Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 sierpnia 2020

Krótka notka o świadomości

Jeden z moich ulubionych momentów we własnej introspekcji czy w pracy z ludźmi to sytuacje, gdy ktoś otwiera oczy. Przez otwarcie oczu rozumiem moment świadomości, głębokiego "aha", rozpoznanie prawdy. Uchwycenie świadomością subiektywnej prawdy, rekonstrukcja sposobów myślenia o problemie jest uwalniająca i podnosząca na duchu. Prawda, która jest pogłębioną świadomością, koi, wzmacnia i pogłębia. W tym tekście owy moment oświeconego rozumienia będę nazywał świadomością. Świadomość można pogłębiać. Odwrotnością życia świadomego jest życie nieświadome, mechaniczne, płytkie i automatyczne.

Życie automatyczne oznacza znikomy brak świadomej uwagi w życiu. Człowiek-automat nie zauważa swoich zachowań, impulsów, myśli. Żyje odruchowo w zgodzie z zaprogramowanym umysłem. Brak refleksji nad sobą, nad swoim życiem, nad sensem swojego bycia i działania skutkuje powtarzalnymi wzorcami, które zapętlają się w cyklu odczucie-myśl-zachowanie. Wiele osób dziwi się jak to możliwe, że pewne niepożądane sytuacje powtarzają się w ich życiu. Nieświadome programy, nieuwolnione emocje generują powtarzalne nawyki. Zmiana nawyków, czyli w gruncie rzeczy transformacja samego bycia-w-świecie  prawdopodobnie nie jest możliwa bez udziału świadomości.

Bycie nieświadomym może sprawić, że staniemy się ofiarami cudzych oczekiwań, wpływów czy potrzeb. Nieświadomość jako brak refleksji nad sobą jest również uwięzieniem w wewnętrznej dyktaturze przymusu powtarzalnych reakcji. W takim stanie jesteśmy zewnątrz-sterowni. Świadomość - wiedzenie, że uczucie czy myśl pojawia się w nas jest doniosłym etapem rozwoju człowieka. Zdarza się, że to co rodzic powtarzał dziecku przez pierwsze sześć lat życia nigdy nie zostało zbadane, rozpoznane i przepracowane w dorosłym życiu. W przypadku braku świadomości nasze życie może stać się spełnianiem czyiś słów, życzeń, pragnień. W takich okolicznościach nietrudno o stanie się robotem. Słyszałem historię ludzi, którzy wybierali dany zawód, bo spełniali oczekiwania środowiska czy rodzin, w których żyli. Nieświadome mechanizmy są powtarzalne i mechaniczne. Im mniej świadomości, tym mniej poczucia życia po swojemu, a więcej nudy, niskiego poczucia wartości i smutku.

Dzieci są niezwykle chłonne i w swojej niewinności wszystko, co widzą i co słyszą przyjmują za oczywistą prawdę. W ten sposób powstają programy przekonań, a wraz z nimi emocjonalne odruchy, które w dużej mierze mogą warunkować zachowania, postawy i nawyki w dorosłym życiu. Można zauważyć, iż wielu ludzi żyje utartymi schematami, wypracowanymi jeszcze w dzieciństwie. Brak możliwości zakwestionowania czy transformacji programów myślowych wzmacnia odczucie nudy, mechaniczności, tracenia życia czy bycia ofiarą. Gdy odzyskujemy świadomość, mamy większe możliwości wyboru, a wraz z tym wzmacnia się nasza wewnętrzna moc - poczucie bycia ok i akceptacja, aż do okrywania miłości i jej mocy.

Życie automatyczne i nieświadome oznacza życie w konieczności, w przeznaczeniu,w ślepym losie. Jak pięknie to pokazał C.G. Jung świadomość u swoich początków była czymś wątłym i słabym. Była jak wyspa na oceanie nieświadomości. Świadome życie nie oznacza neurotycznej kontroli. Wyraża się raczej we wzroście akceptacji, poczucia integralności czy pogłębienia miłości. Nieświadomość bez udziału świadomego czynnika jest trwaniem w ślepym losie, w automatycznym matrixie, zaś wzrost czynnika świadomego odsłania wewnętrzną wolność jako źródłowy sposób istnienia. Z perspektywy psychologii jungowskiej twórczy dialog między świadomym a nieświadomym dobrze robi drodze rozwojowej człowieka.

