszystko jest sakralne i wpisane w dany mit religijny. Nie istnieje nic poza bogiem czy diabłem. Zauważ, że kapłan molestujący dzieci stwierdza, że diabeł go skusił. Nie widzi racjonalnych przyczyn psychoseksulanych swojego zachowania. Nie potrafi widzieć rzeczywistości w perspektywie racjonalnej, np. używając psychologii czy nawet zdrowego rozsądku. Wszystkie rzeczy są otoczone sztywną sakralnością, co jest owocem niedojrzałości psychicznej. Na wysokich poziomach duchowych człowiek potrafi rozróżniać, badać moralnie samego siebie, a także rozumieć świat w sposób złożony. Inaczej mówiąc; doświadczenie religijne musi uwzględniać psychologię, etykę i własne uwarunkowania.


Sen, o którym pisałem na początku tekstu jest rodzajem pragnienia czy marzenia w stosunku do rozwoju religii. Kilka lat temu praktykując katolicyzm odkryłem, że sam system strukturalny religii opiera się na fałszywych założeniach, co do natury człowieka. Człowiek nie jest zepsutym przez grzech pierworodny stworzeniem, a rozwijającą się naturą, która nosi w sobie boskie Źródło, które dalekie jest od antropomorficznych bogów, uwarunkowanych kulturowo. Jak to trafnie zauważył Hegel - wielu chrześcijan wyobraża sobie boga jako "kręgowca o gazowym ciele". Eteryczny bóg jest tu istotą oddzielną, żyjącą w niebie albo chodzącym po ziemi interweniującym super-bohaterem typu avengers. Wszystko to jest pewnym ważnym etapem rozwoju świadomości, jednak nie jest to samym Esencją Istnienia. Mój sen jest marzeniem o upadku dualistycznego i neurotycznego religijnego mitu. Marzenie to powstało po doświadczeniu uwolnienia od mitu o upadku i dotknięciu w sobie miejsca, które nieskażone jest nieszczęśliwą świadomością, o której czytamy w Fenomenologii Ducha Hegla, która jest w istocie oddzielonym ja, której ustawia siebie naprzeciwko boga, który widziany jest jako oddzielna rzeczywistość. Mistyka pokazuje, że jest to jedynie błąd poznawczy, maja, nieświadomy, niezbudzony stan świadomości. Etap tej wędrówki jest konieczny w rozwoju ludzkiej świadomości, jednak wielu współczesnych doświadcza dziś "śmierci boga" i zaniku owej dualistycznej struktury. Dalej droga może prowadzić albo do nihilizmu i rozpaczy egzystencjalnej albo do duchowego doświadczenia jedności z boską rzeczywistością (piekło nihilizmu jest etapem przejściowym w duchowych ścieżkach przybierająca postać doświadczeń nocy i pustki).

Oby kolaps fałszywej i niedojrzałej religii stał się udziałem jak największej ilości ludzi i wspólnot. Duchowość, a z nią miłość, jako ścieżka jednocząca i afirmująca życie, może być kolejnym etapem w drodze ewolucji świadomości człowieka. Możliwe, że konfesyjne ścieżki wielu religii zmienią się nie do poznania pod wpływem tej transformującej przemiany. Jednak w najbliższym czasie zdaje się to, z wielu racji, jeszcze niemożliwe. Owo "jeszcze" jest tym, co wymaga zaangażowania i pracy poznawczej, a co jednocześnie budzi nadzieję, iż ewoluująca boskość dokonuje transformującej przemiany przez setki czy tysiące lat istnienia tego wszechświata.

sobota, 2 listopada 2019

Tańczące liście, świato-pogląd i Umiłowanie!

Wracałem z pracy. Dzień minął przyjemnie. W jednej klasie uczniowie doświadczyli przebaczenia, w i drugiej zaś 'mali ludzie' odkryli, że praca w odmiennych płciowo grupach jest ciekawa. Dla dziecka na pewnym etapie rozwoju tego typu odkrycie przez doświadczenie, to niebywały skok rozwojowy. 

Wracałem z radością. Miło jest wspomagać ludzi w jakimkolwiek wieku w rozwoju. Od zawsze miałem wrażenie, że jest to jedna z moich życiowych dróg. Liście tańczyły wokół mnie, obracane przez ciepły wiatr.

Wracałem z głodem, więc po drodze wstąpiłem do piekarni po pyszną gruzińską bułkę. Zaglądam na facebooka, a tam we wspomnieniach pojawiło się następujące zdjęcie:


Było to zdjęcie z wydarzenia sprzed trzech lat. Nie pamiętam już dokładnie o co nam wtedy chodziło. Toczyła się rozmowa wśród przyjaciół i w którymś momencie powstało to zdjęcie. Po powrocie do domu po tamtym spotkaniu napisałem:

Obecność.
Wszystko jest Obecnością. Zwyczajną, prostą, pełną spokoju Obecnością. Niewytłumaczalną, naturalną, nie znającą przymusu, podziałów i lęku przestrzenią. Jest wszędzie, w każdej istocie. W liściu, w kropli deszczu, w ramieniu przyjaciela.
Niczego nie żąda, niczego nie wymaga. Nigdy się nie kończy. Cieszy się, że jest. Pochodzi znikąd i prowadzi donikąd. Wieczna. Jest mała jak ziarnko gorczycy - niewidzialna. Z niej to wyrasta wielkie drzewo - cały wszechświat. Obecna we wszystkim, choć nie krzycząca o swoim istnieniu. Ziarenko obecne w całym drzewie, choć jakby umarłe, nie-będące.
Pełna. Wystarczająca. Bez braku. Tu i teraz. W każdym.

Zdjęcie i cytat wzbudziły we mnie bardzo pozytywne uczucia. Przypomniało mi to przemianę, której wtedy doświadczałem. Byłem religijnym człowiekiem, który przez lata starał się medytować, wchodzić w siebie, poszukiwać Boga. Czas, w którym powstało to zdjęcie był momentem, gdy wszelkie koncepcje na temat religijnej natury Boga zniknęły. Zrozumiałem wtedy, że wszelkie moje obrazy boskości były związane z projekcją antropomorficzną, tzn. wszystkie dobre, idealne cechy, których pragnąłem, rzutowałem na Boga. Po odkryciu, iż Bóg nie jest ani osobą ani nie-osobą odkrywałem prostą radość bez towarzyszących obrazów, wyobrażeń, projekcji. Bóg, który wcześniej był konkretną osobą z wolą, z inicjatywą w działaniu, z aparatem interwencji w ten świat i w moje życie, zniknął. Początkowo pojawiła się święta pustka czy też czysta nicość. Z czasem owe nic coraz bardziej jaśniało wszystkością. Po czasie zapomniałem trochę o doświadczaniu i rozmyślaniu na temat duchowości. Zająłem się bowiem bardziej psychologią, zarabianiem pieniędzy i relacją z kobietą. Jednak samo głębokie odczucie czegoś istotnego pozostało.

Dziś dzięki wielu światłym ludziom rozumiem, że proces, który wtedy przechodziłem był naturalnym i rozwojowym ewolucyjnym krokiem. Zapewne można popatrzeć na to wydarzenie z wielu perspektyw. Chciałbym w tym miejscu posłużyć się Teorią Integralną Kena Wilbera, a dokładnie jej małym wycinkiem - linią rozwojową światopoglądów.

Rozwój światopoglądów w ramach psychologii rozwojowej cieszy się od lat zainteresowaniem naukowców. Chciałbym tu pokazać jedną z takich opcji, które proponuje Ken Wilber. Posłuchajmy co ma do powiedzenia ten teoretyk systemów na temat rozwoju światopoglądów:

"Świat, w którym żyjemy, nie został nam dany z góry. Jedną z najważniejszych zasad postmodernistycznej rewolucji w filozofii, psychologii i socjologii jest zasada mówiąca, że istnieją różne światopoglądy - różne sposoby kategoryzowania, prezentowania, opisywania i organizowania naszych doświadczeń. Nie istnieje jeden, monolityczny świat z jednym, uprzywilejowanym sposobem przedstawiania go, lecz raczej wielorakie światy z pluralistycznymi interpretacjami. Co więcej, te światopoglądy często - w istocie niemal zawsze - zmieniają się z epoki na epokę i z kultury na kulturę. Nie należy rozumieć tego w sposób skrajny - różne interpretacje mają wiele cech wspólnych, dzięki czemu świat się nie rozpada. Faktycznie, uczeni odkryli, że w językach, uczuciach, strukturach poznawczych, w percepcji kolorów itd. występują pewne (a często liczne) cechy uniwersalne. Te uniwersalne elementy splatają się i organizują na najróżniejsze sposoby, w rezultacie czego powstają tkaniny różnorodnych światopoglądów.

Choć teoretycznie istnieje niemal nieskończenie wiele światopoglądów, wydaje się, że w historii człowieka na tej planecie jest około tuzina światopoglądów, które wywierały i wciąż wywierają szeroki i znaczący wpływ. Badania takich uczonych, jak Jean Gebser, Gerald Heard, Jurgen Habermas, Michel Foucault, Robert Bellah, Peter Berger i innych wykazały, że do głównych światopoglądów należą: czuciowo-ruchowy, archaiczny, magiczny, mityczny, mentalny, egzystencjalny, nadpsychiczny, subtelny, przyczynowy i niedualny. (Ścisłe znaczenie tych terminów stanie się jaśniejsze w dalszej części tego tekstu).

