Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bliskość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bliskość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 stycznia 2020

Staś i leśna przygoda

Biegł, ile miał tylko sił w nogach. Droga w lesie wydawała się nie mieć końca. „Gdzie ten dom? Zawsze wydawało mi się, że jest bliżej.” Myśl za myślą uderzały w jego rozpędzony umysł. Z drugiej strony czuł jak delikatny wiatr muska go po twarzy i prowadzi do domu. Totalnie nie rozumiał co się przed chwilą stało. On, prawie już przecież dorosły- dwunastoletni naukowiec, rozmawiał właśnie z drzewem? Czy on zwariował? Czuł lekkie przerażenie, ale głębiej w sobie słyszał znany mu nie wiadomo skąd zachwyt i cudowną melodię radości. A był już przecież taki mądry i wykształcony? Co powie rodzicom? „Moi kochani właśnie rozmawiałem z drzewem…” Gdy usłyszał własne myśli poczuł ucisk w żołądku. W tej samej chwili przypomniał sobie, że ma przecież wspaniałych rodziców, którzy nie raz opowiadali mu przedziwne historie. Może i tym razem go zrozumieją?



- Mamo! Tato! – Staś wbiegł z ogromną prędkością na swoje podwórko. – Muszę coś… Wam… Opo… Opo… wiedzieć.

Cały zdyszany zatrzymał się nagle przy dużej werandzie swojego rodzinnego domu. Rodzice swoim codziennym zwyczajem siedzieli sobie spokojnie w wygodnych fotelach na szerokim tarasie u wejścia do domu. Popijali spokojnie herbatę.

- Stasiek. Aleś Ty zdyszany. – stwierdziła mama – Chciałeś chyba pobić nowy rekord.

- Nie… Nie. – mówił z przerwami na głębsze oddechy – Byłem w lesie… Spacerowałem. Myślałem sobie. I nagle zapatrzyłem się na drzewo… i…

Staś usłyszał w swojej głowie jak niedorzecznie brzmi, to co chce powiedzieć. Zawahał się i zatrzymał. Popatrzył na tatę. Jego ciepłe oczy i pogodne oblicze zdawało się przyjmować wszystko, co się działo. Wiedział, że tata go zrozumie. A jednak trochę się bał.

- Skarbie. Napij się z nami herbaty. – mama zaprosiła Stasia do stołu. – Chodź do nas.

Stasiek powoli, ale z dużą ochotą usiadł na wygodnym fotelu. Wziął do ręki swój ulubiony zielony kubek i zamilkł na jakiś czas. Przez kilka minut siedzieli razem na tarasie. Słońce zachodziło gdzieś w dali. Cichy wiatr i szum liści dodawały uroku tej chwili. Staś znał swoich rodziców i wiedział, że często w taki właśnie sposób spędzają wolny czas. Siedzą na tarasie. Piją herbatę. Czasem rozmawiają, a czasem milczą. Zawsze go dziwiło jak to możliwe, że ludzie są razem w zupełnym milczeniu i są przy tym tak przepełnieni szczęściem. Nagle przypomniało mu się jak w zeszłym tygodniu przyjechał rowerem na podwórko z bandą swoich znajomych. Narobili dużo hałasu, wdrapując się na domek na drzewie, który tata zbudował kilka lat temu. Rodzice nic nie powiedzieli. Siedzieli i uśmiechali się. Jakby cisza i spokój, którym się tak delektowali nie pochodziła z tego świata. Dziwne. Zauważył, że i jemu jest spokojnie w tej sytuacji. Poczuł na policzku ciepły promień słońca. Popił herbatę. Wszystko było tak ciche, bezpieczne i piękne. Na moment zapomniał nawet o przygodzie w lesie.

Po chwili nie wytrzymał i zadał pytanie swoim rodzicom:

- Czy jest możliwe, że człowiek może rozmawiać ze zwierzętami albo z roślinami? 

- Tak kochanie. Wszystko co jest życiem może do nas mówić. – stwierdził spokojnie tato. – Wszystko wokół jest święte i cudowne. Wielu ludzi tego nie widzi. A przecież szum drzew, szczekanie psa, burczenie w brzuchu… Wszystko to opowiada nam, że życie jest piękne.

Staś poczuł ciepło i radość. Tata był przedziwny. Zawsze potrafił dać mu to czego potrzebował. Podziwiał go. Nosił w sobie coś co sprawiało, że czuł się niebywale ważny i dobry. Jednak było to tak normalne i zwyczajne, że nie nadawało się do pokazywania w telewizji.

- Tato, bo widzisz… - Staś zawahał się – Dziś byłem w lesie. Patrzyłem na drzewo i poczułem, że jest niebywale piękne. Stałem i patrzyłem na nie. Nie myślałem o nim. I nagle poczułem jakby mówiło do mnie… Mówiło, że wszystko jest piękne i dobre. Mówiło tak jakby bez słów. Było takie jak mama, kiedy mnie przytula…

Mama uśmiechnęła się w stronę Stasia. Tata jeszcze pogodniej niż przed paroma chwilami stwierdził:

- Stasiek! To normalne. Nie bój się. Wszystko kocha Ciebie. Wszystko co widzisz jest radością. Nawet drzewo ma w sobie radość, bo wszystko co żyje ma duszę, swoją głębię. Nie jesteś sam, nie jesteś oddzielony. Jesteś połączony radością ze wszystkim, co jest.

