Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 lipca 2021

Dziecko i ja. Spotkanie z wyobraźnią.


Obóz z dziećmi. Rok 2021.

Siła życia, wyobraźnia i rodzic

Bardzo lubię spędzać pewne okresy czasu z dziećmi. Otrzymuję nie tylko zastrzyk pozytywnej energii w postaci nieokiełznanych zabaw, przytulasów i śmiechu, zatapiam się również w zgłębianie psyche. Wyobraźnia, ekspresja, bezpośredniość dzieciaków zabierają mnie się w świat, w którym możliwość, czasem nawet omnipotencja, przekraczają rzeczywiste problemy i zwykłe "to nie możliwe". Po prostu "mogę" w percepcji dziecka jest silniejsze niż "nie da się". Dziecko nie zna się na abstrakcyjnych problemach czy rozumieniu ograniczeń świata, w którym żyje. Dlatego też dziwi się, gdy spotyka swoją twarzą podłogę podczas intensywnego nieuważnego biegu. Dziecko doświadcza energii życia, które pcha je do poznania i zgłębiania wszystkiego, a także do częstych impulsywnych frustracji z powodu niezaspokojenia owego pędu. Jakby owa siła doświadczała oporu, dzięki któremu kształtuje się również oddzielność brzdąca. Opór ten może być rozumiany jako przeciwieństwo biologicznej entropii. Znajomy biolog powiedział mi kiedyś o swoim zachwycie nad owym przeciwstawnym ruchem we wszechświecie. Oto na tle biologicznej entropii, powstaje przyroda, pojedyncze organizmy i człowiek, który krystalizuje się, tworzy się w elastyczne i żywe ja. Marcin. Kasia. Piotr. Cud istnienia. Od dawna zachwyca mnie rozwój i złożoność tych procesów.

Wracając do dziecięcych pragnień... Już, teraz, chcę, ma tak być jak chcę... Dorośli wobec naporu dziecięcego libido często stają skonfundowani czy zdziwieni. Zapomnieli bowiem jak to jest być dzieckiem. Rodzic to siła nie tylko porządkująca owe pragnienia, ale i bezpieczna przystań, granice, ramy dla ekspresji rozwijającego się brzdąca. Rodzic czy opiekun jest jak akwarium dla rybek w wodzie. Tworzy środowisko i przestrzeń na zabawę, poznanie i wzrost. Bycie bezpieczną przystanią dla rodzica w stosunku rozpędzonego młodego żaglowca nie jest łatwe. Nie dziwne więc, że wielu rodziców stwierdza, że osiwiało wychowując dziecko.

Ekspresyjność psychiki dziecka w dużej mierze podparta jest siłą wyobrażeń. Dziecko w mig potrafi wyobrazić sobie inny świat, wcielić się w zwierzę, w bajkową postać czy przemówić na pogrzebie rozjechanego żuka. Wyobraźnia u dzieci pełni również ważną funkcję wspierającą w rozwoju nowych umiejętności. I tak oto mały Janek, razem z kuzynką Krysią bawią się w sklep, nabywając przy tym wiele umiejętności społecznych i komunikacyjnych. 

Wyobraźnia kryje w sobie niezwykły potencjał, jednocześnie straszy małego człowieka potworami pod łóżkiem, ciemnością nocy czy obcym człowiekiem spotkanym na ulicy.

"Proszę pana... Widzimy straszne zjawy"

Na jednym z tegorocznych obozów w momencie zajęć plastycznych pewna trzynastolatka poprosiła mnie, żebym porozmawiał z nią i z jej koleżankami. W oczach zauważyłem przerażenie, głęboki strach. W mojej głowie, czyli głowie zwykłego wychowawcy, który dba o bezpieczeństwo mniejszych ludzi, pojawiły się przeróżne myśli odnośnie tego, co mogło się stać. Wyrwane drzwi, stłuczone lustro, spotkanie z chłopakami z innego obozu... Uspokoiłem się, uziemiłem, urealniłem i ruszyłem na spotkanie z grupą dziewcząt.

Już na samym początku dziewczęta przeszły do rzeczy.
- Proszę pana, bo my widzimy w tym budynku i dookoła przeróżne postaci. Widzimy je jednocześnie. Są do siebie podobne.

Wysłuchałem opowieści o dziwnych postaciach, które niepokoją dziewczęta. Były straszne i tajemnicze. Zjawiały się za rogiem i nie pozwalały na zabawę i spokojne spotkania. Po prostu się pokazywały.

- Proszę pana, to się zaczęło od burzy. Kiedy wysiadł prąd. Wszystko wyglądało jak z horroru. - powiedziała jedna z dziewcząt.

Po wysłuchaniu opowieści wytłumaczyłem im, że to, co widzą jest prawdziwe. Na ich oczach pojawiło się zdziwienie i zachwyt. Potem opowiedziałem, że ja tych postaci nie widzę, jak i cała reszta obozu, ale w ich wyobraźni one naprawdę istnieją. Zapytałem czy wśród tych zjaw jest jakaś postać, która wydaje się sprzymierzeńcem, której można zaufać. Dziewczęta powiedziały, że pojawia się tam również jakiś mały chłopiec o dziwnych wyglądzie. Ma sympatyczną twarz i zdaje się, że chce im pomóc.

Po osadzeniu w rzeczywistości i uspokojeniu rozstaliśmy się. Powiedziałem, że zawsze mogą do mnie przyjść, gdy wydarzy się coś niepokojącego.

Wiem, że wyobraźnia ma swoją wewnętrzną realność. Mówieniu dziecku, że to co widzi czy słyszy nie jest realne i nie ma się tym, co przejmować nie wydaje mi się dobrą drogą. Chłopiec, który boi się potworów spod własnego łózka o wiele więcej skorzysta, gdy rodzice nachylą się i porozmawiają z potworami, żeby nie straszyły jego syna niż zapewnianie, że fantazja to jedynie złudzenie. Gdy coś pojawia się w wyobraźni warto to uwzględnić niż przycinać możliwości tej wspaniałej siły. Poza tym wejście w świat wyobraźni dziecka buduje więź i zaufanie. Przekonanie, które może zrodzić się dzięki uznaniu wyobraźni przez rodzica, może brzmieć: jestem w porządku, to co się ze mną dzieje nie jest niepokojące, mama/tata mnie kocha z tym, co widzę. Poza tym rodzice potrafią poradzić sobie z potworami. Jestem bezpieczny.

Następnego dnia jedna z dziewcząt przyszła do mnie i powiedziała:

- Panie Rafale. Wszystkie potwory zniknęły. Tak nagle. Dziwne. Z dziewczynami myślimy, że ten chłopiec przyprowadził nas do pana. Dziękujemy.

Stałem się dla nich częściowo postacią z tamtego świata, która pokazała, że nie musimy się bać. Dróg do wyzwalania z lęku jest wiele. Jedną z nich może być praca z wyobraźnią.
Ucieszony ze skuteczności swojej interwencji i zachwycony siłą wyobraźni wróciłem do zabawy z siedmiolatkami, w której byłem koniem rycerza, który mierzył się z dzikimi ludami południa. Cóż to była za walka!

