Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2020

O pewnym mistrzu, który mieszka wewnątrz nas

Chodził po lasach i dolinach. Samotnie. Wygnaniec. Ludzie odrzucili go i zakazali mu bycia w ramach swoich miast i wsi. Człowiek ten zadawał pytania, których nikt nie chciał słuchać. Mówił rzeczy niewygodne dla tych, którzy uwięzieni zostali we własnych umysłach. Wędrowiec wzywał innych, by nauczyli się żyć bez lęku, bez gniewu, bez przywiązania. Nie robił tego nachalnie. Po prostu tam, gdzie się pojawiał, od razu wyłaziły wszystkie najgorsze cholery i dziadostwa z ludzkich wnętrz. Miał nawet ksywę "Chrystus", bo podobnie jak starożytny nauczyciel z Palestyny, swoją obecnością cichą i spokojną budził legionów demonów. Niektórzy tak bardzo nie znosili jego piękna, dobra i prawdy, że chcieli go skreślić. Byli tacy, którzy chcieli postawić na nim krzyżyk, pokrzyżować jego istnienie. W tym również podobny był do Palestyńczyka. Inni mówili na niego "Budda", bo miał w zwyczaju siadać w zachwycie pod drzewami, a poza tym głosił, że źródłem cierpienia jest przywiązanie.


W swoim zamiłowaniu do Prawdy nie pasował do większości ludzi, którzy zakochali się w materii. Jednocześnie nie zauważyli, że przywiązali się do czegoś co przemija. Bohater był zbyt odległy od powszechnego stylu myślenia i bycia. Głosił wolność i miłość. Ludzie nie znają natury miłości i wolności. Nazywają miłością to, co jest rządzą, władzą, emocjami, przywiązaniem, lękiem ubranym w odpowiedzialność itd. Nasz tułacz nie znał się na tym wszystkim. Zgubił bowiem wszystkie uwarunkowania przez poszukiwanie we własnym wnętrzu Prawdy. Z osobowości ludzkiej był dziwakiem. Bóg w nim to czysta Prawda, a osobowość miał dziwaczną. Chodził gdzie chciał, śpiewał co chciał i przyjaźnił się z dziećmi, z ubogimi i z zaburzonymi. Oni wszyscy jakby wyczuwali jego wewnętrzny ogień i wspólnie przy nim rozpalali humor, pogodę ducha i miłość do wszystkiego. Nasz wędrowiec był przyjacielem wiewiórek, borsuków i wszelkiej maści ptaków. Niektórzy mówią, że w jego chatkach, które stawiał w lasach na jakiś czas, schodziły się sarny i jelenie. Inni mówią, że podkarmiał zwierzęta i każde drzewo kochał w lesie jak swoją matkę. W każdej plotce jest ponoć garść prawdy.

Pewnego razu tułacz stanął na skrzynkach targowych i przemawiał do ptaków:

- Kochane! Śpiewajcie nam swoje pieśni wolności. Możliwe, że zostawimy nasze urazy, lęki i iluzje. Śpiewajcie.

Możecie się domyślać, jaka była reakcja ludzi. Człowiek ten nie zabiegał o pieniądze, o dach nad głową, o zaskarbienie sobie przyjaciół. Rodzina dawno wygnała go ze swoich granic. Przyjaciół miewał. Jego główną miłością pozostawała Prawda i jej wewnętrzne poznanie.

Niczego się nie bał, bo niczego nie posiadał na własność. Czuł się absolutnie bezpieczny. Kim był? Co takiego żyło w nim?

Gdy spotkasz taką istotę w swoim życiu wtul się nią mocno. Wsłuchaj się... Taki Ogień może spalić setki kłamstw. Gdy spotkasz "taką istotę" w sobie samym - zginie twoje małe nieszczęśliwe i wąskie ja.  Bóg jest bliżej niż cokolwiek innego. W drogę, w głąb...


Opowieść ta dotyczyć by mogła Chrystusa czy Buddy. Dotyczy ona też w sposób metaforyczny Twojego wnętrza. Czy o tym wiesz czy też nie - twoje prawdziwe JA jest dokładnie takie, jak bohater powyższej opowiastki. Żyjąc zanurzeni w lękach, w pragnieniach, w myślotworach nie znamy prawdziwych siebie. Ono jest naszym prawdziwym JA.