- Ale to jest takie niezrozumiałe. – wtrącił Staś.- W szkole mówili, że tylko ludzie mogą…

- Wiem, synu. – tata patrząc w dal spokojnie odpowiadał. – W szkole się tego nie dowiesz. Szkoła zna tylko to, co da się zmierzyć, zbadać, wykorzystać. W szkole chodzi o oceny, o wyniki, o osiągnięcia. To co widziałeś w drzewie niczego nie osiąga, prawda? Pełna radość. Istnieje radość, o której nie da się powiedzieć. To drzewo ją miało, no nie?

- Tak, tato. Masz rację. Ono całe tam było radością.

Zamilkli. Siedzieli w totalnej ciszy. Robiło się już ciemno. Mama wtuliła się w tatę, a świerszcze rozpoczęły wieczorne koncerty. Staś czuł w sobie niebywały spokój i radość. W tym dniu chyba po raz pierwszy tak bezpośrednio poznał to, czego nie da się poznać.

Tak, świat jest radością. Tata miał rację.


sobota, 26 października 2019

Siostra śmierć i jej mali przyjaciele

Warsztaty w klasie piątej. Dzieci z niebywałą energią pracują nad rozwiązaniem pewnej dramowej historii. Grupa jest niezwykle podekscytowana i pełna radości. Siedzimy w kręgu. Rozmawiamy o tym jak jest w klasie. Tematy krążą wokół nas jak planety wokół słońca. Przyjaźń, radość, zabawa, troska. Odrzucenie, smutek, pustka. Gdy grupa zawiązała się we wspólnym zadaniu i doświadczyła sukcesu, zaczyna dotykać tego, co trudne i bolesne. Tak jak u jednostki w procesie terapeutycznym, tak też w procesie grupowym: bezpieczeństwo, akceptacja, relacja sprawiają, że cień wychodzi na wierzch, chce być poznany i przyjęty.

Wprowadzam grupę we wzajemne przepraszanie. Następuje cisza. Włączam spokojną muzykę. Uczniowie wyczekują. Nagle za oknem słychać odgłos trąbki. To trąbka pogrzebowa. Uczeń siedzący obok mnie zaczyna płakać. Zalewa się łzami. Jego ramiona opadają nisko. Chłopiec płacze do samych trzewi. Nie wiem, co się dzieje. Pytam: Antek, co się stało? (imiona uczniów zmieniono). Chłopiec odpowiada: zmarła moja babcia, właśnie jest jej pogrzeb. Nastała cisza. Grupa siedzi w kompletnym milczeniu. Cisza.

Nie wiedziałem, co zrobić. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nieraz spotykałem się ze śmiercią i z towarzyszeniem ludziom, którzy przeżywali odejście swoich bliskich. Jednak kontekst tej sytuacji sprawił, że kompletnie nie wiedziałem, co zrobić. Wybąkałem coś w stylu: jest mi bardzo przykro. Podałem chusteczkę i zająłem się całą grupą.

Po chwili ciszy uczniowie zaczęli się przepraszać. Pojawiły się łzy. Ulga, oczyszczenie, szczere żałowanie wzajemnego wyśmiewania, bicia. odrzucania. Antek otrzymał wiele słów wsparcia od kolegów i koleżanek. Grupa skończyła warsztat z doświadczeniem przebaczenia i wzmocnienia więzi. Jednak we mnie samym pozostał obraz płaczącego Antka i moja niezdolność do reakcji z głębi serca na cierpienie tego chłopaka. Wyuczyłem się, że szkoła to raczej nie miejsce, gdzie mogę przytulić płaczące dziecko czy pozwolić otwarcie na żałobę.

Po czasie pytałem siebie: co z serca chciałbym dać temu chłopcu w tamtej chwili. Przytulenie. Utulenie. Pozwolić na wszystko, co działo się w tej sytuacji.

Kilka dni później, w drugiej klasie podstawówki podchodzi do mnie chłopiec i mówi: mój wujek wczoraj umarł. Patrzy na mnie i czeka. Jakiś czas później kolejne dziecko, potem następne, i następne... Zaczynam się zastanawiać. Przedziwna synchroniczność. W krótkim czasie sytuacja się powtarza. Musi za tym stać jakaś nauka dla mnie samego. Wcześniej takie sytuacje nie przydarzały mi się wcale na warsztatach z dziećmi.

Jeszcze inna szkoła. Dzieci w drugiej klasie podstawówki mówią o swoim marzeniu. Odpowiedzi idą po kręgu. Sebastian. Patrzy na mnie i mówi: chciałbym, żeby mój tata wrócił. Okazuje się, że chłopiec stracił ojca w wypadku samochodowym. Znowu nie wiem, co powiedzieć. Tym razem pozwalam sobie na tę niewiedzę. Jestem. Pozwalam na wszystkie uczucia, które pojawiają się we mnie i w grupie. Nie oporuję, nie szukam nerwicowo wyjścia z tej sytuacji. Uczniowie odpowiadają dalej. Piotrek. W przerwie dowiaduję się, że chłopiec jest dzieckiem adoptowanym. Piotrek mówi: chciałbym oddać moje marzenie Sebastianowi. Chciałbym, żeby mógł mieć nowego tatę. Łzy napływają mi do oczu. Piotrek rozumiał Sebastiana i dał mu wsparcie, którego nikt inny w tym momencie nie mógł dać temu maluchowi. Uczę się. Otwartość na to, co jest sprawia, że pole, w którym pracuję samo odpowiada i to o wiele bardziej adekwatnie niż mądrości tego oto rafała.

Wychodzę z warsztatu poruszony. Zrozumiałem tę lekcję. Nie mogę wszystkiego kontrolować. Grupa ma w sobie wielki potencjał. Najważniejsze bym robił przestrzeń i nie przeszkadzał.


