Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sens. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sens. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 sierpnia 2020

Krótka notka o świadomości

Jeden z moich ulubionych momentów we własnej introspekcji czy w pracy z ludźmi to sytuacje, gdy ktoś otwiera oczy. Przez otwarcie oczu rozumiem moment świadomości, głębokiego "aha", rozpoznanie prawdy. Uchwycenie świadomością subiektywnej prawdy, rekonstrukcja sposobów myślenia o problemie jest uwalniająca i podnosząca na duchu. Prawda, która jest pogłębioną świadomością, koi, wzmacnia i pogłębia. W tym tekście owy moment oświeconego rozumienia będę nazywał świadomością. Świadomość można pogłębiać. Odwrotnością życia świadomego jest życie nieświadome, mechaniczne, płytkie i automatyczne.

Życie automatyczne oznacza znikomy brak świadomej uwagi w życiu. Człowiek-automat nie zauważa swoich zachowań, impulsów, myśli. Żyje odruchowo w zgodzie z zaprogramowanym umysłem. Brak refleksji nad sobą, nad swoim życiem, nad sensem swojego bycia i działania skutkuje powtarzalnymi wzorcami, które zapętlają się w cyklu odczucie-myśl-zachowanie. Wiele osób dziwi się jak to możliwe, że pewne niepożądane sytuacje powtarzają się w ich życiu. Nieświadome programy, nieuwolnione emocje generują powtarzalne nawyki. Zmiana nawyków, czyli w gruncie rzeczy transformacja samego bycia-w-świecie  prawdopodobnie nie jest możliwa bez udziału świadomości.

Bycie nieświadomym może sprawić, że staniemy się ofiarami cudzych oczekiwań, wpływów czy potrzeb. Nieświadomość jako brak refleksji nad sobą jest również uwięzieniem w wewnętrznej dyktaturze przymusu powtarzalnych reakcji. W takim stanie jesteśmy zewnątrz-sterowni. Świadomość - wiedzenie, że uczucie czy myśl pojawia się w nas jest doniosłym etapem rozwoju człowieka. Zdarza się, że to co rodzic powtarzał dziecku przez pierwsze sześć lat życia nigdy nie zostało zbadane, rozpoznane i przepracowane w dorosłym życiu. W przypadku braku świadomości nasze życie może stać się spełnianiem czyiś słów, życzeń, pragnień. W takich okolicznościach nietrudno o stanie się robotem. Słyszałem historię ludzi, którzy wybierali dany zawód, bo spełniali oczekiwania środowiska czy rodzin, w których żyli. Nieświadome mechanizmy są powtarzalne i mechaniczne. Im mniej świadomości, tym mniej poczucia życia po swojemu, a więcej nudy, niskiego poczucia wartości i smutku.

Dzieci są niezwykle chłonne i w swojej niewinności wszystko, co widzą i co słyszą przyjmują za oczywistą prawdę. W ten sposób powstają programy przekonań, a wraz z nimi emocjonalne odruchy, które w dużej mierze mogą warunkować zachowania, postawy i nawyki w dorosłym życiu. Można zauważyć, iż wielu ludzi żyje utartymi schematami, wypracowanymi jeszcze w dzieciństwie. Brak możliwości zakwestionowania czy transformacji programów myślowych wzmacnia odczucie nudy, mechaniczności, tracenia życia czy bycia ofiarą. Gdy odzyskujemy świadomość, mamy większe możliwości wyboru, a wraz z tym wzmacnia się nasza wewnętrzna moc - poczucie bycia ok i akceptacja, aż do okrywania miłości i jej mocy.

Życie automatyczne i nieświadome oznacza życie w konieczności, w przeznaczeniu,w ślepym losie. Jak pięknie to pokazał C.G. Jung świadomość u swoich początków była czymś wątłym i słabym. Była jak wyspa na oceanie nieświadomości. Świadome życie nie oznacza neurotycznej kontroli. Wyraża się raczej we wzroście akceptacji, poczucia integralności czy pogłębienia miłości. Nieświadomość bez udziału świadomego czynnika jest trwaniem w ślepym losie, w automatycznym matrixie, zaś wzrost czynnika świadomego odsłania wewnętrzną wolność jako źródłowy sposób istnienia. Z perspektywy psychologii jungowskiej twórczy dialog między świadomym a nieświadomym dobrze robi drodze rozwojowej człowieka.