Praca wewnętrzna, niezależnie od nurtu, szkoły czy technik, sprawia odzyskanie mocy, wzrost poczucia żywotności i budzenie uważności. Ludzie świadomi siebie, własnego wnętrza czy osobistych uwarunkowań stają niezależni i wolni. Relacje budowane na aksjomacie rozwoju świadomości przestają być przystawaniem, dopasowywaniem czy uzależniającym, lękowym łączeniem się w pary. Zaczynają się raczej jawić jako więzi, które są świętowaniem pełni i obfitości. Na niższych poziomach świadomości związki zbudowane są na braku i na potrzebach. Im wyżej w rozwoju relacje stają się celebracją pełni, dobrobytu i szczęścia. Być świadomym siebie i posiadać możliwość podejmowania decyzji wzmacnia autonomię i poczucie szczęścia. Odpowiedzialność jest możliwością odpowiadania rzeczywistości przez własne decyzje. Odzyskanie mocy wewnątrz człowieka wpływa pozytywnie również na samopoczucie, pracę i zdrowie.

Samoświadomość jest również życiem w kontakcie z tym, co ciemne, trudne i bolesne. Każda poważna szkoła zdobywania wiedzy o ludzkim wnętrzu spotyka się na swoich ścieżkach z śmiercią, cierpieniem i bólem. Wszystkie te przystanki w ludzkim życiu mogą być rozwijające i pogłębiające. Co zrobić by cień spotkany w introspekcji nie był destruktywny to już temat na inny tekst.

Istnieje przeogromna ilość korzyści rozwojowych, które płyną ze wzmacniania i rozwijania samoświadomości. Marzę, aby psychoedukacja czy treningi samoświadomości trafiły do szkół i uczelni jako ważne komponenty edukacji. Komputery, nowoczesne metody edukacji i tony wiedzy niekoniecznie niosą sens współczesnemu człowiekowi. Według badań depresja czy trudności emocjonalne młodzieży wzrastają z roku na rok. Może zamiast kolejnych egzaminów, ksiąg do przeczytania, oczekiwań do spełnienia - lepiej, gdyby więcej ludzi miało dostęp do wiedzy o ludzkim wnętrzu i mogło nauczyć się instrukcji obsługi radzenia sobie z własnymi uczuciami, myślami, zachowaniami.

Gdy zmienia się wnętrze pojedynczego człowieka, zmienia się cały świat.

„Bez samoświadomości jesteśmy jak niemowlęta w kołyskach”. (Virginia Woolf)

Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła. (C.G. Jung)

To co sobie uświadamiasz, to też kontrolujesz, to czego, sobie nie uświadomisz, kontroluję ciebie. (Anthony de Mello)

Dopóki nie uczynisz nieświadomego – świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem” (C.G. Jung)

„Aby zmienić osobę, należy zmienić jej świadomość siebie”. (Abraham Maslow)


niedziela, 24 listopada 2019

Utulone, czyli opowieść o mocy przyjęcia

Warsztaty profilaktyczne w jednej ze szkół gdzieś w Polsce. Klasa siódma. Uczniowie dobrze się znają, spędzają czas ze sobą. Można wyczuć atmosferę przyjaźni. Chętnie biorą udział w rozmowie i w odgrywaniu scenek. Mają dryg aktorski i są otwarci, by rozmawiać o uczuciach, o relacjach, o radzeniu sobie z sytuacjami trudnymi w życiu.

Pod koniec zajęć uczniowie mówią do siebie komplementy. Każda osoba słyszy o sobie pozytywne rzeczy bez udawania i bez naciągania. Chłopcy i dziewczyny mają na swoich twarzach uśmiechy czy łzy wzruszenia. Wyczuwa się atmosferę prostej, niesztucznej radości. W pewnym momencie chłopiec, który ma trudności w zachowaniu, którego tata był jakiś w więzieniu, a teraz tęskni za nim, bo jest za granicą, siada na krześle dobrego słowa. Uczniowie mówią miłe rzeczy na jego temat, a on zaczyna płakać. Pół klasy wstaje żeby go przytulić. Naturalnie, bez jakiejkolwiek instrukcji czy zachęty z mojej strony. Dobroć kolegów i koleżanek rozbraja go do końca. Łzy płyną strumieniami. Kilka osób zaczyna ze wzruszenia płakać, a ja płaczę razem z nimi.

Przytulili coś co niesamowicie potrzebuje miłości, akceptacji i wsparcia. Poczułem jakbyśmy razem przytulili-przyjęli zranioną część świata. Po warsztatach chłopak podchodzi do mnie. Przytulam go, a on mówi: bardzo pana polubiłem. Wracam do domu i zastanawiam się jak potężna moc przepłynęła przez grupę.