Bądź uważny! Może właśnie dziś JAŹŃ zbudzi się w Twoim wnętrzu.

niedziela, 10 listopada 2019

Traktat o duchowej istocie piękna

1. Piękno jest wszystkim, co jest.

   1.1. Wszystkość oznacza absolutność i transcendencję.
   1.2. Nie ma rzeczy, obiektu czy podmiotu, który byłby wyłączony z piękna.
   1.3. Wszystko jest piękne.
       1.3.1. Wszystko nie wyklucza nicości.
       1.3.2. Wszystko i nicość są zespolonymi aspektami piękna.
       1.3.3. Piękno jest absolutnym przekraczaniem pozornych przeciwieństw.

2. Piękno pochodzi z niewidzialnego pola, które jest stwórczą mocą.

   2.1. Widzialny świat pochodzi bezpośrednio z niewidzialnego.
   2.2. Widzialne i niewidzialne są ze sobą istotowo i niedualnie zespolone.
   2.3. Każda idea, rzecz, osoba jest piękna.
  2.4. Percepcja duchowa istoty piękna jest możliwa dzięki duchowi, który jest najgłębszym,                        niezniszczalnym rdzeniem istoty człowieka (niewidzialny porządek).
       2.4.1. Piękno oznacza umiłowanie dla tego, co jest.
       2.4.2. Na szczycie ewolucji duchowej człowieka piękno, boskość, duch to pojęcia tożsame.
   2.5. Piękno wypływa z najwyższego atraktorowego, niewidzialnego pola o potężnej mocy.
       2.5.1 Świętość jest blaskiem i mocą energii niewidzialnych pól o wysokiej energii.
            2.5.1.1. Prawdziwe piękno jest samą świętością. 

3. Estetyczne czy intelektualne doznanie piękna jest możliwe, bowiem zasadza się na metafizycznym ugruntowaniu w pięknie.

   3.1. Rozum i zmysły dotykają widzialnego obszaru piękna.
   3.2. Piękno jest czymś głębszym niż zjawiska.
   3.3. Metafizyczne piękno jest ostatecznie czystą immanentną transcendencją.
       3.3.1. Możliwość poznania piękna otwiera się w człowieku przez doświadczenie ducha.
       3.3.2. Immanentność oznacza tu, że piękna można doświadczyć jedynie we własnym wnętrzu                       przez poznanie.
       3.3.3. Transcendencja oznacza tu, iż niemożliwe jest objęcie pojęciem czy uczuciem całej                             głębokości i szerokości piękna.
           3.3.3.1. Transcendencja nie oznacza tu przestrzennego przemieszczania się.
           3.3.3.2. Transcendencja nie oznacza tu czasowego zmieniania się. 
                3.3.3.2.1. Piękno nie podlega zmianom.
           3.3.3.3. Transcendencja w sensie najgłębszym jest czystym pięknem bez stawania się.    

 4. Dla rozwiniętych duchowo ludzi wszystko jest piękne.

   4.1. Piękno można poznać przez stanie się nim.
   4.2. Uczestnictwo dokonuje się przez ewolucyjną ścieżkę wzrastania w kierunku pełni piękna.
   4.3. Stanie się najczystszym pięknem nie leży jedynie w możliwościach człowieka.
       4.3.1. W procesie stania się pięknem niezbędna jest rzeczywistość Łaski.
            4.3.1.1. Łaska jest pojęciem chrześcijańskim. Bez względu na kulturowe uwarunkowania                                 tego pojęcia "łaska" oznacza tu moc stwórczą.
            4.3.1.2. Łaska oznacza tu moc pochodzącą z rdzenia boskości, która wszystko czyni tym,                                 czym jest, czyli pięknym.
       4.3.2. Decyzja, która oznacza, podążanie za pragnieniem Piękna jest niezbędną częścią Procesu.
            4.3.2.1. Człowiek przy całym swym uwarunkowaniu ma możliwość odraczania stania się                                 tym, czym już jest.
                4.3.2.1.1. Intensywne odraczanie i zaprzeczanie oznacza neurotyczne cierpienie.
                      4.4.2.1.1.1. Wzrastanie duchowe dokonuje się przez zaangażowane odpuszczanie.
                4.3.2.1.2. Cierpienie jest niezbędną częścią Procesu.  
            4.3.2.2. Człowiek istnieje w świecie wolności w takim samym stopniu jak w świecie                                         konieczności.
                4.3.2.2.1. Wolna wola człowieka i wolna wola Boga na najgłębszym poziomie są jednym.