Praca wewnętrzna, niezależnie od nurtu, szkoły czy technik, sprawia odzyskanie mocy, wzrost poczucia żywotności i budzenie uważności. Ludzie świadomi siebie, własnego wnętrza czy osobistych uwarunkowań stają niezależni i wolni. Relacje budowane na aksjomacie rozwoju świadomości przestają być przystawaniem, dopasowywaniem czy uzależniającym, lękowym łączeniem się w pary. Zaczynają się raczej jawić jako więzi, które są świętowaniem pełni i obfitości. Na niższych poziomach świadomości związki zbudowane są na braku i na potrzebach. Im wyżej w rozwoju relacje stają się celebracją pełni, dobrobytu i szczęścia. Być świadomym siebie i posiadać możliwość podejmowania decyzji wzmacnia autonomię i poczucie szczęścia. Odpowiedzialność jest możliwością odpowiadania rzeczywistości przez własne decyzje. Odzyskanie mocy wewnątrz człowieka wpływa pozytywnie również na samopoczucie, pracę i zdrowie.

Samoświadomość jest również życiem w kontakcie z tym, co ciemne, trudne i bolesne. Każda poważna szkoła zdobywania wiedzy o ludzkim wnętrzu spotyka się na swoich ścieżkach z śmiercią, cierpieniem i bólem. Wszystkie te przystanki w ludzkim życiu mogą być rozwijające i pogłębiające. Co zrobić by cień spotkany w introspekcji nie był destruktywny to już temat na inny tekst.

Istnieje przeogromna ilość korzyści rozwojowych, które płyną ze wzmacniania i rozwijania samoświadomości. Marzę, aby psychoedukacja czy treningi samoświadomości trafiły do szkół i uczelni jako ważne komponenty edukacji. Komputery, nowoczesne metody edukacji i tony wiedzy niekoniecznie niosą sens współczesnemu człowiekowi. Według badań depresja czy trudności emocjonalne młodzieży wzrastają z roku na rok. Może zamiast kolejnych egzaminów, ksiąg do przeczytania, oczekiwań do spełnienia - lepiej, gdyby więcej ludzi miało dostęp do wiedzy o ludzkim wnętrzu i mogło nauczyć się instrukcji obsługi radzenia sobie z własnymi uczuciami, myślami, zachowaniami.

Gdy zmienia się wnętrze pojedynczego człowieka, zmienia się cały świat.

„Bez samoświadomości jesteśmy jak niemowlęta w kołyskach”. (Virginia Woolf)

Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła. (C.G. Jung)

To co sobie uświadamiasz, to też kontrolujesz, to czego, sobie nie uświadomisz, kontroluję ciebie. (Anthony de Mello)

Dopóki nie uczynisz nieświadomego – świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem” (C.G. Jung)

„Aby zmienić osobę, należy zmienić jej świadomość siebie”. (Abraham Maslow)


niedziela, 18 sierpnia 2019

Jeż, święty las i spotkanie z cieniem

Stał na skraju wielkiego i ciemnego lasu. Ścieżka zdawała się być krętą rzeką w stronę oceanu. Taką miał fantazję. Widział korony drzew kołysane chłodnym wiatrem, które w dziwny sposób wskazywały mu drogę. Zapraszały go, by wszedł. Wypłynąć? Czuł, że przyciąga go ta Cisza i jej  przedziwne szmery. Jednocześnie odczuwał lęk, który zdawał się mówić, że po wejściu w mrok tych drzew straci kontrolę nad swoim kruchym życiem. Kto wie może nic nie będzie już takie jak dawniej?


A jednak moc przyciągania wygrała z lękiem młodego jeża. Drobnymi krokami zmierzał w kierunku ciemnego lasu. W zanadrzu miał do dyspozycji ostre kolce na małym grzbiecie. Gdyby tylko ktoś chciał go zaatakowa, gotów był użyć natychmiast swojego arsenału obronnego. To dodawało mu otuchy i odwagi.


Wszedł. Wokół było dość ciemno i chłodno. Drzewa kołysały łagodnie koronami drzew. Porywisty wiatr milknął z minuty na minutę i jeż coraz wyraźniej słyszał obezwładniającą Ciszę. Przystanął na chwilę. Bezpieczeństwo Ciszy pozwalało na relaks i zatrzymanie się. Opuścił nastroszone i napięte igły, a łapkami dotykał mchu, który okazał się być niezwykle miły w dotyku. Zdawało się jakby między drzewami przepływał szmer łagodnej pieśni.