Ile śmiechu, bliskości i śmiechu do łez doświadczyliśmy - wiemy tylko my.
Ja i dziecko.



niedziela, 19 stycznia 2020

Staś i leśna przygoda

Biegł, ile miał tylko sił w nogach. Droga w lesie wydawała się nie mieć końca. „Gdzie ten dom? Zawsze wydawało mi się, że jest bliżej.” Myśl za myślą uderzały w jego rozpędzony umysł. Z drugiej strony czuł jak delikatny wiatr muska go po twarzy i prowadzi do domu. Totalnie nie rozumiał co się przed chwilą stało. On, prawie już przecież dorosły- dwunastoletni naukowiec, rozmawiał właśnie z drzewem? Czy on zwariował? Czuł lekkie przerażenie, ale głębiej w sobie słyszał znany mu nie wiadomo skąd zachwyt i cudowną melodię radości. A był już przecież taki mądry i wykształcony? Co powie rodzicom? „Moi kochani właśnie rozmawiałem z drzewem…” Gdy usłyszał własne myśli poczuł ucisk w żołądku. W tej samej chwili przypomniał sobie, że ma przecież wspaniałych rodziców, którzy nie raz opowiadali mu przedziwne historie. Może i tym razem go zrozumieją?



- Mamo! Tato! – Staś wbiegł z ogromną prędkością na swoje podwórko. – Muszę coś… Wam… Opo… Opo… wiedzieć.

Cały zdyszany zatrzymał się nagle przy dużej werandzie swojego rodzinnego domu. Rodzice swoim codziennym zwyczajem siedzieli sobie spokojnie w wygodnych fotelach na szerokim tarasie u wejścia do domu. Popijali spokojnie herbatę.

- Stasiek. Aleś Ty zdyszany. – stwierdziła mama – Chciałeś chyba pobić nowy rekord.

- Nie… Nie. – mówił z przerwami na głębsze oddechy – Byłem w lesie… Spacerowałem. Myślałem sobie. I nagle zapatrzyłem się na drzewo… i…

Staś usłyszał w swojej głowie jak niedorzecznie brzmi, to co chce powiedzieć. Zawahał się i zatrzymał. Popatrzył na tatę. Jego ciepłe oczy i pogodne oblicze zdawało się przyjmować wszystko, co się działo. Wiedział, że tata go zrozumie. A jednak trochę się bał.

- Skarbie. Napij się z nami herbaty. – mama zaprosiła Stasia do stołu. – Chodź do nas.

Stasiek powoli, ale z dużą ochotą usiadł na wygodnym fotelu. Wziął do ręki swój ulubiony zielony kubek i zamilkł na jakiś czas. Przez kilka minut siedzieli razem na tarasie. Słońce zachodziło gdzieś w dali. Cichy wiatr i szum liści dodawały uroku tej chwili. Staś znał swoich rodziców i wiedział, że często w taki właśnie sposób spędzają wolny czas. Siedzą na tarasie. Piją herbatę. Czasem rozmawiają, a czasem milczą. Zawsze go dziwiło jak to możliwe, że ludzie są razem w zupełnym milczeniu i są przy tym tak przepełnieni szczęściem. Nagle przypomniało mu się jak w zeszłym tygodniu przyjechał rowerem na podwórko z bandą swoich znajomych. Narobili dużo hałasu, wdrapując się na domek na drzewie, który tata zbudował kilka lat temu. Rodzice nic nie powiedzieli. Siedzieli i uśmiechali się. Jakby cisza i spokój, którym się tak delektowali nie pochodziła z tego świata. Dziwne. Zauważył, że i jemu jest spokojnie w tej sytuacji. Poczuł na policzku ciepły promień słońca. Popił herbatę. Wszystko było tak ciche, bezpieczne i piękne. Na moment zapomniał nawet o przygodzie w lesie.

Po chwili nie wytrzymał i zadał pytanie swoim rodzicom:

- Czy jest możliwe, że człowiek może rozmawiać ze zwierzętami albo z roślinami? 

- Tak kochanie. Wszystko co jest życiem może do nas mówić. – stwierdził spokojnie tato. – Wszystko wokół jest święte i cudowne. Wielu ludzi tego nie widzi. A przecież szum drzew, szczekanie psa, burczenie w brzuchu… Wszystko to opowiada nam, że życie jest piękne.

Staś poczuł ciepło i radość. Tata był przedziwny. Zawsze potrafił dać mu to czego potrzebował. Podziwiał go. Nosił w sobie coś co sprawiało, że czuł się niebywale ważny i dobry. Jednak było to tak normalne i zwyczajne, że nie nadawało się do pokazywania w telewizji.

- Tato, bo widzisz… - Staś zawahał się – Dziś byłem w lesie. Patrzyłem na drzewo i poczułem, że jest niebywale piękne. Stałem i patrzyłem na nie. Nie myślałem o nim. I nagle poczułem jakby mówiło do mnie… Mówiło, że wszystko jest piękne i dobre. Mówiło tak jakby bez słów. Było takie jak mama, kiedy mnie przytula…

Mama uśmiechnęła się w stronę Stasia. Tata jeszcze pogodniej niż przed paroma chwilami stwierdził:

- Stasiek! To normalne. Nie bój się. Wszystko kocha Ciebie. Wszystko co widzisz jest radością. Nawet drzewo ma w sobie radość, bo wszystko co żyje ma duszę, swoją głębię. Nie jesteś sam, nie jesteś oddzielony. Jesteś połączony radością ze wszystkim, co jest.

- Ale to jest takie niezrozumiałe. – wtrącił Staś.- W szkole mówili, że tylko ludzie mogą…

- Wiem, synu. – tata patrząc w dal spokojnie odpowiadał. – W szkole się tego nie dowiesz. Szkoła zna tylko to, co da się zmierzyć, zbadać, wykorzystać. W szkole chodzi o oceny, o wyniki, o osiągnięcia. To co widziałeś w drzewie niczego nie osiąga, prawda? Pełna radość. Istnieje radość, o której nie da się powiedzieć. To drzewo ją miało, no nie?

- Tak, tato. Masz rację. Ono całe tam było radością.

Zamilkli. Siedzieli w totalnej ciszy. Robiło się już ciemno. Mama wtuliła się w tatę, a świerszcze rozpoczęły wieczorne koncerty. Staś czuł w sobie niebywały spokój i radość. W tym dniu chyba po raz pierwszy tak bezpośrednio poznał to, czego nie da się poznać.

Tak, świat jest radością. Tata miał rację.


niedziela, 24 listopada 2019

Utulone, czyli opowieść o mocy przyjęcia

Warsztaty profilaktyczne w jednej ze szkół gdzieś w Polsce. Klasa siódma. Uczniowie dobrze się znają, spędzają czas ze sobą. Można wyczuć atmosferę przyjaźni. Chętnie biorą udział w rozmowie i w odgrywaniu scenek. Mają dryg aktorski i są otwarci, by rozmawiać o uczuciach, o relacjach, o radzeniu sobie z sytuacjami trudnymi w życiu.

Pod koniec zajęć uczniowie mówią do siebie komplementy. Każda osoba słyszy o sobie pozytywne rzeczy bez udawania i bez naciągania. Chłopcy i dziewczyny mają na swoich twarzach uśmiechy czy łzy wzruszenia. Wyczuwa się atmosferę prostej, niesztucznej radości. W pewnym momencie chłopiec, który ma trudności w zachowaniu, którego tata był jakiś w więzieniu, a teraz tęskni za nim, bo jest za granicą, siada na krześle dobrego słowa. Uczniowie mówią miłe rzeczy na jego temat, a on zaczyna płakać. Pół klasy wstaje żeby go przytulić. Naturalnie, bez jakiejkolwiek instrukcji czy zachęty z mojej strony. Dobroć kolegów i koleżanek rozbraja go do końca. Łzy płyną strumieniami. Kilka osób zaczyna ze wzruszenia płakać, a ja płaczę razem z nimi.