Przytulanie odrzuconych części w człowieku, w grupie, w świecie nie oznacza zawsze cudownych przeżyć, choć bez wątpienia często  mogą się pojawić. Przytulanie jest przyjęciem. Tam gdzie jest przyjęcie, tam jest integracja. Każdy kto pracował nad własnym wnętrzem wie, że im więcej przyjmie tego, czego nie lubi, nie akceptuje; tego, co odrzuca czy wypiera, tym bardziej odczuje siebie jako pełnego, przeżytego i będącego na swoim miejscu. Bardzo zwyczajnie zaczyna się wtedy żyć bez oczekiwań, bez wielkich presji czy bez blichtru kłamstw.

Czasem zdarzają się warsztaty jak te, o których piszę w tym tekście. Młodzi byli gotowi wejść głęboko i zabrali mnie tam ze sobą. Piękne i wzruszające. Wracam z radością i z wdzięcznością. Wiem, że to co zdarzyło się w tej grupie oddziałuje na wszystko. Jedno przytulenie tych części w nas, które potępiliśmy, wzmacnia wszystkie procesy przebaczenia w świecie. Nie jesteśmy wyizolowanym jednostkami. Oddzielenie jest iluzyjną percepcją. Wszystko, co robię oddziałuje na Całość.

Idę swobodnie. Oddycham głęboko. Zimny wiatr wieje intensywnie. Ostatnia łza wypływa z mych oczu. Radość. Spokój. Chcę tulić wszystkie części odrzucone w sobie, w grupach, w świecie. Odnawiam intencję niesienia pokoju i radości, a następnie idę wzmocnić głodne ciało pyszną strawą. Wiatr wieje. Szare niebo pachnie spokojem i ciszą umiłowania.

sobota, 26 października 2019

Siostra śmierć i jej mali przyjaciele

Warsztaty w klasie piątej. Dzieci z niebywałą energią pracują nad rozwiązaniem pewnej dramowej historii. Grupa jest niezwykle podekscytowana i pełna radości. Siedzimy w kręgu. Rozmawiamy o tym jak jest w klasie. Tematy krążą wokół nas jak planety wokół słońca. Przyjaźń, radość, zabawa, troska. Odrzucenie, smutek, pustka. Gdy grupa zawiązała się we wspólnym zadaniu i doświadczyła sukcesu, zaczyna dotykać tego, co trudne i bolesne. Tak jak u jednostki w procesie terapeutycznym, tak też w procesie grupowym: bezpieczeństwo, akceptacja, relacja sprawiają, że cień wychodzi na wierzch, chce być poznany i przyjęty.

Wprowadzam grupę we wzajemne przepraszanie. Następuje cisza. Włączam spokojną muzykę. Uczniowie wyczekują. Nagle za oknem słychać odgłos trąbki. To trąbka pogrzebowa. Uczeń siedzący obok mnie zaczyna płakać. Zalewa się łzami. Jego ramiona opadają nisko. Chłopiec płacze do samych trzewi. Nie wiem, co się dzieje. Pytam: Antek, co się stało? (imiona uczniów zmieniono). Chłopiec odpowiada: zmarła moja babcia, właśnie jest jej pogrzeb. Nastała cisza. Grupa siedzi w kompletnym milczeniu. Cisza.

Nie wiedziałem, co zrobić. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nieraz spotykałem się ze śmiercią i z towarzyszeniem ludziom, którzy przeżywali odejście swoich bliskich. Jednak kontekst tej sytuacji sprawił, że kompletnie nie wiedziałem, co zrobić. Wybąkałem coś w stylu: jest mi bardzo przykro. Podałem chusteczkę i zająłem się całą grupą.

Po chwili ciszy uczniowie zaczęli się przepraszać. Pojawiły się łzy. Ulga, oczyszczenie, szczere żałowanie wzajemnego wyśmiewania, bicia. odrzucania. Antek otrzymał wiele słów wsparcia od kolegów i koleżanek. Grupa skończyła warsztat z doświadczeniem przebaczenia i wzmocnienia więzi. Jednak we mnie samym pozostał obraz płaczącego Antka i moja niezdolność do reakcji z głębi serca na cierpienie tego chłopaka. Wyuczyłem się, że szkoła to raczej nie miejsce, gdzie mogę przytulić płaczące dziecko czy pozwolić otwarcie na żałobę.