5. Ewolucja duchowa człowieka jest faktem na poziomie względnych zjawisk.
   
   5.1. Cały świat istnieje w creatio continua (w stwórczym Procesie uprzytamniania piękna).
       5.1.1. Stwarzanie jest Procesem, w którym człowiek i wszechświat uświadamiają sobie swoje                       Źródło.
       5.1.2. Proces stwarzania jest nieustanną obecnością Piękna, które szuka możliwości, by                                 uprzytomnić sobie, iż wszystkość jest samym Źródłem.
   5.2. W esencji wszystko jest już pełnią Piękna.
   5.3. Na poziomie zjawiskowym człowiek rozwija się przez określanie dobre - złe, piękne -brzydkie, prawdziwe - fałszywe. Rozwój ten dokonuje się przez moralność.
       5.3.1. W świecie zjawisk wybieranie tego, co moralne; dobre, piękne i prawdziwe jest niezbędną                   drogą ku Pięknu.
       5.3.2. Ostateczny skok w Piękno dokonuje się przez przekroczenie par przeciwieństw: dobre -złe, piękne - brzydkie, prawdziwe - fałszywe.

6. Niewidzialne piękno, boskość, sam rdzeń można poznać jedynie na ścieżce duchowej.

   6.1. Nauki przyrodnicze, humanistyczne same z siebie nie są w stanie wprowadzić w transformację w Piękno.
   6.2. Wszelka moralność, psychologia, rozwój osobisty są etapami w drodze stania się pięknem.
   6.3. Głębokie tradycje medytacyjne, kontemplatywne i mistyczne dają możliwość duchowych wglądów i ostatecznego zjednoczenia z Pięknem.

7. Duch jest pięknem.

   7.1. Metafizycznie nieprzejawiony duch jest całym pięknem.   
   7.2. Percepcja duchowa człowieka widzi aspekt piękna w niewidzialnym duchu i we wszystkich                stworzeniach, które z niego wypływają.
   
8. Piękno, dobro i prawda to jakości samego ducha.

9. Piękno przekracza pozorny konflikt między istnieniem a nieistnieniem.

   9.1. Piękno widzi narodziny i śmierć jako fale na oceanie boskości, nie zaś jako ostateczności.
   9.2. Istnienie i nieistnienie jest możliwe jedynie w ramach duchowego ego, który jest etapem Procesu stwórczego.
   9.3. Poddanie swojego ja/duchowego ego Bogu oznacza koniec istnienia pozornych przeciwieństw.
       9.3.1. Ty jesteś Tym. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. To klasyczne twierdzenia dojrzałości duchowej.
       9.3.2. Zjednoczenie jest szczytem ewolucji duchowej, które oznacza brak podziału między                            podmiotem a przedmiotem, człowiekiem a Bogiem itd.
       9.3.3. Brak poznawczego podziału na podmiot-przedmiot jest szczytem piękna i niedualnym                         zjednoczeniem.

10. Piękno jest pięknem. (święta tautologia)

    10.1. O czym (nie) można mówić, o tym trzeba milczeć.
        10.1.1. Milczenie jest głębią mówienia o Pięknie. 
               10.1.1.1. Cisza jest domostwem Piękna.


sobota, 2 listopada 2019

Tańczące liście, świato-pogląd i Umiłowanie!

Wracałem z pracy. Dzień minął przyjemnie. W jednej klasie uczniowie doświadczyli przebaczenia, w i drugiej zaś 'mali ludzie' odkryli, że praca w odmiennych płciowo grupach jest ciekawa. Dla dziecka na pewnym etapie rozwoju tego typu odkrycie przez doświadczenie, to niebywały skok rozwojowy. 

Wracałem z radością. Miło jest wspomagać ludzi w jakimkolwiek wieku w rozwoju. Od zawsze miałem wrażenie, że jest to jedna z moich życiowych dróg. Liście tańczyły wokół mnie, obracane przez ciepły wiatr.

Wracałem z głodem, więc po drodze wstąpiłem do piekarni po pyszną gruzińską bułkę. Zaglądam na facebooka, a tam we wspomnieniach pojawiło się następujące zdjęcie:


Było to zdjęcie z wydarzenia sprzed trzech lat. Nie pamiętam już dokładnie o co nam wtedy chodziło. Toczyła się rozmowa wśród przyjaciół i w którymś momencie powstało to zdjęcie. Po powrocie do domu po tamtym spotkaniu napisałem:

Obecność.
Wszystko jest Obecnością. Zwyczajną, prostą, pełną spokoju Obecnością. Niewytłumaczalną, naturalną, nie znającą przymusu, podziałów i lęku przestrzenią. Jest wszędzie, w każdej istocie. W liściu, w kropli deszczu, w ramieniu przyjaciela.
Niczego nie żąda, niczego nie wymaga. Nigdy się nie kończy. Cieszy się, że jest. Pochodzi znikąd i prowadzi donikąd. Wieczna. Jest mała jak ziarnko gorczycy - niewidzialna. Z niej to wyrasta wielkie drzewo - cały wszechświat. Obecna we wszystkim, choć nie krzycząca o swoim istnieniu. Ziarenko obecne w całym drzewie, choć jakby umarłe, nie-będące.
Pełna. Wystarczająca. Bez braku. Tu i teraz. W każdym.