Przytulili coś co niesamowicie potrzebuje miłości, akceptacji i wsparcia. Poczułem jakbyśmy razem przytulili-przyjęli zranioną część świata. Po warsztatach chłopak podchodzi do mnie. Przytulam go, a on mówi: bardzo pana polubiłem. Wracam do domu i zastanawiam się jak potężna moc przepłynęła przez grupę.

Przytulanie odrzuconych części w człowieku, w grupie, w świecie nie oznacza zawsze cudownych przeżyć, choć bez wątpienia często  mogą się pojawić. Przytulanie jest przyjęciem. Tam gdzie jest przyjęcie, tam jest integracja. Każdy kto pracował nad własnym wnętrzem wie, że im więcej przyjmie tego, czego nie lubi, nie akceptuje; tego, co odrzuca czy wypiera, tym bardziej odczuje siebie jako pełnego, przeżytego i będącego na swoim miejscu. Bardzo zwyczajnie zaczyna się wtedy żyć bez oczekiwań, bez wielkich presji czy bez blichtru kłamstw.

Czasem zdarzają się warsztaty jak te, o których piszę w tym tekście. Młodzi byli gotowi wejść głęboko i zabrali mnie tam ze sobą. Piękne i wzruszające. Wracam z radością i z wdzięcznością. Wiem, że to co zdarzyło się w tej grupie oddziałuje na wszystko. Jedno przytulenie tych części w nas, które potępiliśmy, wzmacnia wszystkie procesy przebaczenia w świecie. Nie jesteśmy wyizolowanym jednostkami. Oddzielenie jest iluzyjną percepcją. Wszystko, co robię oddziałuje na Całość.

Idę swobodnie. Oddycham głęboko. Zimny wiatr wieje intensywnie. Ostatnia łza wypływa z mych oczu. Radość. Spokój. Chcę tulić wszystkie części odrzucone w sobie, w grupach, w świecie. Odnawiam intencję niesienia pokoju i radości, a następnie idę wzmocnić głodne ciało pyszną strawą. Wiatr wieje. Szare niebo pachnie spokojem i ciszą umiłowania.

sobota, 26 października 2019

Siostra śmierć i jej mali przyjaciele

Warsztaty w klasie piątej. Dzieci z niebywałą energią pracują nad rozwiązaniem pewnej dramowej historii. Grupa jest niezwykle podekscytowana i pełna radości. Siedzimy w kręgu. Rozmawiamy o tym jak jest w klasie. Tematy krążą wokół nas jak planety wokół słońca. Przyjaźń, radość, zabawa, troska. Odrzucenie, smutek, pustka. Gdy grupa zawiązała się we wspólnym zadaniu i doświadczyła sukcesu, zaczyna dotykać tego, co trudne i bolesne. Tak jak u jednostki w procesie terapeutycznym, tak też w procesie grupowym: bezpieczeństwo, akceptacja, relacja sprawiają, że cień wychodzi na wierzch, chce być poznany i przyjęty.

Wprowadzam grupę we wzajemne przepraszanie. Następuje cisza. Włączam spokojną muzykę. Uczniowie wyczekują. Nagle za oknem słychać odgłos trąbki. To trąbka pogrzebowa. Uczeń siedzący obok mnie zaczyna płakać. Zalewa się łzami. Jego ramiona opadają nisko. Chłopiec płacze do samych trzewi. Nie wiem, co się dzieje. Pytam: Antek, co się stało? (imiona uczniów zmieniono). Chłopiec odpowiada: zmarła moja babcia, właśnie jest jej pogrzeb. Nastała cisza. Grupa siedzi w kompletnym milczeniu. Cisza.

Nie wiedziałem, co zrobić. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nieraz spotykałem się ze śmiercią i z towarzyszeniem ludziom, którzy przeżywali odejście swoich bliskich. Jednak kontekst tej sytuacji sprawił, że kompletnie nie wiedziałem, co zrobić. Wybąkałem coś w stylu: jest mi bardzo przykro. Podałem chusteczkę i zająłem się całą grupą.

Po chwili ciszy uczniowie zaczęli się przepraszać. Pojawiły się łzy. Ulga, oczyszczenie, szczere żałowanie wzajemnego wyśmiewania, bicia. odrzucania. Antek otrzymał wiele słów wsparcia od kolegów i koleżanek. Grupa skończyła warsztat z doświadczeniem przebaczenia i wzmocnienia więzi. Jednak we mnie samym pozostał obraz płaczącego Antka i moja niezdolność do reakcji z głębi serca na cierpienie tego chłopaka. Wyuczyłem się, że szkoła to raczej nie miejsce, gdzie mogę przytulić płaczące dziecko czy pozwolić otwarcie na żałobę.

Po czasie pytałem siebie: co z serca chciałbym dać temu chłopcu w tamtej chwili. Przytulenie. Utulenie. Pozwolić na wszystko, co działo się w tej sytuacji.

Kilka dni później, w drugiej klasie podstawówki podchodzi do mnie chłopiec i mówi: mój wujek wczoraj umarł. Patrzy na mnie i czeka. Jakiś czas później kolejne dziecko, potem następne, i następne... Zaczynam się zastanawiać. Przedziwna synchroniczność. W krótkim czasie sytuacja się powtarza. Musi za tym stać jakaś nauka dla mnie samego. Wcześniej takie sytuacje nie przydarzały mi się wcale na warsztatach z dziećmi.

Jeszcze inna szkoła. Dzieci w drugiej klasie podstawówki mówią o swoim marzeniu. Odpowiedzi idą po kręgu. Sebastian. Patrzy na mnie i mówi: chciałbym, żeby mój tata wrócił. Okazuje się, że chłopiec stracił ojca w wypadku samochodowym. Znowu nie wiem, co powiedzieć. Tym razem pozwalam sobie na tę niewiedzę. Jestem. Pozwalam na wszystkie uczucia, które pojawiają się we mnie i w grupie. Nie oporuję, nie szukam nerwicowo wyjścia z tej sytuacji. Uczniowie odpowiadają dalej. Piotrek. W przerwie dowiaduję się, że chłopiec jest dzieckiem adoptowanym. Piotrek mówi: chciałbym oddać moje marzenie Sebastianowi. Chciałbym, żeby mógł mieć nowego tatę. Łzy napływają mi do oczu. Piotrek rozumiał Sebastiana i dał mu wsparcie, którego nikt inny w tym momencie nie mógł dać temu maluchowi. Uczę się. Otwartość na to, co jest sprawia, że pole, w którym pracuję samo odpowiada i to o wiele bardziej adekwatnie niż mądrości tego oto rafała.

Wychodzę z warsztatu poruszony. Zrozumiałem tę lekcję. Nie mogę wszystkiego kontrolować. Grupa ma w sobie wielki potencjał. Najważniejsze bym robił przestrzeń i nie przeszkadzał.


