Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiana. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 listopada 2020

Nowoczesność, jej blaski i cienie

Lubię pisać o świecie, o tym, co się dzieje i jakie to ma znaczenie dla człowieka i dla ludzkości. Zadziwia mnie to. Na codzień utożsamiam się z postawą introspekcyjną - bycia w sobie. Świat myśli, uczuć, mechanizmów psychicznych, głębin nieświadomości jest dla mnie jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń codzienności. Uwielbiam być w kontakcie jeden na jeden z innymi. Kocham świat medytacji, snów i odśrodkowych olśnień. Zadziwia mnie więc jak bardzo ciągnie mnie do pisania o procesach w świecie, o przemianach w dziejach, o rozwoju ducha w kosmicznym tańcu ewolucji. Introwersja pisząca o ekstrawersji. A jednak... Możliwe, że von Franz, pisząc o wielkim Freudzie, napisała coś trafnego o prostym Rafale i o każdym, kto lubi w różny sposób tworzyć. Osobowość, która na codzień jest introwertyczna, w swoich dziełach staje się ekstrawertyczna. Nie od dziś wiadomo, że psychika dąży do równowagi (fachowo nazywa się to kompensacją). Część naszych nieświadomych pomyłek, kłopotów czy nawet chorób to wezwanie do równowagi. Mądrość płynącego i żywego procesu psyche wzywa nas do zauważenia innej części naszych osobowości. Natura naszej psychiki jest dynamicznym procesem homeostatycznym. W związku z tym dam się porwać indywidualnym procesom mojego wnętrza i napiszę kilka słów refleksji o współczesności i jej córce nowoczesności. Obie zachwycają mnie nowością, którą wnoszą w świat. Jednocześnie zaś jak to bywa z młodością - nie znosi ona kompromisów i nie pyta o wczoraj, dlatego też ważne, żeby otoczyć ją dorosłą refleksją, która widzi nie tylko, co można zrobić, ale i to czego nie można albo i nawet nie wolno robić. Dla młodości granice nie istnieją, dlatego też potrzebuje ona mądrej dorosłości, która ujmie w ramy to, co energicznie nowe i dążące do zmian. W procesie dziejowym możliwe jest objęcie nowoczesności i jej nowości. Zdaje się, że wszystko, co do tej pory wypracowaliśmy nie może zostać odrzucone. Mądrość dziada i pradziada, baby i prababy nie może zostać odrzucona. Ryzykujemy w ten sposób zachwianie granic w jednostce i w społeczności, co możemy dobitnie zauważyć w rodzinach, w których granice nie są uznawane.

Współczesność kojarzy się z przyśpieszeniem, z wielozadaniowością, z rozwojem technologii i z komunikacją internetową 24 godziny na dobę. Możemy napisać czy zadzwonić do przyjaciół na drugim krańcu świata, studiować on-line, zrobić zakupy czy spotkać miłość swojego życia w social mediach czy na portalach randkowych. Świat przyśpieszył. Jasną stroną tego przyśpieszenia jest to, iż mamy więcej czasu niż ludzie żyjący setki lat temu. Dziś czas staje się większym zasobem niż pieniądz. Nie musimy walczyć o byt, o przetrwanie jak nasi przodkowie. Oczywiście dysproporcje społeczne istnieją i nie wszyscy w równym stopniu są aż tak uprzywilejowani. Mimo to współczesność daje możliwości. Mamy potencjały, o których sto lat temu mogliśmy jedynie śnić. Możliwe, że owe sny-marzenia wprowadzają nas w jeszcze szybszy świat informacji czy też postinformacji. Jednocześnie dzięki większej ilości czasu dla siebie, współcześni ludzie nieustannie studiują, uczą się, rozwijają. Psychoterapia czy treningi mentalne nie są już dziś wyłącznie dla osób zaburzonych czy chorych. Chcemy rozwijać się i poprawiać jakość naszego świata. Do niedawna w meandry rodzicielstwa wprowadzała matka, babka i rodzinna społeczność. Dziś sposób rodzicielstwa to wybór rodziców, którego dokonują na bazie obserwacji własnej rodziny, swoich preferencji, wiedzy internetowej i kursów on-line.

Jednocześnie przyśpieszenie odrywa nas od ziemi. Żyjemy w rzeczywistości chmury internetowej, w której spotykamy się z innymi, gratulujemy zaręczyn czy zachwycamy się zdjęciami nowonarodzonych dzieci przez komunikatory. Mogą dzielić nas setki kilometrów, a jednak jesteśmy w ciągłym kontakcie. Ostatnio z przyjacielem, który mieszka w innym mieście niż ja, pisaliśmy wspólny tomik poezji. Połączenie, uczucia, wizje były prawdziwe. Krytycy wirtualnego świata nie rozumieją, że choć nie jest on fizyczny, związany z doświadczeniem cielesności, to jest prawdziwy. Świat Internetu jest realny w tym sensie, że wpływa bezpośrednio na nas i umożliwia konkretną twórczość czy doświadczenia. 

Oderwanie od ziemi i do materii jest jakby drugą stroną nowoczesności. Wiem, co mówię. Mieszkam w stolicy, na drugim piętrze pewnej starej kamienicy, spędzając wiele czasu w Internecie na konsultacjach, zajęciach, pisaniu i tworzeniu. Gdy jadę na wieś do rodziny dotykam ziemię z dreszczykiem, z czcią i z przyjemnością. Robię to jakbym spotykał zapomnianą przeze mnie mityczną matkę. Na codzień nie oram ziemi, nie pracuję w materii. Dla homoostazy potrzebuję wyjść z facebooka, z zooma czy z książki czytanej na tablecie. Ponownie objawia się tu mądrość samej pyche. Nowoczesność w dużej mierze płynie na fali Internetu. Dziś mamy już do czynienia z  web 3.0, który nie tylko jest przestrzenią biernego czytania czy oglądania, ale i  aktywnego udziału przez użytkownika w dzieleniu się informacjami, sprzedażą, marketingiem. Można powiedzieć, że mamy tu do czynienie z kolejnym dobrodziejstwem, które musi być jednak uzupełniane kontaktem z naturą, z ziemią, z dotykalnymi relacjami, z archaicznymi uczuciami mitów, baśni czy religii i bezpośrednim, fizycznym kontaktem.