Po czasie pytałem siebie: co z serca chciałbym dać temu chłopcu w tamtej chwili. Przytulenie. Utulenie. Pozwolić na wszystko, co działo się w tej sytuacji.

Kilka dni później, w drugiej klasie podstawówki podchodzi do mnie chłopiec i mówi: mój wujek wczoraj umarł. Patrzy na mnie i czeka. Jakiś czas później kolejne dziecko, potem następne, i następne... Zaczynam się zastanawiać. Przedziwna synchroniczność. W krótkim czasie sytuacja się powtarza. Musi za tym stać jakaś nauka dla mnie samego. Wcześniej takie sytuacje nie przydarzały mi się wcale na warsztatach z dziećmi.

Jeszcze inna szkoła. Dzieci w drugiej klasie podstawówki mówią o swoim marzeniu. Odpowiedzi idą po kręgu. Sebastian. Patrzy na mnie i mówi: chciałbym, żeby mój tata wrócił. Okazuje się, że chłopiec stracił ojca w wypadku samochodowym. Znowu nie wiem, co powiedzieć. Tym razem pozwalam sobie na tę niewiedzę. Jestem. Pozwalam na wszystkie uczucia, które pojawiają się we mnie i w grupie. Nie oporuję, nie szukam nerwicowo wyjścia z tej sytuacji. Uczniowie odpowiadają dalej. Piotrek. W przerwie dowiaduję się, że chłopiec jest dzieckiem adoptowanym. Piotrek mówi: chciałbym oddać moje marzenie Sebastianowi. Chciałbym, żeby mógł mieć nowego tatę. Łzy napływają mi do oczu. Piotrek rozumiał Sebastiana i dał mu wsparcie, którego nikt inny w tym momencie nie mógł dać temu maluchowi. Uczę się. Otwartość na to, co jest sprawia, że pole, w którym pracuję samo odpowiada i to o wiele bardziej adekwatnie niż mądrości tego oto rafała.

Wychodzę z warsztatu poruszony. Zrozumiałem tę lekcję. Nie mogę wszystkiego kontrolować. Grupa ma w sobie wielki potencjał. Najważniejsze bym robił przestrzeń i nie przeszkadzał.


Myślę nad dziećmi i ich doświadczaniem śmierci. I czuję w sobie niebywałe pragnienie, by mogły przeżywać śmierć wokół nas naturalnie. Śmierć jest częścią tego, co nazywamy życiem człowieka. Czytam fragmenty książek Elizabeth Kübler-Ross o śmierci. Coraz więcej rozumiem i widzę. Śmierć to coś absolutnie naturalnego. Tak jak po dniu następuje noc, tak po narodzinach następuje śmierć. Przez lata śmierć towarzyszyła mi jako dzielna towarzyszka, ograbiając mnie z wszystkich nieistotności, które nosiłem w sobie. I tym razem dotykanie śmierci przez uczucia i doświadczenia moich szkolnych przyjaciół przynosi piękno, prostotę i spokój. Natrafiam na cytat kobiety, która poświęciła swoje życie, towarzysząc ludziom w "przemijaniu tego, ciała" i zachwycam się:

"Aby się rozwijać nie potrzeba szukać żadnych wyjątkowych guru czy mistrzów duchowych. Nauczyciele sami do Was przyjdą pod wszelkiego rodzaju przebraniami; jako dzieci, osoby śmiertelnie chore, sprzątaczki. Wszystkie teorie i systemy naukowe świata nie pomogą człowiekowi w potrzebie tyle, co jedna istota ludzka, która nie boi się otworzyć przed nim swojego serca" (Elizabeth Kübler-Ross)

Młodzi przyjaciele z różnych szkół dali mi lekcję życia: otwarte serce to takie, które nie broni się przed niczym. Nie ma takiej potrzeby. Gdy pojawia w rzeczywistość coś takiego jak śmierć, mogę popatrzeć głęboko w nią samą, by stracić to, co zbędne. Co pozostaje? Co zostaje gdy znika ciało, umysł, świat? Czym jest to, co nigdy nie umiera?

Ach...

sobota, 27 kwietnia 2019

Kryzys cywilizacyjny, psychologia głębi i avengers

Przeczytałem kapitalną książkę. Psychoza czy opętanie  to wywiad Sławomira Rusina z Zenonem Waldemarem Dudkiem (jungistą, psychoterapeutą i psychiatrą). Muszę przyznać, że dawno nie spotkałem tak dobrej i wnikliwej analizy kondycji współczesnego człowieka w ujęciu integralnym.