Myślę nad dziećmi i ich doświadczaniem śmierci. I czuję w sobie niebywałe pragnienie, by mogły przeżywać śmierć wokół nas naturalnie. Śmierć jest częścią tego, co nazywamy życiem człowieka. Czytam fragmenty książek Elizabeth Kübler-Ross o śmierci. Coraz więcej rozumiem i widzę. Śmierć to coś absolutnie naturalnego. Tak jak po dniu następuje noc, tak po narodzinach następuje śmierć. Przez lata śmierć towarzyszyła mi jako dzielna towarzyszka, ograbiając mnie z wszystkich nieistotności, które nosiłem w sobie. I tym razem dotykanie śmierci przez uczucia i doświadczenia moich szkolnych przyjaciół przynosi piękno, prostotę i spokój. Natrafiam na cytat kobiety, która poświęciła swoje życie, towarzysząc ludziom w "przemijaniu tego, ciała" i zachwycam się:

"Aby się rozwijać nie potrzeba szukać żadnych wyjątkowych guru czy mistrzów duchowych. Nauczyciele sami do Was przyjdą pod wszelkiego rodzaju przebraniami; jako dzieci, osoby śmiertelnie chore, sprzątaczki. Wszystkie teorie i systemy naukowe świata nie pomogą człowiekowi w potrzebie tyle, co jedna istota ludzka, która nie boi się otworzyć przed nim swojego serca" (Elizabeth Kübler-Ross)

Młodzi przyjaciele z różnych szkół dali mi lekcję życia: otwarte serce to takie, które nie broni się przed niczym. Nie ma takiej potrzeby. Gdy pojawia w rzeczywistość coś takiego jak śmierć, mogę popatrzeć głęboko w nią samą, by stracić to, co zbędne. Co pozostaje? Co zostaje gdy znika ciało, umysł, świat? Czym jest to, co nigdy nie umiera?

Ach...

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Co świętujemy w Boże Narodzenie?

Boże Narodzenie. Przedziwny czas. Budzi mnie do namysłu, do zdziwienia, do bliżej nieokreślonej wewnętrznej czci dla tego wyjątkowego czasu.

Od kilku dni rozmyślam nad symbolami, które narzucają się tu i ówdzie. Choinka, kolędy, rodzinny czas, światło, przesilenie zimowe, rodzący się Chrystus, opłatek... Nieświadomość z niebywałą odwagą i delikatnością dotyka mojej świadomej uwagi w tym czasie i zaprasza nie tylko do refleksji, ale i to pewnej formy uczestnictwa w tej magicznej liturgii. Co mówią mi te święta? O co w nich chodzi? Dlaczego tak wielu ludzi świętuje w tym czasie? 


Pytanie "dlaczego" z jednej strony kieruje mnie w poszukiwanie historyczno-społecznych przyczyn tych świąt. Oto kilkanaście wieków temu wczesne chrześcijaństwo spotkało się z kulturą rzymską. Jeśli chcielibyśmy tu powiedzieć językiem relacyjnym, co wydarzyło się między nimi to zaiskrzenie wydaje się być odpowiednim słowem. Rzym i chrześcijaństwo splotło się ze sobą i położyło podwaliny (razem z Grekami) dla rodzącej się cywilizacji europejskiej. Prawdopodobnie koło III/IV wieku rozpoczyna się chrześcijańskie świętowanie narodzin Jezusa Chrystusa. Zdaje się, że 25 grudnia był świętowany przez Rzymian jako święto boga słońca. Chrześcijaństwo, które w czwartym wieku naszej ery stawało się coraz bardziej powszechne w cesarstwie ochrzciło solarne bóstwo, które od wtedy "stało się" Chrystusem - wschodzącym słońcem, które przez wcielenie zamieszkało pośród ludzi, by pokonać ciemność ludzkiego życia. Symbol ten, choć w duchu chrześcijańskim ma swoją własną teologię, przyjął się w kulturze europejskiej i po dziś dzień w różnych formach żyje w świadomości zachodnich społeczeństw. Współcześnie Boże Narodzenie niekoniecznie musi oznaczać osobistego związku jednostki z jakimkolwiek wyznaniem chrześcijańskim. Przedziwne jest, że świętowanie Bożego Narodzenia to swoisty taniec różnych metafor, które splatają się ze sobą, asymilują bądź ścierają się wzajemnie. Kultury przenikając się ze sobą dokładały coraz to nowe symbole czy zmieniały ich znaczenie. I w ten sposób np. w Polsce mamy na święta choinkę, która prawdopodobnie pochodzi z XII wieku od germańskich ludów.

Na pytanie: "dlaczego" tak wielu ludzi świętuje w tym czasie, można odpowiedź w jeszcze inny sposób. Mianowicie można postawić pytanie o cel tego świętowania. Dla czego ludzie świętują? Co świętują? Co jest celem obchodzenia tych świąt? Jakie wartości uwidaczniają się w czasie świąt? Jakie postawy w tym czasie człowiek kultywuje i wzmacnia?


Jeśli przyjmiemy postawę empiryczno-fenomenologiczną, czyli będziemy badać to, co widać we współczesnej kulturze, zauważymy bogactwo symboli i znaczeń, które pulsują w naszych domach. Przystrojenie choinki, składanie sobie życzeń, gotowanie potraw, spotkania wśród bliskich, śpiewanie kolęd, przebaczanie sobie wzajemnie dawnych urazów i win, puste miejsce przy stole, łamany opłatek... Wszystko to niesie ogrom znaczeń i sensów! Żyjemy w nich, oddychamy nimi, jednak nie zawsze jesteśmy świadomi, co tak naprawdę robimy. Zadziwiające jest to, że końcówka grudnia to czas zimowego przesilenia. Dzień od tego momentu staje się coraz dłuższy, noc będzie się skracać. Wigilijny stół, w którym zbierają się bliscy, światło lampek na choince, rozświetlone twarze ludzi, którzy zajadają przepyszne potrawy... Światło w ten dzień zwycięża nad wszechogarniającą ciemnością. Ciemność ta wcale nie musi oznaczać jedynie moralnego zła. Może oznaczać np. nieokreśloność, chaos, nierozróżnioną jednię, nudę szarej egzystencji czy pustkę związaną z brakiem głębokich relacji czy z brakiem kontaktu z własnym wnętrzem. Przy stole może rodzić się nowa jakość bycia. Więc... Symbol ten przemawia do mnie, iż jeśli wejdę w to, co proponuje mi tu wydarzająca się nieświadomość, mogę zostać przemieniony. Symbol zwyciężania światła nad ciemnością oznacza zwycięstwo duchowych wartości tj. rodzinne więzy, pokój, uczciwość, bliskość, bycie-dla-innych, hojność (podarunki), radość nad szarością i nudą nie-urodzonej egzystencji.

Carl Gustaw Jung wyróżniał trzy momenty czy też rodzaje narodzin, które występują w życiu jednostki. Po pierwsze człowiek rodzi się cieleśnie. Ciało niemowlęcia staje się odrębne od matki i przez jakiś czas wzrasta. Następnie człowiek rodzi się jako ego, jako ja, jako konkretna tożsamość. Jung opisuje swoje własne doświadczenie związane z narodzinami ja. Oto jako dwunastoletni chłopiec nagle doświadczył odkrycia, że jest odrębny. Odkrył, że on to on. Ja to ja. Zdziwienie istnienia. Sam pamiętam swoje wczesnomłodzieńcze doświadczenie, gdy nagle dotknąłem tego, że jestem sobą. Przedziwne! Trzecie narodziny w życiu człowieka, to czas budzenia się, odkrywania w sobie Źródła, Boskości, wewnętrznej Jaźni. Jung twierdził, że większość ludzi ma możliwość doświadczenia narodzin Ducha w drugiej połowie życia. Wtedy też człowiek zauważa, że nie jest tylko swoim własnym ja. Przy odrobinie szczęścia, jakiejś duchowej praktyce czy przy sprzyjających okolicznościach dorosły człowiek może odkryć własną Głębię, duchową naturę swojego życia, cel i początek egzystencji.