Myślę nad dziećmi i ich doświadczaniem śmierci. I czuję w sobie niebywałe pragnienie, by mogły przeżywać śmierć wokół nas naturalnie. Śmierć jest częścią tego, co nazywamy życiem człowieka. Czytam fragmenty książek Elizabeth Kübler-Ross o śmierci. Coraz więcej rozumiem i widzę. Śmierć to coś absolutnie naturalnego. Tak jak po dniu następuje noc, tak po narodzinach następuje śmierć. Przez lata śmierć towarzyszyła mi jako dzielna towarzyszka, ograbiając mnie z wszystkich nieistotności, które nosiłem w sobie. I tym razem dotykanie śmierci przez uczucia i doświadczenia moich szkolnych przyjaciół przynosi piękno, prostotę i spokój. Natrafiam na cytat kobiety, która poświęciła swoje życie, towarzysząc ludziom w "przemijaniu tego, ciała" i zachwycam się:

"Aby się rozwijać nie potrzeba szukać żadnych wyjątkowych guru czy mistrzów duchowych. Nauczyciele sami do Was przyjdą pod wszelkiego rodzaju przebraniami; jako dzieci, osoby śmiertelnie chore, sprzątaczki. Wszystkie teorie i systemy naukowe świata nie pomogą człowiekowi w potrzebie tyle, co jedna istota ludzka, która nie boi się otworzyć przed nim swojego serca" (Elizabeth Kübler-Ross)

Młodzi przyjaciele z różnych szkół dali mi lekcję życia: otwarte serce to takie, które nie broni się przed niczym. Nie ma takiej potrzeby. Gdy pojawia w rzeczywistość coś takiego jak śmierć, mogę popatrzeć głęboko w nią samą, by stracić to, co zbędne. Co pozostaje? Co zostaje gdy znika ciało, umysł, świat? Czym jest to, co nigdy nie umiera?

Ach...

sobota, 9 marca 2019

Chrześcijaństwo, pomysł na grzech i moc akceptacji

Odkrycie w tym, życiu, że jestem w swej istocie bezgrzeszny było prawdziwym cudem. Jednocześnie owo rozpoznanie poprowadziło do wyjścia z religii moich ojców. Będąc zanurzony po uszy w chrześcijańskim micie nie wiedziałem nawet jak bardzo przesiąknięty jestem moralnością, a raczej moralizmem. Moralność bowiem to przepiękny świat cnót i zasobów ludzkich. Przez wybory, przez ćwiczenia duszy, przez przyjaźń, przez służbę itd. człowiek hartuje swą duszę, by płynąć w otchłanie samego nie-dualnego Ducha. Moralizm zaś to spłaszczona moralność, quasi-moralność, widząca świat czarno-biało. W tanim moralizmie istnieje prosty podział nagroda-kara, niebo-piekło, dobry-zły, cnota- wada. Nie istnieje żaden środek, żadne pomiędzy... Etyka sytuacyjna nie jest mile widziana przez bastion moralizmu. Wyuczyłem się moralizmu od dzieciaka we wspólnocie katolickiej, choć im starszy byłem, tym bardziej kwestionowałem zastany system. Wieść moralizmu brzmiała: "za dobro-nagroda, za zło-kara", "Bóg albo zło", "albo jesteś czysty, dobry, poprawny przez swoje uczynki albo brudny i zasługujesz na odrzucenie, obrzydzenie, odepchnięcie", "albo chodzisz do kościoła, modlisz się, przyjmujesz sakramenty albo czeka cię piekło, cierpienie, odrzucenie". Zdaje się, że nawet nie wiedziałem jak bardzo żyłem w moralizmie, który blokował, tłumił, więził. Jednocześnie żeglowałem duszą po przecudnych terenach archetypowego świata, kąpałem się w miłosierdziu Stwórcy, oddychałem Biblią i pracowałem nad zmianą siebie, jednak publicznie nie mogłem być autentycznie sobą. Groziło to bowiem ostracyzmem i niechęcią innych.

Dziś trudno mi rozumieć grzech na sposób moralny. Grzech (grec. hamartia -chybienie celu) nie kojarzy mi się już jako odstępstwo od prawa, przykazań czy kodeksu. Właściwie to słowo wyprane jest współcześnie ze znaczenia. Ludzie na ulicach nie używają już tego pojęcia. Podobnie zresztą jak zbawienie. Dlaczego trudno rozumieć i żyć mi sensownie w terminach grzech-zbawienie? Odkryłem bowiem, że w rdzeniu swojego istnienia jestem czysty, bezgrzeszny, nietknięty przez oceny moralne. Inaczej mówiąc w czasie studiów z teologii: im więcej wykładano mi moralizm, zbawienie w konkretnej wspólnocie religijnej jako fundament, nakazy i zakazy, kapłańskie kulty, tym bardziej i głębiej odkrywałem, że jest to niezwykle powierzchowne i stworzone dla utrzymania instytucji religijnej. Utrzymanie instytucji jest w porządku, jednak jeśli w religijnej wspólnocie nie ma miejsca na doświadczenie głębi, ducha, trans-racjonalności, wtedy staje się ona pusta, sztuczna i nieprzemieniająca. 

W głębi jestem piękny taki, jaki jestem. Tak brzmiała wiadomość z duszy. Szedłem do kościoła, a tam słyszałem przesłanie: taki jaki jesteś, nie jesteś w porządku. Napraw się, nawróć, przemień, oddaj bogu, przestań grzeszyć. Dusza zaś miała inną wiadomość: mogę cieszyć się życiem i przestać się starać, by być kimś innym niż jestem. Tak brzmiało zbawienie, które odkryłem. Jakże inne to było zbawienie, od wizji, którą wykładała mi teologia i kościelni kaznodzieje.