Nie chodzi o to, który z tych światopoglądów jest słuszny, a który błędny; wszystkie są odpowiednie dla swojego czasu i miejsca. Chodzi raczej o zwykłe skatalogowanie, najtroskliwiej jak to możliwe, bardzo ogólnych cech charakteryzujących każdy światopogląd i „wzięcie w nawias" (lub odsunięcie na bok) chwilowo kwestii, czy te światopoglądy są „prawdziwe", czy nie - opiszemy je po prostu tak, jakby były prawdziwe. Np. światopogląd magiczno-animistyczny cechuje częściowe przenikanie się podmiotu i przedmiotu. Dlatego ludzie utrzymujący ten światopogląd czują bezpośrednio, że „przedmioty nieożywione", takie jak skały i rzeki, żyją lub nawet mają duszę albo swojego ducha. Światopogląd mityczny odznacza się ogromną liczbą bogów i bogiń, będących nie jakimiś bytami abstrakcyjnymi, lecz głęboko odczuwanymi siłami, z których każda ma bezpośredni wpływ na sprawy ziemskich mężczyzn i kobiet. Światopogląd mentalny - którego najbardziej znaną częścią jest „światopogląd racjonalny" - cechuje przekonanie, że obszar subiektywny jest całkowicie odrębny od obiektywnego obszaru natury. Jeden z najbardziej naglących problemów w tym światopoglądzie stanowi kwestia powiązania tych dwóch obszarów. Światopogląd egzystencjalny rozumie, że istnienie różnorodnych perspektyw leży w naturze wszechświata, a więc nie tylko nie istnieją żadne uprzywilejowane perspektywy, lecz sami musimy wydobyć jakiś sens z tych przerażająco różnorodnych możliwości. Cechą światopoglądu subtelnego jest postrzeganie subtelnych form i transcendentalnych archetypów, pierwotnych wzorców przejawów, które zwykle uważane są za Boskie. Światopogląd przyczynowy odznacza się bezpośrednią realizacją bezkresnego, nieprzejawionego obszaru - zwanego różnie: pustką, ustaniem, Otchłanią, Nienarodzonym, Ain, Ursprung - bezkresnej Bezforemności, z której wyłania się cała manifestacja. Światopogląd niedualny reprezentuje całkowitą jedność Bezforemnego z całym światem Formy.

Te różne światopoglądy ukazują prawdziwie oszałamiającą gamę sposobów, w jakie nasze doświadczenia mogą być organizowane i interpretowane. Nie są to w żadnym razie jedyne światopoglądy ani powyższa lista nie jest zamknięta czy ustalona z góry - ona ciągle się rozwija, otwierając nowe możliwości. Ale jeśli nie mamy żadnego światopoglądu, pozostajemy zagubieni w niemiłosiernie jazgoczącym zamęcie doświadczenia, jak to określił William James." (Jeden Smak, Ken Wilber, s. 157-158)

Biorąc pod uwagę powyższy opis teoretyczny zrozumiałem, iż rozwój koncepcji Boga/boskości/ostatecznej rzeczywistości jest związany bezpośrednio z etapem rozwojowym w ramach światopoglądu człowieka. Światopogląd zaś związany jest bezpośrednio z doświadczaniem. Na poziomach archaiczno-magicznych człowiek i natura, człowiek i przedmiot, człowiek i matka, człowiek i Bóg itd. są ze sobą zjednoczenie w nieświadomej jedni. Carl Gustav Jung, za Lévy-Bruhl'em, nazywał to participation mystique, które jest w istocie przedświadomym 'zlaniem się'. Od momentu wyjścia z nieświadomej jedni zaczyna się psychiczny rozwój danej struktury, cechy, osoby czy społeczeństwa. Pojawiają się rozróżnienia i świadomość oddzielności. Np. dziecko na pewnym etapie rozwojowej uświadamia sobie swoją oddzielną świadomość (temat granic ego).

Zdaje się, że prawdziwe jest zdanie bliskiej mi osoby, że wiedza dąży do mnogości, zaś miłość jednoczy. Coś w tym jest. Świat widzialny istnieje przez oddzielania, wyróżniania, wyodrębnianie. Miłość, a z nią duchowość przypomina, że cały wszechświat jest zanurzony w boskości. Creatio continua jest ewolucyjną drogą poznania, iż mimo wielości świat w swej naturze nigdy nie może wypaść z łaski Boga/ z nieforemnej bezkresnej Wszystkości.


W moim wypadku religijność w momencie robienia zdjęcia była w dużej mierze na etapie egzystencjalnym. Przynajmniej tak mniemam po tym jak rozumiałem wtedy boskość. Byłem w czasie intensywnego studiowania i medytowania, nie tylko chrześcijańskich ścieżek duchowych. Etap egzystencjalny związany jest z widzeniem wielości światopoglądów w świecie z jednoczesnym rozumieniem czy wglądem, iż różnice w widzeniu ostatecznej rzeczywistości należą od kultury, a także sposobu doświadczania. Wtedy też zacząłem widzieć, iż Bóg ostatecznie nie posiada formy. Znaczy to, że moje wyobrażenia na temat boskości są w swej istocie jedynie wyobrażeniami. Niezwykła to ulga doświadczać Boga jako nieskończonego pola, które niczego nie żąda od człowieka. Wszechobecność piękna i dobra osadza człowieka w codzienności. Zdaje się, że na etapach wyższych pojawia się również wiedza, iż Bóg niczego nie wymaga od człowieka, bowiem nie jest on ani osobowy ani nieosobowy. Przekracza wszelkie antynomie, będąc Wszystkością Tego, Co Jest. Jeśli nie nagradza ani nie karze, nie ma również potrzeby lojalności czy służalczości. Religia w swym kostnieniu instytucjonalnym wyobraża sobie Boga jako gniewnego, rozżalonego, zazdrosnego itd. Wszystko to związane jest z niższymi fazami rozwojowymi, w których ego projektuje na Boga swoje żale, uczucia, pragnienia, stwarzając wizerunek Boga, który jest lepszą kopią człowieka itd. Tam, gdzie powstają ścieżki kontemplatywne czy medytacyjne, pojawia się mówienie o boskości w paradoksach. Ponadto na pierwszy plan wysuwa się miłość, wolność, pokój. Człowiek doświadcza uwolnienia od poczucia winy i zaczyna rozumieć, iż Stworzyciel nie jest postacią, osobowością czy nazwą. Transcendentny przekracza wszystko, będąc immanentną bliskością i czułością.  Transcendenty jest immanentnym, i odwrotnie.

Umiłowanie!


Słowami próbuję nazwać to rozpoznanie. Rozumienie przydało mi się w życiu, pozwalając wiedzieć w jakim miejscu mogę się znajdować. Jednak słowa ostatecznie nic nie mówią. Smak Obecności to smak, nie zaś słowo. Smak zaś jest zmysłem, a doświadczenie ostatecznej rzeczywistości nie jest zmysłowe, nie jest uczuciowe, nie jest intelektualne. A jakie jest?

czwartek, 11 lipca 2019

Heretyk, płonący stos i wolność bycia tym, kim się jest!

To był czas, w którym pojawiło się kwestionowanie. Bardzo silne. Człowiek, którym byłem prowadził intensywne życie duchowe i religijne w zakonie. Modlitwa, służba innym, studiowanie teologii, filozofii, samego siebie, medytacja, praca wewnętrzna... Wszystko to stanowiło trzon tego, co nazywałem wiarą. Budowane solidnie. Krok po kroku. Najpierw w odcięciu od świata w ciszy kaplicy, lasu, pokoju. Potem w samym świecie, wśród wielu ludzi. Słyszałem przekazy wiary, poznawałem wtajemniczenie w sakramenty, w rozumienie Boga i świata. Uczyłem się wizji chrześcijańskiej do samych kości. Rozwijałem się. Wszystko niosło ogrom piękna i dobra, przemieniało od środka, transformowało osobowość i pozwalało odkryć sens życia, jednocześnie zaś przeczuwałem, że jest w tym coś jeszcze... I przyszedł czas. Dojrzało.

Kwestionowanie. Ostry kryzys związał mnie jeszcze bardziej z rzeczywistością, którą w religiach nazywano Bogiem. Ciemność przybliża do Niewidzialnego. Zresztą ludzie, którzy sporo w życiu przeżyli mogą albo skostnieć, zamieszkać w depresji, pogrążyć się w  upadku, kąpać się w beznadziei albo wyjść z tego odmienieni Światłem Prawdy.

Kwestionowanie. Wątpienie. Doszedłem do punktu, gdy musiałem opuścić katolicki świat, bowiem przestał odpowiadać na ważne pytania, a nawet więcej - stawiał pytania tak nieadekwatne i dziwne, że trudno było się w tym odnaleźć. Dwa lata próbowałem odbudować wewnętrzną, chrześcijańską budowlę. Bezskutecznie. Wielu światłych ojców i matek duchowych próbowało mi pomóc. Jednak żadne próby korekty we mnie czy wskazówki odnośnie tego, co powinienem zrobić, nie pomagały. Jedynie jeden ojciec jezuita otarł się o sedno subiektywnej, wewnętrznej prawdy, która budziła się we mnie: odkryłeś wolność, to dobrze. No tak. Przełożeni chcieli, żebym z tą wolnością wrócił na dawne tory. Jednak coś wewnątrz nie potrafiło się na to zgodzić. Odpuściłem. Stąd pojawiła się droga samotna. Hairesis.

