Pokazywanie postów oznaczonych etykietą boskość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą boskość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2020

Sen o umierającej nieszczęśliwej, religijnej świadomości



Miałem sen. W nocnych obrazach widziałem znajomego kapłana, który rzewnie płakał nad umierającą religią. Płacz jego wzbudzał we mnie współczucie i przedziwne pocieszenie. Miałem w sobie pewną ujmującą myśl: "nareszcie, koniec niewoli". Jednocześnie wiedziałem, że proces ten jest trudny i wymagający. Następnie sen poprowadził mnie na cmentarz - miejsce, w którym ludzie wspominają to, co minione i prowadzą namysł nad umieraniem. W tym śnie, na tym właśnie cmentarzu razem z płaczącym kapłanem odczuwałem, iż religia umiera. Sen wzmocnił we mnie pragnienie, by napisać ten tekst. Chodził on za mną już od jakiegoś czasu.  

Znaczenie, które rozpoznaję w tym śnie, we własnym samobadaniu i studiowaniu psyche pokazuje mi, że procesy prowadzą mnie coraz głębiej do szczerości przed sobą i innymi. Szczerość ta wyraża się w tezie: spora część masowej i instytucjonalnej religii, jaką znam, opiera się na niedojrzałej religijności albo na strukturach, które nie mają wiele wspólnego z duchowością. Teza wcale nie jest nowa w dziejach ludzkości. Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że nie uważam, iż nowy ateizm albo zupełne odrzucenie religii - w sposób ideowy - ma jakikolwiek sens rozwojowy. Śmierć religii z powyższego snu nie wyraża końca instytucji czy wspólnoty konfesyjnej w sposób bezpośredni (choć i to dzieje się dziś na Zachodzie). Owy kres jest obumarciem mitu, którym świat zachodni żył przez wieki. Mit o wielkim upadku i wygnaniu z raju znajduje się dziś w agonii i choć tradycyjne religie ciągle opierają się na grzeszności człowieka i gniewie boga, który uśmierzany jest przez zbawiciela/i, to większa część świata zachodniego odrzuciła już myślenie o sobie w kategoriach grzechu jako skazy czy zranionej natury. Bardziej dojrzałą formę mit ten przybiera, gdy mówi o miłości Boga do upadłej ludzkości. Wspólne jednak dla obu form pozostaje przekonanie o zepsuciu czy też zranieniu ludzkości po grzechu pierworodnym.

Chciałbym objaśnić podstawowe pojęcia, których używam w tekście: religia i duchowość. Duchowość rozumiem jako najgłębszą ścieżkę, w której człowiek doświadcza i rozpoznaje źródło swojego istnienia. Terminu religia używam w przeróżnych kontekstach znaczeniowych: od fałszywych, niosących cierpienie struktur niedojrzałej psyche i jej przejawów w świecie zorganizowanych wierzeń, przez codzienne poszukiwanie połączenia z tym co głębokie, po konkretne "religie", które uformowane są przez doktryny, wierzenia, moralność, kult. Używam ich w sposób raczej mało ścisły. Zdaje mi się jednak, że podstawowa myśl zawarta w tych kilku akapitach będzie zrozumiała.

Zanim zacznę krok po kroku opisywać w jaki sposób mit o upadku ze Starego Testamentu przestaje dziś nieść znaczenie człowiekowi, chciałbym przytoczyć wierszotwór, który napisałem, będąc pod intensywnym wpływem snu:

PLĄSY NA GROBACH PRZODKÓW

śniłem
kapłan płaczący z żalu po religii

płacz, szloch, żałoba

to mój przyjaciel
religia jaką znał

przeminęła

ta religia, w której

przyjemność to grzech
kobieta to podrzędna forma życia
masturbacja otwiera piekło
a nie-modlenie wprawia boga w gniew

religia, w której

śmiech, zabawa i bycie sobą to grzech
lęk przed piekłem popycha do kościoła
nauka to narzędzie szatana
a rację ma tylko jedno credo


cmentarz
jestem tam z przyjacielem

żegnamy się z opresyjną religią
jak dzieci płaczące po ojcu, który bił
z radością i z ulgą

cisza cmentarna
po śmierci religii, 
zostaje tylko ona

miłość

znana od wieków

cierpliwa
łagodna
nie unosi się pychą
nie pamięta złego

wyznawana czy nie - pełna
z człowiekiem czy bez - otwarta
z kościołami czy bez - wszędobylska
z modłami czy bez - wewnętrzna


przecieramy łzę
jesteśmy wolni



Mit o wielkim upadku można interpretować z perspektywy: teologii, socjologii historycznej, badań nad mitami, kulturoznawstwa, gnostycyzmu itd. Adam, Ewa, wąż i przechodzący po ogrodzie bóg doczekali się już wielu przeróżnych interpretacji. Od strony dominującej teologii w ramach chrześcijaństwa mit opowiada o tym, iż u zarania dziejów pierwsi ludzie zgrzeszyli nieposłuszeństwem wobec boga i od tego momentu na świecie pojawił się znój ciężkiej pracy i bóle rodzenia (trud i cierpienie). W sensie literalnym mit ten kilka wieków temu został obalony przez naukowy empiryzm, a nawet przez dojrzałą teologię. Patrząc na ewoluujący wszechświat trudno bowiem sobie wyobrazić, iż sens literalny mógł wydarzyć się realnie w konkretnym czasie i w konkretnej przestrzeni. Dlatego też wielcy myśliciele w katolicyzmie pokazywali, iż znaczeniowy sens "wydarzeń z ogrodu Eden" jest jedynie ograniczoną metaforą. Jednak co ciekawe, jeśli przysłuchasz się kapłanom czy chrześcijańskim misjonarzom, zawsze usłyszysz tę prawdę; człowiek u zarania dziejów zgrzeszył, okazał nieposłuszeństwo przez zakazany czyn; zerwał owoc z drzewa poznania dobra i zła. Od strony psychologicznej taka interpretacja tego mitu rodzi poczucie winy i pewne niezrozumienie. C.G. Jung, dziecko protestanckiej rodziny teologicznej, zadając pytania pełne empirycznego myślenia, dostawał odpowiedź od ojca: Karl, ty chciałbyś tylko wiedzieć, tu trzeba wierzyć. Współczesny człowiek nie wierzy na słowo, musi mieć potwierdzenie od strony doświadczenia czy empirii naukowej. Mowa tu oczywiście o człowieku, który na poważnie i z zaangażowaniem chce poznać daną prawdę. Pewna bliska osoba opowiadała mi ostatnio jak nie mogła zrozumieć jako dziecko literalnego sensu mitu o upadku. "Jak odpowiedzialność Adama i Ewy może wpływać na to, co jest teraz? Dlaczego oni to zrobili? Świat bez ich nieposłuszeństwa byłby rajem?" Zdziwiłem się, bowiem okazało się, że wiele dzieci, pochodzących ze środowisk religijnych ma podobne myśli. W podobny sposób młody Jung mierzył się z tematem grzechu pierworodnego:

W myśli przebiegłem długi rząd nieznanych przodków, by w końcu dojść do Adama i Ewy. Tu nasunęła mi się decydująca myśl: Adam i Ewa to pierwsi ludzie, oni już nie mieli rodziców, lecz zostali stworzeni przez samego Boga takimi, jakimi byli - stworzeni w określonym, Bogu znanym celu. Nawet nie przyszłoby im do głowy, że mogliby być inni, niż byli, albowiem byli doskonałymi stworzeniami Bożymi - Bóg stwarza przecież jedynie same doskonałości. A jednak popełnili grzech pierworodny, ponieważ uczynili to, czego Bóg chciał. Jak to było możliwe? (C. G. Jung "Wspomnienia, myśli, sny...")

Tradycyjna teologia broni się w tym miejscu "wolną wolą" pierwszego człowieka. Wyjaśnienie to jest sensowne w ramach teologicznego dyskursu. Jednak sam fakt "istnienia pierwszych, grzeszących rodziców" jest nie do przyjęcia w ramach dzisiejszej wiedzy o świecie. Po prostu hipoteza ewolucji i rozwój jaki obserwujemy w świecie dekonstruuje przekonanie, iż człowiek został "wsadzony" w świat jako jednostka wyizolowana od reszty natury. Dziś rozumiemy, że proces wyodrębniania się ludzkiej świadomości musiał trwać w dłuższym czasowo procesie. Jung zwracał również uwagę na fakt, iż u początków świadomość musiała być nikła i wątła. Możliwe, że świadomość człowieka na przestrzeni setek lat wyodrębniała się z nieświadomej jedni jak człowiek budzący się powoli z głębokiego snu.