Nie musisz nigdzie już iść
przysłuchaj się uważnie

W tym lesie znajdziesz to
czego brakuje ci


Mały jeż przysłuchiwał się z pełną uwagą delikatności szmeru, który kołysał łagodnie całym lasem. W tym momencie nie miał żadnych wątpliwości. Coś przygnało go tu, by mógł poznać coś, czego mu brakowało. Przez chwilę wpadł w zadumę. Wszystkiego bowiem w swoim jeżykowym świecie miał pod dostatkiem. Pokarm, słońce, miłość... Przez jego ciało przeleciały wszystkie ciepła i ciepełka, których w życiu już doznał i które sprawiły, że cieszy się sobą. W świetle tego wszystkiego widział siebie jako niezwykle pozytywnego jeża. W ułamku sekundy poczuł zmęczenie całym tym bogactwem. Jakby ciężar dobra i ciepła przygniatał jego jeżykową duszę. Och... Gdyby można było to wszystko gdzieś zostawić... Myśl tak go zaskoczyła, że zamknął na chwilę oczy, by wsłuchać się w siebie.

Nagle coś poruszyło się między drzewami. Jeż otworzył oczy, nastroszył igły, napiął łapki. Był gotów walczyć albo uciekać. Przyglądał się drzewom i nagle zza drzew wyłonił się duży borsuk. W jednej chwili jeż podskoczył i zebrał się do ucieczki, jednak nie zauważył, że podczas przyjemnej medytacji jego nóżki zaplątały się w jakieś leśne pnącza. Padł na ziemię unieruchomiony. Borsuk spokojnie podszedł i popatrzył głęboko w oczy jeża. Nasz mały przyjaciel zobaczył przenikliwą głębię i spokój. Przestał się bać. Wiedział, że borsuk nie ma złych zamiarów. Dziwne.

- Zaplątałeś się troszkę - zagaił borsuk - pomogę Ci.

Po wydostaniu się z leśnej pułapki jeż stracił kompletnie ochotę na ucieczkę, poczuł narastającą ciekawość i chęć bycia przy swoim nowym znajomym.

Borsuk z jeżem przysiedli pod wielkim dębem i zaczęli rozmawiać. Dyskutowali na przeróżne tematy, poznając się przy okazji. Borsuk w przedziwny sposób poruszał myśli, które nie były zbytnio wygodne i przyjemne dla jeża. Sporo mówił o cierpieniu wielu leśnych istot, o tym jak drzewa obumierają, o tym jak stara się być z całą ciemną częścią natury. Jeż czuł jakby poznawał nowy świat. Nigdy wcześniej nie zwrócił dostatecznie uwagi na choroby, smutki, trudności, które są niezbywalną częścią Życia. Był pozytywnym jeżem i nie mógł się nadziwić jak to możliwe, że Życie, tak jak moneta, ma dwie strony: dobrą i złą.

Borsuk musiał być niezwykłym mędrcem. W oczach jeża jawił się jako ktoś niezwykle głęboki. Możliwe, że przeszedł wiele w swoim leśnym życiu i wiedział głębiej niż niejeden zwykły śmiertelnik. Po kilku godzinach rozmowy nie miał wątpliwości - borsuk był mędrcem tego lasu a Cisza chciała, aby to jego właśnie spotkał. Wraz z upływem czasu jeż poczuł, że w nim samym pojawia się przedziwny smutek, złość i bezradność. Zaczął płakać. Cień, który nosił w sobie stał się jawny i przejrzysty. Jego wyobraźnia wskazywała mu obrazy z przeszłości, w których doświadczył zła. Płakał. Widział śmierć swoich bliskich, wszystkie nieporozumienia, których doświadczył, własne słabości i trudy. Gdy po wielu dniach (tak! nasz jeż spędził w lesie bardzo dużo czasu) wypłakał już osobiste sprawy, poczuł jak zaczyna go dotykać ciemność całego świata. Borsuk, który mu towarzyszył w tym czasie, odchodził co jakiś czas w głębie lasu, po czym powracał, by być z jeżem. Jego obecność i przewodnictwo sprawiało, że jeż wiedział, że to, co się dzieje ważnym procesem. Borsuk niewiele mówił, wiele zaś słuchał. Jednak jego słowne czy nieme wskazówki były proste: Bądź! To wszystko jest w porządku. Wszystko co jest, może sobie być. Jesteś bezpieczny.

Jeż stał się niezwykle wrażliwy. Czuł lekkość. Odkrył w sobie nowe poczucie humoru. Stał się otwarty. Mniej uciekał od trudnych sytuacji w życiu. Wiedział, że Życie to dobro i zło, które splecione są ze sobą nierozerwalnym więzami. Wcześniej próbował żyć dobrą stroną, Dziś nauczył się, że Życie niesie, co ma nieść i w nim samym pary przeciwieństw: narodziny-śmierć, radość-smutek, przyjemność-ból, dobro-zło mają swoje miejsce.