Miałem wrażenie jakby ogień płonął we mnie. Gdy pojawiałem się wśród ortodoksyjnych chrześcijan (strzegących swoich przekonań jak warownej twierdzy) widziałem jak bardzo nie lubią tego, co się ze mną dzieje. Jednego razu zrozumiałem, że ów ogień jest żarem stosów płonących w dawnych czasach. Tam, gdzie w ramach systemu religijnego zjawiał się ktoś, kto był inny, wierzył inaczej, miał inne poglądy, inne doświadczenie, tam musiał liczyć się z wykluczeniem. W pewnych czasach wykluczenie dotyczyło wygnania, torturowania, spalenia czy po prostu zszargania dobrego imienia tego-kogoś-innego. Wraz z rozwojem demokracji i dobrodziejstwem modernizmu (moralność, sztuka, religia zostały rozdzielone, co przyniosło wolność jednostce) taki układ przestał być powszechny. Jednak wśród dużych religii ciągle istnieje schemat myślenia my-oni, który zresztą jest naturalnym dorobkiem ewolucji stadnej homo sapiens. Wyobraźmy sobie, że jeszcze nie tak dawno - kilka tysięcy lat temu - do przetrwania konieczne było, by trzymać się grupy, jej przekonań i  jej zwyczajów. Wygnanie oznaczało niechybną śmierć. Dziś wygnanie z danej grupy nie oznacza bezpośredniej śmierci biologicznej. Jednak zdecydowanie może dotknąć śmiercią psychiczną. Wystarczy popatrzeć na dzieci odrzucane przez własne rodziny, jak zniszczone jest doświadczenie self i jak sporo czasu, energii i mądrości potrzeba, by odnalazły dom we własnej psyche.

Dziś kocham i podziwiam Lutra, Kalwina, Giordano Bruno, katarów, gnostyków itd. Oni wszyscy niosą mi pociechę wolności. Mówią o tym, że pluralizm może być wartością i INNY nie jest gorszy. Augustyn z Lutrem połączeni węzłem małżeńskim. Ortodoksja nie może istnieć bez herezji, i odwrotnie. Dobra religia ma dobre herezje. Religia zaś, która daje przestrzeń na doświadczenia subtelne i transpersonalne to taka, która potrafi wytrzymać napięcie na linii ortodoksja-herezja. Weźmy dla przykładu religię judaizmu ze Starego Testamentu. Kapłani kontra prorocy, a dojrzalej - kapłani i prorocy we wspólnej drodze. Kapłaństwo utrzymywało tradycję, stabilność, porządek społeczny, zaś prorocy nieśli doświadczenie żywej zmiany i autentyczności. Jedno nie istnieje bez drugiego. Jak 'długość' istnieje tylko dlatego, że egzystuje też 'krótkość', tak: ortodoksja istnieje, bo jest możliwa herezja.

Heretyk. Otrzymałem taką łatkę. I niedługo trwało nim odczułem, co znaczy dla głównego nurtu, iż ktoś nim jest. Jeśli miałem odwagę, żeby iść taką drogą to musiałem się liczyć z tym, iż stracę powszechnie dobre imię, akceptację i miłość u wielu ludzi. Tak było. Jaka to była ulga! Okazało się bowiem, że wielu ludzi religijnych nie kochało mnie takim, jakim jestem. Oni kochali rolę społeczną, którą nosiłem na sobie. Kochali personę. W religii, która nie lubi żywego doświadczenia i inności, pozory są bardzo istotne. Strój kapłana to on. Jego modlitwy na oczach ludu to on. Jego słowa pobożne w świątyni to on. Odkryłem, że dla wielu ludzi byłem ważny jako przedstawiciel religii, w którą wierzyli. Oczywiście nie dla wszystkich. Jednak niebywałe jest jak współcześni wierzący ciągle potrzebują projekcyjnych wzorców w zakonnikach, w kapłanach, w "wyjątkowych postaciach". W sumie rzecz jest naturalna, jednak zaskoczyło mnie to mocno. Jung kiedyś miał powiedzieć: "Psychologicznie rzecz biorąc, ludzkość w gruncie rzeczy znajduje się jeszcze ciągle w okresie dzieciństwa. Ogromna większość ludzi potrzebuje autorytetu, przywództwa i prawa." (C.G. Jung Archetypy i symbole).

Heretyk. Greckie słowo hairesis oznacza wybór. Wybrałem. Z wyborem wiąże się wolna wola, czyli możliwość decydowania, a to samo w sobie jest już pewną formą wolnością. Bycie wolnym to przepiękny ideał i stan ducha. Możliwe, że w tym kontekście bycie tzw. heretykiem to motor napędowy do zmian dla religii. Heretycy wszystkich wieków mieli niebywałą siłę, by iść za własnym doświadczeniem. Uczą mnie wolności. Dlatego tak bardzo ciągnęło mnie np. do Lutra i jego mądrego podążania za innością i pragnieniem, by odmienić świat. Odwaga i wolność.

Na studiach z teologii przyciągnął mnie temat dogmatu katolickiego o piekle. Zbadałem go wnikliwie, również w ramach pracy magisterskiej. Oczywiście w wymiarze egzystencjalnym (motyw cierpienia) czy etycznym (możliwość wyboru zła) ten religijny pogląd ma swoje znaczenie i dużą wartość. Odkryłem jednak coś jeszcze. W wyniku wnikliwego badania siebie, ludzi, którym towarzyszyłem i tradycji chrześcijańskich zauważyłem niebywały lęk, który kryje się za tą ideą. Piekło jako kara to bardzo mocne karzące superego religijne, które nieświadomie zabrania cieszyć się życiem, seksem, przyjemnością, wolnomyślicielstwem, swobodnym badaniem świata itd. Gdy supeł tej idei zawiązany w mojej psyche w młodości, rozwiązał się w czasie studiów - otworzyłem się na świat, na nowe idee, na inności i na nowe doświadczenia. Od tego czasu obawiano się w ramach chrześcijaństwa tej inności, choć jednocześnie czułem szacunek i proszono mnie, by wybrał czy zostaję w ramach zastanego systemu czy odchodzę. Usłyszałem któregoś dnia, gdy zastanawiano się czy powinienem został kapłanem katolickim: "jak chcesz być sługą jedności z tym wszystkim, co czytasz i co mówisz?". Hmm... Kilka lat temu napisałem w ciszy swojego pokoju taki tekst:


"Bezpieczeństwo kontra wolność.

Mam wierzyć w co mi każą. Mam. I koniec. Nie jestem sługą jedności, gdy kwestionuję w co ludzie wierzą. Mam siedzieć cicho. Patrzeć jak ludzie się męczą ze swoimi religijnymi, dogmatycznymi pomysłami. Przedziwne. Nauczani nieszczęścia. Ślepo, na pamięć. Wiedzą, co robić. Cierpią, ale idą w to, bo przedstawiono im sens tego wszystkiego.
Badam sprawę jak mogę wnikliwie. Rozpadają się we mnie wszystkie struktury myślowe, zbitki toż-samości. Ból to niewyobrażalny. Tracę grunt pod wszystkim. I co się okazuje? Nie zginąłem. Nie przepadłem w nicości. Wręcz przeciwnie. Jestem tak wolny, współczujący i samotny. Nic mnie nie definiuje. Jestem, w którym nie ma żadnego ja. Wszechświat nie kręci się wokół mnie. Nie jestem słońcem wokół, którego fruwają planety.

Mam wierzyć w co mi każą. Odkrywam bezkres i wolność od definicji, którą jestem najpierwotniej. Ale mam siedzieć cicho. Pojawiam się, a ludzie czują zagrożenie. Diabeł się zjawia przed ich oczyma.

Kwestionuję. Świątynia, kult, kapłani, pieniądze. Masz za to pełną miskę jedzenia. Słyszę w odpowiedzi. I dociera do mnie głębiej: nie prawda się tu liczy, a organizacja, porządek, stabilność.

Wykład. Mowa o Jezusie. Wątpliwości jakiegoś rabina. Wykładowca. Jeśli ma się dach nad głową i miskę pełną jedzenia nie tak łatwo szukać prawdy. Po raz kolejny uderza.

Niebezpieczne to  całe kwestionowanie jak cholera. Inaczej nie umiem. Wolności niezmierzona!"


Heretyk dojrzewał aż dorósł. I musiał iść inną drogą. Bezpieczeństwo, które gwarantowała mi instytucja religijna zastąpiłem Życiem i jej tysiącem smaków. Mogłem wybierać, stałem się wolny. Dziś nie jestem wrogiem religii. Wręcz przeciwnie. Uważam, że dla wielu ludzi może być wspaniałą drogą do rozwoju, do przebudzenia, do prawdziwego życia. Jednak religia bardzo opornie reaguje na procesy zmian, a jeśli chce stać się dla współczesnego człowieka motorem rozwoju, musi poddać się przemianom.