Cała struktura powyższego mitu, pokazuje jak "grzeszne" są kobieta i wąż, a z nimi życie i seks (zauważ jak duże znaczenie seksualności i jej obostrzeń istnieje w ramach religii z poziomu mitycznego). Oczywiście przeciętny wierzący chrześcijanin powie, iż seks jest dobry, ale jedynie w ramach małżeństwa. Owo "ale jedynie" zdradza nam jak bardzo wierzący ludzie utożsamiają bóstwo z jego obrazem istniejącym w psychice człowieka. Jeśli przestudiujesz wnikliwie Pismo Święte zauważysz, że obrazy boga w nim zawarte są paletą tego, w co wierzyli ludzie na temat danego boga i bóstw; bóg w księdze Rodzaju, bóg w księdze Samuela, bóg w księdze Ozeasza itd. Każdy z tych obrazów pokazuje nam boga jako antropomorficzną postać, która nieustannie interweniuje w losy świata.  Dla przykładu bóg w ST jest niebywale kapryśny i zmienny. Często bywa rządny krwi i walki, następnie przebacza i przytula. Dziś taki bóg nadawałby się idealnie na porządną psychoanalizę (chrześcijański obraz boga z poziomu mitycznego wymaga ascezy seksualnej i uznaje popędy za sferę grzeszną). Interwencje Jahwe są pełne nakazów moralnych i kultycznych. Sposób komunikacji boga jest jednocześnie zapośredniczony przez kapłanów i proroków. Bóg tych ludów to pewien obraz, który niezbędnie formułował społeczeństwo, wierzenia, moralność, a ostatecznie tworzył sens więzi i porządek społeczny. Współczesny bóg chrześcijan również wypowiada się na przeróżne moralne tematy tj. aborcja, antykoncepcja, homoseksualizm itd. przez doktryny czy kapłanów, powołując się często na asystencję ducha świętego (o zgrozo współcześnie większość tych tematów dotyczy seksualności czy płodności). Te przeróżne obrazy są w istocie impresjami pochodzącymi z psychiki człowieka i są odbiciem tego, jaki jest człowiek. Psychologia głęboka odkryła bowiem, iż ludzie noszą w sobie różne obrazy boga. One zaś oddziałują na rozumienie życia i konkretne działania. Duchowość nie zajmuje się jedynie doświadczeniem owych obrazów, choć i to dzieje się w praktykowaniu ścieżek kontemplacyjnych i jogicznych, ale jej główne zadanie to prowadzenie do empirycznego, wewnętrznego rozpoznania boskiej rzeczywistości. Droga ta jest mozolna i wąska. Oznacza bowiem spotkanie się człowieka z nieświadomymi siłami, które przekraczają ego jednostki. Głębokie ścieżki duchowe stronią od mówienia o bogu, a zapraszają do inicjacji, czyli konkretnej ścieżki praktykowania medytacji czy kontemplacji, albo mówią też apofatycznie - kim lub czym bóg nie jest - co może poprowadzić do bezpośredniego rozpoznania "rzeczywistości, którą nazywamy Bogiem". Prawdziwe niepoznawalne zmysłami czy rozumem bóstwo poznaje się od wewnątrz w doświadczeniu mistycznym, które przekracza wszelkie religie i dyskursy - a z nimi transcenduje wszelkie obrazy bogów i bóstw. Sam rdzeń boskości jest w istocie poza imieniem i poza religią jak głoszą to nam mistycy wszystkich czasów. Podstawowe rozróżnienie między bogiem jako obrazem, który w projekcji interweniuje i moralnie ogłasza ludziom, co mają robić, a bóstwem jako wewnętrzną iskrą życia, jest w moim odczuciu fundamentalną kwestią w całym dyskursie. Fanatyzm religijny to psychologicznie przywiązanie do jednego obrazu z wiarą i z odczuciem (z pasją), iż on jest jedyną, niepodważalną prawdą. W tej sytuacji mamy do czynienia z inflacją ego - nie liczy się już ja człowieka, który wierzy w danego boga, ale jedynie samo żarliwe odczucie płynące z boskiego obrazu, a z nim konkretne działanie w imieniu danego boga. Droga ta może prowadzić nawet do gotowości, by zabić innowierców, wysadzić wieżowiec czy klinikę aborcyjną ze względu na napływ intensywnych treści nieświadomych na ego-świadomość. Oczywiście można by w tym miejscu przedstawić linie rozwojowe psyche w kontekście obrazów boga i bóstw. Jednak wykracza to poza ramy tego krótkiego tekstu.

Joseph Campbell, amerykański mitoznawca, w książce "Potęga mitu" pokazuje w sposób dobitny jak mit o upadku wpływa na rozumienie świata:

Główna idea biblijnej tradycji Upadku mówi, że natura, jaką znamy jest zepsuta, seks sam w sobie jest zepsuty, kobieta, jako ucieleśnienie seksu, jest szerzycielką zepsucia. Dlaczego Adamowi i Ewie została wzbroniona wiedza o dobru i złu? Bez tej wiedzy bylibyśmy gromadą dzieciaków nadal bawiących się w Edeńskim Ogrodzie i niemających żadnego udziału w życiu.

(...)
W odziedziczonej przez nas tradycji biblijnej życie jest zepsute, a każdy naturalny impuls - grzeszny, o ile nie zostanie obrzezany albo ochrzczony. Tym, który przyniósł grzech na świat, był wąż, jabłko zaś dała mężczyźnie kobieta. Utożsamienie kobiety z grzechem i węża z grzechem, a więc i życia z grzechem - oto splot, który określił cały mit biblijny i naukę o Upadku.

Zdaje mi się, że współczesny chrześcijanin nie zgodziłby się z powyższymi tezami. Jednak poczucie winy w ramach głoszonej nauki pozostaje podstawowym, nieuświadomionym kawałkiem kerygmatu chrześcijańskiego. Kapłan zaczynający misterium wielkiej nocy opowiada o tym jak Chrystus pokonał zło i grzech, który uczynił człowiek. Bez owego poczucia, że robię coś nie tak albo że jest ze mną coś nie w porządku, bardzo trudno praktykować dziś chrześcijaństwo. Znam to z własnego doświadczenia. Kiedyś bliska osoba powiedziała mi, że trudno jej odnaleźć się nawet wśród kaznodziejów polskiego katolicyzmu z racji na to, iż nauka, którą słyszy zaczyna się od niedoskonałości, grzeszności i ułomności człowieka. Następnym zaś krokiem jest mowa o działającym i miłosiernym bogu. Oczywiście psychologiczny cień jest częścią naszej natury, jednak ludzie, którzy nie rozumieją swoich ludzkich impulsów w kontekście grzeszności nie są w stanie odnaleźć się w religii chrześcijańskiej. Jakiś czas temu znajoma opowiadała mi o tym, iż przestała chodzić do kościoła ze względu na to, iż bez poczucia winy uprawia seks poza instytucją małżeństwa. To zaś dyskwalifikuje ją jako uczestniczącą w pełni liturgii. Musiałaby być w ramach wspólnoty grzesznicą, a sumienie nie wyrzucało jej, iż to, co robi jest złe i wymaga bożego przebaczenia.


Mity nowoczesne, które uwzględniają nie tylko naukowe hipotezy (np. ewolucję) ale też mistykę, która zawsze miała trudności we współbyciu z religijnym establishmentem, pokazują, że świat się rozwija. Cierpienie więc, a z nim wszystko, co nazywamy złem, jest częścią procesu stwórczego. Mistyk widzi wszędzie Boga, więc grzech, choroba, śmierć są tak samo uprawnione jak wszystko inne. Grzech rozumiany w tej dynamice jest jako część egzystencji. Odrzucanie życia i jej przejawów w mig rozwija neurotyczne cierpienie. Dlatego też, jak pięknie to pokazał C.G. Jung w Aion. Przyczynki do symboliki jaźni, dawny symbol walczących ryb (ciągłe ścieranie się życia ze śmiercią, cnoty z grzechem, boga z diabłem, człowieka z naturą) zostaje dziś zastąpione przez postać wodnika, który zamiast walki - wybiera świadomość i rozumienie, zamiast zadawania sobie bólu samoagresji i bolesnego podziału. Z dużą ciekawością przyglądam się współczesnym ruchom kontemplacyjnym chrześcijaństwa, które reprezentują wodnikowy styl duchowości. Duchowość nie tworzy poczucia winy w ramach struktur wprowadzających i objaśniających. Raczej daje możliwości uwalniania człowieka z poczucia niedoskonałości.