Myślę, że Boże Narodzenie dotyka trzech rodzajów narodzin. Po pierwsze świętujemy narodziny konkretnego człowieka - Jezusa Chrystusa. Cielesne narodziny to rzecz niebywała. Ci, którzy doświadczyli narodzin dziecka we własnej rodzinie wiedzą jaka radość i świeżość dotyka ludzi w związku z narodzinami. Drugie narodziny, czyli powstanie tożsamości (ego) to w perspektywie konfesyjnej; narodziny wielkiego człowieka - Jezusa Chrystusa - osobowości, która wniosła sobą do świata niebywałą ekspresję duchową i wartości, na której zbudowana jest nasza cywilizacja. Każdy z nas na swój niepowtarzalny sposób nosi w sobie tęsknotę i pragnienie pozostawienia po sobie śladu czy też zbudowaniu czegoś dobrego w świecie. Narodziny duchowe pokazują, iż ten narodzony Jezus przynosi ze sobą Obecność, która jest Obecnością w każdym człowieku. Paradoksalnie! Człowiek pokazuje, iż Bóg mieszka w człowieku. Oto radość tej nocy! Człowiek nie jest tylko i wyłącznie swoim ciałem, swoim imieniem, swoją historią, swoją osobowością, swoimi osiągnięciami itd.. Człowiek pochodzi od Boskiej Obecności i nią jest w swojej Esencji. Religia, która zapomina o tym doświadczeniu i o tym, że służy samemu wnętrzu człowieka, przenosi, projektuje własną duchową naturę na konkretną jedną osobę, rytuał czy sposób świętowania. Moc Chrystusa to nie tyle moc osoby, a raczej moc wewnętrznej boskiej natury każdego człowieka, który w niej żyje, porusza się i jest. Znaczy to, że poznanie swojej wewnętrznej jaźni, wewnętrznego Chrystusa (w języku chrześcijan), samego rdzenia boskości to istota i serce tych świąt.

Świętowanie narodzin napawa mnie podziwem i przedziwnym zdumieniem. Narodziny z ciała, narodziny ego, narodziny Ducha... Dziwy same.

Boże Narodzenie niesie jeszcze wiele wspaniałych treści i symboli, ale idę już przygotować się do wigilii. Gloria in excelsis Deo!

"Wielkie zdziwienie: wszelkie stworzenie,
Cały świat orzeźwiony;
Mądrość Mądrości, Światłość Światłości,
Bóg-Człowiek tu wcielony."


poniedziałek, 12 listopada 2018

Dezintegracja pozytywna, czyli gdy wewnątrz jest nie tak jak miało być

Nerwowość, apatyczny nastrój, gorzkie poczucie "jest nie tak", głęboki smutek, niechęć do życia, strach, osamotnienie, nadpobudliwość, niekontrolowane odruchy wewnątrz psychiczne, rozwinięty krytyk wewnętrzny, pragnienie nieistnienia... Te i inne stany dotykają w różnym stopniu ludzkość od zawsze. Różne są interpretacje i sposoby radzenia sobie z "cienistą krainą ludzkiego cierpienia". Religie, psychologie, psychoterapie rozwijają własne systemy rozumienia bólu psychicznego. Czasem prowadzą w wyzwalaniu i integracji cienia, czasem przez skostniałe i wąskie systemy przekonań zatrzymują człowieka w rozwoju i przywiązują nieświadomie do cierpienia.  

Zdaje się, że wraz z narodzinami świadomości, narodziło się cierpienie w człowieku. Wraz z samoświadomością ("ja jestem ja") pojawiło się tajemnicze, osobnicze i zbiorowe nie-ja, a z nim cały świat nie-ja (nieświadomości, niewiedzy czy treści psychicznych nieznanych dla "ja"). W tej podstawowej dychotomii "ja" - "nie-ja" pojawiło się rozbicie, cierpienie i trud. Czy to pesymistyczne? Raczej nie. Zdaje się, że to realistyczne. Wraz z cierpieniem pojawiła się możliwość rozwoju czy też ewolucji człowieka, aby mógł poznać samego siebie, aby mógł pokochać i poznać również "nie-ja", całą przestrzeń tego, co nieświadome. I od tego należałoby zacząć: człowiek i ludzkość dotyka rozwój, a jego skutkiem ubocznym w pewnej mierze jest cierpienie.

Chcę w tym tekście zaproponować pewną metodę rozumienia i pracy wewnętrznej, która w moim odczuciu może wnieść wiele życiodajnego sensu do egzystencji człowieka. Cierpienie rozumiem jako wewnątrz psychiczną nadpobudliwość i dezintegrację jakiegoś poziomu życia psychicznego. Jednak owo cierpienie rozumiem jako głęboko sensowne i ważne w drodze do pełni bycia człowiekiem. Cierpienie to tylko szczebel w drabinie ewolucji człowieka, który trzeba przejść, aby iść wyżej. Nie będę więc tu gloryfikował udręk, bólu i zmagań. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że w dużej mierze cierpienie jest zwyczajnie potrzebne, by zrobić swoją pracę i odejść. Tekst zawiera osobiste przemyślenia na temat cierpienia, które zawdzięczam inspirującym tekstom i badaniom wielkich ludzi, tj. Victor Frankl, Abraham Maslow, Ken Wilber, Pierre Teilhard de Chardain czy Carl Gustaw Jung. Tytułowy termin "dezintegracja pozytywna" zaczerpnięty jest z teorii słynnego polskiego psychologa i filozofa Kazimierza Dąbrowskiego. Jego rozumienie rozbicia wewnątrz psychicznego postaram się wyjaśnić i wpisać w rozwój człowieka. Rozumienie cierpienia i jego sensu w największej mierze zawdzięczam dwóm założycielom wielkich religii: Jezusowi Chrystusowi i Gautamie Buddzie. Mimo trudności w dotarciu do esencji nauczań tych wielkich ludzi (doktryny religijne i przekaz ustny osłabiają moc tych przesłań) zdaje mi się, że obaj dali mi wiele intuicyjnego i wewnętrznego poznania (przez odczytywanie tekstów spisanych przez ich uczniów, a także z samego osobistego doświadczenia medytacyjnego i wglądowego).

Przejdźmy do sedna tematu. Dezintegracja pozytywna. Zdaje się, że w samym sformułowaniu spotykamy paradoks. Dezintegracja bowiem kojarzy się z czymś negatywnym, rozbijającym, kwestionującym zastany porządek i rozumienie. Integracja, pełnia, porządek, harmonia - oto cechy pozytywne, chciane i lubiane przez człowieka. Światowa organizacja zdrowia (WHO) podaje definicję zdrowia psychicznego jako pełnego dobrostanu fizycznego, psychicznego i społecznego człowieka. Sama w sobie jest ona niezwykle pozytywna i kreśli niebywale piękny ideał. Jednak życie codzienne milionów ludzi jest i dziś opatrzone zmaganiem i trudem istnienia. Dlatego też K. Dąbrowski i inni zaproponowali, że drogą do pełni i integracji jest również dezintegracja, a z nią niedojrzałość, nadpobudliwość i zmagania. Dezintegracja pozytywna oznacza więc pewne stany lękowe czy depresyjne, które pracują w człowieku dla jego dobra. Zdolność rozumienia tych stanów, odczytywania ich informacji w wyzwalaniu człowieka stanowi zasadniczą kwestię. Nurt psychologii humanistycznej wskazuje na to, iż nadpobudliwość psychiczna nie jest procesem chaotycznym, bezsensownym i zbędnym. Istnieje szerokie podejście wskazujące na to, iż cierpienie psychiczne jest nie tylko pełne znaczeń i informacji, ale prowadzi do odkrywania sensu życia (V. Frankl, C.G. Jung, A. Mindell).