Chciałbym oddać głos Wojtkowi. Jego doświadczenie pokazuje jak marnie wygląda religia w polskim społeczeństwie:

"Jestem heretykiem, to cena za szczerość i otwartość przed Bogiem w sakramencie pokuty i pojednania. Spowiedź generalna przed ślubem miała być wartościowym doświadczeniem miłosierdzia bożego, miałem się oczyścić i zacząć nowy etap w drodze przez życie z Bogiem. Mimo trapiących mnie od dłuższego czasu wątpliwości pragnąłem podejść do sprawy tak uczciwie jak tylko się da. Spowiednikowi zwierzyłem się z moich wątpliwości, co do wiary w świętość Kościoła (warunek wiary), nie podzielam bałwochwalczego kultu Maryi (mimo że jest dla mnie wyjątkową i świętą kobietą). Przestałem traktować Biblię jako jedynie słuszną świętą księgę, która ma mi wskazywać dokładnie co mam robić w życiu. Liczyłem na wyrozumiałość, pokrzepienie, umocnienie i wyjaśnienie niektórych kwestii. Niestety w zamian za moją szczerość otrzymałem burę od księdza. I ostrzeżenie, co prawda nie wprost, że jeśli się nie nawrócę, nie zmienię myślenia to zbawienie mnie ominie. Myśleć nie powinienem w ogóle lecz ślepo wierzyć w dogmaty inaczej zostanę poza Kościołem. Po prostu się zamknąć, nie zadawać pytań, nie wątpić, zapomnieć o tym co boli i żyć jakby nic się nie stało. Ale niestety stało się i to boli (ale to na inną rozmowę). To jednak nie było wcale ważne. W ogóle nie było ważne to z czym przyszedłem do kratek konfesjonału, jedyną słuszną rację oraz głos miał duchowny. 
Kapłan jedynej słusznej religii oczywiście udzielił rozgrzeszenia, jednak znanej mi radości i wolności, pokoju nie zaznałem. Od kratek odszedłem przybity, zdruzgotany i smutny. Zamiast uzyskać odpowiedzi zrodziło się jeszcze więcej pytań. No bo jak to w końcu jest? Możesz wyzywać, bić i gwałcić żonę, kraść, kombinować, kłamać ale jak wierzysz w dogmaty to jest wszystko w porządku? A jak szanujesz małżonkę, starasz się być dobrym człowiekiem, jesteś uczciwy, wrażliwy, wyrozumiały ale jeśli nie wierzysz w dogmaty to bój się Boga. 
Po spowiedzi mimo tego że prawo pozwalało to nie potrafiłem przystąpić do Eucharystii. Po prostu nie potrafiłem, nie miałem siły... 
Przygotowania do ślubu katolickiego też mogę podsumować jako spłycenie wszystkiego do kwestii seksu i rozmnażania się. Szacunek do kobiet, miłość, wrażliwość, dialog, komunikacja, partnerstwo, teologiczne znaczenie małżeństwa zostało ograniczone do minimum... No bo przecież to nie istotne, najważniejsze jest to aby mężczyzna miał wytrysk w drogach rodnych kobiety. No i wierzył w dogmaty.
Oczywiście seks też został ograniczony tylko do reprodukcji, a budowanie więzi, bliskości pominięte. A radość ze zbliżenia, seksualności?  Nie godna wspomnienia... 
Gdyby nie te nauki to oczywiście nie widziałbym że mam ukochanej osoby nie zdradzać, nie ranić, nie przekazywać życia... Otóż nie drodzy kapłani. To nie wynika z wiary, czy z nakazu Kościoła ale z faktu że po prostu jestem człowiekiem.
No i ostatni fakt, który coraz bardziej oddała mnie od Kościoła Katolickiego. Drugi chrzest to ekskomunika a pedofilia księży to propaganda lewicy. Ksiądz który szuka Boga jest wyrzucony i pozbawiony środków do życia, a ten który niszczy życie najmniejszych może liczyć na bezproblemowe życie, tylko miejsce zamieszkania musi zmienić." (podkreślenia R.W)


Rozwojowa linia religii napotyka w Polsce na opór przed zmianą. Kończy się społeczne władanie kościoła nad duszami ludzkimi. Traumy narodowe odzywają się co chwila. Jednak kościół nie umie z łagodnością, z mądrością i z miłosierdziem pochylać się nad sprawami w wolnej Polsce, będąc dobrym terapeutą czy duchowym przewodnikiem w sytuacji budzenia się demonów z przeszłości. Raczej zabrania, karci, wydaje teksty potępiające, osądza, gania... Brakuje duchowych przywódców na nowe czasy, gdy nie ma już okupanta i wroga na zewnątrz. I okazuje się teraz, że wrogowie są, ale wewnątrz religii. Ukrywanie pedofilii, kolesiostwo, pieniądze, zadarte nosy... Z nadzieją przyglądam się temu, co się dzieje. Oby ortodoksja otworzyła się na herezję, i odwrotnie. Małżeństwo tych dwojga rozpędzi motor zmian i wprowadzi energię w transformacje, które zajść muszą, by zinstytucjonalizowana religia mogła ostać się w społeczeństwie. A jest ona według mnie ciągle ważną częścią życia społecznego...

sobota, 9 marca 2019

Chrześcijaństwo, pomysł na grzech i moc akceptacji

Odkrycie w tym, życiu, że jestem w swej istocie bezgrzeszny było prawdziwym cudem. Jednocześnie owo rozpoznanie poprowadziło do wyjścia z religii moich ojców. Będąc zanurzony po uszy w chrześcijańskim micie nie wiedziałem nawet jak bardzo przesiąknięty jestem moralnością, a raczej moralizmem. Moralność bowiem to przepiękny świat cnót i zasobów ludzkich. Przez wybory, przez ćwiczenia duszy, przez przyjaźń, przez służbę itd. człowiek hartuje swą duszę, by płynąć w otchłanie samego nie-dualnego Ducha. Moralizm zaś to spłaszczona moralność, quasi-moralność, widząca świat czarno-biało. W tanim moralizmie istnieje prosty podział nagroda-kara, niebo-piekło, dobry-zły, cnota- wada. Nie istnieje żaden środek, żadne pomiędzy... Etyka sytuacyjna nie jest mile widziana przez bastion moralizmu. Wyuczyłem się moralizmu od dzieciaka we wspólnocie katolickiej, choć im starszy byłem, tym bardziej kwestionowałem zastany system. Wieść moralizmu brzmiała: "za dobro-nagroda, za zło-kara", "Bóg albo zło", "albo jesteś czysty, dobry, poprawny przez swoje uczynki albo brudny i zasługujesz na odrzucenie, obrzydzenie, odepchnięcie", "albo chodzisz do kościoła, modlisz się, przyjmujesz sakramenty albo czeka cię piekło, cierpienie, odrzucenie". Zdaje się, że nawet nie wiedziałem jak bardzo żyłem w moralizmie, który blokował, tłumił, więził. Jednocześnie żeglowałem duszą po przecudnych terenach archetypowego świata, kąpałem się w miłosierdziu Stwórcy, oddychałem Biblią i pracowałem nad zmianą siebie, jednak publicznie nie mogłem być autentycznie sobą. Groziło to bowiem ostracyzmem i niechęcią innych.

Dziś trudno mi rozumieć grzech na sposób moralny. Grzech (grec. hamartia -chybienie celu) nie kojarzy mi się już jako odstępstwo od prawa, przykazań czy kodeksu. Właściwie to słowo wyprane jest współcześnie ze znaczenia. Ludzie na ulicach nie używają już tego pojęcia. Podobnie zresztą jak zbawienie. Dlaczego trudno rozumieć i żyć mi sensownie w terminach grzech-zbawienie? Odkryłem bowiem, że w rdzeniu swojego istnienia jestem czysty, bezgrzeszny, nietknięty przez oceny moralne. Inaczej mówiąc w czasie studiów z teologii: im więcej wykładano mi moralizm, zbawienie w konkretnej wspólnocie religijnej jako fundament, nakazy i zakazy, kapłańskie kulty, tym bardziej i głębiej odkrywałem, że jest to niezwykle powierzchowne i stworzone dla utrzymania instytucji religijnej. Utrzymanie instytucji jest w porządku, jednak jeśli w religijnej wspólnocie nie ma miejsca na doświadczenie głębi, ducha, trans-racjonalności, wtedy staje się ona pusta, sztuczna i nieprzemieniająca. 

W głębi jestem piękny taki, jaki jestem. Tak brzmiała wiadomość z duszy. Szedłem do kościoła, a tam słyszałem przesłanie: taki jaki jesteś, nie jesteś w porządku. Napraw się, nawróć, przemień, oddaj bogu, przestań grzeszyć. Dusza zaś miała inną wiadomość: mogę cieszyć się życiem i przestać się starać, by być kimś innym niż jestem. Tak brzmiało zbawienie, które odkryłem. Jakże inne to było zbawienie, od wizji, którą wykładała mi teologia i kościelni kaznodzieje.

Gorzka to opinia. Niestety. Czy prawdziwa? To jedynie hipotezy, choć wydają się być niezwykle trafne. Poprowadziły mnie w świat, gdzie napięcie i wymagania zniknęły we wnętrzu, w zmęczonej moralizmem psyche. Pozostała ochota na życie, na rozwój, na miłość, na poznawanie, na wyjście z oceniania i szufladkowania innych.

Ważna rzecz! To, co nazywam tu chrześcijaństwem, teologią, katolicyzmem to świat wnętrza, w którym się urodziłem. On zaś przejawia się w kościołach, w kapłanach, w religijnych teoriach. Kiedy świat wnętrza obumarł ze znaczenia chrześcijańskiego, religijny świat chrześcijańskiego mitu prysł. Znikł rafał, znikła religia. Były chęci i próby powrotu do wiary z nowym rozumieniem religii i świata, jednak nie udało się tego dokonać. Przepaść dzieląca sumienie z arsenałem nakazów, powinności i ciężkości polskiego katolicyzmu sprawiła, że w uczciwości i w odwadze trzeba było iść inną drogą. Struktura nie była w stanie objąć tej zmiany, która zaszła we mnie. Zresztą osobowość rafała również nie była w stanie tego dokonać. Zbyt duża nowość rozrywa stary system. I tak stałem się duchowym samotnikiem, wędrowcą bez wspólnoty, pustelnikiem bez pustelni...