David R. Hawkins w taki sposób ujął współczesny ruch odchodzenia ludzi od tradycyjnych form religijnych na Zachodzie:

W toku wieloletnich obserwacji klinicznych poczucie winy okazywało się najczęstszym powodem odchodzenia od religii. To dlatego, że spełnienie wymagań religii wydawało się nieosiągalne. Zadaj sobie pytanie: Dlaczego? Zawsze chodzi o rozdźwięk między tym, jacy w swoim mniemaniu powinniśmy być, a tym, za jakich w rzeczywistości się uważamy. Zamiast czuć się winna, wypróbuj uwalnianie i odpuszczanie wszystkich negatywnych uczuć, jakie się pojawiają. Poczekaj i sama zobacz, jak zmieni się twoja postawa. (D. Hawkins "Technika Uwalniania")


W czasie pisania tegoż tekstu wychodzi kolejny film "Zabawa w chowanego". Obie produkcje braci Sekielskich, oprócz konkretnej krzywdy ludzi i mechanizmów wypierania przez instytucje kościoła problemu pedofili, pokazuje poziom dojrzałości polskiej religii. Można powiedzieć, za teoretykiem systemów religijnych i duchowych Kenem Wilberem, iż większa część polskiego katolicyzmu jest na poziomie mitycznym w rozwoju religii. Poziom ten charakteryzuje się brakiem racjonalności i integralności. Mityczna optyka widzi cały świat jedynie w perspektywie religii. Wszystko jest sakralne i wpisane w dany mit religijny. Nie istnieje nic poza bogiem czy diabłem. Zauważ, że kapłan molestujący dzieci stwierdza, że diabeł go skusił. Nie widzi racjonalnych przyczyn psychoseksulanych swojego zachowania. Nie potrafi widzieć rzeczywistości w perspektywie racjonalnej, np. używając psychologii czy nawet zdrowego rozsądku. Wszystkie rzeczy są otoczone sztywną sakralnością, co jest owocem niedojrzałości psychicznej. Na wysokich poziomach duchowych człowiek potrafi rozróżniać, badać moralnie samego siebie, a także rozumieć świat w sposób złożony. Inaczej mówiąc; doświadczenie religijne musi uwzględniać psychologię, etykę i własne uwarunkowania.


Sen, o którym pisałem na początku tekstu jest rodzajem pragnienia czy marzenia w stosunku do rozwoju religii. Kilka lat temu praktykując katolicyzm odkryłem, że sam system strukturalny religii opiera się na fałszywych założeniach, co do natury człowieka. Człowiek nie jest zepsutym przez grzech pierworodny stworzeniem, a rozwijającą się naturą, która nosi w sobie boskie Źródło, które dalekie jest od antropomorficznych bogów, uwarunkowanych kulturowo. Jak to trafnie zauważył Hegel - wielu chrześcijan wyobraża sobie boga jako "kręgowca o gazowym ciele". Eteryczny bóg jest tu istotą oddzielną, żyjącą w niebie albo chodzącym po ziemi interweniującym super-bohaterem typu avengers. Wszystko to jest pewnym ważnym etapem rozwoju świadomości, jednak nie jest to samym Esencją Istnienia. Mój sen jest marzeniem o upadku dualistycznego i neurotycznego religijnego mitu. Marzenie to powstało po doświadczeniu uwolnienia od mitu o upadku i dotknięciu w sobie miejsca, które nieskażone jest nieszczęśliwą świadomością, o której czytamy w Fenomenologii Ducha Hegla, która jest w istocie oddzielonym ja, której ustawia siebie naprzeciwko boga, który widziany jest jako oddzielna rzeczywistość. Mistyka pokazuje, że jest to jedynie błąd poznawczy, maja, nieświadomy, niezbudzony stan świadomości. Etap tej wędrówki jest konieczny w rozwoju ludzkiej świadomości, jednak wielu współczesnych doświadcza dziś "śmierci boga" i zaniku owej dualistycznej struktury. Dalej droga może prowadzić albo do nihilizmu i rozpaczy egzystencjalnej albo do duchowego doświadczenia jedności z boską rzeczywistością (piekło nihilizmu jest etapem przejściowym w duchowych ścieżkach przybierająca postać doświadczeń nocy i pustki).

Oby kolaps fałszywej i niedojrzałej religii stał się udziałem jak największej ilości ludzi i wspólnot. Duchowość, a z nią miłość, jako ścieżka jednocząca i afirmująca życie, może być kolejnym etapem w drodze ewolucji świadomości człowieka. Możliwe, że konfesyjne ścieżki wielu religii zmienią się nie do poznania pod wpływem tej transformującej przemiany. Jednak w najbliższym czasie zdaje się to, z wielu racji, jeszcze niemożliwe. Owo "jeszcze" jest tym, co wymaga zaangażowania i pracy poznawczej, a co jednocześnie budzi nadzieję, iż ewoluująca boskość dokonuje transformującej przemiany przez setki czy tysiące lat istnienia tego wszechświata.

piątek, 27 marca 2020

O pewnym mistrzu, który mieszka wewnątrz nas

Chodził po lasach i dolinach. Samotnie. Wygnaniec. Ludzie odrzucili go i zakazali mu bycia w ramach swoich miast i wsi. Człowiek ten zadawał pytania, których nikt nie chciał słuchać. Mówił rzeczy niewygodne dla tych, którzy uwięzieni zostali we własnych umysłach. Wędrowiec wzywał innych, by nauczyli się żyć bez lęku, bez gniewu, bez przywiązania. Nie robił tego nachalnie. Po prostu tam, gdzie się pojawiał, od razu wyłaziły wszystkie najgorsze cholery i dziadostwa z ludzkich wnętrz. Miał nawet ksywę "Chrystus", bo podobnie jak starożytny nauczyciel z Palestyny, swoją obecnością cichą i spokojną budził legionów demonów. Niektórzy tak bardzo nie znosili jego piękna, dobra i prawdy, że chcieli go skreślić. Byli tacy, którzy chcieli postawić na nim krzyżyk, pokrzyżować jego istnienie. W tym również podobny był do Palestyńczyka. Inni mówili na niego "Budda", bo miał w zwyczaju siadać w zachwycie pod drzewami, a poza tym głosił, że źródłem cierpienia jest przywiązanie.


W swoim zamiłowaniu do Prawdy nie pasował do większości ludzi, którzy zakochali się w materii. Jednocześnie nie zauważyli, że przywiązali się do czegoś co przemija. Bohater był zbyt odległy od powszechnego stylu myślenia i bycia. Głosił wolność i miłość. Ludzie nie znają natury miłości i wolności. Nazywają miłością to, co jest rządzą, władzą, emocjami, przywiązaniem, lękiem ubranym w odpowiedzialność itd. Nasz tułacz nie znał się na tym wszystkim. Zgubił bowiem wszystkie uwarunkowania przez poszukiwanie we własnym wnętrzu Prawdy. Z osobowości ludzkiej był dziwakiem. Bóg w nim to czysta Prawda, a osobowość miał dziwaczną. Chodził gdzie chciał, śpiewał co chciał i przyjaźnił się z dziećmi, z ubogimi i z zaburzonymi. Oni wszyscy jakby wyczuwali jego wewnętrzny ogień i wspólnie przy nim rozpalali humor, pogodę ducha i miłość do wszystkiego. Nasz wędrowiec był przyjacielem wiewiórek, borsuków i wszelkiej maści ptaków. Niektórzy mówią, że w jego chatkach, które stawiał w lasach na jakiś czas, schodziły się sarny i jelenie. Inni mówią, że podkarmiał zwierzęta i każde drzewo kochał w lesie jak swoją matkę. W każdej plotce jest ponoć garść prawdy.

Pewnego razu tułacz stanął na skrzynkach targowych i przemawiał do ptaków:

- Kochane! Śpiewajcie nam swoje pieśni wolności. Możliwe, że zostawimy nasze urazy, lęki i iluzje. Śpiewajcie.

Możecie się domyślać, jaka była reakcja ludzi. Człowiek ten nie zabiegał o pieniądze, o dach nad głową, o zaskarbienie sobie przyjaciół. Rodzina dawno wygnała go ze swoich granic. Przyjaciół miewał. Jego główną miłością pozostawała Prawda i jej wewnętrzne poznanie.

Niczego się nie bał, bo niczego nie posiadał na własność. Czuł się absolutnie bezpieczny. Kim był? Co takiego żyło w nim?

Gdy spotkasz taką istotę w swoim życiu wtul się nią mocno. Wsłuchaj się... Taki Ogień może spalić setki kłamstw. Gdy spotkasz "taką istotę" w sobie samym - zginie twoje małe nieszczęśliwe i wąskie ja.  Bóg jest bliżej niż cokolwiek innego. W drogę, w głąb...


Opowieść ta dotyczyć by mogła Chrystusa czy Buddy. Dotyczy ona też w sposób metaforyczny Twojego wnętrza. Czy o tym wiesz czy też nie - twoje prawdziwe JA jest dokładnie takie, jak bohater powyższej opowiastki. Żyjąc zanurzeni w lękach, w pragnieniach, w myślotworach nie znamy prawdziwych siebie. Ono jest naszym prawdziwym JA.

Bądź uważny! Może właśnie dziś JAŹŃ zbudzi się w Twoim wnętrzu.