Nowoczesność ma wiele kolorów. Niedawno z jednym z uczniów z liceum, w którym pracuję, w ramach konsultacji filozoficznych, rozmawialiśmy o współczesności. W którymś momencie mój młody przyjaciel stwierdził, że współczesność to w dużej mierze indywidualizm. Możemy żyć, jak chcemy. Właściwie to dzisiejsze wezwanie rzucane młodemu człowiekowi wyraża się w maksymie: wybierz swoją ścieżkę i nią podążaj. Musisz wybrać sam. Jesteś odpowiedzialny za swoje życie. Indywidualizm to ścieżka współczesności, to swoisty imperatyw moralny czy etyczna podstawa. Indywidualizm na naszej planecie nie był oczywistością. Przedziwne połączenie zachodnich podstaw cywilizacji: chrześcijaństwa, greckiej filozofii, rzymskiego prawa i oświeconego rozumu (wraz z nim rozwoju nauki, medycyny, technologii) przyniosły rozkwit indywidualizmu. Ludzie przez dziesiątki tysięcy lat żyli stadnie i żeby przetrwać trzymali sztamę z własnym rodem, z plemieniem. Rodzina i jej prawo, zwyczaje, totem wartości i sensów były centralnym prawem i osią życia. Dziś na skutek nabrania osobistej mocy wielu ludzi nie boi się chodzić własnymi drogami, nawet jeśli oznacza to niechęć rodziny czy społeczności. Dziś chodzenie własną ścieżką jest nakazem i obowiązkiem moralnym. Wyzwań i problemów z rozwojem indywidualistycznych społeczeństw jest co niemiara, jednak samo poszanowanie dla praw jednostki i uznanie autonomii jest wielkim osiągnięciem cywilizacji Zachodu.

Nowoczesność to ekstrawertyczny rozwój, wyrażający się nie tylko w internetowych streamach komunikacyjnych czy sprzedażowych, ale również w sposobie życia. Przyśpieszenie może wiązać się z utkwieniem w jednostronności. Ekstrawertyczna postawa nie uwzględniająca introwersji dysharmonizuje człowieka i często woła przez nerwicowe, kompulsywne myśli czy gwałtowne afekty. Sytuacja izolacji pandemicznej sprzyja Zachodowi w wyrównaniu postawy psychicznej. Izolacja może być sytuacją rozwojową. Może pozwolić nam na rozwinięcie w nas i w naszych rodzinach jakości, które do tej pory nie miały możliwości na zaistnienie. O pandemicznych szansach rozwojowych mówiłem w live'ie, którego link podaję poniżej:

https://fb.watch/1ULCQ4NBCv/

Refleksja, którą snuję w ramach tego tekstu nie zamyka tematu, otwiera go raczej i stwarza nowe pytania. Nowoczesność jak nastolatek budzi w ludziach dorosłych przeróżne odczucia. Jedni zachwycają się energią tej siły, drudzy niepokoją się przyśpieszającą zmianą, trzeci demonizują nowoczesność jako córkę zamętu i destrukcji. Pewnym jest, że asymilacja nowoczesności zależy od każdego z nas. Możemy być ofiarami zmian cywilizacyjnych albo twórcami nowych czasów, którzy wnoszą świadomość i miłość w przemiany dziejowe. Decyzja zależy od nas.

poniedziałek, 9 listopada 2020

Co wrze pod pokrywą? O procesach społecznych końca 2020 roku w Polsce

2020 rok, październik. Strajk kobiet i masy ludzi wychodzące na ulicę wzbudzają we mnie pewną dozę konsternacji, przekonania "można było się tego spodziewać" i fascynacji procesami społecznymi. Sytuacja otwiera we mnie pytanie: co właściwie dzieje się w przestrzeni publicznej? 
Z perspektywy faktów chodzi o decyzję Trybunału Konstytucyjnego w kwestii prawnych aspektów zakazu aborcji przy wadach letalnych płodu matki. Sprawa dotyczy więc etyki, prawa i różnicy światopoglądowej. Tam, gdzie pojawiają się tłumne demonstracje, tam też można spodziewać się, że sprawa nie dotyczy jedynie poziomu faktów. Istnieją procesy społeczne, których nie widać 'gołym okiem', ale przy zastosowaniu zdobyczy psychologii głębi czy psychologii procesu można zauważyć, o co chodzi na głębszym poziomie. Tak jak dwie osoby, które kłócą się o racje czy poglądy, zanurzone są w złożone afekty i procesy, tak dwie społeczne polaryzacje pływają w czymś bardziej złożonym niż jednopunktowe racje. Nie w każdym konflikcie chodzi o przedmiot sporu, a prawie zawsze konflikt ma w sobie wiele, różnych wymiarów. Warstwa deklaratywna konfliktu jest jedynie jak pokrywka na garnku, w którym wrze woda. Słowa mówią wiele, ale to, co nie jest mówione, jest równie istotne. W wypadku konfliktu wrzenie jest rodzajem starcia sił czy też energii społecznych, wchodzących ze sobą w interakcję.

Strajk kobiet. Mieszkam na Żoliborzu. Kilka dni po rozpętaniu społecznej burzy, słyszałem ze swojego cichego mieszkanka, dobiegające z ulicy syreny policyjnych radiowozów. Sygnały wołały mnie: dzieje się,  pali się, ogień... Rozhulany proces społeczny jest jak ogień. Żywy, energiczny, czasem zagrażający i niebezpieczny. Proces społeczny jest jak buchający ogień.

Wyszedłem na spacer, by z ciekawością przyjrzeć się, co dzieje się pod domem pewnego posła, którego sprawa w dużej mierze dotyczyła. Policja opatrzona w tarcze obstawiała całą ulicę. Do kordonu policyjnego podchodzili głównie młodzi ludzie. Niektórzy krzyczeli, inni podnosili kartonowe napisy. Stanąłem i przypatrywałem się temu, co się dzieje. Po chwili poczułem, że na miejscu tego procesu, unosi się "duch dyktatury". Duch w procesach grupowych to rodzaj roli, postaci czy energii, która nie jest świadomie przez nikogo obstawiana. Dyktator to rozkazująca siła, nieznosząca sprzeciwu. Ludzie podchodzą, krzyczą wulgaryzmy, bo nie chcą moralnej czy religijnej dyktatury. Zresztą Polacy mają wielowiekowe tradycje walki z dyktatorską siłą okupanta.

Protesty społeczne posiadają, oprócz mechanizmu uwolnienia nadmiaru frustracji i niezadowolenia, siłę, by zmieniać porządek społeczny.
 