Wdzięcznym krokiem wyszedł z ciemnego lasu i wrócił do swojej codzienności. W jego myślach zaś słyszał głos borsuka....



Życie jest doświadczaniem dobra i doświadczaniem zła. Uciekanie od tego, co człowiek nazywa złem: choroby, śmierć, trudy jest uciekaniem od samego życia. W sensie psychologicznym powiedzenie, że "Bóg jest dobry" jest dualizmem i odcięciem od Życia. Bóg jest i dobrem, i złem. Absolutne jest doświadczeniem całkowitości Życia. Rzeczywistość, którą nazywamy Bogiem jest otwartą, nieskończoną Przestrzenią, w której tańczą wszystkie doświadczenia - i dobre, i złe.
Sens teologiczny i moralny mówi, że Bóg jest dobry, czy też jak u Augustyna: Bóg jest najwyższym dobrem. Nie przeciw teologii występuje nasz borsuk i jego święty las. Psychologicznie rzecz ujmując twierdzenie "bóg jest dobry" dla wielu współczesnych wyznawców znaczy: Bóg jest w dobrobycie, w szczęściu, w uśmiechu. Nie ma go w Cieniu Życia. Jednak doświadczenie mistyków pokazuje, że to, co nazywamy boskością jest we wszystkich doświadczeniach człowieka.
Dlatego przeżyć co jest do przeżycia, choć logicznie jest tautologią, to egzystencjalnie wyraża głęboką prawdę. 

Wszystko, co jest, może sobie być.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Dezintegracja pozytywna, czyli gdy wewnątrz jest nie tak jak miało być

Nerwowość, apatyczny nastrój, gorzkie poczucie "jest nie tak", głęboki smutek, niechęć do życia, strach, osamotnienie, nadpobudliwość, niekontrolowane odruchy wewnątrz psychiczne, rozwinięty krytyk wewnętrzny, pragnienie nieistnienia... Te i inne stany dotykają w różnym stopniu ludzkość od zawsze. Różne są interpretacje i sposoby radzenia sobie z "cienistą krainą ludzkiego cierpienia". Religie, psychologie, psychoterapie rozwijają własne systemy rozumienia bólu psychicznego. Czasem prowadzą w wyzwalaniu i integracji cienia, czasem przez skostniałe i wąskie systemy przekonań zatrzymują człowieka w rozwoju i przywiązują nieświadomie do cierpienia.  

Zdaje się, że wraz z narodzinami świadomości, narodziło się cierpienie w człowieku. Wraz z samoświadomością ("ja jestem ja") pojawiło się tajemnicze, osobnicze i zbiorowe nie-ja, a z nim cały świat nie-ja (nieświadomości, niewiedzy czy treści psychicznych nieznanych dla "ja"). W tej podstawowej dychotomii "ja" - "nie-ja" pojawiło się rozbicie, cierpienie i trud. Czy to pesymistyczne? Raczej nie. Zdaje się, że to realistyczne. Wraz z cierpieniem pojawiła się możliwość rozwoju czy też ewolucji człowieka, aby mógł poznać samego siebie, aby mógł pokochać i poznać również "nie-ja", całą przestrzeń tego, co nieświadome. I od tego należałoby zacząć: człowiek i ludzkość dotyka rozwój, a jego skutkiem ubocznym w pewnej mierze jest cierpienie.

Chcę w tym tekście zaproponować pewną metodę rozumienia i pracy wewnętrznej, która w moim odczuciu może wnieść wiele życiodajnego sensu do egzystencji człowieka. Cierpienie rozumiem jako wewnątrz psychiczną nadpobudliwość i dezintegrację jakiegoś poziomu życia psychicznego. Jednak owo cierpienie rozumiem jako głęboko sensowne i ważne w drodze do pełni bycia człowiekiem. Cierpienie to tylko szczebel w drabinie ewolucji człowieka, który trzeba przejść, aby iść wyżej. Nie będę więc tu gloryfikował udręk, bólu i zmagań. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że w dużej mierze cierpienie jest zwyczajnie potrzebne, by zrobić swoją pracę i odejść. Tekst zawiera osobiste przemyślenia na temat cierpienia, które zawdzięczam inspirującym tekstom i badaniom wielkich ludzi, tj. Victor Frankl, Abraham Maslow, Ken Wilber, Pierre Teilhard de Chardain czy Carl Gustaw Jung. Tytułowy termin "dezintegracja pozytywna" zaczerpnięty jest z teorii słynnego polskiego psychologa i filozofa Kazimierza Dąbrowskiego. Jego rozumienie rozbicia wewnątrz psychicznego postaram się wyjaśnić i wpisać w rozwój człowieka. Rozumienie cierpienia i jego sensu w największej mierze zawdzięczam dwóm założycielom wielkich religii: Jezusowi Chrystusowi i Gautamie Buddzie. Mimo trudności w dotarciu do esencji nauczań tych wielkich ludzi (doktryny religijne i przekaz ustny osłabiają moc tych przesłań) zdaje mi się, że obaj dali mi wiele intuicyjnego i wewnętrznego poznania (przez odczytywanie tekstów spisanych przez ich uczniów, a także z samego osobistego doświadczenia medytacyjnego i wglądowego).