Gorzka to opinia. Niestety. Czy prawdziwa? To jedynie hipotezy, choć wydają się być niezwykle trafne. Poprowadziły mnie w świat, gdzie napięcie i wymagania zniknęły we wnętrzu, w zmęczonej moralizmem psyche. Pozostała ochota na życie, na rozwój, na miłość, na poznawanie, na wyjście z oceniania i szufladkowania innych.

Ważna rzecz! To, co nazywam tu chrześcijaństwem, teologią, katolicyzmem to świat wnętrza, w którym się urodziłem. On zaś przejawia się w kościołach, w kapłanach, w religijnych teoriach. Kiedy świat wnętrza obumarł ze znaczenia chrześcijańskiego, religijny świat chrześcijańskiego mitu prysł. Znikł rafał, znikła religia. Były chęci i próby powrotu do wiary z nowym rozumieniem religii i świata, jednak nie udało się tego dokonać. Przepaść dzieląca sumienie z arsenałem nakazów, powinności i ciężkości polskiego katolicyzmu sprawiła, że w uczciwości i w odwadze trzeba było iść inną drogą. Struktura nie była w stanie objąć tej zmiany, która zaszła we mnie. Zresztą osobowość rafała również nie była w stanie tego dokonać. Zbyt duża nowość rozrywa stary system. I tak stałem się duchowym samotnikiem, wędrowcą bez wspólnoty, pustelnikiem bez pustelni...


Grzech w ramach wspólnoty religijnej to odstępstwo. Grzesznik to ktoś zły, odrzucony, nie pasujący do wspólnoty świętych. W zwyczajnym życiu umysł człowieka działa podobnie: określa swojego-dobrego od nieswojego-złego. W ten sposób społeczeństwo rozwija się przez poszanowanie dla tego, co życie rozwija, a odrzuca to, co je niszczy. Święty zmienia świat i niesie życie, rozwój, pokój, grzesznik zaś niszczy świat. W obszarze moralności myślenie tego typu jest korzystne i dobre dla ludzi, jednak w wymiarze głębszym zdaje się być niewystarczające, zbyt płaskie i uproszczone. W szkole np. często używa się określenia, że dziecko, które sprawia problemy jest tym złym. Samo stwierdzenie czy wskazanie takiego dziecka czy złego zachowania jest modelujące w wychowaniu, jednak autentyczna przemiana w młodym człowieku nie dzieje się przez wyłożenie moralności, a przez przykład i przez niewidzialne oddziaływanie duszy. I tu wkrada się również ludzka chęć etykietowania, by sprawić świat idealny (nazwijmy złe zachowania czy złego człowieka, a zniknie zło), który nomen omen nie istnieje. Idealny świat to świat, który jest w tym teraz, nie zaś świat umysłowej projekcji. Akceptacja jest siłą niezwykle pouczającą i przemieniającą. Ona potrafi przemienić "to, co złe" w siłę życia, która rozwija i przemienia, bez odrzucania, bez osądzania, bez szukania winy w sobie czy w innych. 

Pamiętam jak dziś. Czas ciszy rekolekcyjnej. Starania, by odnaleźć się na nowo w chrześcijaństwie. Już od dawna nieświadomość przez wyobraźnię nie przynosiła wiadomości, znaczeń, wskazówek. I tu nagle pytanie jednego z duchowych braci: co na to wszystko powiedziałby Chrystus? Co by powiedział? I nagle - po dłuższej duchowej pustyni i pustce umysłu - pojawiło się wyobrażenie Jezusa, który mówi z wielkim współczuciem i zrozumieniem: "nie chcę, żebyś cierpiał, nie chcę żebyś cierpiał, nie chcę...". Popłynęły łzy. Łzy szczęścia i ulgi. Jestem ważniejszy niż cały religijny system. Jestem piękniejszy niż wszelkie przekonania. Bez grzechu na samym dnie duszy. W Ciszy Istnienia nie ma żadnego rozróżnienia na dobro-zło, znikają moralne rozróżnienia, znika grzech i pomysł na bycie grzesznym. I teraz, gdy piszę ten tekst na samo wspomnienie tego wydarzenia wzruszam się.

Nie ma możliwości, by w samym Twoim rdzeniu było z Tobą coś nie tak. Niemożliwe jest naprawienie siebie, bowiem nigdy nic się nie popsuło. Jedynie na powierzchni świat ewoluuje, by stać się tym, czym jest - boską Iskrą Życia, tańczącym stworzeniem, więc nie jest z nim nic nie tak. Poddać wszystko Bogu, oto droga. Odrzucić kogokolwiek czy cokolwiek oznacza odszczepienie, nowy konflikt, nie zaś życiodajną przemianę.

piątek, 24 sierpnia 2018

Kubuś Puchatek, archetypowa struktura baśni... i beztroska miłość!


Siedzę w sali kinowej. Czekam na film. "Krzysiu, gdzie jesteś?" Świat Kubusia Puchatka i jego przyjaciół to dla mnie nie tylko źródło zwyczajnej zabawy, ale i przyczynek do małej "rozkminy" nad egzystencjalną strukturą i treścią baśni. Nie bez przyczyny ludzkość przez całe wieki tworzyła, opowiadała i odnajdywała się w metaforach, w baśniach, w przypowieściach, w sentencjach...