Złość może pełnić rolę punktu zwrotnego, za sprawą którego osoby uciskane w końcu chcą się uwolnić. Gniew na niesprawiedliwość społeczną, na represje czy nierówność spowodował w historii ludzkości wielkie rozruchy społeczne, które doprowadziły do poważnych zmian struktur społecznych. (David R. Hawkins "Siła czy moc")

Inną sprawą jest to, iż proces ten zwie się "strajkiem kobiet". Siła z jaką kobiety występują w tej sytuacji zdumiewa wszystkich. Słynne "wypierdalać" jednych oburza, drugich dziwi, trzecich wzywa do protestu. Jednak jeśli przyjrzymy się bliżej owej energii, możemy zauważyć proste, mocne i stanowcze "nie", które bierze się z tego, iż kobiecość doszła do jakiejś granicy. Aspekt kobiecy naszego społeczeństwa przez kilka ostatnich wieków jest w mniejszym lub większym stopniu represjonowany czy marginalizowany. Nie trzeba być feministą/ką, żeby to zauważyć. Energia męska, a więc sprawczość, siła, zdobywanie, przekształcanie świata jest dominującym kawałkiem naszej cywilizacji. Energia żeńska kojarzona bardziej z relacyjnością, z naturą, z ziemią domaga się w procesie dziejowym uznania i równowagi. Daleko mi do neomarskistowskiej idei, iż świat to ścieranie się dwóch odmiennych płci, jednak by oddać sprawiedliwość owej wrzącej kobiecości nie można zamykać oczu na dominującą społecznie rolę mężczyzn. Nierównowaga w świecie objawia się przez zmieszanie i uliczne protesty. 

Inną stroną całej sytuacji jest objawiająca się słabość religii. Gdy religia kostnieje i zamiera - staja się jak pusta studnia - zamiast czerpać ze Źródła, od którego ma swój początek, zaczyna posiłkować się prawem i układem z władzą, by ustanowić siłą swoją rację moralną. Poza tym następuje tu jeszcze inny proces - prawo staje się ważniejsze od żywego doświadczenia. W ten sposób religia kostnieje. Nie daje już żywego doświadczenia. Nie inicjuje w misterium, w wewnętrzne olśnienie, w dojrzewanie moralne. Zajmuje się obroną wypracowanego prawa i wyobrażenia na temat świata. Opowiada jedynie jak powinien wyglądać świat przez okulary własnego systemu moralności. Co ciekawe ponad dwudziestu księży wystosowało pewien list, a dwudziestu innych odpowiedziało na ich list. Spór. Katolicyzm, opowiadając się w pewnym momencie dziejów, przeciwko aborcji w sposób absolutystyczny, ukręcił sobie na siebie samego bicz, którym sam siebie rozwali. Jeśli podejdziemy do sprawy wnikliwie i badawczo, okaże się, że współczesna nauka ma ogromną trudność w określeniu, kiedy możemy mówić o istnieniu człowieka i co definiuje człowieczeństwo. Ostateczny osąd moralny nie jest więc tak oczywisty i prosty.

Jeden z symboli protestów, czyli piorun uderzający w krzyż, dobitnie pokazuje nieświadomą energię procesów społecznych. Część społeczeństwa ma dość panowania christianitas, które dyktuje reszcie społeczeństwa swoje warunki, nie słysząc głosu kobiet. Symbol ten pokazuje również, że proces laicyzacji w państwie może zajść szybciej i głębiej niż to się wydaje na pierwszy rzut oka. Piorun z błyskiem w tle. Oby nie niszczył, a przemieniał naszą społeczną macierz. 

Tak nam dopomóż Ojcze nasz. I matko nasza dopomóż też! 
Ponad płcią i ponad wszelkim wrzeniem - bądź pochwalon - Bezimienny!

czwartek, 11 lipca 2019

Heretyk, płonący stos i wolność bycia tym, kim się jest!

To był czas, w którym pojawiło się kwestionowanie. Bardzo silne. Człowiek, którym byłem prowadził intensywne życie duchowe i religijne w zakonie. Modlitwa, służba innym, studiowanie teologii, filozofii, samego siebie, medytacja, praca wewnętrzna... Wszystko to stanowiło trzon tego, co nazywałem wiarą. Budowane solidnie. Krok po kroku. Najpierw w odcięciu od świata w ciszy kaplicy, lasu, pokoju. Potem w samym świecie, wśród wielu ludzi. Słyszałem przekazy wiary, poznawałem wtajemniczenie w sakramenty, w rozumienie Boga i świata. Uczyłem się wizji chrześcijańskiej do samych kości. Rozwijałem się. Wszystko niosło ogrom piękna i dobra, przemieniało od środka, transformowało osobowość i pozwalało odkryć sens życia, jednocześnie zaś przeczuwałem, że jest w tym coś jeszcze... I przyszedł czas. Dojrzało.

Kwestionowanie. Ostry kryzys związał mnie jeszcze bardziej z rzeczywistością, którą w religiach nazywano Bogiem. Ciemność przybliża do Niewidzialnego. Zresztą ludzie, którzy sporo w życiu przeżyli mogą albo skostnieć, zamieszkać w depresji, pogrążyć się w  upadku, kąpać się w beznadziei albo wyjść z tego odmienieni Światłem Prawdy.

Kwestionowanie. Wątpienie. Doszedłem do punktu, gdy musiałem opuścić katolicki świat, bowiem przestał odpowiadać na ważne pytania, a nawet więcej - stawiał pytania tak nieadekwatne i dziwne, że trudno było się w tym odnaleźć. Dwa lata próbowałem odbudować wewnętrzną, chrześcijańską budowlę. Bezskutecznie. Wielu światłych ojców i matek duchowych próbowało mi pomóc. Jednak żadne próby korekty we mnie czy wskazówki odnośnie tego, co powinienem zrobić, nie pomagały. Jedynie jeden ojciec jezuita otarł się o sedno subiektywnej, wewnętrznej prawdy, która budziła się we mnie: odkryłeś wolność, to dobrze. No tak. Przełożeni chcieli, żebym z tą wolnością wrócił na dawne tory. Jednak coś wewnątrz nie potrafiło się na to zgodzić. Odpuściłem. Stąd pojawiła się droga samotna. Hairesis.