Grzech w ramach wspólnoty religijnej to odstępstwo. Grzesznik to ktoś zły, odrzucony, nie pasujący do wspólnoty świętych. W zwyczajnym życiu umysł człowieka działa podobnie: określa swojego-dobrego od nieswojego-złego. W ten sposób społeczeństwo rozwija się przez poszanowanie dla tego, co życie rozwija, a odrzuca to, co je niszczy. Święty zmienia świat i niesie życie, rozwój, pokój, grzesznik zaś niszczy świat. W obszarze moralności myślenie tego typu jest korzystne i dobre dla ludzi, jednak w wymiarze głębszym zdaje się być niewystarczające, zbyt płaskie i uproszczone. W szkole np. często używa się określenia, że dziecko, które sprawia problemy jest tym złym. Samo stwierdzenie czy wskazanie takiego dziecka czy złego zachowania jest modelujące w wychowaniu, jednak autentyczna przemiana w młodym człowieku nie dzieje się przez wyłożenie moralności, a przez przykład i przez niewidzialne oddziaływanie duszy. I tu wkrada się również ludzka chęć etykietowania, by sprawić świat idealny (nazwijmy złe zachowania czy złego człowieka, a zniknie zło), który nomen omen nie istnieje. Idealny świat to świat, który jest w tym teraz, nie zaś świat umysłowej projekcji. Akceptacja jest siłą niezwykle pouczającą i przemieniającą. Ona potrafi przemienić "to, co złe" w siłę życia, która rozwija i przemienia, bez odrzucania, bez osądzania, bez szukania winy w sobie czy w innych. 

Pamiętam jak dziś. Czas ciszy rekolekcyjnej. Starania, by odnaleźć się na nowo w chrześcijaństwie. Już od dawna nieświadomość przez wyobraźnię nie przynosiła wiadomości, znaczeń, wskazówek. I tu nagle pytanie jednego z duchowych braci: co na to wszystko powiedziałby Chrystus? Co by powiedział? I nagle - po dłuższej duchowej pustyni i pustce umysłu - pojawiło się wyobrażenie Jezusa, który mówi z wielkim współczuciem i zrozumieniem: "nie chcę, żebyś cierpiał, nie chcę żebyś cierpiał, nie chcę...". Popłynęły łzy. Łzy szczęścia i ulgi. Jestem ważniejszy niż cały religijny system. Jestem piękniejszy niż wszelkie przekonania. Bez grzechu na samym dnie duszy. W Ciszy Istnienia nie ma żadnego rozróżnienia na dobro-zło, znikają moralne rozróżnienia, znika grzech i pomysł na bycie grzesznym. I teraz, gdy piszę ten tekst na samo wspomnienie tego wydarzenia wzruszam się.

Nie ma możliwości, by w samym Twoim rdzeniu było z Tobą coś nie tak. Niemożliwe jest naprawienie siebie, bowiem nigdy nic się nie popsuło. Jedynie na powierzchni świat ewoluuje, by stać się tym, czym jest - boską Iskrą Życia, tańczącym stworzeniem, więc nie jest z nim nic nie tak. Poddać wszystko Bogu, oto droga. Odrzucić kogokolwiek czy cokolwiek oznacza odszczepienie, nowy konflikt, nie zaś życiodajną przemianę.

piątek, 21 grudnia 2018

Zachodni zanik religii, cudowna nieświadomość i... żywe doświadczenie


Niełatwe tematy są jak ekstremalne wyprawy. Przygotowanie do wyprawy trwa jakiś czas. Trzeba być w formie i mieć czas, by zająć się czymś niełatwym, co wymaga wspinania się czy zmagania z trudem. Od jakiegoś czasu chodzi za mną temat chrześcijaństwa i jego kryzysu w kryzysu w kulturze. Zapewne dotyka mnie on mocno ze względu na osobiste doświadczenia, ale również przez obserwację świata, w którym dane mi żyć. Od kilku dni widzę, że tekst już dojrzewa we mnie, więc pora wyrazić go w literach i zdaniach.

Truizmem jest stwierdzenie, że współczesne chrześcijaństwo przeżywa kryzys. Sekularyzacja, niechęć do religii, wzmocnienie autonomii i wolności jednostki sprawiają, że kościoły w Europie przeżywają kryzys. Trudności przeżywa Kościół w Polsce. W tym tekście chcę zająć się analizą tego, dlaczego współczesny dyskurs katolicki nie jest atrakcyjny. Spróbuję odpowiedzieć na pytanie: dlaczego katolicka żywotność symboli, rytuałów i znaczeń słabnie w kulturze. Spróbuję pokazać, co najpiękniejszego w chrześcijaństwie zostaje zapomniane.

Ostatnio poczytuję "W poszukiwaniu Graala" Richarda Rohra, katolickiego zakonnika, który z niebywałą przenikliwością analizuje współczesną kulturę, kryzys kościoła i proponuje ponowne odczytanie dawnego mitu o poszukiwaniu Graala (godne polecenia!). Rohr z niebywałą ostrością pisze o kulturze Zachodu, iż utraciła kontakt z duszą, a wraz z nią utraciła więź z naturą, z mitem i ze znaczeniem religijnym, która jest sercem religii. Franciszkanin wskazując na kryzys instytucji kościoła katolickiego mówi o implozji metafory na rzecz rozumu, twierdzeń logicznych i poprawności etnocentrycznej. Wszystko to jest otoczone iluzją kontroli i panowania. Mamy prawdę, a wraz z nią monopol na jej przekazywanie. W dawnych kulturach wiedzieliśmy: to mity, baśnie, sensy żyją nas samych. To nie ludzka społeczność miała mity, to mity "posiadały" społeczności. Ludzie rodzili się w jakimś micie i go asymilowali czy dialogowali z nim/w nim. W pewnej mierze to mit był pierwszy od człowieka, tak jak nieświadomość (czymkolwiek jest) wyprzedza ludzką świadomość. Dziś wszystkie mitologiczne opowieści traktujemy trochę jak fantastyczne bajki dla dzieci, które w najlepszym wypadku należy znać, by okazać się człowiekiem wykształconym w odpowiednim gronie czy po to, by opowiadać dzieciom.

Innym problemem jest zastyganie metafor. Chrześcijaństwo wraz swoim rozwojem coraz bardziej kostniało i mroziło w puste schematy żywe doświadczenie, a z nim metafory. Dlatego też od czasu do czasu w łonie religii zinstytucjonalizowanych, na ich obrzeżach czy w podziemiach powstawały żywotne ruchy pobudzające stygnące struktury (np. wspólnoty gnostyckie, Luter i protestantyzm czy katarzy w chrześcijaństwie). Przykładem może być uczta eucharystyczna, za którą kryje się bogactwo symboli, a wraz z nią siła nieświadomości, która swoją mądrością wzbudzała przez wieki zachwyt, uwielbienie i generowała cykle przemian w człowieku. Jak stwiedza R. Rohr: "rozcieńczyliśmy całą ideę i stworzyliśmy antyseptyczą karykaturę oryginału, którą umieściliśmy na ozdobionych białymi koronkami ołtarzach". Msza w wydaniu dzisiejszym jest raczej świątynnym rytuałem i odprawieniem pewnego religijnego obowiązku. Bogactwo symboli, w których niegdyś ludzie mogli się kąpać jak w morzu, dziś zastąpione jest tanim moralizatorstwem, nakazywaniem czegoś, wzbudzaniem sentymentalnych uczuć czy przepisywaniem recept na wszelkie bolączki i cierpienia (marketing religijny). Symbol picia czyjejś krwi, który oznacza przyjmowania mocy od kogoś czy czegoś zastąpiono racjonalną poprawnością i zamknięciem na pierwotne, spontaniczne doświadczenie.

Wiem o czym piszę. Próbowałem przez dwa lata po doświadczeniu wewnętrznej przemiany odnaleźć się w religijnym, świątynnym dyskursie. Bezskutecznie. Symbole, mity i siła życia widziane były w literaturze, w przyrodzie, w improwizacji ruchowej, w sztuce... A jednak w kościele rzadko zdawało się, bym brał udział w czymś numiotycznym, przemieniającym, dającym poczucie głębokiego sensu. Dlaczego? Zdaje mi się, że w samej wspólnocie zauważyłem przedziwną implozję życia symbolicznego i tłumienie nieświadomości, mówiąc językiem psychologii. Do tego kapłan z zapleczem teologicznym, który określa, wie i orzeka, co można przeżywać, czego zaś nie. Kontrola nigdy nie może przemienić niczego.  Rohr tak mówi o zastyganiu metafor:

Religijna idolatria chroni metafory z takim zaangażowaniem, jakby to one były produktem końcowym. Paliliśmy ludzi na stosach, ponieważ nie akceptowali właściwej metafory. Wykluczamy innym ze współuczestnictwa w uczcie, na którą zaprosił wszystkich Jezus, tylko dlatego, że nie mówią tak jak my. Kiedy religia myli metaforę z rzeczywistością, zaczyna zmieniać się w coś mechanicznego. Tajemniczy i osobisty Bóg przekształca się w automat do sprzedaży przekąsek, a naszym zadaniem jest wciskanie właściwych guzików.

Rohr operuje w swoim dyskursie wokół trzech aspektów rzeczywistości: ciało, dusza, duch. Jest to biblijna antropologia, która nie dzieli człowieka na części, lecz widzi go w różnych aspektach. Ciało jest aspektem materialnym, naszą codzienną najprostszą percepcją. To świat przedmiotów, zadań do wykonania i logiki z prozą codzienności. Można powiedzieć w języku psychologii procesu, że jest to uzgodniona rzeczywistość. Wszyscy ludzie godzą się na to, ze mają dwie nogi, że dobrze jest zjeść obiad i że dwa plus dwa to cztery.
Następnie Rohr za Biblią mówi o aspekcie duszy. Jest ona związana z przyrodą, z mitami, z baśniami, z metaforami. Jest bliska kobiecemu aspektowi życia. Zakonnik posługuje się tu terminologią C. G. Junga (pierwszy raz widzę, żeby katolik tak bardzo zrozumiał myśl głębokiej psychologii). Dusza to również świat snów, wizji i znaczeń, które nadają smak i sens życiu człowieka. Dusza to ścieżka inicjacji w życie młodzieńcze, w kobiecość czy w męskość, w dorosłość, w starość itd. Dusza to jakby części nas samych i naszych wspólnot, które nie są oczywistością na pierwszy rzut oka. Wymagają spotkania, dialogu, relacji i uważności w pracy wewnętrznej.
Zaś duch rozumiany jest jako rzeczywistość niezwiązana z obrazami, z dzianiem się,. Duch to esencja istnienia, jedność absolutna, święte świętych. To czysta transcendencja.