Siedzę. Na wielkim ekranie pojawiają się reklamy. Pośród przeróżnych produktów i usług pojawią się zwiastuny filmowe. Moją uwagę przykuwają współczesne filmy animowane. Od razu zauważam znaną mi strukturę wielu opowieści baśniowych. Główny bohater, który żyje w zwyczajnym, ludzkim świecie, w materialnych prawach fizyki Newtona, z prostą i szarą codziennością, nagle odkrywa bądź zostaje porwany do innego świata. Droga do niego może prowadzić przez starą szafę, wielkie drzewo w ogrodzie czy peron 9 i 3/4. Bohater musi zmierzyć się z własną małością bądź słabością, pokonać potwory czy odbyć daleką, niebezpieczną podróż. Rozwiązanie historii następuje przez zwycięstwo bohatera wraz z jego autentyczną, wewnętrzną przemianą. Staje się on często odważny, dobry i zintegrowany. Świat za drzwiami szafy, w starym drzewie czy za ścianą peronu wzywa bohatera, ale i samego czytelnika/widza w przestrzeń, w której możliwe jest pogodzenie sprzeczności i rozwój własnej osobowości.

Siedzę. Oglądam film. Ciepło bohaterów Stumilowego Lasu dotyka mnie do żywego. Prosiaczek, Kubuś, Tygrysek, Kłapouchy... Postaci w filmie oddają magiczny świat książek A.A. Milne dość wiernie. Właściwe to mam wrażenie, że prostota i charaktery postaci są bardzo podobne do tych, które znajdujemy w książkach. To olbrzymi plus filmu. Zalękniony Prosiaczek, ekstrawertyczny  i energiczny Tygrys, depresyjny Kłapouchy, mądra Sowa...

"Krzysiu, gdzie jesteś?" to opowieść o dorastającym i  chłopcu, który staje się mężczyzną. Jednak wraz z dorosłością Krzysztof traci ważną część samego siebie, jaką jest jego wewnętrzne dziecko. Z perspektywy psychologicznej Krzysztof odrzuca Krzysia, a wraz z nim: zabawę, beztroskę, bycie z rodziną,  ciepło więzi. Można powiedzieć, że znana nam dobrze baśń o Kubusiu Puchatku przez ten film staje się nową baśnią, opowiadającą o utraconym dzieciństwie. Film jest jakby nową baśnią, inną od tej napisanej przez A.A. Milnego, choć bazującej na książkowej poprzedniczce. Wprowadza nas w świat, z którym współczesny człowiek może z łatwością się utożsamić. Zabieganie, praca, pieniądze, konsumpcja i zapomnienie o własnym wewnętrznym dziecku to znamiona współczesnej kultury. Poniżej zamieszczam rysunek z książki "Miłość, seks i serce" amerykańskiego psychiatry i psychoterapeuty A. Lowena, które pięknie pokazuje czym jest dojrzała i zintegrowana osobowość dorosłego człowieka. 

Widzimy tu wyraźnie, że rozwój człowieka nie odbywa się na zasadzie zaprzeczeń wcześniejszym fazom. Dorosły to  nie ten, który odrzucił doświadczenie i świat niemowlęcia, dziecka. Dojrzałość w dorosłości polega na przekroczeniu poprzednich faz wraz z integracją tego, co zostało przekroczone. Znaczy to, że każdy nosi w sobie beztroskie dziecko, które nie znika wraz z upływem lat (zmienia się jedynie jego sposób wyrazu). W przedstawionym rysunku niemowlę ukazuje bezradność i absolutną zależnością, dziecko zaś popędliwą sferą id, witalną i beztroską stroną życia. Pełne życie to takie, w którym jest przestrzeń na wszystkie te aspekty. Osobowość człowieka karłowacieje, gdy tłumiona jest jakaś sfera życia. Dokładnie tak jest w przypadku filmowego Krzysztofa. Zapomina on o magii dzieciństwa i jej beztroskim charakterze. To droga wielu współczesnych ludzi, którzy uwierzyli w realność materialnego świata. "Liczy się to, co widoczne dla oka, reszta to wymysły". Tak brzmi manifest Zachodniej cywilizacji. Skądinąd ciekawe czy nie chyli się ona ku upadkowi właśnie przez materialistyczną wizję świata...

Siedzę. Wypowiedzi Puchatka dotykają głęboko czegoś we mnie. Jest on niezwykle prosty. Sentencje, które wypowiada brzmią jak koany wschodnich mędrców. Dla przykładu: „z nic nierobienia biorą się czasem najlepsze cosie” przywołuje w mojej pamięci chińską zasadę wu-wei, wraz z nią wartość odpoczynku, przestrzeni, oczekiwania. Zaciekawionych odsyłam do lektury Tao Kubusia Puchatka Benjamina Hoffa, w której to autor sposób życia Puchatka porównuje ze starożytną nauką Taoizmu. Oddajmy na chwilę głos naszemu misiowi, który okazuje się być niezwykłym mędrcem:

- O, Królik jest mądry - powiedział Puchatek w zamyśleniu.
- Tak - przyznał Prosiaczek - Królik jest mądry.
- I ma Rozum - rzekł Puchatek.
- Tak - zgodził się Prosiaczek - Królik ma Rozum.
Nastąpiło długie milczenie.
- I myślę - ciągnął Puchatek - że on właśnie dlatego nigdy nic nie rozumie.

Wezwanie, które kieruje do człowieka baśń, mit, religia w gruncie rzeczy odnosi się do wejścia w serce, które symbolizuje miłość. Świat dziecka, choć z perspektywy psychologii infantylny i niedojrzały, dla głębokich tradycji duchowych oznacza autentyczną miłość, otwartość i bezpieczną bliskość. Weźmy na przykład serce Chrystusa czy czakrę splotu społecznego z indyjskiej ścieżki duchowej. Niosą one znaczenie, że głębia miłości i radości znajduje się we wnętrzu człowieka. Dzięki psychologii wiemy dziś, że droga do miłości wiedzie przez uznanie i w integrację wewnętrznego dziecka i niemowlęcia do dojrzałej i odpowiedzialnej dorosłości.