Miałem wrażenie jakby ogień płonął we mnie. Gdy pojawiałem się wśród ortodoksyjnych chrześcijan (strzegących swoich przekonań jak warownej twierdzy) widziałem jak bardzo nie lubią tego, co się ze mną dzieje. Jednego razu zrozumiałem, że ów ogień jest żarem stosów płonących w dawnych czasach. Tam, gdzie w ramach systemu religijnego zjawiał się ktoś, kto był inny, wierzył inaczej, miał inne poglądy, inne doświadczenie, tam musiał liczyć się z wykluczeniem. W pewnych czasach wykluczenie dotyczyło wygnania, torturowania, spalenia czy po prostu zszargania dobrego imienia tego-kogoś-innego. Wraz z rozwojem demokracji i dobrodziejstwem modernizmu (moralność, sztuka, religia zostały rozdzielone, co przyniosło wolność jednostce) taki układ przestał być powszechny. Jednak wśród dużych religii ciągle istnieje schemat myślenia my-oni, który zresztą jest naturalnym dorobkiem ewolucji stadnej homo sapiens. Wyobraźmy sobie, że jeszcze nie tak dawno - kilka tysięcy lat temu - do przetrwania konieczne było, by trzymać się grupy, jej przekonań i  jej zwyczajów. Wygnanie oznaczało niechybną śmierć. Dziś wygnanie z danej grupy nie oznacza bezpośredniej śmierci biologicznej. Jednak zdecydowanie może dotknąć śmiercią psychiczną. Wystarczy popatrzeć na dzieci odrzucane przez własne rodziny, jak zniszczone jest doświadczenie self i jak sporo czasu, energii i mądrości potrzeba, by odnalazły dom we własnej psyche.

Dziś kocham i podziwiam Lutra, Kalwina, Giordano Bruno, katarów, gnostyków itd. Oni wszyscy niosą mi pociechę wolności. Mówią o tym, że pluralizm może być wartością i INNY nie jest gorszy. Augustyn z Lutrem połączeni węzłem małżeńskim. Ortodoksja nie może istnieć bez herezji, i odwrotnie. Dobra religia ma dobre herezje. Religia zaś, która daje przestrzeń na doświadczenia subtelne i transpersonalne to taka, która potrafi wytrzymać napięcie na linii ortodoksja-herezja. Weźmy dla przykładu religię judaizmu ze Starego Testamentu. Kapłani kontra prorocy, a dojrzalej - kapłani i prorocy we wspólnej drodze. Kapłaństwo utrzymywało tradycję, stabilność, porządek społeczny, zaś prorocy nieśli doświadczenie żywej zmiany i autentyczności. Jedno nie istnieje bez drugiego. Jak 'długość' istnieje tylko dlatego, że egzystuje też 'krótkość', tak: ortodoksja istnieje, bo jest możliwa herezja.

Heretyk. Otrzymałem taką łatkę. I niedługo trwało nim odczułem, co znaczy dla głównego nurtu, iż ktoś nim jest. Jeśli miałem odwagę, żeby iść taką drogą to musiałem się liczyć z tym, iż stracę powszechnie dobre imię, akceptację i miłość u wielu ludzi. Tak było. Jaka to była ulga! Okazało się bowiem, że wielu ludzi religijnych nie kochało mnie takim, jakim jestem. Oni kochali rolę społeczną, którą nosiłem na sobie. Kochali personę. W religii, która nie lubi żywego doświadczenia i inności, pozory są bardzo istotne. Strój kapłana to on. Jego modlitwy na oczach ludu to on. Jego słowa pobożne w świątyni to on. Odkryłem, że dla wielu ludzi byłem ważny jako przedstawiciel religii, w którą wierzyli. Oczywiście nie dla wszystkich. Jednak niebywałe jest jak współcześni wierzący ciągle potrzebują projekcyjnych wzorców w zakonnikach, w kapłanach, w "wyjątkowych postaciach". W sumie rzecz jest naturalna, jednak zaskoczyło mnie to mocno. Jung kiedyś miał powiedzieć: "Psychologicznie rzecz biorąc, ludzkość w gruncie rzeczy znajduje się jeszcze ciągle w okresie dzieciństwa. Ogromna większość ludzi potrzebuje autorytetu, przywództwa i prawa." (C.G. Jung Archetypy i symbole).

Heretyk. Greckie słowo hairesis oznacza wybór. Wybrałem. Z wyborem wiąże się wolna wola, czyli możliwość decydowania, a to samo w sobie jest już pewną formą wolnością. Bycie wolnym to przepiękny ideał i stan ducha. Możliwe, że w tym kontekście bycie tzw. heretykiem to motor napędowy do zmian dla religii. Heretycy wszystkich wieków mieli niebywałą siłę, by iść za własnym doświadczeniem. Uczą mnie wolności. Dlatego tak bardzo ciągnęło mnie np. do Lutra i jego mądrego podążania za innością i pragnieniem, by odmienić świat. Odwaga i wolność.

Na studiach z teologii przyciągnął mnie temat dogmatu katolickiego o piekle. Zbadałem go wnikliwie, również w ramach pracy magisterskiej. Oczywiście w wymiarze egzystencjalnym (motyw cierpienia) czy etycznym (możliwość wyboru zła) ten religijny pogląd ma swoje znaczenie i dużą wartość. Odkryłem jednak coś jeszcze. W wyniku wnikliwego badania siebie, ludzi, którym towarzyszyłem i tradycji chrześcijańskich zauważyłem niebywały lęk, który kryje się za tą ideą. Piekło jako kara to bardzo mocne karzące superego religijne, które nieświadomie zabrania cieszyć się życiem, seksem, przyjemnością, wolnomyślicielstwem, swobodnym badaniem świata itd. Gdy supeł tej idei zawiązany w mojej psyche w młodości, rozwiązał się w czasie studiów - otworzyłem się na świat, na nowe idee, na inności i na nowe doświadczenia. Od tego czasu obawiano się w ramach chrześcijaństwa tej inności, choć jednocześnie czułem szacunek i proszono mnie, by wybrał czy zostaję w ramach zastanego systemu czy odchodzę. Usłyszałem któregoś dnia, gdy zastanawiano się czy powinienem został kapłanem katolickim: "jak chcesz być sługą jedności z tym wszystkim, co czytasz i co mówisz?". Hmm... Kilka lat temu napisałem w ciszy swojego pokoju taki tekst:


"Bezpieczeństwo kontra wolność.

Mam wierzyć w co mi każą. Mam. I koniec. Nie jestem sługą jedności, gdy kwestionuję w co ludzie wierzą. Mam siedzieć cicho. Patrzeć jak ludzie się męczą ze swoimi religijnymi, dogmatycznymi pomysłami. Przedziwne. Nauczani nieszczęścia. Ślepo, na pamięć. Wiedzą, co robić. Cierpią, ale idą w to, bo przedstawiono im sens tego wszystkiego.
Badam sprawę jak mogę wnikliwie. Rozpadają się we mnie wszystkie struktury myślowe, zbitki toż-samości. Ból to niewyobrażalny. Tracę grunt pod wszystkim. I co się okazuje? Nie zginąłem. Nie przepadłem w nicości. Wręcz przeciwnie. Jestem tak wolny, współczujący i samotny. Nic mnie nie definiuje. Jestem, w którym nie ma żadnego ja. Wszechświat nie kręci się wokół mnie. Nie jestem słońcem wokół, którego fruwają planety.