Jak możliwa jest dezintegracja pozytywna? Otóż K. Dąbrowski  w swojej książce "Trud istnienia" ukuwa pojęcie wielopoziomowości rzeczywistości psychicznej. Oznacza to, że człowiek z jednopoziomowej istoty staje się zróżnicowaną, wielopoziomową jednostką, a wraz z nią przejawia bogactwo uczuciowe, myślowo-ideowe i twórcze. K. Dąbrowski przebadał wielkich artystów, badaczy, ludzi twórczych i zauważył pewien znaczący związek między nadpobudliwością psychonerwicową a życiem twórczym. Wielopoziomowość wzrasta wraz z rozwojem człowieka dzięki tajemniczemu procesowi transcendencji. Pojęcie to oznacza, iż w człowieku istnieje zdolność rozwoju przez przekraczanie kolejnych poziomów percepcji, poznania czy adaptacji społecznej. Przyjrzyjmy się teraz fenomenowi narodzin człowieka. Pobieżna obserwacja noworodka wychodzącego z łona kobiety pozwala nam stwierdzić, iż krzyk dziecka spowodowany jest prawdopodobnie niebywałym szokiem i skokiem rozwojowym. Jakiś czas temu w jednej z konferencji na youtubie słuchałem o tym, iż badania mówią o niebywałym wzroście połączeń nerwowych w mózgu nowo narodzonego. Z jednopoziomowej jedni noworodek-matka powstaje oddzielny człowiek. Oczywiście na potrzeby tekstu dokonujemy tu uproszczenia. Życie niemowlęce a potem wczesnodziecięce to szereg procesów usamodzielniania się i rodzenia się ego małego człowieka.
Powszechnie wiadomo, że ludzie nierozwinięci psychicznie (jednopoziomowość psychiki) nie są w stanie zrozumieć innych, mają trudności z empatią, mogą zadawać ból innym bez doświadczenia poczucia winy i wstydu. Psychotyk-egotysta nie widzi w świecie żadnej głębi, dlatego też za wszelką cenę zaspokaja jedynie najprostsze potrzeby samozachowawcze (pożywienie, seks, zachowanie życia), nawet za cenę życia innych. Im wyższy poziom rozwój tym człowiek szerszej i głębiej widzi rzeczywistość, potrafi indywidualnie podchodzić do każdej relacji, a więzi, które buduje posiadają bogactwo przeżyć, sensu i wzajemnego szacunku. V. Frankl zauważył, że w obozach zagłady były jednostki, które przejawiały zachowania prospołeczne i empatyczne; potrafili dzielić się z innymi kawałkiem chleba czy dobrym słowem za cenę własnego zdrowia czy życia. Oznacza to, że w obrębie ich świata psychicznego istniały "wartości wyższe" takie jak samorealizacja, potrzeby estetyczne: piękna, harmonii, pokoju między ludźmi czy poznawcze: wiedzy, rozumienia. 

Rozwój człowieka dokonuje się więc również dzięki cierpieniu. Ono nie pozwala zostać nam na danym poziomie rozwojowym i choć marzeniem człowieka pozostaje rajski eden wewnątrz psychiki i w świecie, to drogą do niego nie jest ucieczka, konsumpcjonizm czy zaspokajanie podstaw egzystencji (tzw. samozachowawcze potrzeby: seks, jedzenie, przetrwanie), a pójście za zjawiającym się w psyche doświadczeniem cierpienia. które prowadzi wyżej. Nie trzeba go szukać. Przychodzi samo z siebie. W doświadczeniu człowieka bezradność, ból, brak sensu czy depresyjny nastrój sam w sobie jest bezsensu. Jednak w perspektywie przejścia przez niego, staje się on sensowny, konieczny i z gruntu rzeczy oczywisty. Z dystansu możemy zobaczyć sens tego, co nam się przydarzyło.

Podstawowym sposobem pracy z dezintegracyjnym cierpieniem w człowieku pozostaje dialog, szacunek i bliskość z nim samym. Homo sapiens ucieka od "ostrza bólu i zmagań". Jednak mechanizm obronny w postaci ucieczki, odwleka i wzmacnia jedynie nieproszonego gościa, który puka do drzwi świadomości psyche. Warto więc zatrzymać się nad codziennym złym nastrojem, złością czy głębokim smutkiem. Co mówi to doświadczenie? Jaką pracę ma do wykonania? Współczesny rozwój szkół psychoterapeutycznych i wzmożonej praktyki klinicznej pokazują pragnienie człowieka, by poznać i zrozumieć siebie. Przestrzeń dla "dezintegracji pozytywnej" to również przestrzeń na twórczość. K. Dąbrowski badając życie psychiczne różnych artystów ukazuje niebywałą wartość nadpobudliwości psychicznej w pracy twórczej. Wiele wspaniałych dzieł powstało dzięki ciemnym nocom psyche. A. Storr w "Samotność. Powrót do jaźni" pokazuje jak istotną rolę w twórczej pracy wybitnych jednostek ogrywa samotność i czas w którym człowiek spotyka się z wewnętrznym światem subiektywnych odniesień i wartości.

Tabletki, leki i środki otępiające cierpienie niosą ulgę i same w sobie są dobrym odkryciem ludzkości. Jednak nie one poniosą nas na wyżyny ewolucji ludzkiej świadomości. Jeśli człowiek chce iść do przodu w poznaniu siebie i w zrozumieniu swej wielkiej roli w świecie niezbędnym jest, żeby afirmował, przyjął i przytulił cierpienie własne i innych. Tak jak Matka Teresa tuliła chore i cierpiące dzieci z pełną czułością i oddaniem, tak i my ludzie XXI wieku musimy przytulić ból, osamotnienie i trud własnego życia i innych. Wszystko by się rozwijać. Masochizm czy duma z cierpienia jest zatrzymaniem w drodze.

W tym miejscu przypominają mi się momenty z przeszłości, gdy karmiłem niepełnosprawnych, przewijałem chorych w szpitalu czy wycierałem łzy cierpiącego człowieka. Wszystkie te chwile uczą mnie, że szacunek, akceptacja i wyjście z własnego ja przyczyniają się do rozwoju siebie i świata, w którym żyję. W drogę przyjaciele! Życie samo prowadzi nas w górę!

Zakończmy pięknym tekstem K. Dąbrowskiego "Przesłanie do nadwrażliwych":

Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi 
za waszą czułość w nieczułości świata 
za niepewność wśród jego pewności
Bądźcie pozdrowieni 
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że odczuwacie niepokój świata 
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie

Bądźcie pozdrowieni 
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata 
za wasz lęk przed bezsensem istnienia

Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym 
i praktyczność w nieznanym 
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich 
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą twórczość i ekstazę 
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno

Bądźcie pozdrowieni 
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane 
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości 
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że jesteście leczeni 
zamiast leczyć innych

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana 
przez siłę brutalną i zwierzęcą

za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego

za samotność i niezwykłość waszych dróg

bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi




piątek, 24 sierpnia 2018

Kubuś Puchatek, archetypowa struktura baśni... i beztroska miłość!