"Krzysiu, gdzie jesteś?" to współczesna baśń, która pochwala rodzinne więzi, bliskość, zwyczajną radość. Mimo, że film dla wielu krytyków nie zachwyca od strony wizualnej, a akcja czasami jest nieco infantylna, to jako inicjacyjna przypowieść niesie ona współczesnemu człowiekowi wspaniałe, zbawienne znaczenie. Mówi ono: wystarczy przejść przez tajemnicze drzwi w drzewie, by odnaleźć zagubione czy wyparte aspekty własnego życia. Takie drzwi, mimo materializmu, pogoni za przyjemnością i pędem do lepszego życia, wciąż istnieją w mitach, w baśniach, w tradycjach duchowych czy na sale kinowej... 

niedziela, 1 lipca 2018

Seksu naszego powszedniego...

Intymność, czułość, bliskość, zmysłowość, pieszczoty... Seksualność to przepiękna siła, która zadziwia mnie od dawna. Jednocześnie wychowany zostałem w środowisku religijnym (byłem zaangażowany w życie kościoła katolickiego), które albo potępiało doznania płynące z ciała albo milczało znacząco na temat pragnień i doznań seksualnych. Seks mimo wielu zmian w naszym społecznym myśleniu nadal jest tematem tabu albo stał się "behawioralnym zluzowaniem moralnych dyb". Edukację seksualną ogranicza się jedynie do etyki bądź zabezpieczeń przed niechcianą ciążą.  W religiach wstrzemięźliwość i opanowanie są wzniosłymi ideałami. Nie rozmawia się na temat niepohamowanego erosa, który budzi się w młodych ludziach. Nie chodzi tu o potępienie wartości dziewictwa czy braku doświadczeń seksualnych przed ślubem. Inna skrajność traktuje seks jak zwykłe zaspokajanie potrzeb, w której nie istnieje żadna głębia ani duchowość.
W tym tekście chcę jedynie napisać o konieczności uwalnianiu się od lęku przed  seksem i zwróceniem uwagi na konieczność edukacji seksualnej, która pomoże zintegrować tę cudowną przestrzeń człowieczeństwa.

Kiedy będę używał tu słowa "seks" nie będzie mi chodziło o sam akt współżycia. Seks to swoisty modus egzystencji, dzięki któremu człowiek może kochać siebie, świat i innych. To nie sam orgazm, kopulacja czy rozbieranie partnera/ki. Seksualność to sposób przeżywania. Dla mnie przykładem zintegrowanej seksualności był Jan Paweł II. Sposób w jaki spotykał ludzi, jak ich dotykał, jak rozmawiał... Miłość promieniowała z tego człowieka.

Seksualność nie dotyczy jedynie związków i małżeństw. Wszyscy jesteśmy seksualni. Więcej! Cały świat skąpany jest w Erosie. Spójrz tylko na kwiaty na wiosnę, na łona zbóż w lecie, na parujące się zwierzęta, na parki i lasy pełne zakochanych, na przyjaciół we wspólnym byciu, na gotowany obiad... Seksualność jest twórczą żywotną siłą, która nikogo nie pyta czy mu się ona podoba czy nie. Jest i już. Walka w sobie samym przez tłumienie, udawanie, odwracanie uwagi czy zwykłe behawioralne "puszczanie się" nie da nam relacyjnej głębi czy przemienionej świadomości.
W pewnym sensie zamknęliśmy seks w aktach, w czynach, a w zasadzie w etyce i w moralności. Odcięcie od seksualnej siły życia widać również wyraźnie we współczesnym pędzie zawodowym czy w wielkich betonowych miastach, gdzie tysiące singli pędzi za pracą, za pieniądzem, za sukcesem. Odcięci od ciała, ziemi, relacji... Czy musimy kogoś winić za taki stan rzeczy? Nie. Świadomość wystarczy. Ona uzdrawia i prowadzi do pełniejszego życia. Im bardziej akceptujemy, że jesteśmy seksualni, tym łatwiej o integrację.

Seksualność wypierana, która nie zostaje zintegrowana z codziennością żyje własnym życiem. Objawia się w nieznośnych symptomach, w samopotępieniu, w poczuciu winy, w osamotnieniu, w lęku... Gdy jako młody chłopak na spowiedzi wyznałem księdzu o młodzieńczej, nastoletniej masturbacji usłyszałem, że męskie nasienie jest święte i nie wolno mi tego robić. Dla młodego chłopaka, wierzącego jeszcze w bezbłędność autorytetu kapłańskiego, komunikat ten oznaczał: "to, co ze mną się dzieje jest złe i muszę to jakoś powstrzymać". Opowiedział mi jeszcze historię ze starego testamentu, jakie kary czekają tych, którzy dopuszczają się onanizmu. Wraz z upływem czasu musiałem zmierzyć się z tym poglądem i uświadomić sobie, że sucha etyka jako przestrzeganie zasad kompletnie nie integruje człowieka. Nie chodzi o potępianie tego księdza, a o świadomość tego, co komunikuje taka religijność. Ta sytuacja pokazuje jak opinie etyczne i religijne bywają podszyte lękiem. Znalazłem kiedyś w pewnej książce cytat, który pięknie pokazuje "zalęknioną świadomość seksualną" :