Mam wierzyć w co mi każą. Odkrywam bezkres i wolność od definicji, którą jestem najpierwotniej. Ale mam siedzieć cicho. Pojawiam się, a ludzie czują zagrożenie. Diabeł się zjawia przed ich oczyma.

Kwestionuję. Świątynia, kult, kapłani, pieniądze. Masz za to pełną miskę jedzenia. Słyszę w odpowiedzi. I dociera do mnie głębiej: nie prawda się tu liczy, a organizacja, porządek, stabilność.

Wykład. Mowa o Jezusie. Wątpliwości jakiegoś rabina. Wykładowca. Jeśli ma się dach nad głową i miskę pełną jedzenia nie tak łatwo szukać prawdy. Po raz kolejny uderza.

Niebezpieczne to  całe kwestionowanie jak cholera. Inaczej nie umiem. Wolności niezmierzona!"


Heretyk dojrzewał aż dorósł. I musiał iść inną drogą. Bezpieczeństwo, które gwarantowała mi instytucja religijna zastąpiłem Życiem i jej tysiącem smaków. Mogłem wybierać, stałem się wolny. Dziś nie jestem wrogiem religii. Wręcz przeciwnie. Uważam, że dla wielu ludzi może być wspaniałą drogą do rozwoju, do przebudzenia, do prawdziwego życia. Jednak religia bardzo opornie reaguje na procesy zmian, a jeśli chce stać się dla współczesnego człowieka motorem rozwoju, musi poddać się przemianom.

Chciałbym oddać głos Wojtkowi. Jego doświadczenie pokazuje jak marnie wygląda religia w polskim społeczeństwie:

"Jestem heretykiem, to cena za szczerość i otwartość przed Bogiem w sakramencie pokuty i pojednania. Spowiedź generalna przed ślubem miała być wartościowym doświadczeniem miłosierdzia bożego, miałem się oczyścić i zacząć nowy etap w drodze przez życie z Bogiem. Mimo trapiących mnie od dłuższego czasu wątpliwości pragnąłem podejść do sprawy tak uczciwie jak tylko się da. Spowiednikowi zwierzyłem się z moich wątpliwości, co do wiary w świętość Kościoła (warunek wiary), nie podzielam bałwochwalczego kultu Maryi (mimo że jest dla mnie wyjątkową i świętą kobietą). Przestałem traktować Biblię jako jedynie słuszną świętą księgę, która ma mi wskazywać dokładnie co mam robić w życiu. Liczyłem na wyrozumiałość, pokrzepienie, umocnienie i wyjaśnienie niektórych kwestii. Niestety w zamian za moją szczerość otrzymałem burę od księdza. I ostrzeżenie, co prawda nie wprost, że jeśli się nie nawrócę, nie zmienię myślenia to zbawienie mnie ominie. Myśleć nie powinienem w ogóle lecz ślepo wierzyć w dogmaty inaczej zostanę poza Kościołem. Po prostu się zamknąć, nie zadawać pytań, nie wątpić, zapomnieć o tym co boli i żyć jakby nic się nie stało. Ale niestety stało się i to boli (ale to na inną rozmowę). To jednak nie było wcale ważne. W ogóle nie było ważne to z czym przyszedłem do kratek konfesjonału, jedyną słuszną rację oraz głos miał duchowny. 
Kapłan jedynej słusznej religii oczywiście udzielił rozgrzeszenia, jednak znanej mi radości i wolności, pokoju nie zaznałem. Od kratek odszedłem przybity, zdruzgotany i smutny. Zamiast uzyskać odpowiedzi zrodziło się jeszcze więcej pytań. No bo jak to w końcu jest? Możesz wyzywać, bić i gwałcić żonę, kraść, kombinować, kłamać ale jak wierzysz w dogmaty to jest wszystko w porządku? A jak szanujesz małżonkę, starasz się być dobrym człowiekiem, jesteś uczciwy, wrażliwy, wyrozumiały ale jeśli nie wierzysz w dogmaty to bój się Boga. 
Po spowiedzi mimo tego że prawo pozwalało to nie potrafiłem przystąpić do Eucharystii. Po prostu nie potrafiłem, nie miałem siły... 
Przygotowania do ślubu katolickiego też mogę podsumować jako spłycenie wszystkiego do kwestii seksu i rozmnażania się. Szacunek do kobiet, miłość, wrażliwość, dialog, komunikacja, partnerstwo, teologiczne znaczenie małżeństwa zostało ograniczone do minimum... No bo przecież to nie istotne, najważniejsze jest to aby mężczyzna miał wytrysk w drogach rodnych kobiety. No i wierzył w dogmaty.
Oczywiście seks też został ograniczony tylko do reprodukcji, a budowanie więzi, bliskości pominięte. A radość ze zbliżenia, seksualności?  Nie godna wspomnienia... 
Gdyby nie te nauki to oczywiście nie widziałbym że mam ukochanej osoby nie zdradzać, nie ranić, nie przekazywać życia... Otóż nie drodzy kapłani. To nie wynika z wiary, czy z nakazu Kościoła ale z faktu że po prostu jestem człowiekiem.
No i ostatni fakt, który coraz bardziej oddała mnie od Kościoła Katolickiego. Drugi chrzest to ekskomunika a pedofilia księży to propaganda lewicy. Ksiądz który szuka Boga jest wyrzucony i pozbawiony środków do życia, a ten który niszczy życie najmniejszych może liczyć na bezproblemowe życie, tylko miejsce zamieszkania musi zmienić." (podkreślenia R.W)