Przejdźmy do sedna tematu. Dezintegracja pozytywna. Zdaje się, że w samym sformułowaniu spotykamy paradoks. Dezintegracja bowiem kojarzy się z czymś negatywnym, rozbijającym, kwestionującym zastany porządek i rozumienie. Integracja, pełnia, porządek, harmonia - oto cechy pozytywne, chciane i lubiane przez człowieka. Światowa organizacja zdrowia (WHO) podaje definicję zdrowia psychicznego jako pełnego dobrostanu fizycznego, psychicznego i społecznego człowieka. Sama w sobie jest ona niezwykle pozytywna i kreśli niebywale piękny ideał. Jednak życie codzienne milionów ludzi jest i dziś opatrzone zmaganiem i trudem istnienia. Dlatego też K. Dąbrowski i inni zaproponowali, że drogą do pełni i integracji jest również dezintegracja, a z nią niedojrzałość, nadpobudliwość i zmagania. Dezintegracja pozytywna oznacza więc pewne stany lękowe czy depresyjne, które pracują w człowieku dla jego dobra. Zdolność rozumienia tych stanów, odczytywania ich informacji w wyzwalaniu człowieka stanowi zasadniczą kwestię. Nurt psychologii humanistycznej wskazuje na to, iż nadpobudliwość psychiczna nie jest procesem chaotycznym, bezsensownym i zbędnym. Istnieje szerokie podejście wskazujące na to, iż cierpienie psychiczne jest nie tylko pełne znaczeń i informacji, ale prowadzi do odkrywania sensu życia (V. Frankl, C.G. Jung, A. Mindell).

Jak możliwa jest dezintegracja pozytywna? Otóż K. Dąbrowski  w swojej książce "Trud istnienia" ukuwa pojęcie wielopoziomowości rzeczywistości psychicznej. Oznacza to, że człowiek z jednopoziomowej istoty staje się zróżnicowaną, wielopoziomową jednostką, a wraz z nią przejawia bogactwo uczuciowe, myślowo-ideowe i twórcze. K. Dąbrowski przebadał wielkich artystów, badaczy, ludzi twórczych i zauważył pewien znaczący związek między nadpobudliwością psychonerwicową a życiem twórczym. Wielopoziomowość wzrasta wraz z rozwojem człowieka dzięki tajemniczemu procesowi transcendencji. Pojęcie to oznacza, iż w człowieku istnieje zdolność rozwoju przez przekraczanie kolejnych poziomów percepcji, poznania czy adaptacji społecznej. Przyjrzyjmy się teraz fenomenowi narodzin człowieka. Pobieżna obserwacja noworodka wychodzącego z łona kobiety pozwala nam stwierdzić, iż krzyk dziecka spowodowany jest prawdopodobnie niebywałym szokiem i skokiem rozwojowym. Jakiś czas temu w jednej z konferencji na youtubie słuchałem o tym, iż badania mówią o niebywałym wzroście połączeń nerwowych w mózgu nowo narodzonego. Z jednopoziomowej jedni noworodek-matka powstaje oddzielny człowiek. Oczywiście na potrzeby tekstu dokonujemy tu uproszczenia. Życie niemowlęce a potem wczesnodziecięce to szereg procesów usamodzielniania się i rodzenia się ego małego człowieka.
Powszechnie wiadomo, że ludzie nierozwinięci psychicznie (jednopoziomowość psychiki) nie są w stanie zrozumieć innych, mają trudności z empatią, mogą zadawać ból innym bez doświadczenia poczucia winy i wstydu. Psychotyk-egotysta nie widzi w świecie żadnej głębi, dlatego też za wszelką cenę zaspokaja jedynie najprostsze potrzeby samozachowawcze (pożywienie, seks, zachowanie życia), nawet za cenę życia innych. Im wyższy poziom rozwój tym człowiek szerszej i głębiej widzi rzeczywistość, potrafi indywidualnie podchodzić do każdej relacji, a więzi, które buduje posiadają bogactwo przeżyć, sensu i wzajemnego szacunku. V. Frankl zauważył, że w obozach zagłady były jednostki, które przejawiały zachowania prospołeczne i empatyczne; potrafili dzielić się z innymi kawałkiem chleba czy dobrym słowem za cenę własnego zdrowia czy życia. Oznacza to, że w obrębie ich świata psychicznego istniały "wartości wyższe" takie jak samorealizacja, potrzeby estetyczne: piękna, harmonii, pokoju między ludźmi czy poznawcze: wiedzy, rozumienia. 