środa, 4 marca 2020

Brzuch lasu, czyli metafora miłosnej Obecności

Jest pewna piękna piosenka, choć myślę, że trafniej utwór ten należałoby nazwać pieśnią. Pieśń jest wielka i głęboka. Opowiada jakąś archetypiczną treść, wspartą głębokim i często uniwersalnym wzorcem. Pieśń niesie znaczenie i poczucie jakiegoś mniej lub bardziej wyrazistego rezonansu w tym, który słucha czy wykonuje muzykę. Pieśni mogą zmieniać nasze wnętrza, a wraz ze zmianą umysłu człowieka zmienia się świat. Zdaje się, że odwrotna droga nie jest prawdą. Pragnienie by zmieniać świat, uszczęśliwiać kogoś czy zmieniać raczej nie ma takiej energii i żaru jak kochanie od środka. Poza tym zdaje się, że gorączkowa niezgoda na świat i innych ludzi płynie z egotyzmu. Inaczej jest z miłością. Kochanie to nie jest tylko kochaniem kogoś lub czegoś. Jest samym byciem miłości. I to owy stan zmienia wszystko dookoła. Święty, mędrzec czy zbawiciel tym jaki jest, zmienia wszystko wokół. Dzieje się to samo z siebie. On tego nie robi. Gdy poddaje Sile Wyższej swoje życie, Ona zaczyna promieniować przez niego. Ów stan miłości można wyrazić się przez piękne i głębokie pieśni, płynące z Serca Istnienia.


Pieśń, o której pisałem na początku tego tekstu to utwór "Na wróble" pani Meli Koteluk. Opowiada ona w przepiękny sposób o naturze człowieka, która wolna jest iluzji przymusu pragnień. 



Kilka dni temu przeżywałem swój własny ślub i wesele. Dzień ten był dla mnie i Zosi pięknym, wzruszającym świętem miłości. Zabawa, wolność i radość kochania dały nam przaśne i urokliwe doświadczenia. W czasie składania życzeń przez rodzinę i przyjaciół nagle przyszło do mnie, że wydarzenie to jest metaforycznym siedzeniem w brzuchu lasu. Sala była cała w drewnie, na naszym stole położono mech i pieńki. Jednak brzuch lasu jest tak naprawdę pewną metaforą. Określenie to pochodzi z piosenki Meli Koteluk. Oznacza dla mnie egzystencję wolną od przymusu pragnień, pozorów szczęścia i gorączki ego. Jest w tym jakiś urok życia bez pośpiechu, bez zdobywania i bez walki o iluzoryczne zaistnienie.

Gdy siadam w "brzuchu lasu" i słucham wiatru przypominam sobie kim jestem. Wiatr opowiada o przepływie, o lekkości, o wolności... Opowiada o czymś niewidzialnym, które jest bardziej realne od widzialnego. Wiatr wieje, ale "nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża". Jest przejawem Nieprzejawionego. Wkopanie się w siebie i bycie w brzuchu lasu jest niewiarygodnie proste. Gdy tracimy złudzenia i iluzje, stan ten się odsłania. Zawsze tu był, ale chmury małego ja, przysłaniały jego blask. Gdy brzuch lasu staje się codziennym stanem, nie mam się czym pochwalić. Brakuje w tym stanie wyjątkowości ego w postaci bycia-super czy też bycia-beznadziejnym. Jest to, co jest.

Nigdy nie widziałem, żeby las chwalił się tym, czym jest. Las i jego brzuch jest przepiękny. Nie ma potrzeby niczego udowadniać ani kwestionować. Choć na poziomie roślin, zwierząt czy grzybów las rozwija się czy zwija (ewoluuje bądź inwoluuje), to w samej esencji jest święty i nie podlega zmianom. Z człowiekiem jest podobnie, jednak nieprzytomność i wygnanie z brzucha lasu w pęd konsumpcyjnego świata, sprawia, że nie dowierza on w istnienie czegoś głębszego niż to, co widać, co da się zmierzyć i to, za co można zapłacić kartą.



W brzuchu lasu nie ma nic poza radością i kochaniem, które przyjmują tysiące form. Jak to pięknie stoi w "Niekończącej się historii":

"Bo widział już, że na świecie były tysiące odmian radości, ale w gruncie rzeczy wszystkie stanowiły jedną radość kochania. Radować się i kochać to było jedno i to samo"

Metaforycznym "brzuch lasu" jest źródłem Życia i celem naszego istnienia tu na ziemi. Im bardziej poddamy się jego wpływowi, tym głębiej zaskoczy nas radość ubrana w miłość czy też miłość ubrana w radość.

Z czego tu się cieszyć?
Z wszystkiego i z niczego. To kim jestem, jest samą Radością.

wtorek, 28 stycznia 2020

Czy z tobą jest coś nie tak?

Poszukujący uczeń po wielu latach duchowej praktyki zapytał swojego ukochanego mistrza:

- Mistrzu, czy można żyć bez oczekiwań, celów, poszukiwań? Jestem już tak bardzo zmęczony tym poszukiwaniem siebie, tworzeniem, zmienianiem, planowaniem... Czy można żyć bez tego wszystkiego? Chcę to już zostawić...

- Można żyć w nieobecnością iluzji "ja" i iluzji "bez". Jest to możliwe. Życie bez braku jest tym, czym jest życie w swojej istocie - stwierdził mistrz.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - dopytywał rozgorączkowany uczeń.

Siedzieli przez chwilę w zupełnej ciszy. Uczeń szukał przestrzeni bez braku i możliwości wyjścia poza gorączkowe poszukiwanie siebie. Bał się również jak zostanie odebrany przez mistrza. Bał się o siebie, o swoje "ja", o swój wizerunek.

Po chwili mistrz powiedział:

- Oczekiwanie to rozpiętość między tobą a pomysłem na siebie. Ta rozpiętość istnieje jedynie w twoim zaprogramowanym umyśle. W rzeczywistości Twój pomysł na siebie jest jedynie sennym złudzeniem. Nie istnieje.

Uczeń trwał w zmieszaniu. Mistrz kontynuował:

- Zatrzymaj projektor umysłu. Zatrzymaj się. Twoje pomysły na to kim powinieneś być nie istnieją. Zatrzymaj się. Zobacz. Czy brak istnieje? Czy jest z tobą coś nie tak?

- Mistrzu, ale ja naprawd... - powiedział uczeń i nagle zatrzymał się.

Nagle uczeń zaczął się głośno śmiać. Rechotał z głębi brzucha. Mistrz śmiał się razem z uczniem. Oboje zanosili się prostym śmiechem. Patrzyli sobie w świecące oczy, w których nie było braku, poszukiwań i poczucia oddzielenia.

W taki sposób śmieją się ludzie, którzy stracili wiele kłamstw. Mistrz i uczeń śmiali się długo i głośno. Uczeń wyszedł od mistrza z poczuciem lekkości i wolności. Czuł się zakochany w swojej egzystencji i we wszystkim co spotykał. Poszukiwanie wyparowało jak woda zagotowana w garnku. Gdy spotykamy energię miłości ona gotuje nasze egotyczne schematy. Są one jedynie parą, która szybko znika.



Utrata wyobrażeń o sobie samym, zniknięcie umysłowej koncepcji ja, śmierć ego jest nazywana oświeceniem. Zdarza się, iż ludzie doświadczając braku własnego ja (konstrukcji umysłowej o sobie samym) zaczynają się śmiać. Nie jest to śmiech z czegoś, jest to uśmiech egzystencji, która odpuściła uczucia i myśli, które tworzyły obraz ego. Wszystko w tym stanie wydaje się być piękne, dobre i właściwe. Świat otoczony jest Jaźnią, która obejmuje i zawiera się we wszystkim. Religie mają w swoim zapleczu arsenał wyzwalania się z własnego ja przez modlitwy, medytacje, rytuały, oddania, śluby itd. Wszystko to może być niezwykle pomocne, jednak należy uważać na zatrzymywanie się na tym, co nieistotne (moralizm, poczucie winy, tożsamość wspólnotowa). Ostatecznie trzeba odpuścić wszystko. Śmiech Buddy czy śmiech Chrystusa to istota Życia. Oby i Tobie przyjacielu przydarzyła się ta piękna i prosta Obecność.


niedziela, 19 stycznia 2020

Staś i leśna przygoda

Biegł, ile miał tylko sił w nogach. Droga w lesie wydawała się nie mieć końca. „Gdzie ten dom? Zawsze wydawało mi się, że jest bliżej.” Myśl za myślą uderzały w jego rozpędzony umysł. Z drugiej strony czuł jak delikatny wiatr muska go po twarzy i prowadzi do domu. Totalnie nie rozumiał co się przed chwilą stało. On, prawie już przecież dorosły- dwunastoletni naukowiec, rozmawiał właśnie z drzewem? Czy on zwariował? Czuł lekkie przerażenie, ale głębiej w sobie słyszał znany mu nie wiadomo skąd zachwyt i cudowną melodię radości. A był już przecież taki mądry i wykształcony? Co powie rodzicom? „Moi kochani właśnie rozmawiałem z drzewem…” Gdy usłyszał własne myśli poczuł ucisk w żołądku. W tej samej chwili przypomniał sobie, że ma przecież wspaniałych rodziców, którzy nie raz opowiadali mu przedziwne historie. Może i tym razem go zrozumieją?