Rozwojowa linia religii napotyka w Polsce na opór przed zmianą. Kończy się społeczne władanie kościoła nad duszami ludzkimi. Traumy narodowe odzywają się co chwila. Jednak kościół nie umie z łagodnością, z mądrością i z miłosierdziem pochylać się nad sprawami w wolnej Polsce, będąc dobrym terapeutą czy duchowym przewodnikiem w sytuacji budzenia się demonów z przeszłości. Raczej zabrania, karci, wydaje teksty potępiające, osądza, gania... Brakuje duchowych przywódców na nowe czasy, gdy nie ma już okupanta i wroga na zewnątrz. I okazuje się teraz, że wrogowie są, ale wewnątrz religii. Ukrywanie pedofilii, kolesiostwo, pieniądze, zadarte nosy... Z nadzieją przyglądam się temu, co się dzieje. Oby ortodoksja otworzyła się na herezję, i odwrotnie. Małżeństwo tych dwojga rozpędzi motor zmian i wprowadzi energię w transformacje, które zajść muszą, by zinstytucjonalizowana religia mogła ostać się w społeczeństwie. A jest ona według mnie ciągle ważną częścią życia społecznego...

sobota, 27 kwietnia 2019

Kryzys cywilizacyjny, psychologia głębi i avengers

Przeczytałem kapitalną książkę. Psychoza czy opętanie  to wywiad Sławomira Rusina z Zenonem Waldemarem Dudkiem (jungistą, psychoterapeutą i psychiatrą). Muszę przyznać, że dawno nie spotkałem tak dobrej i wnikliwej analizy kondycji współczesnego człowieka w ujęciu integralnym.

Okładka książki jest wielce wymowna. Człowiek stojący jakby na jednej planecie jest otoczony jaskrawym światem, płynącym z odwróconego drzewa na drugiej planecie. Dla mnie metafora ta mówi o współczesnym człowieku, który pozostaje pod wpływem tego, co nieświadome (drzewo), choć nie zdaje sobie kompletnie z tego sprawy. Niewiedza o tym fakcie wpływa na niego sprawia nerwicową gorączkę duszy bądź psychotyczne rozszczepienie w mnogie ja. Książka opowiada o współczesnym kryzysie psychiczno-kulturowym i wskazuje sposoby na wychodzenie z obłąkania przez mądry kontakt z tym, co nieświadome. Autor z niebywałą gracją wprowadza czytelnika/słuchacza w meandry psychologii głębi, wyjaśniając jednocześnie status i kondycję psychiczną współczesnego człowieka. Zdaje się, że świadomość tego, co się w nas i wokół nas dzieje jest jednym z podstawowych czynników dojrzałości człowieka. Jeśli nie wiemy, co dzieje się w nas, nie znamy motywów naszych działań, nie kontaktujemy się się z tym, co nieświadome, to zapewne żyjemy automatycznie przeskakując nerwicowo po zakładkach internetowych albo bezmyślnie scrolujemy tablicę facebooka. Nigdy dotąd ryzyko życia powierzchownego i pozbawionego kontaktu z głębią nie było tak wysokie. Dlatego tak bardzo potrzeba w wychowaniu i edukacji zajęć z etyki, inicjacji w mądrość, nauki myślenia, poznawania baśni, pozytywnej profilaktyki, dociekań filozoficznych, zdobywania umiejętności interpersonalnych i nauki podstawowych zagadnień praktycznej psychologii itp.

Ostatnie miesiące pracuję warsztatowo w szkołach i od czasu do czasu po obserwacji dzieci i młodzieży zapala się w moim umyśle czerwona lampka. Widać wyraźną zmianę cywilizacyjną. Przewrót już się toczy. Wszechobecna technologia, nieobecni w wychowaniu rodzice, podstawowe trudności komunikacyjne u dzieci, wzrost zaburzeń i przepełnione szpitale psychiatryczne... Kryzys systemu edukacji to kolejna oznaka, iż to, co działało przez wieki powoli wypala się. Nikt za bardzo nie wie, dokąd to zmierza. Poziom dojrzałości w debacie społecznej nie zachwyca. Symboliczny okrągły stół staje się w sensie metaforycznym kwadratowy ze względu na nie zbyt wysoką umiejętność szacunku i dialogu w komunikacji czy w debacie społecznej. Warsztaty z podstawowych umiejętności interpersonalnych (tj. umiejętność dialogu, wyrażanie opinii i odczuć, aktywne słuchanie) są potrzebne dziś każdemu. Z mlekiem matki wypijaliśmy kiedyś zdolności relacyjne - dziś w sposób symboliczny mleko matki zastępuje ekran smartfona czy tableta. Mleko matki w sensie dosłownym i metaforycznym karmi głęboko, zaś technologiczne ekrany karmią powierzchownie. Mleko matki to pokarm duszy. Kultura bez kontaktu ze sztuką, z religią, z wartościami, z mitami, z baśniami karłowacieje i kurczy się. Gry i portale społecznościowe nie zastąpią wychowania i inicjacji w wartości czy w tradycję. Nie jest jednak za późno. Zrobić coś małego w swoim życiu dla innych to przysłużyć się całemu społeczeństwo.


W czasie lektury książki jedna z wypowiedzi autora poruszyła mnie mocno. Czytałem słowo po słowie i czułem jak ktoś nazywa moje własne obserwacje poczynione w różnych szkołach. Oto ten fragment:

"Po pierwsze, zagubienie jest dość powszechne już w najmłodszych grupach wiekowych, czyli cierpią na nie dzieci i młodzież. Dorośli przestali z miłością i troską wychowywać młode pokolenie. Bardzo często wydają swoje dzieci na pastwę nowych technologi, bo tego chce rynek bezkompromisowych korporacji i materialistów. Szkoły również nie przygotowują młodego pokolenia do dorosłego życia, bo zanikł etos zawodu pedagoga - nauczyciele z certyfikatami realizują papierowe cele, wymyślone przez oderwanych od realiów urzędników i ideologów.

Obecne młode pokolenie wychowało się na Harrym Potterze i Gwiezdnych wojnach i nie poszukuje wzorców moralnych ani w domu, ani w szkole. Szuka wskazówek życiowych na chybił trafił, a głównym obrzędem są ad hoc tworzące się obrzędy dionizyjskie, czyli eksperymentalny seks, narkotykowe tripy, trening alkoholowy dla nastolatek i tajemnicze spotkania z nieznajomymi w mediach społecznościowych. Rodzice są dziś często kumplami swoich dzieci, a w zakresie wychowania zagubionymi sierotami życiowymi. Nie są źródłem wiedzy o życiu dla swoich podopiecznych i fundamentem stabilnej tożsamości. Jako praktyk jestem pod wrażeniem wielkiej przemiany psychicznej w nowym pokoleniu. Myślę, że potrzebujemy zupełnie nowej psychologii integralnej, która objaśni, dlaczego tak wielu ludzi na progu dorosłości dysponuje osobowością naiwną, kryzysową lub graniczną" (Zenon Waldemar Dudek "Psychoza czy opętanie")

Cóż za niebywale trafne spostrzeżenia. Nie można chyba jaśniej i dobitniej nazwać tego, co dzieje się w młodym pokoleniu.