"Absolutnie każdą rzecz klasyfikujemy jako dobrą lub złą, słuszną lub niesłuszną, podczas, gdy jest ona tym, czym jest. Ludzie gromadzą mnóstwo wiedzy. Uczymy się tych wszystkich wierzeń, przekonań, morałów i zasad od naszej rodziny, społeczeństwa, religii. Większa część naszych zachowań i uczuć opiera się na tej właśnie wiedzy. Tworzymy anioły i demony, a seks staje się oczywiście największym demonem piekieł. Seks ukazuje się jako największy grzech ludzkości, podczas gdy ludzkie ciało zostało stworzone dla seksu. Jesteś biologiczną, seksualną istotą. Jesteś i już. Twoje ciało jest bardzo mądre. Cała ta inteligencja zawarta jest w genach, w DNA. DNA nie musi niczego rozumieć ani uzasadniać. Ono po prostu wie. Nie ma żadnego problemu z seksem. (...)
Wierzymy w tak wiele kłamstw na temat seksu, że nie potrafimy się nim cieszyć. Seks jest dla zwierząt, seks jest zły. Powinniśmy się wstydzić pragnień seksualnych. Te poglądy na temat seksu całkowicie kłócą się z naturą. Tymczasem jest to tylko sen, ale my w niego wierzymy. Twoja prawdziwa natura rwie się na zewnątrz, bo nie pasuje do tych zasad. Czujesz się winny. Nie jesteś taki, jaki powinieneś być. Jesteś sądzony. Jesteś ofiarą. Wyznacz sobie karę i to jest niesprawiedliwe." (Don Miguel Ruiz "Ścieżka miłości")


Psychoanaliza i inne nurty psychologiczne z niebywałą siłą poprzez naukowe metody ukazały światu jak duża jest rola seksualności w życiu człowieka. Freud, pionier i twórca psychoanalitycznego spojrzenia na świat, widział seks jako jedną ze składowych libido. Zauważył, że w człowieku istnieje sfera popędliwa i choć nie ograniczał do niej jedynie seksu, to wydaje się, że seks pełnił w jego koncepcji nadrzędną rolę. Triada ego-superego-libido to mapa, która ukazuje jak powstają napięcia w życiu człowieka. Libido, które dąży do maksymalizacji przyjemności nie jest akceptowane w społeczeństwie. Powoduje to powstanie aparatu moralnego o nazwie superego, które "podpowiada" jednostce (ego) co wolno, a czego nie. Oczywiście przedstawiam tę teorię w wielkim uproszczeniu. Muszę przyznać, że teoria Freuda pozbawiona jest aspektu duchowego. Współpracownik  austriackiego psychoanalityka Carl Gustaw Jung poszedł nieco inną, w moim odczuciu głębszą i szerszą, drogą rozumienia tego, czym jest libido. Oto fragment z jego autobiografii:

"Problematyczny wydawał mi się przede wszystkim stosunek Freuda do ducha. Zawsze, gdy na światło dzienne wydobywał się obraz duchowości - czy to u człowieka, czy w dziele sztuki - Freud stawał się podejrzliwy, przypisując decydującą rolę "wypartej seksualności". To, co nie dawało się wprost interpretować jako seksualność, określał mianem "psychoseksualności". Podnosiłem na to zarzut, że hipoteza ta, domyślana logicznie do końca, prowadzi do druzgocącego osądu kultury, którą w takim razie należałoby postrzegać jako zwykłą farsę, chorobliwy wytwór wypartej seksualności. "Tak" - potwierdzał Freud. "Tak właśnie jest. To przekleństwo losu, wobec którego jesteśmy bezsilni". Żadną miarą nie mogłem przyznać mu racji lub poprzestać na stwierdzeniu takiego stanu rzeczy. (...)
 Jeszcze dobrze pamiętam, jak Freud rzekł do mnie: "Jung, mój drogi, niech mi pan obieca, że nigdy się pan nie wyrzeknie teorii seksualnej. To rzecz najistotniejsza. Widzi pan musimy stworzyć z tego dogmat, niewzruszony bastion". Powiedział to do mnie z taką żarliwością, tonem, jakim zwykł mawiać ojciec: "Jedno mi obiecaj, drogi synu: że co niedziela będziesz chodził do kościoła!" Nieco zdziwiony zapytałem: "Bastion... przeciw czemu? Na co odparł: "Przeciw zalewowi czarnego mułu..." - i tu zawahał się i po chwili dodał - "...okultyzmu". Co mnie zaniepokoiło najpierw, to słowa "bastion" i "dogmat"; ponieważ dogmat, czyli nie podlegający artykuł wiary, ogłasza się tylko wtedy, gdy na zawsze chce się wyrugować wszelkie wątpliwości. Nie ma to nic wspólnego z sądem naukowym; wiąże się z osobistą żądzą władzy". (Jung "Wspomnienia, sny, myśli")

Wizja Freuda i Junga ciągle pulsują w naszej kulturze. Obyśmy doszli do głębokiego pojednania i przekroczenia materializmu i pozytywizmu. Seks jest ważny, ale życie człowieka to o wiele więcej i głębiej niż wcielony eros.


Chciałbym tu polecić jeszcze jeden tekst. Jest to fragment  z Drogi Mistrzostwa, w którym to Jezus mówi o seksualności. Perspektywa tu ukazana jest swoistą "duchowością seksu", która pięknie pokazuje czym może stać się seksualność, gdy uwolnimy lęk i poczucie winy. Nie jest istotne czy wierzysz, że słowa te wypowiedział sam Jezus czy nie. Wsłuchaj się w treść tego przesłania:

"Ukochany przyjacielu, powiedziałem już wiele razy, że wszystkie wydarzenia są neutralne, wszystkie doświadczenia są neutralne. Będą więc one dokładnie tym, czym postanowisz, aby były. Seksualność… Większość umysłów w twoim świecie kojarzy ten termin ze specyficznym zestawieniem ze sobą fizycznych ciał i pewnego rodzaju obmacywaniem z użyciem dłoni, ust, języków i co tam jeszcze macie. Zaprawdę jednak jest to jedynie zewnętrzne odzwierciedlenie, symboliczny wyraz energii zawartej w umyśle.