- Mamo! Tato! – Staś wbiegł z ogromną prędkością na swoje podwórko. – Muszę coś… Wam… Opo… Opo… wiedzieć.

Cały zdyszany zatrzymał się nagle przy dużej werandzie swojego rodzinnego domu. Rodzice swoim codziennym zwyczajem siedzieli sobie spokojnie w wygodnych fotelach na szerokim tarasie u wejścia do domu. Popijali spokojnie herbatę.

- Stasiek. Aleś Ty zdyszany. – stwierdziła mama – Chciałeś chyba pobić nowy rekord.

- Nie… Nie. – mówił z przerwami na głębsze oddechy – Byłem w lesie… Spacerowałem. Myślałem sobie. I nagle zapatrzyłem się na drzewo… i…

Staś usłyszał w swojej głowie jak niedorzecznie brzmi, to co chce powiedzieć. Zawahał się i zatrzymał. Popatrzył na tatę. Jego ciepłe oczy i pogodne oblicze zdawało się przyjmować wszystko, co się działo. Wiedział, że tata go zrozumie. A jednak trochę się bał.

- Skarbie. Napij się z nami herbaty. – mama zaprosiła Stasia do stołu. – Chodź do nas.

Stasiek powoli, ale z dużą ochotą usiadł na wygodnym fotelu. Wziął do ręki swój ulubiony zielony kubek i zamilkł na jakiś czas. Przez kilka minut siedzieli razem na tarasie. Słońce zachodziło gdzieś w dali. Cichy wiatr i szum liści dodawały uroku tej chwili. Staś znał swoich rodziców i wiedział, że często w taki właśnie sposób spędzają wolny czas. Siedzą na tarasie. Piją herbatę. Czasem rozmawiają, a czasem milczą. Zawsze go dziwiło jak to możliwe, że ludzie są razem w zupełnym milczeniu i są przy tym tak przepełnieni szczęściem. Nagle przypomniało mu się jak w zeszłym tygodniu przyjechał rowerem na podwórko z bandą swoich znajomych. Narobili dużo hałasu, wdrapując się na domek na drzewie, który tata zbudował kilka lat temu. Rodzice nic nie powiedzieli. Siedzieli i uśmiechali się. Jakby cisza i spokój, którym się tak delektowali nie pochodziła z tego świata. Dziwne. Zauważył, że i jemu jest spokojnie w tej sytuacji. Poczuł na policzku ciepły promień słońca. Popił herbatę. Wszystko było tak ciche, bezpieczne i piękne. Na moment zapomniał nawet o przygodzie w lesie.

Po chwili nie wytrzymał i zadał pytanie swoim rodzicom:

- Czy jest możliwe, że człowiek może rozmawiać ze zwierzętami albo z roślinami? 

- Tak kochanie. Wszystko co jest życiem może do nas mówić. – stwierdził spokojnie tato. – Wszystko wokół jest święte i cudowne. Wielu ludzi tego nie widzi. A przecież szum drzew, szczekanie psa, burczenie w brzuchu… Wszystko to opowiada nam, że życie jest piękne.

Staś poczuł ciepło i radość. Tata był przedziwny. Zawsze potrafił dać mu to czego potrzebował. Podziwiał go. Nosił w sobie coś co sprawiało, że czuł się niebywale ważny i dobry. Jednak było to tak normalne i zwyczajne, że nie nadawało się do pokazywania w telewizji.

- Tato, bo widzisz… - Staś zawahał się – Dziś byłem w lesie. Patrzyłem na drzewo i poczułem, że jest niebywale piękne. Stałem i patrzyłem na nie. Nie myślałem o nim. I nagle poczułem jakby mówiło do mnie… Mówiło, że wszystko jest piękne i dobre. Mówiło tak jakby bez słów. Było takie jak mama, kiedy mnie przytula…

Mama uśmiechnęła się w stronę Stasia. Tata jeszcze pogodniej niż przed paroma chwilami stwierdził:

- Stasiek! To normalne. Nie bój się. Wszystko kocha Ciebie. Wszystko co widzisz jest radością. Nawet drzewo ma w sobie radość, bo wszystko co żyje ma duszę, swoją głębię. Nie jesteś sam, nie jesteś oddzielony. Jesteś połączony radością ze wszystkim, co jest.

- Ale to jest takie niezrozumiałe. – wtrącił Staś.- W szkole mówili, że tylko ludzie mogą…

- Wiem, synu. – tata patrząc w dal spokojnie odpowiadał. – W szkole się tego nie dowiesz. Szkoła zna tylko to, co da się zmierzyć, zbadać, wykorzystać. W szkole chodzi o oceny, o wyniki, o osiągnięcia. To co widziałeś w drzewie niczego nie osiąga, prawda? Pełna radość. Istnieje radość, o której nie da się powiedzieć. To drzewo ją miało, no nie?

- Tak, tato. Masz rację. Ono całe tam było radością.

Zamilkli. Siedzieli w totalnej ciszy. Robiło się już ciemno. Mama wtuliła się w tatę, a świerszcze rozpoczęły wieczorne koncerty. Staś czuł w sobie niebywały spokój i radość. W tym dniu chyba po raz pierwszy tak bezpośrednio poznał to, czego nie da się poznać.

Tak, świat jest radością. Tata miał rację.


niedziela, 10 listopada 2019

Traktat o duchowej istocie piękna

1. Piękno jest wszystkim, co jest.

   1.1. Wszystkość oznacza absolutność i transcendencję.
   1.2. Nie ma rzeczy, obiektu czy podmiotu, który byłby wyłączony z piękna.
   1.3. Wszystko jest piękne.
       1.3.1. Wszystko nie wyklucza nicości.
       1.3.2. Wszystko i nicość są zespolonymi aspektami piękna.
       1.3.3. Piękno jest absolutnym przekraczaniem pozornych przeciwieństw.

2. Piękno pochodzi z niewidzialnego pola, które jest stwórczą mocą.

   2.1. Widzialny świat pochodzi bezpośrednio z niewidzialnego.
   2.2. Widzialne i niewidzialne są ze sobą istotowo i niedualnie zespolone.
   2.3. Każda idea, rzecz, osoba jest piękna.
  2.4. Percepcja duchowa istoty piękna jest możliwa dzięki duchowi, który jest najgłębszym,                        niezniszczalnym rdzeniem istoty człowieka (niewidzialny porządek).
       2.4.1. Piękno oznacza umiłowanie dla tego, co jest.
       2.4.2. Na szczycie ewolucji duchowej człowieka piękno, boskość, duch to pojęcia tożsame.
   2.5. Piękno wypływa z najwyższego atraktorowego, niewidzialnego pola o potężnej mocy.
       2.5.1 Świętość jest blaskiem i mocą energii niewidzialnych pól o wysokiej energii.
            2.5.1.1. Prawdziwe piękno jest samą świętością. 

3. Estetyczne czy intelektualne doznanie piękna jest możliwe, bowiem zasadza się na metafizycznym ugruntowaniu w pięknie.

   3.1. Rozum i zmysły dotykają widzialnego obszaru piękna.
   3.2. Piękno jest czymś głębszym niż zjawiska.
   3.3. Metafizyczne piękno jest ostatecznie czystą immanentną transcendencją.
       3.3.1. Możliwość poznania piękna otwiera się w człowieku przez doświadczenie ducha.
       3.3.2. Immanentność oznacza tu, że piękna można doświadczyć jedynie we własnym wnętrzu                       przez poznanie.
       3.3.3. Transcendencja oznacza tu, iż niemożliwe jest objęcie pojęciem czy uczuciem całej                             głębokości i szerokości piękna.
           3.3.3.1. Transcendencja nie oznacza tu przestrzennego przemieszczania się.
           3.3.3.2. Transcendencja nie oznacza tu czasowego zmieniania się. 
                3.3.3.2.1. Piękno nie podlega zmianom.
           3.3.3.3. Transcendencja w sensie najgłębszym jest czystym pięknem bez stawania się.    