Rzadko oglądam filmy. Nie mają dla mnie takiej mocy jak sny, fantazje, rozmowy. Moja dusza niesie w sobie tak wiele treści, że ekranowe przygody zdają mi się wyblakłym cieniem wobec tego wewnętrzne. Analogicznie jak u Platona - idee same w sobie są w moim wnętrzu niebywałym skarbem i duszą, zaś jej wytwory (filmy, baśnie, mity) to cienie owych idei. Mimo tego dobry film może przynieść masę ciekawych rozkmin, zaś film, który oglądają masy mówi niebywale dużo o sytuacji społecznej i o psychice zbiorowej.

Jakiś czas temu obejrzałem Avengers Infinty War i muszę przyznać, że obraz w którym wszyscy superbohaterowie giną w końcowej fazie filmu bardzo mnie dotknął. Większość z superherosów nie ginie w walce. Zostają rozpuszczeni przez moc Thanosa, opanowanego manią porządkowania wszechświata przez selekcję istot (warto zwrócić uwagę na analogię między ideologią nazizmu, stalinizmu a sposobem myślenia Thanosa). Herosi w ostatniej scenie zamieniają się w proch. Nikt nie potrafi pokonać mocnego wroga, a zdolności do stworzenia teamu herosów również nie zachwycają. Jest to bardzo wymowny symbol tego, czym żyje świat zachodni. Zanikają autorytety, wartości, mity. Dziś każdy może zakwestionować w sposób destrukcyjny co tylko zechce. Mimo wszystko nadal dziwi mnie, gdy ktoś szuka w postaci Matki Teresy podstępu czy fałszu. Pieniądz, ekonomia i swobodna wolność - oto bogowie XXI wieku. W avengersach to, co zadziwia to niesłychana trudność w zjednoczeniu się wszystkich superbohaterów przeciwko destrukcyjnej mocy. Zachód rozkłada choroba pod nazwą: oderwanie od ziemi, od rodziny, od instynktów natury.

Współczesny młody człowiek jest w trudnej sytuacji znikania wzorców, archetypów, wartości, mitów (tak jak w avengersach znikają poszczególni superbohatereowie). Oczywiście w perspektywie psychiki obiektywnej (zbiorowej) wszystkie głębokie warstwy nadal istnieją i pulsują, chcąc przebić się do świadomości zachodniego homo sapiens. Nie tak łatwo zagłuszyć impulsywne, archaiczne wzorce, które przez wieki kierowały życiem społeczności. I tu prześwituje nadzieja. W każdym czasie znajdywały się osoby, które ruszały w głąb siebie, budując lepszy świat przez przebaczenie, głębokie więzi, uczciwość, zaangażowanie, pracę wewnętrzną, wzrost świadomości, refleksję itd.


Mimo niezbyt optymistycznej wizji jaką snuto w tym poście pozostaję człowiekiem nadziei. Ona każe mi wierzyć, że w człowieku istnieje moc, która przez cierpliwą wewnętrzną pracę może transformować świat. Możliwe, że wzrastające dziś dzieci, gdy otrzymają minimalne wsparcie, uwagę i szacunek obudzą się z majaków życia płytkiego i powierzchownego. Głębia bowiem nie potrzebuje zbyt wiele by przebudzić człowieka z życia powierzchownego i wypranego z sensu.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

O akceptacji, której nie da się zrobić

Ostatnio w wolnych chwilach studiuję Psychologię Procesu. Przyglądam się jak założyciel tej szkoły psychoterapeutycznej - Arnold Mindell - szkicuje własny projekt pomagania procesom dziejącym się w jednostce i w społeczeństwie. Każda szkoła uwypukla inny aspekt doświadczenia w ludzkim psyche i wytycza nieco inne ścieżki "zdrowienia" i rozwoju. Jednocześnie każdy poważny nurt psychoterapeutyczny jest połączony z innymi zbieżnością celów i typowymi cechami dynamiki pracy psychoterapeutycznej. Droga procesu wyrasta z doświadczenia amerykańskiego psychoterapeuty. Był fizykiem, następnie analitykiem jungowskim, aż doszedł do momentu zmiany - stworzył własną szkołę psychoterapeutyczną. Wszystko to sprawia wrażenie, że jest to niebywale integralna i otwarta metoda.

Nie będę jej tu omawiał ani promował. Chcę jedynie polecić krótki fragment z książki "Droga powstaje, gdy idziesz", która świetnie ukazuje na czym polega zmiana w życiu człowieka i jakie są warunki, tzw. "dobrej zmiany" ;) Oto cytat:

"(...) Jeśli ktoś chce się zmienić, potrzebuje dwóch rzeczy: musi naprawdę chcieć się zmienić oraz musi kochać siebie dokładnie takim, jakim jest! Zmiana jest najbardziej prawdopodobna, kiedy dobrze nam z samym sobą. Metaumiejętność "braku zmian" jest to świadomość, że nie ma nic do zrobienia i że wszystko jest takie, jak powinno być. Zarówno zmiana, jak i brak zmiany są tak samo pożądane. W buddyzmie zen istnieje takie powiedzenie: "Każdy dzień jest dobrym dniem". Ilustruje ono postawę cechującą metaumiejętność braku zmian. Wysiłek nie jest potrzebny. Aktualny stan rzeczy jest doskonały, nawet jeśli nienawidzimy sytuacji, w której obecnie się znajdujemy!" ("Droga powstaje, gdy idziesz")