Jak najbardziej stosowne jest stwierdzenie, że całe Stworzenie stanowi przejaw seksualności. Jest to wyraz energii, która chce przejawić się z wielką namiętnością, jaką jest Stwarzanie. I wszystkie związki zawarte między dwoma ciałami, bądź też pomiędzy księżycem i słońcem, ziemią i niebem, wszystkie formy związków z natury swej są tym samym. Zawierają w sobie obietnicę, cel i wyzwanie: odkryć jedność pomiędzy dwoma, trzema lub dziesięcioma. Ich ilość jest bez znaczenia. (...)
Drogi przyjacielu, powiedziałbym, że nie możesz wyjść ponad to, czego wpierw nie przyjmiesz. Zajrzyj zatem wgłąb duszy i sprawdź, czy znajdziesz tam ślad jakiegokolwiek lęku przed tą wielką intymnością i bezbronnością, których możesz doświadczyć w seksualności. Czy jest w tobie konflikt, który nie pozwala ci autentycznie zaczerpnąć z piękna fizycznej formy drugiej osoby, zatrzymać się na chwilę nad każdą jej krągłością i każdym zagłębieniem, a nawet na jej najdrobniejszym włosku? Czy dostrzegasz w tym ową wielką Tajemnicę? Czy jesteś w stanie zatrzymać się na chwilę wystarczająco długą, by zatracić fałszywą jaźń? Czy potrafisz uświęcić dotknięcie tego, co cielesne? Powiadam ci bowiem, ty sam stwarzasz to, czego doświadczasz.

Seksualność jest wspaniałą rzeczą! Nie pozwól sobie wmówić, że jej unikałem, będąc człowiekiem. Bo przecież w tym właśnie rzecz. Rzecz w tym, że byłem człowiekiem. Ale uświęciłem seksualność, by zachować ją świętą. Seksualności można doświadczać w jej pełni po prostu patrząc drugiej osobie w oczy, odsuwając siebie samego na bok i prosząc o to, by widzieć jedynie Oblicze Chrystusa. Seksualność bowiem jest wielką tęsknotą ludzkości, aby znaleźć jakąś metodę, jakiś sposób na przekroczenie lęku, poczucia winy, tego silnego zaciśnięcia, którym jest ego; by w jakiś sposób wymknąć się stąd i doświadczyć chwilowego błogostanu jedności, którą jest Jednia. Powiadam wam jednak: podtrzymuj w sobie Rzeczywistość swej Jedni. Odkryjesz wtedy, że dopóki trwa ciało, to wszystkie związki – czy to z jakimś ciałem, czy ze źdźbłem trawy, lub też z wiatrem muskającym twoją skórę – będą odczuwane jako doświadczenia seksualne. Pozwól więc, by ta energia cię wypełniła. Poczuj błogość, przyjemność i radość zmysłowości i seksualności. Zobacz, że to dzieje się wszędzie na twojej planecie, bo bez tego planeta ta nawet by nie istniała.

Ukochany przyjacielu, czy widziałeś kiedyś jak małe dzieci nago biegają po polu i bez żadnego zastanowienia bawią się swymi intymnymi częściami? Czerpią z tego chwilę przyjemności, a czasami mogą dotykać siebie nawzajem. Nie ma w tym osądu. Jest tylko niewinność. A dorośli, widząc to, mówią: Czyż to nie urocze? Inni zaś reagują: O mój Boże, Karolku zakryj się! Nie można tak robić! Marysiu, opuść sukienkę!
Dlaczego? Czego boi się taki dorosły, jeśli nie samego Życia?
I nie czyń z seksualności czegoś wyjątkowego, podtrzymuj ją raczej w uświęconym stanie świadomości, w którym rozmyślnie postanawiasz usunąć się z drogi i pozwolić Chrystusowi kochać Chrystusa. Seksualność jest raczej dobrą rzeczą, jeśli tylko postanowisz użyć mocy swego jestestwa, by ją uświęcić, by mogła być święta. To bowiem, co jest święte, pozwala na wyłonienie się pełni. A to, co jest rozczłonkowane poprzez lęk, winę, poczucie braku, czy zwykłe pożądanie, prowadzi tylko do rozczłonkowania świadomości.
Błogosław seksualność. Pozwól, by została uświęcona. (...)
Ciało jest tylko narzędziem służącym komunikacji. Co zatem chciałbyś komunikować poprzez swoje doświadczenie seksualności?
Pokój z tobą, ukochany przyjacielu, a moją sugestią dla ciebie jest, byś cieszył się ciałem, póki go doświadczasz!"

Cóż za wspaniałe przesłanie! Nie wymaga komentarza. Absolutnie piękny obraz Jezusa wyłania się z tego tekstu.

Ludzie! Kochajmy miłość. Bądźmy nią. Niech seksualność tańczy nas wszystkich. Niech miłość uwalnia nas od lęku i pozwala cieszyć się Życiem bez względu na to czy jesteśmy w związku, w rodzinie, w celibacie... Wszystko otacza cudowna aura erotycznej, namiętnej Pełni, która cieszy się z dawania i brania. Odrzućmy wrogość wobec energii seksualnej, uznajmy jej świętość. Wtedy po części uznamy i własną świętość.


Seksu naszego powszedniego... daj dziś nam Panie.