Siedzę w sali kinowej. Czekam na film. "Krzysiu, gdzie jesteś?" Świat Kubusia Puchatka i jego przyjaciół to dla mnie nie tylko źródło zwyczajnej zabawy, ale i przyczynek do małej "rozkminy" nad egzystencjalną strukturą i treścią baśni. Nie bez przyczyny ludzkość przez całe wieki tworzyła, opowiadała i odnajdywała się w metaforach, w baśniach, w przypowieściach, w sentencjach...

Siedzę. Na wielkim ekranie pojawiają się reklamy. Pośród przeróżnych produktów i usług pojawią się zwiastuny filmowe. Moją uwagę przykuwają współczesne filmy animowane. Od razu zauważam znaną mi strukturę wielu opowieści baśniowych. Główny bohater, który żyje w zwyczajnym, ludzkim świecie, w materialnych prawach fizyki Newtona, z prostą i szarą codziennością, nagle odkrywa bądź zostaje porwany do innego świata. Droga do niego może prowadzić przez starą szafę, wielkie drzewo w ogrodzie czy peron 9 i 3/4. Bohater musi zmierzyć się z własną małością bądź słabością, pokonać potwory czy odbyć daleką, niebezpieczną podróż. Rozwiązanie historii następuje przez zwycięstwo bohatera wraz z jego autentyczną, wewnętrzną przemianą. Staje się on często odważny, dobry i zintegrowany. Świat za drzwiami szafy, w starym drzewie czy za ścianą peronu wzywa bohatera, ale i samego czytelnika/widza w przestrzeń, w której możliwe jest pogodzenie sprzeczności i rozwój własnej osobowości.

Siedzę. Oglądam film. Ciepło bohaterów Stumilowego Lasu dotyka mnie do żywego. Prosiaczek, Kubuś, Tygrysek, Kłapouchy... Postaci w filmie oddają magiczny świat książek A.A. Milne dość wiernie. Właściwe to mam wrażenie, że prostota i charaktery postaci są bardzo podobne do tych, które znajdujemy w książkach. To olbrzymi plus filmu. Zalękniony Prosiaczek, ekstrawertyczny  i energiczny Tygrys, depresyjny Kłapouchy, mądra Sowa...

"Krzysiu, gdzie jesteś?" to opowieść o dorastającym i  chłopcu, który staje się mężczyzną. Jednak wraz z dorosłością Krzysztof traci ważną część samego siebie, jaką jest jego wewnętrzne dziecko. Z perspektywy psychologicznej Krzysztof odrzuca Krzysia, a wraz z nim: zabawę, beztroskę, bycie z rodziną,  ciepło więzi. Można powiedzieć, że znana nam dobrze baśń o Kubusiu Puchatku przez ten film staje się nową baśnią, opowiadającą o utraconym dzieciństwie. Film jest jakby nową baśnią, inną od tej napisanej przez A.A. Milnego, choć bazującej na książkowej poprzedniczce. Wprowadza nas w świat, z którym współczesny człowiek może z łatwością się utożsamić. Zabieganie, praca, pieniądze, konsumpcja i zapomnienie o własnym wewnętrznym dziecku to znamiona współczesnej kultury. Poniżej zamieszczam rysunek z książki "Miłość, seks i serce" amerykańskiego psychiatry i psychoterapeuty A. Lowena, które pięknie pokazuje czym jest dojrzała i zintegrowana osobowość dorosłego człowieka. 

Widzimy tu wyraźnie, że rozwój człowieka nie odbywa się na zasadzie zaprzeczeń wcześniejszym fazom. Dorosły to  nie ten, który odrzucił doświadczenie i świat niemowlęcia, dziecka. Dojrzałość w dorosłości polega na przekroczeniu poprzednich faz wraz z integracją tego, co zostało przekroczone. Znaczy to, że każdy nosi w sobie beztroskie dziecko, które nie znika wraz z upływem lat (zmienia się jedynie jego sposób wyrazu). W przedstawionym rysunku niemowlę ukazuje bezradność i absolutną zależnością, dziecko zaś popędliwą sferą id, witalną i beztroską stroną życia. Pełne życie to takie, w którym jest przestrzeń na wszystkie te aspekty. Osobowość człowieka karłowacieje, gdy tłumiona jest jakaś sfera życia. Dokładnie tak jest w przypadku filmowego Krzysztofa. Zapomina on o magii dzieciństwa i jej beztroskim charakterze. To droga wielu współczesnych ludzi, którzy uwierzyli w realność materialnego świata. "Liczy się to, co widoczne dla oka, reszta to wymysły". Tak brzmi manifest Zachodniej cywilizacji. Skądinąd ciekawe czy nie chyli się ona ku upadkowi właśnie przez materialistyczną wizję świata...

Siedzę. Wypowiedzi Puchatka dotykają głęboko czegoś we mnie. Jest on niezwykle prosty. Sentencje, które wypowiada brzmią jak koany wschodnich mędrców. Dla przykładu: „z nic nierobienia biorą się czasem najlepsze cosie” przywołuje w mojej pamięci chińską zasadę wu-wei, wraz z nią wartość odpoczynku, przestrzeni, oczekiwania. Zaciekawionych odsyłam do lektury Tao Kubusia Puchatka Benjamina Hoffa, w której to autor sposób życia Puchatka porównuje ze starożytną nauką Taoizmu. Oddajmy na chwilę głos naszemu misiowi, który okazuje się być niezwykłym mędrcem:

- O, Królik jest mądry - powiedział Puchatek w zamyśleniu.
- Tak - przyznał Prosiaczek - Królik jest mądry.
- I ma Rozum - rzekł Puchatek.
- Tak - zgodził się Prosiaczek - Królik ma Rozum.
Nastąpiło długie milczenie.
- I myślę - ciągnął Puchatek - że on właśnie dlatego nigdy nic nie rozumie.

Wezwanie, które kieruje do człowieka baśń, mit, religia w gruncie rzeczy odnosi się do wejścia w serce, które symbolizuje miłość. Świat dziecka, choć z perspektywy psychologii infantylny i niedojrzały, dla głębokich tradycji duchowych oznacza autentyczną miłość, otwartość i bezpieczną bliskość. Weźmy na przykład serce Chrystusa czy czakrę splotu społecznego z indyjskiej ścieżki duchowej. Niosą one znaczenie, że głębia miłości i radości znajduje się we wnętrzu człowieka. Dzięki psychologii wiemy dziś, że droga do miłości wiedzie przez uznanie i w integrację wewnętrznego dziecka i niemowlęcia do dojrzałej i odpowiedzialnej dorosłości.

"Krzysiu, gdzie jesteś?" to współczesna baśń, która pochwala rodzinne więzi, bliskość, zwyczajną radość. Mimo, że film dla wielu krytyków nie zachwyca od strony wizualnej, a akcja czasami jest nieco infantylna, to jako inicjacyjna przypowieść niesie ona współczesnemu człowiekowi wspaniałe, zbawienne znaczenie. Mówi ono: wystarczy przejść przez tajemnicze drzwi w drzewie, by odnaleźć zagubione czy wyparte aspekty własnego życia. Takie drzwi, mimo materializmu, pogoni za przyjemnością i pędem do lepszego życia, wciąż istnieją w mitach, w baśniach, w tradycjach duchowych czy na sale kinowej... 

wtorek, 5 czerwca 2018

Tajemnica brzucha

Rodzinne grillowanie. Franio i ja. Czteroletni chłopiec i prawie trzydziestoletni mężczyzna.