 4. Dla rozwiniętych duchowo ludzi wszystko jest piękne.

   4.1. Piękno można poznać przez stanie się nim.
   4.2. Uczestnictwo dokonuje się przez ewolucyjną ścieżkę wzrastania w kierunku pełni piękna.
   4.3. Stanie się najczystszym pięknem nie leży jedynie w możliwościach człowieka.
       4.3.1. W procesie stania się pięknem niezbędna jest rzeczywistość Łaski.
            4.3.1.1. Łaska jest pojęciem chrześcijańskim. Bez względu na kulturowe uwarunkowania                                 tego pojęcia "łaska" oznacza tu moc stwórczą.
            4.3.1.2. Łaska oznacza tu moc pochodzącą z rdzenia boskości, która wszystko czyni tym,                                 czym jest, czyli pięknym.
       4.3.2. Decyzja, która oznacza, podążanie za pragnieniem Piękna jest niezbędną częścią Procesu.
            4.3.2.1. Człowiek przy całym swym uwarunkowaniu ma możliwość odraczania stania się                                 tym, czym już jest.
                4.3.2.1.1. Intensywne odraczanie i zaprzeczanie oznacza neurotyczne cierpienie.
                      4.4.2.1.1.1. Wzrastanie duchowe dokonuje się przez zaangażowane odpuszczanie.
                4.3.2.1.2. Cierpienie jest niezbędną częścią Procesu.  
            4.3.2.2. Człowiek istnieje w świecie wolności w takim samym stopniu jak w świecie                                         konieczności.
                4.3.2.2.1. Wolna wola człowieka i wolna wola Boga na najgłębszym poziomie są jednym.

5. Ewolucja duchowa człowieka jest faktem na poziomie względnych zjawisk.
   
   5.1. Cały świat istnieje w creatio continua (w stwórczym Procesie uprzytamniania piękna).
       5.1.1. Stwarzanie jest Procesem, w którym człowiek i wszechświat uświadamiają sobie swoje                       Źródło.
       5.1.2. Proces stwarzania jest nieustanną obecnością Piękna, które szuka możliwości, by                                 uprzytomnić sobie, iż wszystkość jest samym Źródłem.
   5.2. W esencji wszystko jest już pełnią Piękna.
   5.3. Na poziomie zjawiskowym człowiek rozwija się przez określanie dobre - złe, piękne -brzydkie, prawdziwe - fałszywe. Rozwój ten dokonuje się przez moralność.
       5.3.1. W świecie zjawisk wybieranie tego, co moralne; dobre, piękne i prawdziwe jest niezbędną                   drogą ku Pięknu.
       5.3.2. Ostateczny skok w Piękno dokonuje się przez przekroczenie par przeciwieństw: dobre -złe, piękne - brzydkie, prawdziwe - fałszywe.

6. Niewidzialne piękno, boskość, sam rdzeń można poznać jedynie na ścieżce duchowej.

   6.1. Nauki przyrodnicze, humanistyczne same z siebie nie są w stanie wprowadzić w transformację w Piękno.
   6.2. Wszelka moralność, psychologia, rozwój osobisty są etapami w drodze stania się pięknem.
   6.3. Głębokie tradycje medytacyjne, kontemplatywne i mistyczne dają możliwość duchowych wglądów i ostatecznego zjednoczenia z Pięknem.

7. Duch jest pięknem.

   7.1. Metafizycznie nieprzejawiony duch jest całym pięknem.   
   7.2. Percepcja duchowa człowieka widzi aspekt piękna w niewidzialnym duchu i we wszystkich                stworzeniach, które z niego wypływają.
   
8. Piękno, dobro i prawda to jakości samego ducha.

9. Piękno przekracza pozorny konflikt między istnieniem a nieistnieniem.

   9.1. Piękno widzi narodziny i śmierć jako fale na oceanie boskości, nie zaś jako ostateczności.
   9.2. Istnienie i nieistnienie jest możliwe jedynie w ramach duchowego ego, który jest etapem Procesu stwórczego.
   9.3. Poddanie swojego ja/duchowego ego Bogu oznacza koniec istnienia pozornych przeciwieństw.
       9.3.1. Ty jesteś Tym. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. To klasyczne twierdzenia dojrzałości duchowej.
       9.3.2. Zjednoczenie jest szczytem ewolucji duchowej, które oznacza brak podziału między                            podmiotem a przedmiotem, człowiekiem a Bogiem itd.
       9.3.3. Brak poznawczego podziału na podmiot-przedmiot jest szczytem piękna i niedualnym                         zjednoczeniem.

10. Piękno jest pięknem. (święta tautologia)

    10.1. O czym (nie) można mówić, o tym trzeba milczeć.
        10.1.1. Milczenie jest głębią mówienia o Pięknie. 
               10.1.1.1. Cisza jest domostwem Piękna.


sobota, 2 listopada 2019

Tańczące liście, świato-pogląd i Umiłowanie!

Wracałem z pracy. Dzień minął przyjemnie. W jednej klasie uczniowie doświadczyli przebaczenia, w i drugiej zaś 'mali ludzie' odkryli, że praca w odmiennych płciowo grupach jest ciekawa. Dla dziecka na pewnym etapie rozwoju tego typu odkrycie przez doświadczenie, to niebywały skok rozwojowy. 

Wracałem z radością. Miło jest wspomagać ludzi w jakimkolwiek wieku w rozwoju. Od zawsze miałem wrażenie, że jest to jedna z moich życiowych dróg. Liście tańczyły wokół mnie, obracane przez ciepły wiatr.

Wracałem z głodem, więc po drodze wstąpiłem do piekarni po pyszną gruzińską bułkę. Zaglądam na facebooka, a tam we wspomnieniach pojawiło się następujące zdjęcie:


Było to zdjęcie z wydarzenia sprzed trzech lat. Nie pamiętam już dokładnie o co nam wtedy chodziło. Toczyła się rozmowa wśród przyjaciół i w którymś momencie powstało to zdjęcie. Po powrocie do domu po tamtym spotkaniu napisałem:

Obecność.
Wszystko jest Obecnością. Zwyczajną, prostą, pełną spokoju Obecnością. Niewytłumaczalną, naturalną, nie znającą przymusu, podziałów i lęku przestrzenią. Jest wszędzie, w każdej istocie. W liściu, w kropli deszczu, w ramieniu przyjaciela.
Niczego nie żąda, niczego nie wymaga. Nigdy się nie kończy. Cieszy się, że jest. Pochodzi znikąd i prowadzi donikąd. Wieczna. Jest mała jak ziarnko gorczycy - niewidzialna. Z niej to wyrasta wielkie drzewo - cały wszechświat. Obecna we wszystkim, choć nie krzycząca o swoim istnieniu. Ziarenko obecne w całym drzewie, choć jakby umarłe, nie-będące.
Pełna. Wystarczająca. Bez braku. Tu i teraz. W każdym.

Zdjęcie i cytat wzbudziły we mnie bardzo pozytywne uczucia. Przypomniało mi to przemianę, której wtedy doświadczałem. Byłem religijnym człowiekiem, który przez lata starał się medytować, wchodzić w siebie, poszukiwać Boga. Czas, w którym powstało to zdjęcie był momentem, gdy wszelkie koncepcje na temat religijnej natury Boga zniknęły. Zrozumiałem wtedy, że wszelkie moje obrazy boskości były związane z projekcją antropomorficzną, tzn. wszystkie dobre, idealne cechy, których pragnąłem, rzutowałem na Boga. Po odkryciu, iż Bóg nie jest ani osobą ani nie-osobą odkrywałem prostą radość bez towarzyszących obrazów, wyobrażeń, projekcji. Bóg, który wcześniej był konkretną osobą z wolą, z inicjatywą w działaniu, z aparatem interwencji w ten świat i w moje życie, zniknął. Początkowo pojawiła się święta pustka czy też czysta nicość. Z czasem owe nic coraz bardziej jaśniało wszystkością. Po czasie zapomniałem trochę o doświadczaniu i rozmyślaniu na temat duchowości. Zająłem się bowiem bardziej psychologią, zarabianiem pieniędzy i relacją z kobietą. Jednak samo głębokie odczucie czegoś istotnego pozostało.

Dziś dzięki wielu światłym ludziom rozumiem, że proces, który wtedy przechodziłem był naturalnym i rozwojowym ewolucyjnym krokiem. Zapewne można popatrzeć na to wydarzenie z wielu perspektyw. Chciałbym w tym miejscu posłużyć się Teorią Integralną Kena Wilbera, a dokładnie jej małym wycinkiem - linią rozwojową światopoglądów.

Rozwój światopoglądów w ramach psychologii rozwojowej cieszy się od lat zainteresowaniem naukowców. Chciałbym tu pokazać jedną z takich opcji, które proponuje Ken Wilber. Posłuchajmy co ma do powiedzenia ten teoretyk systemów na temat rozwoju światopoglądów:

"Świat, w którym żyjemy, nie został nam dany z góry. Jedną z najważniejszych zasad postmodernistycznej rewolucji w filozofii, psychologii i socjologii jest zasada mówiąca, że istnieją różne światopoglądy - różne sposoby kategoryzowania, prezentowania, opisywania i organizowania naszych doświadczeń. Nie istnieje jeden, monolityczny świat z jednym, uprzywilejowanym sposobem przedstawiania go, lecz raczej wielorakie światy z pluralistycznymi interpretacjami. Co więcej, te światopoglądy często - w istocie niemal zawsze - zmieniają się z epoki na epokę i z kultury na kulturę. Nie należy rozumieć tego w sposób skrajny - różne interpretacje mają wiele cech wspólnych, dzięki czemu świat się nie rozpada. Faktycznie, uczeni odkryli, że w językach, uczuciach, strukturach poznawczych, w percepcji kolorów itd. występują pewne (a często liczne) cechy uniwersalne. Te uniwersalne elementy splatają się i organizują na najróżniejsze sposoby, w rezultacie czego powstają tkaniny różnorodnych światopoglądów.