Rozwój człowieka dokonuje się więc również dzięki cierpieniu. Ono nie pozwala zostać nam na danym poziomie rozwojowym i choć marzeniem człowieka pozostaje rajski eden wewnątrz psychiki i w świecie, to drogą do niego nie jest ucieczka, konsumpcjonizm czy zaspokajanie podstaw egzystencji (tzw. samozachowawcze potrzeby: seks, jedzenie, przetrwanie), a pójście za zjawiającym się w psyche doświadczeniem cierpienia. które prowadzi wyżej. Nie trzeba go szukać. Przychodzi samo z siebie. W doświadczeniu człowieka bezradność, ból, brak sensu czy depresyjny nastrój sam w sobie jest bezsensu. Jednak w perspektywie przejścia przez niego, staje się on sensowny, konieczny i z gruntu rzeczy oczywisty. Z dystansu możemy zobaczyć sens tego, co nam się przydarzyło.

Podstawowym sposobem pracy z dezintegracyjnym cierpieniem w człowieku pozostaje dialog, szacunek i bliskość z nim samym. Homo sapiens ucieka od "ostrza bólu i zmagań". Jednak mechanizm obronny w postaci ucieczki, odwleka i wzmacnia jedynie nieproszonego gościa, który puka do drzwi świadomości psyche. Warto więc zatrzymać się nad codziennym złym nastrojem, złością czy głębokim smutkiem. Co mówi to doświadczenie? Jaką pracę ma do wykonania? Współczesny rozwój szkół psychoterapeutycznych i wzmożonej praktyki klinicznej pokazują pragnienie człowieka, by poznać i zrozumieć siebie. Przestrzeń dla "dezintegracji pozytywnej" to również przestrzeń na twórczość. K. Dąbrowski badając życie psychiczne różnych artystów ukazuje niebywałą wartość nadpobudliwości psychicznej w pracy twórczej. Wiele wspaniałych dzieł powstało dzięki ciemnym nocom psyche. A. Storr w "Samotność. Powrót do jaźni" pokazuje jak istotną rolę w twórczej pracy wybitnych jednostek ogrywa samotność i czas w którym człowiek spotyka się z wewnętrznym światem subiektywnych odniesień i wartości.

Tabletki, leki i środki otępiające cierpienie niosą ulgę i same w sobie są dobrym odkryciem ludzkości. Jednak nie one poniosą nas na wyżyny ewolucji ludzkiej świadomości. Jeśli człowiek chce iść do przodu w poznaniu siebie i w zrozumieniu swej wielkiej roli w świecie niezbędnym jest, żeby afirmował, przyjął i przytulił cierpienie własne i innych. Tak jak Matka Teresa tuliła chore i cierpiące dzieci z pełną czułością i oddaniem, tak i my ludzie XXI wieku musimy przytulić ból, osamotnienie i trud własnego życia i innych. Wszystko by się rozwijać. Masochizm czy duma z cierpienia jest zatrzymaniem w drodze.

W tym miejscu przypominają mi się momenty z przeszłości, gdy karmiłem niepełnosprawnych, przewijałem chorych w szpitalu czy wycierałem łzy cierpiącego człowieka. Wszystkie te chwile uczą mnie, że szacunek, akceptacja i wyjście z własnego ja przyczyniają się do rozwoju siebie i świata, w którym żyję. W drogę przyjaciele! Życie samo prowadzi nas w górę!