Rohr stwierdza, iż współczesna religia próbuje panować nad duszą. Jednak nie jest to możliwe. Człowiek ze swoją ego-świadomością nie jest w stanie zapanować nad potężnymi siłami duszy (siłami nieświadomości; głębokie treści wypływające z głębi zbiorowej psyche, w której każdy człowiek uczestniczy). Znaczy to, że dawnej religie  dawały człowiekowi przestrzeń na poddawanie się tym siłom i ich integrację z codzienną rzeczywistością (ciało). Dziś religia boi się duszy, a wraz z nią natury, kobiecości, seksualności, baśni itd. Z perspektywy czasu widzę, że jako młody zakonnik pływałem w tym, co nazywamy duszą. Medytowałem, śniłem, szedłem za poruszeniami... Miałem na to przestrzeń w zaciszu klasztoru. Przepiękny i przemożny jest świat symboli. Jednak wraz z pogłębieniem studiów teologicznych zauważyłem, że zmienia się mój status. Miałem się przygotowywać do stania się kapłanem, czyli kimś kto kontroluje ludzkie doświadczenia i określa, co można, a czego nie. Pamiętam wielką liturgię z kardynałem w jednej ze świątyń. Pompatyczne pieśni, wzniosłe słowa, dym z kadzidła, a ja więcej sensu i miłości znajduję w mrocznym lesie, w spotkaniu z obolałym bliźnim czy w męskiej rozmowie z braćmi niż w całym tym liturgicznym spektaklu.

Inna sprawa! Wraz z zanikiem duszy i jej ruchów, znika również postać ojców, do których można by pójść z własnym doświadczeniem. Współcześni religijni ojcowie są strażnikami moralności i obrońcami swojej rdzennej, plemiennej religii. Oddajmy na chwilę głos amerykańskiemu zakonnikowi:

Spotkałem w życiu kilku cudownych osób, które pełniły wobec mnie rolę ojca. Jedną z nich był kardynał Joseph Bernardin z Chicago. Kiedy był arcybiskupem wzywał mnie do siebie i pokazywał stertę skarg, jakie dostawał na mnie. Spodziewałem się najgorszego. On jednak powtarzał: "Poprosiłem mojego teologa, żeby na to wszystko spojrzał i... ufamy ci". Miałem wtedy dwadzieścia osiem lat i aspirowałem na wojownika i maga. Ale on dał mi przestrzeń. Rozpiął pode mną sieć i mówił: "Ty i ja trzymamy się razem".

Ojciec, strażnik czy mędrzec pełni w religiach tę niebywałą rolę, iż wprowadza młodych poszukiwaczy duchowych w doświadczenie. Uczy jak się w nim poruszać, oferuje obecność i wsparcie. Jednak nie nakazuje i nie moderuje tego, jak należy doświadczać. Wie, że każdy adept ma własną ścieżkę. Tymczasem współczesna religia oferuje inicjację w moralność, w poprawność, w wierność swojej tradycji, w bycie posłusznym i w bycie porządnym. Przystrzyżenie pazurów nie przemieni żadnego tygrysa. Stanie się on bezpieczny, ale bez żadnej mocy, która zdolna byłaby zmieniać świat, a nie tylko go konserwować. A młodzi ludzie potrzebni są światu jako moc do przemieniania świata, nie zaś jako grzeczne dzieci. Ktoś, kto w młodości nie miał przestrzeni, by poczuć własną moc, na starość w zgorzknieniu będzie nadal krzyczał o tym jak niegrzeczni są młodzi ludzie (projekcja) i jak świat stacza się w apokaliptyczne dno.

Na jednym ze spotkań w nurcie psychologii procesu poddałem się pewnemu doświadczeniu. Oto zacząłem poruszać się jak mag miotający ognistymi kulami, które rzucane w konkretnym kierunku przemieniały świat. Nie ja byłem twórcą tych kul i tego ognia. Poddałem się przemożnemu doświadczeniu, które nadało blask mojemu młodzieńczemu pragnieniu, by świat się przemieniał, wzrastał i ewoluował. Smutne jest to, że religia katolicka - ta potężna i cudowna siła - nie ma dziś w sobie ani przestrzeni ani chęci podążania za procesami świata. Pełni raczej rolę zachowania tożsamości narodowej i wsparcie w codziennych trudach jak pocieszna, słaba matka. W najlepszym wypadku pocieszy i przytuli. Czy chodzi o to, żeby kogoś winić za taki stan rzeczy? Nie. Chodzi o świadomość tego, co się dzieje w kulturze. Zdaje się, że kostnienie religijne to również normalny i naturalny proces w kulturze. Kilka tygodni temu na jednym z wykładów o C.G. Jungu rozmawialiśmy o zbiorowej nieświadomości i jej tendencji do tematyzacji i dogmatyzacji doświadczenia religijnego. Jest to naturalny proces. Zdaje się jednak, że religie mogą obumierać, gdy czynnik kostnienia jest zbyt mocny, a zanik autentycznego doświadczenia staje się intensywny. 

Być może wspomniany już badacz psychologii i symboli C. G. Jung wie, o co chodzi z kryzysem duchowym:

Chodzenie do kościoła z wolna stawało się dla mnie męczarnią, ponieważ głośno - chciałby się niemal powiedzieć: bezwstydnie - prawiono tam o Bogu, o tym, co zamierza, o tym, co robi. Napominano tam ludzi, by wzbudzili w sobie takie uczucia, by wierzyli w taką tajemnicę, o której wiedziałem, że jest jak najbardziej wewnętrzną, najintymniejszą pewnością, i że żadne słowo nie może wyrazić i zdradzić. Mogłem stąd wysnuć jedynie wniosek, że widocznie nikt nie zna tej tajemnicy, nikt, nawet sam pastor. W przeciwnym razie nigdy by się nie odważył publicznie rozprawiać o tym, co boskie, profanując niewysłowione uczucia niesmacznymi sentymentalizmami. (C. G. Jung , "Wspomnienia, myśli, sny" )

Napisał to człowiek na wskroś religijny, który nie odnalazł w zorganizowanej religii przestrzeni na żywe, głębokie doświadczenie, które łączyłoby go nie tylko z własnym narodem czy kościołem, ale z całą ludzkością i zbiorową nieświadomością. A tak C.G. Jung pisał o swoim młodzieńczym doświadczeniu "wyjścia poza tradycję":

"Zebrałem w sobie całą odwagę, jakbym miał co najmniej wskoczyć w ogień piekielny, i pozwoliłem popłynąć myślom: przed moimi oczyma stanęła piękna katedra, nad nią błękitne niebo, a wysoko nad światem, na wyniosłym złotym tronie siedzący Bóg - nagle spod tego tronu na nowy, barwny dach kościoła spada monstrualnych rozmiarów ekskrement, rozbijając ściany świątyni.

A więc to było to. Poczułem niewiarygodną ulgę i nieopisane wyzwolenie. Zamiast oczekiwanego potępienia spłynęła na mnie łaska, a z nią niewypowiedziana błogość, jakiej nigdy jeszcze nie zaznałem. Płakałem ze szczęścia i wdzięczności, że po tym, gdy zostałem poddany nieubłaganej surowości Boga, objawiła mi się Jego mądrość i dobroć. Miałem wrażenie, że przeżywam chwilę oświecenia. Wiele z tego, czego przedtem nie mogłem zrozumieć, stało się dla mnie jasne. Doświadczyłem tego, czego nie pojął mój ojciec, a czemu choćby w najlepszej wierze i z najgłębszego przekonania się opierał - doświadczyłem woli Bożej. Ponieważ ojciec utkwił w uporze, dlatego też nigdy nie przeżył cudu łaski, która wszystko koi i wszystko czyni zrozumiałym. Ojciec obrał sobie za drogowskaz przykazania Biblii, wierzył w Boga, jak tego Biblia wymaga i jak nauczyli go ojcowie. Nie znał jednak Boga żywego i bezpośrednio takiego, który - wszechmocny i wolny - jest ponad Biblią i ponad Kościołem, który może wezwać człowieka do wolności, zmusić, by człowiek wyrzekł się własnych przekonań i poglądów, a tym samym by mógł, nie stawiając żadnych warunków, spełnić Jego żądanie. Bóg w tym Swoim wystawianiu na próbę ludzkiej odwagi nie ulega żadnym tradycjom, choćby najświętszym." (Wspomnienia, myśli, sny)


Ten krótki tekst nie wyjaśnia wszystkiego. Jednak pozwala rozpocząć w sobie i wśród innych dialog doświadczeń, które integrując się wzajemnie, przyniosą jeszcze więcej sensu i zrozumienia.

sobota, 1 grudnia 2018

Pogaduchy z Wojtasem, duchowość i... Źródło Istnienia!

Są ludzie z którymi można rozmawiać godzinami. Czytałem kiedyś opowieść o tym jak Freud z Jungiem rozmawiali ze sobą ponad dziesięć godzin. Nie dziwi mnie to. Znam osoby, z którymi mogę rozmawiać po kilka godzin. Rozmowę przerywają potrzeby życia codziennego: fizjologia (tzw. siku), głód, obowiązki domowe czy sprawy do załatwienia. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, którzy cenią świat wewnętrznych sensów, odczuć, metafor. Filozoficzne stawianie hipotez na temat życia, człowieka i świata, przedstawianie poglądów i wychylanie całej swej istoty w kierunku Prawdy jest dla mnie pyszną duchową ucztą. Od lat!