Choć teoretycznie istnieje niemal nieskończenie wiele światopoglądów, wydaje się, że w historii człowieka na tej planecie jest około tuzina światopoglądów, które wywierały i wciąż wywierają szeroki i znaczący wpływ. Badania takich uczonych, jak Jean Gebser, Gerald Heard, Jurgen Habermas, Michel Foucault, Robert Bellah, Peter Berger i innych wykazały, że do głównych światopoglądów należą: czuciowo-ruchowy, archaiczny, magiczny, mityczny, mentalny, egzystencjalny, nadpsychiczny, subtelny, przyczynowy i niedualny. (Ścisłe znaczenie tych terminów stanie się jaśniejsze w dalszej części tego tekstu).

Nie chodzi o to, który z tych światopoglądów jest słuszny, a który błędny; wszystkie są odpowiednie dla swojego czasu i miejsca. Chodzi raczej o zwykłe skatalogowanie, najtroskliwiej jak to możliwe, bardzo ogólnych cech charakteryzujących każdy światopogląd i „wzięcie w nawias" (lub odsunięcie na bok) chwilowo kwestii, czy te światopoglądy są „prawdziwe", czy nie - opiszemy je po prostu tak, jakby były prawdziwe. Np. światopogląd magiczno-animistyczny cechuje częściowe przenikanie się podmiotu i przedmiotu. Dlatego ludzie utrzymujący ten światopogląd czują bezpośrednio, że „przedmioty nieożywione", takie jak skały i rzeki, żyją lub nawet mają duszę albo swojego ducha. Światopogląd mityczny odznacza się ogromną liczbą bogów i bogiń, będących nie jakimiś bytami abstrakcyjnymi, lecz głęboko odczuwanymi siłami, z których każda ma bezpośredni wpływ na sprawy ziemskich mężczyzn i kobiet. Światopogląd mentalny - którego najbardziej znaną częścią jest „światopogląd racjonalny" - cechuje przekonanie, że obszar subiektywny jest całkowicie odrębny od obiektywnego obszaru natury. Jeden z najbardziej naglących problemów w tym światopoglądzie stanowi kwestia powiązania tych dwóch obszarów. Światopogląd egzystencjalny rozumie, że istnienie różnorodnych perspektyw leży w naturze wszechświata, a więc nie tylko nie istnieją żadne uprzywilejowane perspektywy, lecz sami musimy wydobyć jakiś sens z tych przerażająco różnorodnych możliwości. Cechą światopoglądu subtelnego jest postrzeganie subtelnych form i transcendentalnych archetypów, pierwotnych wzorców przejawów, które zwykle uważane są za Boskie. Światopogląd przyczynowy odznacza się bezpośrednią realizacją bezkresnego, nieprzejawionego obszaru - zwanego różnie: pustką, ustaniem, Otchłanią, Nienarodzonym, Ain, Ursprung - bezkresnej Bezforemności, z której wyłania się cała manifestacja. Światopogląd niedualny reprezentuje całkowitą jedność Bezforemnego z całym światem Formy.

Te różne światopoglądy ukazują prawdziwie oszałamiającą gamę sposobów, w jakie nasze doświadczenia mogą być organizowane i interpretowane. Nie są to w żadnym razie jedyne światopoglądy ani powyższa lista nie jest zamknięta czy ustalona z góry - ona ciągle się rozwija, otwierając nowe możliwości. Ale jeśli nie mamy żadnego światopoglądu, pozostajemy zagubieni w niemiłosiernie jazgoczącym zamęcie doświadczenia, jak to określił William James." (Jeden Smak, Ken Wilber, s. 157-158)

Biorąc pod uwagę powyższy opis teoretyczny zrozumiałem, iż rozwój koncepcji Boga/boskości/ostatecznej rzeczywistości jest związany bezpośrednio z etapem rozwojowym w ramach światopoglądu człowieka. Światopogląd zaś związany jest bezpośrednio z doświadczaniem. Na poziomach archaiczno-magicznych człowiek i natura, człowiek i przedmiot, człowiek i matka, człowiek i Bóg itd. są ze sobą zjednoczenie w nieświadomej jedni. Carl Gustav Jung, za Lévy-Bruhl'em, nazywał to participation mystique, które jest w istocie przedświadomym 'zlaniem się'. Od momentu wyjścia z nieświadomej jedni zaczyna się psychiczny rozwój danej struktury, cechy, osoby czy społeczeństwa. Pojawiają się rozróżnienia i świadomość oddzielności. Np. dziecko na pewnym etapie rozwojowej uświadamia sobie swoją oddzielną świadomość (temat granic ego).

Zdaje się, że prawdziwe jest zdanie bliskiej mi osoby, że wiedza dąży do mnogości, zaś miłość jednoczy. Coś w tym jest. Świat widzialny istnieje przez oddzielania, wyróżniania, wyodrębnianie. Miłość, a z nią duchowość przypomina, że cały wszechświat jest zanurzony w boskości. Creatio continua jest ewolucyjną drogą poznania, iż mimo wielości świat w swej naturze nigdy nie może wypaść z łaski Boga/ z nieforemnej bezkresnej Wszystkości.


W moim wypadku religijność w momencie robienia zdjęcia była w dużej mierze na etapie egzystencjalnym. Przynajmniej tak mniemam po tym jak rozumiałem wtedy boskość. Byłem w czasie intensywnego studiowania i medytowania, nie tylko chrześcijańskich ścieżek duchowych. Etap egzystencjalny związany jest z widzeniem wielości światopoglądów w świecie z jednoczesnym rozumieniem czy wglądem, iż różnice w widzeniu ostatecznej rzeczywistości należą od kultury, a także sposobu doświadczania. Wtedy też zacząłem widzieć, iż Bóg ostatecznie nie posiada formy. Znaczy to, że moje wyobrażenia na temat boskości są w swej istocie jedynie wyobrażeniami. Niezwykła to ulga doświadczać Boga jako nieskończonego pola, które niczego nie żąda od człowieka. Wszechobecność piękna i dobra osadza człowieka w codzienności. Zdaje się, że na etapach wyższych pojawia się również wiedza, iż Bóg niczego nie wymaga od człowieka, bowiem nie jest on ani osobowy ani nieosobowy. Przekracza wszelkie antynomie, będąc Wszystkością Tego, Co Jest. Jeśli nie nagradza ani nie karze, nie ma również potrzeby lojalności czy służalczości. Religia w swym kostnieniu instytucjonalnym wyobraża sobie Boga jako gniewnego, rozżalonego, zazdrosnego itd. Wszystko to związane jest z niższymi fazami rozwojowymi, w których ego projektuje na Boga swoje żale, uczucia, pragnienia, stwarzając wizerunek Boga, który jest lepszą kopią człowieka itd. Tam, gdzie powstają ścieżki kontemplatywne czy medytacyjne, pojawia się mówienie o boskości w paradoksach. Ponadto na pierwszy plan wysuwa się miłość, wolność, pokój. Człowiek doświadcza uwolnienia od poczucia winy i zaczyna rozumieć, iż Stworzyciel nie jest postacią, osobowością czy nazwą. Transcendentny przekracza wszystko, będąc immanentną bliskością i czułością.  Transcendenty jest immanentnym, i odwrotnie.

Umiłowanie!


Słowami próbuję nazwać to rozpoznanie. Rozumienie przydało mi się w życiu, pozwalając wiedzieć w jakim miejscu mogę się znajdować. Jednak słowa ostatecznie nic nie mówią. Smak Obecności to smak, nie zaś słowo. Smak zaś jest zmysłem, a doświadczenie ostatecznej rzeczywistości nie jest zmysłowe, nie jest uczuciowe, nie jest intelektualne. A jakie jest?

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Interpretacje, ich wariacje i piękno ewolucyjnego procesu!

Człowiek tworzy sensy i interpretacje. Teza raczej oczywista. Zdaje mi się, że nie ma potrzeby większego udowadniania jej prawdziwości. Homo sapiens żyje i porusza się w przestrzeni sensowności, nawet jeśli mówi o bezsensie czy o braku sensu w swoim życiu. Sens czy jego brak jest sposobem egzystencji i z niego wypływa konkretna życiowa postawa czy działanie.