Zakończmy pięknym tekstem K. Dąbrowskiego "Przesłanie do nadwrażliwych":

Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi 
za waszą czułość w nieczułości świata 
za niepewność wśród jego pewności
Bądźcie pozdrowieni 
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że odczuwacie niepokój świata 
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie

Bądźcie pozdrowieni 
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata 
za wasz lęk przed bezsensem istnienia

Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym 
i praktyczność w nieznanym 
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich 
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą twórczość i ekstazę 
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno

Bądźcie pozdrowieni 
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane 
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości 
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że jesteście leczeni 
zamiast leczyć innych

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana 
przez siłę brutalną i zwierzęcą

za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego

za samotność i niezwykłość waszych dróg

bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi




sobota, 29 września 2018

Sen(s), tunel, ego i... porządek istnienia!


Śnienie to rzecz ważna. A nie przepraszam! Śnienie to nie jest statyczna rzecz. To tańczący, pełen znaczeń proces. Wbrew pozorom sny mają swoją realność. Świat współczesny zakochany jest w materii, w osiąganiu, w realizmie, w naukowości. Nie interesują go sny, fantazje, wizje i wglądy. Zostały one przeniesione do sfery subiektywnej i nazwane zwykłą mrzonką, iluzją, fanaberią. Schizofrenik, jak i mistyk, to osoby zwyczajnie chore dla takiego światopoglądu. Świat wewnętrznych sensów, odczuć, struktur i treści psychicznych nie jest ani ceniony ani nawet zauważany. Głębokie życie psychiczne zostało w większej części społeczeństwa zepchnięte na bok i odzywa się jedynie przez nieprzyjemne symptomy, takie jak: lęki, pragnienia, neurotyzmy czy psychotyzmy. Leczy się je głównie lekami wspomagającymi biologicznie. Jednak człowiek to nie tylko ciało czy osobowość. Odradzanie co rusz psychoterapii czy religii świadczy o tęsknocie człowieka za własnym wnętrzem.
Człowiek bez sensu ubożeje. Victor Frankl i jego terapia  z egzystencjalnym sensem w roli głównej daje nam taki oto paradygmat pełni życia: człowiek jest w stanie przejść największe cierpienie, jeśli w jego horyzoncie poznawczym jest obecny sens. Daje on siłę do życia, napełnia codzienność miłością, spokojem i zdolnością do pokonywania trudności czy progów rozwojowych. Sens jest tajemnicą, która jest podstawą egzystencji spełnionej. "Nie mam po co żyć" to stwierdzenie pochodzące z głębi życia pozbawionego sensu. Sens nie jest tylko i wyłącznie jakimś bliżej określonym celem. Może oczywiście przejawiać się w jakichś sprecyzowanych celach (typu: życie zawodowe, założenie rodziny, zdobycie jakiejś góry). Jednak w swej istocie sens jest egzystencją pełną znaczeń i symboli, w których człowiek-pełen-sensu żyje, porusza się i jest obdarzany mocą ich odczytywania i asymilowania. Świat w tej narracji jawi się jako liturgia swoistych sensów, które czekają na odkrycie i podróż w kierunku Nieznanego. Jest to życie swoiście religijne, choć wcale nie musi być związane z jakimś konkretnych kościołem, wspólnotą czy wyznaniem.

Wracając do śnienia. W snach objawiają się "sensowne znaczenia". Sen jest jakby listem, który wysyłany jest z nieświadomości do świadomości człowieka. Gdy zasypiamy zanurzamy się w przedziwną ciszę istnienia. To, że w czasie snu nie mamy świadomości istnienia własnego ja, nie oznacza, że nie istniejemy. Istniejemy! W tej ciszy bycia przytrafiają się nam przeróżne sny. Czasem ludzie, którzy nie mają kontaktu z sobą nie śnią w ogóle bądź ich sny są jedynie chwilowymi, niezauważonymi plamami na ekranie życia. Jednak sen może stać się drogą do siebie samego. Sen może pomóc nam w odkryciu sensu o którym się nam nie śniło :)

Chcę się tu podzielić jednym z ostatnich moich snów. Analizy snów uczę się od dawna. Sny w pewnej mierze prowadziły mnie przez życie. Były sny, które pokazywały mi moje kompleksy, wyparte emocje czy destrukcyjne mechanizmy. Śniłem również znaczenia, które pomagały mi podejmować decyzje. Sen jest jak mędrzec, który prowadzi przez życie. Gdy byłem dzieckiem śniłem, że staję naprzeciwko jakiegoś pięknego drzewa, którego strzeże potężny lew. Czułem, że muszę doświadczyć "tego drzewa", ale muszę pokonać tego lwa czy też stać się nim. To był sen istotny i głęboki, w pewnej mierze dany mi na całe życie. Określał bowiem mit życiowy, który żyje mnie od wielu lat.