Okładka książki jest wielce wymowna. Człowiek stojący jakby na jednej planecie jest otoczony jaskrawym światem, płynącym z odwróconego drzewa na drugiej planecie. Dla mnie metafora ta mówi o współczesnym człowieku, który pozostaje pod wpływem tego, co nieświadome (drzewo), choć nie zdaje sobie kompletnie z tego sprawy. Niewiedza o tym fakcie wpływa na niego sprawia nerwicową gorączkę duszy bądź psychotyczne rozszczepienie w mnogie ja. Książka opowiada o współczesnym kryzysie psychiczno-kulturowym i wskazuje sposoby na wychodzenie z obłąkania przez mądry kontakt z tym, co nieświadome. Autor z niebywałą gracją wprowadza czytelnika/słuchacza w meandry psychologii głębi, wyjaśniając jednocześnie status i kondycję psychiczną współczesnego człowieka. Zdaje się, że świadomość tego, co się w nas i wokół nas dzieje jest jednym z podstawowych czynników dojrzałości człowieka. Jeśli nie wiemy, co dzieje się w nas, nie znamy motywów naszych działań, nie kontaktujemy się się z tym, co nieświadome, to zapewne żyjemy automatycznie przeskakując nerwicowo po zakładkach internetowych albo bezmyślnie scrolujemy tablicę facebooka. Nigdy dotąd ryzyko życia powierzchownego i pozbawionego kontaktu z głębią nie było tak wysokie. Dlatego tak bardzo potrzeba w wychowaniu i edukacji zajęć z etyki, inicjacji w mądrość, nauki myślenia, poznawania baśni, pozytywnej profilaktyki, dociekań filozoficznych, zdobywania umiejętności interpersonalnych i nauki podstawowych zagadnień praktycznej psychologii itp.

Ostatnie miesiące pracuję warsztatowo w szkołach i od czasu do czasu po obserwacji dzieci i młodzieży zapala się w moim umyśle czerwona lampka. Widać wyraźną zmianę cywilizacyjną. Przewrót już się toczy. Wszechobecna technologia, nieobecni w wychowaniu rodzice, podstawowe trudności komunikacyjne u dzieci, wzrost zaburzeń i przepełnione szpitale psychiatryczne... Kryzys systemu edukacji to kolejna oznaka, iż to, co działało przez wieki powoli wypala się. Nikt za bardzo nie wie, dokąd to zmierza. Poziom dojrzałości w debacie społecznej nie zachwyca. Symboliczny okrągły stół staje się w sensie metaforycznym kwadratowy ze względu na nie zbyt wysoką umiejętność szacunku i dialogu w komunikacji czy w debacie społecznej. Warsztaty z podstawowych umiejętności interpersonalnych (tj. umiejętność dialogu, wyrażanie opinii i odczuć, aktywne słuchanie) są potrzebne dziś każdemu. Z mlekiem matki wypijaliśmy kiedyś zdolności relacyjne - dziś w sposób symboliczny mleko matki zastępuje ekran smartfona czy tableta. Mleko matki w sensie dosłownym i metaforycznym karmi głęboko, zaś technologiczne ekrany karmią powierzchownie. Mleko matki to pokarm duszy. Kultura bez kontaktu ze sztuką, z religią, z wartościami, z mitami, z baśniami karłowacieje i kurczy się. Gry i portale społecznościowe nie zastąpią wychowania i inicjacji w wartości czy w tradycję. Nie jest jednak za późno. Zrobić coś małego w swoim życiu dla innych to przysłużyć się całemu społeczeństwo.


W czasie lektury książki jedna z wypowiedzi autora poruszyła mnie mocno. Czytałem słowo po słowie i czułem jak ktoś nazywa moje własne obserwacje poczynione w różnych szkołach. Oto ten fragment:

"Po pierwsze, zagubienie jest dość powszechne już w najmłodszych grupach wiekowych, czyli cierpią na nie dzieci i młodzież. Dorośli przestali z miłością i troską wychowywać młode pokolenie. Bardzo często wydają swoje dzieci na pastwę nowych technologi, bo tego chce rynek bezkompromisowych korporacji i materialistów. Szkoły również nie przygotowują młodego pokolenia do dorosłego życia, bo zanikł etos zawodu pedagoga - nauczyciele z certyfikatami realizują papierowe cele, wymyślone przez oderwanych od realiów urzędników i ideologów.