Prosta fenomenologiczna obserwacja przeciętnego, współczesnego człowieka ukazuje nam, że instynkty życia (eros), śmierci (thantatos) i horyzonty sensu to podstawowe modusy egzystencji. Człowiek pragnie bowiem widzieć swój świat sensownym. Porusza się w obrębie zaspokajania potrzeb i poczucia sensowności tego, co robi. Człowiek na tym etapie rozwoju ludzkości pragnie żyć tak, aby czuć spełnienie i znać sens tej egzystencji. Dlatego też homo sapiens pracuje, tworzy więzi, uprawia różne formy religijności czy ścieżki rozwoju. W pewnej mierze można powiedzieć, że człowiek szuka czegoś, co napełni jego egzystencję blaskiem sensu i poczuciem spełnienia.

Można tu oczywiście nie zgodzić się i stwierdzić, iż przeciętny Kowalski ani nie szuka sensu ani nie zastanawia się dlaczego istnieje i po co to wszystko. To prawda. Ludzkość jest na różnych poziomach rozwoju. Stwierdzenie, że wiele osób żyje jedynie w horyzoncie zaspokajania potrzeb, nie oznacza, iż można coś w sposób absolutny powiedzieć o wyższych poziomach rozwoju.

Oczywistym zdaje mi się, że tam gdzie pojawia się nauka, logika, wyższa moralność (najczęściej uwewnętrzniona), wrażliwość na sztukę i głęboka demokracja człowiek wychodzi ze świata zwierzęcych instynktów w kierunku świata umysłu. Stąd droga prowadzi w nad-umysł, w miłość, w świat duchowy. Droga ewolucji jawi się więc jako ścieżka wznosząca od świata zwierzęcego (materia) przez ludzki świat potrzeb, umysłu i jego społecznych inklinacji, aż do oświecenia, które jest domeną duchowości.

Na poziomie zwierzęcym zdolności interpretacyjne zdają się być nikłe. Człowiek, któremu zdaje się, że drogą jego życia jest walka o przetrwanie (zachowanie potrzeb, gatunku, ego) interpretuje świat przez pryzmat zmagania i niekończącego się trudu. Taka osoba zmaga się ze sobą w diadzie życie-śmierć. Na tym etapie życie biologiczne jawi się jako jedynie rzeczywiste. Zaspokajanie potrzeb to walka o przeżycie (posiadanie, zdrowie, dobrobyt). Zachowanie bios należy do najważniejszych wartości. Dominująca dynamika tej struktury to lęk, który napędza życie jednostki. Człowiek żyje w pogoni za uwolnieniem z tragizmu codzienności. Życie na tym poziome wachluje między stanem braku, ciemności, beznadziei ("życie jest bezsensu") a stanem spełnienia i poczucia omnipotencji ("mogę wszystko, mam wszystko").

Na poziomie umysłu człowiek zaczyna doświadczać nowych aspektów egzystencji. Walka o przetrwanie zostaje zastąpiona przez subtelny świat sensów. Człowiek odkrywa w sobie myśl i jego siłę. Zaczyna niuansować rzeczywistość. Na tym etapie budzi się powoli uważność na różne przejawy życia. W tym miejscu rodzi się filozofia, nauka, medycyna, demokracja, a także religijne zapytywanie o istotę rzeczy. Poziom umysłu im bardziej wysoki i subtelny, tym bardziej zaczyna zauważać siłę myśli i moc wnętrza człowieka. Wielu ludzi zaczyna zauważać swoje wnętrze jako realną rzeczywistość. Rodzi się psychologia, przeróżne praktyki pracy wewnętrznej, odkrywamy świat uczuć, pragnień, odniesień. Religia przestaje być jedynie społeczną strukturą, tradycją czy ścieżką sublimującą lęk, ale prowadzi do wnętrza i do samopoznania. Pojawia się szacunek dla zmienności życia biologicznego, a także coraz bardziej okazuje się, że subiektywny świat wnętrza jest równie realny jak świat materialny.

Następny etap ludzkiego rozwoju świadomości związany jest z przestrzenią ducha. Jest to świat głębi i sensu przekraczającego ramy umysłu. Jest to świat radykalnie subiektywny. Możliwy do odkrycia jedynie we własnym wnętrzu. Świat nad-umysłu, ducha czy miłości (nazwy mogą być różne) jest wielce zróżnicowany i posiada wiele innych podetapów. Poziom ten jest przestrzenią doświadczeń transpersonalnych i subtelnych. Głęboka psychologia, autentyczna religia, głębokie praktyki medytacyjne czy spontaniczne wglądy są drogą w ową niewysłowioną przestrzeń. Religie w różny sposób nazywają te stany czy poziomy. Generalnie można powiedzieć, że zorganizowane religie posiadają dwie warstwy doświadczeń: egzoteryczną (zinstytucjonalizowany wymiar religii, kult, moralność, dogmaty) i ezoteryczną (ścieżki inicjacyjne; kontemplacyjne, wglądowe czy jogiczne). Oba przeplatają się wzajemnie. Wielcy założyciele religii (Chrystus, Budda, Kriszna) prowadzili swoich uczniów w drogę wewnętrznej transformacji. Prawdopodobnie nie zależało im na zakładaniu instytucji religijnych. I choć dziś kościół, meczet czy aśram to miejsca ważne z punktu społecznego, to nie one są źródłowym elementem religii.

Ścieżki ezoteryczne (wewnętrzne) prowadzą nas do istoty prawdziwej religii, do przemiany i wzrostu świadomości. Adept tej ścieżki doświadcza głębokiej przemiany. Odkrywa, że ani ciało ani myśl nie wyrażają jego istoty. Następuje "porwanie przez Łaskę", w której to znika poczucie oddzielenia. Człowiek zaczyna doświadczać Jaźni jako realności. Dla mistyka boskość jest bardziej realna niż materia czy umysł. Odkrycie "tego miejsca" sprawia, że percepcja przestaje odbierać świat w perspektywie podmiot-przedmiot. Poczucie odległości a wraz z nim pragnienie okazuje się być iluzją, snem, chwilowym pomysłem. Rzeczywistość jawi się jako absolutnie doskonała. Wszystko objawia chwałę Stwórcy. Każda rzecz promienieje blaskiem, harmonią i pięknem. Zło, brak, cierpienie widziane jest jako przejściowe czy iluzoryczne. Bóg zrodził się oto tu w przestrzeni, w której zawsze był.

Czy nakreślona wyżej mapa jest w ogóle potrzebna? Świadomość, że świat ewoluuje może pomóc człowiekowi zauważyć, gdzie znajduje się na swojej ścieżce i docenić różne wymiary życia. Myślenie ewolucyjne wspiera rozwój. Omija bowiem egotyczny pomysł, iż świat jest czarno-biały. Świat jest raczej tańcem tysiąca kolorów, który zmierza w samo serce Boskości u początku drogi będąc już w samym centrum serca. Zdaje się, że bez myślenia procesowego czy ewolucyjnego nie jest możliwe dziś prowadzenie sensownych badań naukowych. Jak pięknie zauważył to jezuita i paleontog Pierre Theilard de Chardin:

"Czy ewolucja to teoria, system lub hipoteza? To coś znacznie więcej: to ogólny stan, przed którym wszystkie teorie, wszystkie hipotezy, wszystkie systemy muszą się ukorzyć i któremu odtąd muszą zadośćuczynić, jeśli mają być możliwe do pomyślenia i prawdziwe. Ewolucja jest światłem oświetlającym wszystkie fakty, krzywą, którą wszystkie linie muszą naśladować (The Phenomenon of Man)."

Amerykański lekarz i nauczyciel duchowy David Hawkins opracował niezwykłą mapę poziomów świadomości. Swoją pracą ukazał, że świat jest ewolucyjną drogą stwarzania i objawia piękno Esencji Istnienia. Wszystkie więc etapy objęte są w swej istocie przez Światło Stwórcy:

"Dzięki rozpoznaniu istoty wszystko, co istnieje, posiada wrodzone piękno, a jego „wartość” polega na tym, że jest ono ekspresją ewolucji Stworzenia, ponieważ wyraża nieprzejawione stające się Przejawionym. Wartość jest zatem wrodzona Wszystkiemu, co Istnieje dzięki Boskiemu Źródłu samego Istnienia, które znajduje się w sferze nielinearnej i dlatego jest niewidoczne dla ograniczeń zawartych w mechanizmach percepcji."

Szkiełko i oko nie dosięgnie Ducha. By sensownie wędrować po meandrach człowieczego losu potrzeba dobrych map. Zdaje się, że teorie dynamiczne, ewolucyjne i procesowe są trafnymi drogowskazami w drodze do Prawdy. Opisana tu powyżej trójpoziomowa mapa ewolucji świadomości ludzkiej jest jedynie uproszczoną próbą opowiedzenia niewiarygodnej przygody jaką jest ewolucja.