Teraz przytoczę sen z ostatniego czasu, a z nim swoisty sens. Śniłem, że stoję na jakiejś powierzchni i zostaję zaproszony przez jakąś tajemniczą postać do wskoczenia do tunelu. Wyglądał on jak rura czy bardzo długa zjeżdżalnia, którą można spotkać w basenach. Wszedłem w niego niepewnie. Nagle zacząłem spadać czy też zjeżdżać z dużą prędkością w dół. Po drodze minąłem jakiegoś człowieka, który próbował wrócić na powierzchnie, ale bez skutku. Wypadłem ze zjeżdżalni w wielkie pomieszczenie pełne rozmaitych przedmiotów. Było to miejsce, które wyglądało jak ogromny sklep albo magazyn. Wokół kręciło się wiele osób, ale żadnego z nich nie mogłem rozpoznać. Wszystkie wydawały mi się tak przyjazne, dobre, pełne ciepła. Pracowały z radością. Ustawiały przedmioty, dbały o porządek. Nagle ze mnie samego pojawiła się ni stąd, ni zowąd chęć niszczenia tego miejsca. Ze splotu słonecznego wylatywała w kierunku półek i regałów moc niszczenia, agresja, gniew. Przewracała ona półki i rozrzucała ustawiane tam rzeczy. Postaci z magazynu spokojnie, bez niepokoju i lęku porządkowały niszczone przeze mnie przestrzenie. Było w nich tyle ciepłe i miłości! Po chwili zrozumiałem, że nie mam takiej siły, żeby zniszczyć cały ten "podziemny świat". Poddałem się. Sen się skończył.

Gdy szedłem wczesnym rankiem do pracy analizowałem ten sen. Na początku wyobraziłem sobie, że mam terapeutę (bądź też nawiązałem kontakt ze swoim wewnętrznym terapeutą) i zacząłem opowiadać mu własny sen. Po kilku minutach znalazłem sensowną interpretację tego snu. Oto moje własne ja (ego) przez tunel dostało się do "podziemnego świata" (nieświadomości), który jest nieznany dla powierzchowności ego. Moje ja mogło przez chwilę zobaczyć, że jest jedynie małą wysepką na tym świecie. Świat podziemny to świat sensów, które pracują we dnie w nocy. Głęboko pod moim ja istnieją struktury, postaci ze snu, treści, które żyją i są realne! Mówi mi to, że jestem czymś więcej niż ja (ego). Ten podziemny świat również jest "mną" czy też żyje we mnie. Drugą uderzającą rzeczą w tej interpretacji było odkrycie, że istnieje we mnie siła, która niszczy, która lubi pławić się w nieszczęściu i w niedoli. Jednak "pod spodem mojej zdolności rozumienia" żyje miłość, która prowadzi cały świat. Harmonia i ład świata przekracza moją zdolność rozumienia. Śmierć, huragany czy wojny zdają się mówić, że świat nie ma ani sensu ani prowadzenia ani niczego, co go spaja! Jednak myśl ta przy bliższym spotkaniu wydaje się być ograniczona i wąska. Dla mnie ten sen(s) dał mi doświadczenie i zrozumienie, że jestem niesiony przez Większą Siłę niż moje ja i jego nawykowe schematy. Tak jak w doświadczeniu Pawła z Tarsu: "Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. (Rz 8, 28)". Można to przetłumaczyć inaczej: "Wiemy zaś, że z miłującymi Boga wszystko wspópracuje ku dobru, z tymi będącymi powołanymi z wcześniejszego postanowienia" (tłum. własne, druga część zdania jest niepoprawna stylistycznie). Tłumacząc to z języka chrześcijan można powiedzieć, że istnieje tajemnicza Siła (w religiach nazywana Bogiem), która niesie Dobro (agathon) i pracuje mając w objęciach czas (przyszłość-"będącymi", teraźniejszość- "współpracuje", przeszłość- "wcześniejszego postanowienia"). Jednak owa współpraca/współdziałanie jest większa niż nasz mały, wąski, codzienny umysł.

Nowy sen(s) dał mi powiew spokoju. Wraz z nim zrozumiałem, że sytuacja, w której się znalazłem teraz, to nie przypadek. "Coś" dba o wszystko. Mogę spokojnie żyć i nie martwić się o jutro. Zaś niszczące mechanizmy wewnątrz mnie nie mają siły, żeby zniszczyć sen(s) i jego przychodzenie. Sens jest niezniszczalny w swej istocie.