Sobotnia rozmowa z Wojtasem. Gadamy trzy godziny przez neta, aż do momentu, gdy trzeba coś zjeść i iść do łazienki. Duchowość, religia, kultura... Opowiadamy o własnych doświadczeniach. Próbujemy nazwać to, czego doświadczamy. Dzielimy się autorami i tekstami, które miały na nas wpływ. Opowiadamy, przywołujemy baśnie i mity, stawiamy logiczne hipotezy. Wszystko to dla wspólnej uciechy dzielenia się i poznawania. Dialog prowadzi nas poza nas samych. Paradoksalnie! W samo sedno. Do Źródła. Pod koniec Wojtek podsumowuje nasze rozkminy na temat duchowości:

"Duchowość jest dla odważnych... albo się rzucisz... w samo Źródło, w Ostateczną Rzeczywistość, w Boga... albo zabraknie ci odwagi i zostaniesz w tym, co znasz."

Duchowość prowadzi w samo sedno Życia. Kto doświadczył mocy Nienazywalnego ten wie, dlaczego różne tradycje nazywają ją ogniem. Duchowość jest procesem niebezpiecznym dla potocznego życia człowieka. Możesz zostać przemieniony w całości. Przestaniesz być, tym kim myślisz, że jesteś, a staniesz się sobą. Jak Szaweł idący do Damaszku doświadczył nagłego zwrotu. Światło zrzuciło Szawła z dotychczasowych poglądów i przekonań.

Religia wydarza się raczej jako mniej lub bardziej ścisły system wierzeń. Każde ludzie ego ma  przekonania, poglądy, sądy. Religia tworzy sensy i znaczenia dla self człowieka. Samo w sobie jest to naturalnym procesem. Religijność jest w porządku. Daje znaczenie, bezpieczeństwo, schronienie. Pozwala rozumieć otaczający świat. Gdy człowiek spotyka się z ogromem Wszechświata, z Tajemnicą Życia - religia daje mu oparcie, bezpieczną przystań, by pomieścić w głowie to, co spotyka, czego doświadcza. Religia to taka opowieść o Nieskończoności w skończony sposób. Jakby chcieć opowiedzieć widok górskich szczytów, samymi kropkami. Religijny dyskurs jest w pewnym sensie konieczny. I choć mistyk uśmiecha się z rozbawieniem i z pokorą do ludzkiej, narkotycznej skłonności do nazywania, a co za tym idzie do próby panowania i kontroli, to religijne budowanie świątyń zrozumienia własnego istnienia jest zwykłą częścią człowieczego losu. Opowieści o znaczeniu świata i człowieka są różne. Tak samo różne są religie. W zależności od kultury, czasów, osobistego uwarunkowania jednostki itd.
Niektórzy po pewnym czasie zakotwiczenia w religii odczuwają, zauważają i doświadczają ciasności religijnych dogmatów i osądów. Nie musi to oczywiście oznaczać odejścia od danej grupy religijnej, ale czasem zdarza się i tak. Inni w samej religii odnajdują kontemplacyjne ścieżki przemiany i idą w sam Ogień Istnienia. Gdy człowiek odkrywa, że myśl jest wąska, uwarunkowana i nie wyraża Całości i Wszystkości tego, co Jest, może doświadczyć niezwykłego przebudzenia. Oświecenie tego typu jest odświeżające i piękne, a jednocześnie przerażające dla ego. Człowiek staje się prawdziwie samotny. Już nie podpiera się o innych, nie szuka swej wartości w ludziach, nie podążą za modą. Wraz z tym pojawia się współczucie i bliskość z innymi. Nie jest to bliskość z myślami czy wiedzą innych. To raczej odkrycie, że Wszystkość mieszka w każdym. Wraz z owym ocknięciem "zjawia się" duchowość jako serce prawdziwej i głębokiej religijności. Chrześcijańska metanoia czy buddyjskie satori to doświadczenie odkrywające najbardziej realny poziom życia. Poziom ten jest esencją, sednem i sercem Życia. Po takim doświadczeniu kocha się wszystkich jak swoich. Etykiety społeczne, polityczne, religijne blakną, bowiem w każdej osobie spotyka się Oblicze Jedynego.

Istnieją różne opowieści, różne religie, różne języki. Jednak duchowość istnieje jako jedna rzeczywistość. Religie mogą kłócić się która jest ważniejsza. Religia może ruszać na krucjaty czy pisać traktaty dlaczego jej opowieść jest bardziej prawdziwa od innych opowieści. Ludzie religijni bez doświadczenia Ducha kochają swoich ziomków, innych najwyżej szanują. Duchowość nie ma granic, nie zna więc również konfliktów i walki. W duchowości wszyscy stają się braćmi. Jezus i Budda siedzący przy jednym stole, w jednym Istnieniu.

Wielu ludzi, którzy zaufali Sile większej niż oni sami lub doświadczyli czegoś niebywale trudnego (śmierć bliskich, kataklizm, choroba) odkryli Prawdę. Dróg do Jedynego istnieje wiele. Cierpienie, intelektualne poszukiwanie, wdzięczność i zachwyt nad tym, co jest, kochanie kogoś/czegoś głęboko czy bezinteresowna służba innym to proste drogi, aby poznać to o czym próbuję się tu opowiedzieć. Wpis na tym blogu jest jak religijny dyskurs czy opowieść. Nie o niego w nim chodzi. On zaprasza do drogi, do wydarzenia się tego, co nigdy się nie dzieje, co nie jest dotknięte przez czas i dzianie się, do tego, co przekracza wszelkie antynomie i konflikty.


"Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli" (Łk 10, 23-24)



I na koniec coś, co o poranku napisałem z serca:


Gdy się zatrzymam...
w punkcie
w bezruchu

bycie rozpuszcza wszystko

przestrzeń
oto ona
ukochana
umiłowana

A jednak
w byciu czy w nie-byciu
też mnie nie ma

przekraczam wszystkie pozorne przeciwieństwa

milknie słowo
znika świat

słowo ciałem się stało

ciało znika
słowo znika
świat znika

co zostaje?

niedziela, 14 października 2018

Religia, (nie)wygodne pytania i paschalna przemiana

Od czasu do czasu ludzie zadają mi pytanie: "czy jesteś wierzący?", "czy wierzysz w Boga?", "jaki jest twój stosunek do kościoła katolickiego?". Pytanie te wiążą się bezpośrednio z historią mojego życia, którą znają osoby zadające pytanie. 

Od wczesnych lat dzieciństwa interesował mnie absolutny sens, pytanie o przyczynę istnienia świata i mnie samego. Gdy byłem małym chłopcem patrzyłem z pełnym zachwytem w gwieździste niebo nocą, przeczuwając, że istnieje coś nieskończonego. Nieskończone żyło mnie. W pewnym momencie moje rodzące się ja (ego) bardzo przeraziło się owej nieskończoności. Dorastając, zainteresowałem się religią i poszukiwaniem Boga. Droga poprowadziła mnie do Towarzystwa Jezusowego, w którym spędziłem dziewięć lat życia. Przez ten czas medytowałem, poznawałem Pismo Święte, studiowałem filozofię czy teologię, brałem udział w dłuższych czasach milczenia, miałem wiele głębokich doświadczeń i wglądów, modliłem się ludźmi, dyskutowałem poszukując zrozumienia świata, afirmowałem swoją osobowość, robiłem różne warsztaty, prowadziłem grupy, służąc ludziom itd. 

Około szóstego roku bycia w zakonie zaczął się we mnie poważny kryzys, który zmusił mnie do zobaczenia, że wiele z tego, w co wierzyłem było jedynie wykrzywionym wyobrażeniem. Oto miałem zostać księdzem katolickim. Zauważyłem, że oczekiwania w stosunku do tej roli społecznej stoją w sprzeczności z moim młodzieńczym pragnieniem poznawania świata i poszukiwania Prawdy. Interesowało mnie wiele: psychologia, psychoanaliza, filozofia, religie wschodu, doświadczenia szamańskie, struktura poznania itd. Jednocześnie coraz wyraźniej widziałem, że religia, której jestem częścią, nie przepada za "innością". Teologia, którą studiowałem nie tylko zdawała mi się być nudną i oderwaną od codziennego życia nauką, ale nie odpowiadała też na głębokie pytania i nie niosła życiodajnego sensu. 

Czułem, że niebawem zostanę urzędnikiem kultu i muszę nauczyć się prawa kanonicznego, musztry świątynnej i szablonowych odpowiedzi na ludzkie cierpienie. Wraz z tym zrozumiałem, że zostając księdzem, który ciągle ma jeszcze w miarę wysoką pozycję społeczną w Polsce (tak! księża są jeszcze traktowani w niektórych środowiskach jako jednostki wyjątkowe), nie będę mógł w swoim życiu doświadczać i poznawać świata. Religia bowiem w subtelny sposób zabrania doświadczać pewnych aspektów życia. Było to potężne zdziwienie! Do tej bowiem pory myślałem, że zakon pozwala mi eksplorować i zgłębiać z otwartością rzeczywistość. Po dwuletnim mroku, śmierci religijnego "Boga" i niemożności zrozumienia o co chodzi w chrześcijańskiej wizji świata postanowiłem opuścić szeregi zakonu i pójść ścieżką, która byłaby bliższa mojemu wewnętrznemu głosowi. Teraz opowiadam o tym spokojnie. Wtedy panowała we mnie burza, sztorm i przedziwny kopernikański przewrót. Interpretacja mojego odejścia była różna. Niektórzy twierdzili, że się zagubiłem. Inni, że zwątpiłem. Jeszcze inni twierdzili, że chodzi tylko o to, że pokochałem kobietę (to też się wydarzyło!). Piękną rzecz napisał mi jeden z moich przyjaciół jezuitów, gdy odchodziłem: "mam wrażenie, że odnalazłeś siebie".