Zabawa. Wspólne bieganie, zabawa w wojnę i ucieczka przed "atakującymi miłością" ciociami. Śmiech, radość, tryskająca energia. Kryjemy się w trawie, tworzymy wybuchające wszędzie bomby, latamy wspólnie w kosmiczną przestrzeń... Świat młodego chłopca to świat wyobraźni, kreacji, przygody i wojny z potworami, robotami... Wyraźnie widać tu stopniowe powstawanie męskiej tożsamości, która pragnie identyfikacji z Mocą, drogi wyzwolenia i samej wolności. Oczywiście niedaleko wciąż jest czuła mama (bezpieczna przystań) i mądry tata (który zresztą w dużej mierze odpowiada za wyjście syna w świat i jego meandry). Wszystko jeszcze otulone zabawą, niewinnością i nieświadomością, a jednak tak pełne, tak proste i tak wielce pouczające dla dorosłego mężczyzny. Wilfrid Stinissen, katolicki mnich, z niebywałą klarownością opisał ten stan dziecięcej istoty: "U małego dziecka Boskie istnienie nie jest jeszcze uwięzione". Dziecko, gdy tylko ma mądrą i czułą obecność rodziców, z jednoczesną przestrzenią na swobodę bycia, jest zachwycone światem i  samym istnieniem. Nie jest uwięzione w kompleksach, w myślach i w projektach. Zadomowione jest w teraźniejszej chwili, w bezczasowym stanie bycia.

Nie będę tu gloryfikować stanu dziecięcej, nieświadomej szczęśliwości. Raczej zachwycę się na moment i zajrzę głębiej w ten fenomen. Co mówi on dorosłemu, świadomemu mężczyźnie? Zapewne niemało, skoro mój własny wewnętrzny chłopiec ożywia się w prostocie zabawy w wojnę.

Wracając do dziecka... Dojrzewanie postawi brzdącowi niesłychaną poprzeczkę. "Życie nie jest łatwe". Tak będzie brzmiało przesłanie trudności i mozołu dorosłego życia. Praca, obowiązki, finanse, relacje, cierpienie, a w końcu śmierć... Z tym wszystkim będzie musiał się zmierzyć młody mężczyzna. Inną kwestią jest to, iż współczesny samiec homo sapiens nie otrzymuje zbyt wielkiego wsparcia w drodze inicjacji w.świadome i nie-łatwe życie. Jakże wielu z współczesnych, dorosłych mężczyzn pozostanie w zamrożonym, pseudo-szczęśliwym świecie wiecznego chłopca. To już temat na inny wpis...

Franio biega jak szalony. Dorosły umysł dziwi się, skąd tak mała istota ma tak wiele energii. Franek żyje w swoim ciele i w zgodzie z naturą. Zachwycony tym, co jest. Stopniowo będą ujawniać się pierwsze konflikty między kształtującym się ego a światem zewnętrznym. Dorosłe życie zaprosi młodzieńca do drogi pogodzenia się z utratą dzieciństwa i wejścia na ścieżkę kształtowania się ego i przeróżnych tożsamości, a następnie zaprosi go do skoku w nieskończoność, w wiarę, w umiłowanie. Chrystus w świętych pismach chrześcijan nauczał: "Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego". Raczej wątpliwym wydaje się, żeby wielki nauczyciel wzywał do powrotu w infantylny świat dzieciństwa. "Stać się jak dziecko" nie oznacza "stać się dzieckiem". Rozwój psychiczny nie bez przyczyny kieruje nas tam, gdzie kieruje, czyli w dorosłe, pełne wyzwań i trudności życie. Chrystus zatem posługiwał się metaforą. O co mogło chodzić mistrzowi z Nazaretu? Być może chodzi o ufność wobec tego, co jest. O prostą postawę bycia tym, kim jestem. Bez udawania i nakładania masek, aby przypodobać się innymi.
Patrzę z powrotem na Franka. Oczy iskrzą się od radości zabawy. Nagle malec wymyśla nową uciechę. Ja mam być robotem, on czołgiem. Strzela we mnie pociskami, machając energicznie ręką i pryskając wokół śliną. Całe jego ciało jest pociskiem. Cieszy się na każde osłabienie pancerza robota, który jest przecież dwukrotnie wyższy od niego. I w końcu po wystrzeleniu kilkunastu pocisków robot, czyli ja, pada pokonany na ziemię. Pierwsze zwycięstwo nad robotem. Leżę na ziemi i mówię, że robot nie ma już siły. I nagle mały Franio dotyka mojego brzucha ruchem, który wskazuje na włączenie zasilania, po czym mówi: "już masz siłę". I tak nasza zabawa trwa jeszcze kilka razy, póki w końcu nie padnę rzeczywiście zmęczony wysiłkiem zabawy.

Brzuch. Dlaczego chciał uruchomić robota w miejscu brzucha? Nie dotknął ani głowy ani serca. Brzuch? Po krótkiej refleksji przypomniałem sobie o własnych doświadczeniach z medytacji, o przeczytanych tekstach, o towarzyszeniu innym. "Brzuchol" to swoiste centrum energetyczne człowieka. W codzienności skupiamy się jedynie na tym czy nie jest on czasem zbyt duży, przykrywamy ewentualne fałdki tłuszczu bądź wyciskamy brzuszki na siłowni. Jednak brzuch pełni istotną funkcję psychiczną w życiu człowieka. Buddyści mówią o "myśleniu brzuchem". Kto oddycha głęboko, używa przepony. Kto śpiewa, kto tańczy, kto biega... Kto śmieje się bądź płacze z głębi brzucha, wie co znaczy ulga i relaks. Kto odkrywa napięty brzuch, może wiedzieć, że jego istota jest uwięziona w oczekiwaniach, w pragnieniach, w ambicjach... Swojego czasu, gdy zmagałem się z uwalnianiem nagromadzonego gniewu, poczułem, że mam coś takiego jak brzuch (!). Brzuch niewątpliwie stanowi jakieś centrum energetyczne. Pokarm, pożądanie, oddech... Gdy coś więzi człowieka ma on niezwykle napięty brzuch. Gdy więzy opadają może cieszyć się swoją egzystencją i przyjąć wszystkie kolory codzienności. Zapewne również dlatego najniższa czakra we wschodnich systemach jogicznych znajduje się u podnóża brzucha. Impulsywność, energia, żywotność. Gdy kultura nadmiernie podkreśla znaczenie poprawności, wykształcenia intelektualnego, sukcesu czy pracy, człowiek drętwieje i kurczy się. Traci kontakt z ziemią, z seksualnością, z dynamizmami przyrody. Stres opanowuje jego ciało. Brzuch staje się ściśnięty.

Oczywiście brzuch to jedynie wskazówka. Nie jest to najważniejsza rzecz w życiu. To jak kolejne drzwi do odkrywania tego, kim jestem. To okno na człowieka i na jego psychofizyczne znaczenie w świecie, w którym się narodził.

Przyjęcie impulsywnej siły życia, która "płynie z brzucha" nie oznacza cofnięcia w rozwoju psychicznym. To krok naprzód, z pamięcią skąd wyszedłem. Idę w stronę boskości, pochodząc od świata przyrody, od świata zwierząt. Jak to pięknie powiedział Plotyn, patrząc na człowieka: "już nie zwierzę, jeszcze nie bóg".

Mały Franek przypomniał mi to wszystko. Wdzięczny za wspólną zabawę i lekcję świadomości, wziąłem głęboki oddech z podstaw brzucha... Ach... Pięknie jest być świadomym i tego. Pięknie móc cieszyć się dobrą strawą, seksualnymi popędami, głębokim oddechem, prostą codziennością...