Cytat kapitalnie pokazuje wewnętrzną dynamikę świadomości, która żyje w stanie akceptacji i poddania. Jest to piękny i dojrzały ideał bycia. Akceptacja to stan, której nie robi jednostka. W wielu przestrzeniach pomocy człowiekowi (religia, psychoterapia, coaching) mówi się o konieczności akceptacji danej sytuacji, uczucia czy myśli. Często wypowiada się następujące frazesy: "musisz to zaakceptować", "przyjmij to" bądź "powinieneś przyjąć to, co się dzieje". Owe zdania wskazują na odwołanie się do pewnej cnoty czy też umiejętności w człowieku, która mogłaby dokonać przyjęcia i akceptacji ograniczeń, słabości czy nieprzyjemnych treści psychicznych. To wszystko prawda! Jednak akceptacja zdaje się jawić nam jako coś o wiele głębszego niż konkretny wysiłek czy umiejętność człowieka. Autor powyższego cytatu wskazuje na "metaumiejętność braku zmian" jako paradygmat czy tło dla dobrego procesu zmiany. Zmiana,  w której uciekamy bądź odwracamy się od tego, czego nie lubimy kreśli wewnątrz naszej psychiki linię graniczną. Linia ta powoduje podzielenie, a na jej styku rodzą się konflikty między podzielonymi częściami. W owym stanie wybieramy to, co dla nas dobre, przyjemne czy prawdziwe, zaś odrzucamy wszystko, co jawi się nam jako beznadziejne, bez sensu czy nie-nasze. Oczywiście odrzucenie części własnej historii, osobowości czy jakiejkolwiek cechy powoduje powstanie cienia (tzw. wypartych treści psychicznych), które dają o sobie nieustannie znać przez impulsywne nerwice czy projekcje o "złym świecie i złych ludziach". Zgodnie z psychologią Junga przyjęcie tego, co odrzucone w ludzkiej psyche i zjednoczenie przeciwieństw jest drogą do pełni człowieczeństwa.
Przykład fikcyjny i hipotetyczny. 
Marcin strasznie nie lubi w sobie lenistwa. Uważa, że jedynie bardzo pracujący ludzie są godni szacunku i podziwu. Nie lubi wolnych chwil i beztroskiego siedzenia przed komputerem. Jednocześnie bardzo chciałby się zmienić. Chciałby być pracowity, ale jednocześnie pragnie żyć w głębokich relacjach. Zauważa jednak, że wszystkie spotkania traktuje jak okazje do pracy (czy to zarobkowej czy też interpersonalnej). Z trudem przychodzi mu zwyczajny odpoczynek i beztroska zabawa. W pewien sposób wypiera leniwe bycie na rzecz pracowitości. Jednocześnie w nim samym wydarza się projekcja: uważa, że ludzie są niebywale leniwi i nieproduktywni. Rzutuje na innych te treści, które odrzucił w sobie samym. Z racji twardej linii granicznej między pracą a nie-pracą, odczuwa on obrzydzenie, niechęć i wrogość do wszystkich, którzy nie pracują. Według autorów książki (przytaczanej powyżej) należy podążać za procesem Marcina. Być może poprowadzi on go do zobaczenia, że lenistwo i praca potrzebują w psyche człowieka przyjaznej i akceptującej przestrzeni na wzajemne istnienie. Kochać i lenistwo i pracowitość - oto ideał dla procesu, który dzieje się w Marcinie. Dobra zmiana nie może zajść w sytuacji, gdy jej nie akceptujemy. Jednocześnie należy pamiętać, że akceptacja nie oznacza tłumienia trudnych uczuć (złości, smutku czy poczucia winy)

Podany przykład jest oczywiście dużym uproszczeniem. Jednak pokazuje on niebywałą siłę jaką ma w sobie przyjęcie i otwarcie w człowieku.

Głębiej od umiejętności  akceptacji istnieje sama akceptacja jako stan bycia. Im głębiej przyjmujemy dane treści psychiczne, sytuacje, osoby, tym bardziej odkrywamy akceptację jako samo istnienie. Gdy stopniowo uporamy się z własnymi poglądami i perspektywami, możemy odkryć, że nic nie wymaga zmiany, bowiem wszystko istnieje w stanie idealnym. Mistycy mówią o rozpoznaniu, iż światem kieruje duchowa moc, która przekracza siłę jednostki. Według głębokich tradycji duchowych cały świat istnieje w świętej obecności. Obecność ta jest idealna i nie wymaga zmiany. Bez wyznawania konkretnej wiary możemy zauważyć, że kochanie tego, co jest przysparza dobrych warunków dla zmian w życiu człowieka. Zaś niechęć, izolacja czy nienawiść blokują człowieka w jego naturalnym rozwoju i mogą na całe życie uwięzić go w neurotycznym cierpieniu.

Jakiś rok temu po odejściu z Towarzystwa Jezusowego i po przeżyciu "wewnętrznej śmierci", odczuwałem w sobie, że i przed zmianą i po zmianie, i w trakcie, jest dobrze. Był to spokój, który zdziwił mnie niewiarygodnie. Napisałem wtedy:

"Ukochany! W istocie swojej wszystko jest w porządku. Jesteś doskonałym wyrazem miłości. Absolutnie czysty i bezgrzeszny. Jeśli pojawia się w tobie coś takiego jak grzech, niedoskonałość czy brak, to dzieje się to jedynie na powierzchni. W swej istocie zawsze jesteś pełnią doskonałości i miłości. Nie może być inaczej. Być może w swoim życiu zbyt mocno uwierzyłeś w grzech czy niedoskonałość. Skoro w to uwierzyłeś, to możesz również przestać. Możesz odpuścić ideę, że jesteś nie w porządku. Wtedy całe poczucie winy znika. Czyż nie po to była ci potrzebna idea własnej niedoskonałości, aby karcić samego siebie? Wina jest sposobem skrytego karania siebie. A jak to pięknie stoi w Biblii: "W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości". Porzuć winę i lęk, a zobaczysz, że tylko miłość jest realna.
Z perspektywy jednostki rozwijasz się, zmieniasz i doskonalisz. Jednak nie jesteś jedynie jednostką. Jesteś świętą obecnością, której nigdy nie dotknął grzech. Niepokalane poczęcie. W rdzeniu jesteś absolutnie doskonały. Kiedyś czytałem pewną książkę, w której autor odkrył tę nieskrytą tajemnicę. Pojawiło się we mnie pytanie: "a co jeśli nic ze mną nie jest nie tak?" Co by się stało, gdybym zaczął żyć bez obwiniania siebie. W jednej chwili oświeciło mój umysł. No tak. Zwykłe proste "aha". Przecież to proste. Nagle zjawił się lęk. Zrozumiałem, że będę musiał sprzeciwić się całemu programowaniu, które zafundowało mi społeczeństwo. Jednak, gdy to zrobiłem okazało się, że i to jest doskonałym wyrazem Obecności."

Akceptacji się nie robi, ona jest. Nawet jeśli czujemy złość czy smutek na to, co się dzieje bądź twierdzimy, że powinno być inaczej, akceptacja jest tłem. I smutek, i złość, są częścią tego, co jest. 

O! Właśnie dostałem informację, że kurs, na który bardzo czekałem nie odbędzie się. Cóż za synchroniczność! Czuję smutek i brak wewnętrznej akceptacji, a jednocześnie w tle ciche i spokojne "wszystko jest idealnie"...