Obecne młode pokolenie wychowało się na Harrym Potterze i Gwiezdnych wojnach i nie poszukuje wzorców moralnych ani w domu, ani w szkole. Szuka wskazówek życiowych na chybił trafił, a głównym obrzędem są ad hoc tworzące się obrzędy dionizyjskie, czyli eksperymentalny seks, narkotykowe tripy, trening alkoholowy dla nastolatek i tajemnicze spotkania z nieznajomymi w mediach społecznościowych. Rodzice są dziś często kumplami swoich dzieci, a w zakresie wychowania zagubionymi sierotami życiowymi. Nie są źródłem wiedzy o życiu dla swoich podopiecznych i fundamentem stabilnej tożsamości. Jako praktyk jestem pod wrażeniem wielkiej przemiany psychicznej w nowym pokoleniu. Myślę, że potrzebujemy zupełnie nowej psychologii integralnej, która objaśni, dlaczego tak wielu ludzi na progu dorosłości dysponuje osobowością naiwną, kryzysową lub graniczną" (Zenon Waldemar Dudek "Psychoza czy opętanie")

Cóż za niebywale trafne spostrzeżenia. Nie można chyba jaśniej i dobitniej nazwać tego, co dzieje się w młodym pokoleniu.


Rzadko oglądam filmy. Nie mają dla mnie takiej mocy jak sny, fantazje, rozmowy. Moja dusza niesie w sobie tak wiele treści, że ekranowe przygody zdają mi się wyblakłym cieniem wobec tego wewnętrzne. Analogicznie jak u Platona - idee same w sobie są w moim wnętrzu niebywałym skarbem i duszą, zaś jej wytwory (filmy, baśnie, mity) to cienie owych idei. Mimo tego dobry film może przynieść masę ciekawych rozkmin, zaś film, który oglądają masy mówi niebywale dużo o sytuacji społecznej i o psychice zbiorowej.

Jakiś czas temu obejrzałem Avengers Infinty War i muszę przyznać, że obraz w którym wszyscy superbohaterowie giną w końcowej fazie filmu bardzo mnie dotknął. Większość z superherosów nie ginie w walce. Zostają rozpuszczeni przez moc Thanosa, opanowanego manią porządkowania wszechświata przez selekcję istot (warto zwrócić uwagę na analogię między ideologią nazizmu, stalinizmu a sposobem myślenia Thanosa). Herosi w ostatniej scenie zamieniają się w proch. Nikt nie potrafi pokonać mocnego wroga, a zdolności do stworzenia teamu herosów również nie zachwycają. Jest to bardzo wymowny symbol tego, czym żyje świat zachodni. Zanikają autorytety, wartości, mity. Dziś każdy może zakwestionować w sposób destrukcyjny co tylko zechce. Mimo wszystko nadal dziwi mnie, gdy ktoś szuka w postaci Matki Teresy podstępu czy fałszu. Pieniądz, ekonomia i swobodna wolność - oto bogowie XXI wieku. W avengersach to, co zadziwia to niesłychana trudność w zjednoczeniu się wszystkich superbohaterów przeciwko destrukcyjnej mocy. Zachód rozkłada choroba pod nazwą: oderwanie od ziemi, od rodziny, od instynktów natury.

Współczesny młody człowiek jest w trudnej sytuacji znikania wzorców, archetypów, wartości, mitów (tak jak w avengersach znikają poszczególni superbohatereowie). Oczywiście w perspektywie psychiki obiektywnej (zbiorowej) wszystkie głębokie warstwy nadal istnieją i pulsują, chcąc przebić się do świadomości zachodniego homo sapiens. Nie tak łatwo zagłuszyć impulsywne, archaiczne wzorce, które przez wieki kierowały życiem społeczności. I tu prześwituje nadzieja. W każdym czasie znajdywały się osoby, które ruszały w głąb siebie, budując lepszy świat przez przebaczenie, głębokie więzi, uczciwość, zaangażowanie, pracę wewnętrzną, wzrost świadomości, refleksję itd.


Mimo niezbyt optymistycznej wizji jaką snuto w tym poście pozostaję człowiekiem nadziei. Ona każe mi wierzyć, że w człowieku istnieje moc, która przez cierpliwą wewnętrzną pracę może transformować świat. Możliwe, że wzrastające dziś dzieci, gdy otrzymają minimalne wsparcie, uwagę i szacunek obudzą się z majaków życia płytkiego i powierzchownego. Głębia bowiem nie potrzebuje zbyt wiele by przebudzić człowieka z życia powierzchownego i wypranego z sensu.