"Czy jesteś wierzący?" To pytanie sprawia, że nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Jeśli ktoś ma kilka godzin na przyjazną rozmowę, opowiadam o tym, co myślę i czuję w tym temacie.

"Czy jesteś wierzący?" I tak, i nie. Nie jestem wierzący, bowiem nie podpisuję się pod żadnym z istniejących wyznań chrześcijańskich. Nie korzystam z sakramentów, nie odnajduję siebie w całym mistagogiczno-katechetycznym gmachu religii. Nie wyznaję jedyności zbawienia w Chrystusie. Z drugiej strony symbole chrześcijańskie i całe zaplecze etyczno-inicjacyjne jest mi niebywale bliskie. Chrystus pozostał dla mnie jednym z wzorów, symboli i żywotnych sił, które przemieniają moje widzenie świata. Nie walczę z religią. Mam serdecznych przyjaciół w Kościele i szanuję tradycję kościołów chrześcijańskich. Jednak jeśli mam być uczciwym, nie mogę znaleźć swej drogi w tym, co chrześcijanie określają: wiarą. Jestem wierzący, bowiem wiem, że materia nie jest jedynym światem. Jest powłoką, pod którą kryje się coś więcej. Świat jest jak cebula. Albo jak filmowy ogr. Ma warstwy. Znaczy to, że pod postacią materii, świata widzialnego, osób, rzeczy i procesów, istnieje Niewidzialne, Nieuwarunkowane, Nieskończone. Widzialne z niewidzialnym istnieje w głębokiej tajemniczej jedności. Owo Niewidzialne żyje ten świat.

Tak trudno mi określić własną tożsamość religijną, tak samo jak trudno określić mi kim lub czym jest Bóg, ostateczna rzeczywistość czy najgłębszy sens życia. Teologia, a z nią religia katolicka, tak bardzo określiła czym/kim jest Bóg, że niewielu ludzi może zmieścić się w tej wizji świata. To kim był Jezus, a czym jest religia dziś, to dwie różne sprawy. Kilka lat temu po powrocie z jakiejś liturgii napisałem następujące słowa:

"Coś tam trzeba.
Odkleja się chrześcijaństwo od mojego serca tak jak odkleja się plaster od rany, która się zagoiła. Naturalnie. Bez okrzyków i haseł propagandowych. Bez rewolucji i zamieszek. Tak jak po dniu przychodzi noc, tak wyrastam z wiary moich ojców. Nie odcinam się od korzeni, niczego absolutnie nie neguję. Po prostu nie wiem o co chodzi. Odpada to wszystko, czego nie rozumiem i w czym nie ma życia. Zmartwychwstanie, umartwianie siebie, sąd, liturgie, starania się, posty, modły, medytacje, spowiadania regularne, ciało co z grobu powstanie… Koncepcji i idei multum. Jak na targu. Tyle, że wybierać nie mogę. Mam wierzyć i już. I tak dużo strachu. Kapłan na podwyższeniu sprawuje ofiarę. Lud z dala patrzy i błaga „Boga” o zlitowanie nad „grzechami” swoimi i świata całego.
Miałem nadzieję znaleźć w chrześcijaństwie zbawienie. Nie znalazłem. Niczego nie znalazłem w niczym. I oto o dziwo zbawionym okazałem się być. Taki jaki jestem. Mama i tata kochali mnie takim, jakim jestem. Kawa co ją rano piłem kochała mnie, takim jakim jestem. Wiatr, słońce, deszcz… Kochało mnie życie, takim jakim jestem. Tylko ty religio jakoś nie umiesz kochać tak po prostu za nic. Zawsze czegoś chcesz. Ofiar, wyrzeczeń, postanowień, cnót, uwielbień, zaświadczeń, orzeczeń, wyznań, oświeceń, czystego sumienia... Nie walczę z tobą. Po prostu widzę jak rozpadasz się w drobny mak. Skoro sama egzystencja taka piękna, czemu mam ci składać hołd?
Coś tam trzeba. Tego nauczyła mnie chrześcijaństwo. Dziś już nawet nie wiem, co miałbym zrobić. Nawet nie wiem, jaki jest cel tego wszystkiego. Niebo? Piekło? Miłość bliźniego? Doskonałość? Przemiana wewnętrzna? Wszystko to już jest tu i teraz. Obecne.
Dziś widzę do głębi – Jezus – nie jest takim jak mi opowiedziano. Chrystus to wolność. I kto wie, być może wzywasz mnie Nieznany do pozostawienia…"

Nie jestem teistą. Nie jestem agnostykiem. Nie jestem ateistą. Kim więc jestem? A może nie muszę odpowiadać na te pytania. Słodka niewiedza i proste życie. Pływam w tym, co chrześcijanie określają "Bogiem". Ocean ten jednak nie ma płci, woli i miliona pozytywnych atrybutów. Nie jest Ojcem ani Matką. Jest samym istnieniem, które przekracza wszystkie antynomie, przeciwności. Jest więc ponad dobrem i złem, ponad pięknem i brzydotą, ponad osobą i nie-osobą, a nawet ponad istnieniem i nieistnieniem. Wszystko otacza. Wszystko w nim istnieje, przez niego i dla niego. Jest wszystkim i ponad wszystkim.

"Wtedy można by powiedzieć wraz z Nietzschem: „Bóg umarł”.
Postąpilibyśmy jednak słuszniej, mówiąc: „Bóg usunął swój obraz; gdzież go znajdziemy?” (Carl Gustaw Jung)
Mam przedziwne doświadczenie bliskości z panem Jungiem. Rozumiem jego ambiwalentne podejście do religii. Czytając jego "Wspomnienia, myśli, sny" czułem tajemniczą więź doświadczeń. On odszedł od praktykowania chrześcijaństwa, choć całe życie spędził w bliskości z głębokim doświadczeniem religijnym. Jung, cytując Nietzschego, wiedział, że nie tylko w nim samym, ale i w kulturze następuje swoista "śmierć Boga". Wraz z nią znikają wyobrażenia, religijne projekcje, obwinianie siebie samego czy Stwórcę za zło w świecie. Oto współcześnie pojawia się duchowość, w której sam Stwórca usuwa wszelkie obrazy siebie samego. Koniec teologii, koniec historii, koniec opowieści na temat religii. A jeśli istnieją nadal, wiemy, że to tylko opowieści. Dziś, tak jak mistycy wszystkich czasów, możemy iść w samo doświadczenie. Poza słowami. Poza obrazami. Następuje swoisty ruch w ponad-doświadczanie... Tam w głębi nas samych, możemy poznać tego, o którym opowiadają religie. Otchłań duszy, iskierka czy nieskończona jaźń. Imion tysiące.

Obraz Boga może dziś znikać. Czyż religijnie nasza cywilizacja nie jest dziś w neurotycznym stanie lęku. Na czym mamy oprzeć nasze kruche życie? W czym nasze małe ja ma znaleźć oparcie? Jest tak wiele potężnych sił, które pracują w człowieku... Religia przez wieki chroniła i chroni nadal człowieka przed potężnymi nieświadomymi siłami, osłaniając słabe, małe ego. Religie pomagały w kontakcie z tymi potężnymi mocami. Dziś jakby się kończyły... A może się mylę? 

Być może to sam Niewidzialny zabrał wszelkie obrazy siebie samego, jak pisze pan Jung.

Dynamika Paschy. Śmierć na krzyżu. Pusty grób. Zmartwychwstanie.
Po śmierci religijnych obrazów Boga pozostała święta pustka (jakże ceniona w buddyjskich ścieżkach inicjacyjnych), janowe nic na górze Karmel czy mistrza Eckharta odosobnienie. Kto zanurzył się w ciszy, w pustce i umiłowaniu Obecności, ten wie jak TO smakuje. A symboliczne zmartwychwstanie... Cóż. Zmartwychwstanie ukazuje mi, że Bóg jest tym, który jest wszędzie i nigdzie. Obecność roztacza się wszędzie, obejmuje każde stworzenie... i nie wymaga niczego. Zamiast świątynnego oddawania czci - kult w Duchu i w Prawdzie.

We mnie samym dokonała się Pascha. Wszystko się zmieniło. Nic się nie zmieniło. Tak trudno powiedzieć coś o tym cudzie.

Czy religia jest zbędna dziś? Na pewno nie. Religia przez wieki dawała człowiekowi bezpieczeństwo, ochronę i moc do sensownego życia. A dziś? Jaką przemianę może czekać chrześcijaństwo, jeśli chce dać współczesnemu człowiekowi ścieżkę do Prawdy? Co musi zrozumieć religijny dyskurs, aby propozycje duchowe były ogniem, które przemienia ludzkie życie? Czy istnieje coś takiego jak ewolucja religii? To już temat na inny wpis.

Napisałem to, bo chciałem się podzielić. Nikogo nie chcę przekonywać do niczego. Niczego nie chcę udowodnić. Być może ktoś tak jak ja, czy wspomniany Jung, wie co to znaczy samotność pójścia własną ścieżką i poczuje wsparcie, bez względu na wyznawaną religię, światopogląd czy system wartości. Każdy ma swoją własną ścieżkę w drodze ku Prawdy. Pokój!