Zdjęcie i cytat wzbudziły we mnie bardzo pozytywne uczucia. Przypomniało mi to przemianę, której wtedy doświadczałem. Byłem religijnym człowiekiem, który przez lata starał się medytować, wchodzić w siebie, poszukiwać Boga. Czas, w którym powstało to zdjęcie był momentem, gdy wszelkie koncepcje na temat religijnej natury Boga zniknęły. Zrozumiałem wtedy, że wszelkie moje obrazy boskości były związane z projekcją antropomorficzną, tzn. wszystkie dobre, idealne cechy, których pragnąłem, rzutowałem na Boga. Po odkryciu, iż Bóg nie jest ani osobą ani nie-osobą odkrywałem prostą radość bez towarzyszących obrazów, wyobrażeń, projekcji. Bóg, który wcześniej był konkretną osobą z wolą, z inicjatywą w działaniu, z aparatem interwencji w ten świat i w moje życie, zniknął. Początkowo pojawiła się święta pustka czy też czysta nicość. Z czasem owe nic coraz bardziej jaśniało wszystkością. Po czasie zapomniałem trochę o doświadczaniu i rozmyślaniu na temat duchowości. Zająłem się bowiem bardziej psychologią, zarabianiem pieniędzy i relacją z kobietą. Jednak samo głębokie odczucie czegoś istotnego pozostało.

Dziś dzięki wielu światłym ludziom rozumiem, że proces, który wtedy przechodziłem był naturalnym i rozwojowym ewolucyjnym krokiem. Zapewne można popatrzeć na to wydarzenie z wielu perspektyw. Chciałbym w tym miejscu posłużyć się Teorią Integralną Kena Wilbera, a dokładnie jej małym wycinkiem - linią rozwojową światopoglądów.

Rozwój światopoglądów w ramach psychologii rozwojowej cieszy się od lat zainteresowaniem naukowców. Chciałbym tu pokazać jedną z takich opcji, które proponuje Ken Wilber. Posłuchajmy co ma do powiedzenia ten teoretyk systemów na temat rozwoju światopoglądów:

"Świat, w którym żyjemy, nie został nam dany z góry. Jedną z najważniejszych zasad postmodernistycznej rewolucji w filozofii, psychologii i socjologii jest zasada mówiąca, że istnieją różne światopoglądy - różne sposoby kategoryzowania, prezentowania, opisywania i organizowania naszych doświadczeń. Nie istnieje jeden, monolityczny świat z jednym, uprzywilejowanym sposobem przedstawiania go, lecz raczej wielorakie światy z pluralistycznymi interpretacjami. Co więcej, te światopoglądy często - w istocie niemal zawsze - zmieniają się z epoki na epokę i z kultury na kulturę. Nie należy rozumieć tego w sposób skrajny - różne interpretacje mają wiele cech wspólnych, dzięki czemu świat się nie rozpada. Faktycznie, uczeni odkryli, że w językach, uczuciach, strukturach poznawczych, w percepcji kolorów itd. występują pewne (a często liczne) cechy uniwersalne. Te uniwersalne elementy splatają się i organizują na najróżniejsze sposoby, w rezultacie czego powstają tkaniny różnorodnych światopoglądów.

Choć teoretycznie istnieje niemal nieskończenie wiele światopoglądów, wydaje się, że w historii człowieka na tej planecie jest około tuzina światopoglądów, które wywierały i wciąż wywierają szeroki i znaczący wpływ. Badania takich uczonych, jak Jean Gebser, Gerald Heard, Jurgen Habermas, Michel Foucault, Robert Bellah, Peter Berger i innych wykazały, że do głównych światopoglądów należą: czuciowo-ruchowy, archaiczny, magiczny, mityczny, mentalny, egzystencjalny, nadpsychiczny, subtelny, przyczynowy i niedualny. (Ścisłe znaczenie tych terminów stanie się jaśniejsze w dalszej części tego tekstu).

Nie chodzi o to, który z tych światopoglądów jest słuszny, a który błędny; wszystkie są odpowiednie dla swojego czasu i miejsca. Chodzi raczej o zwykłe skatalogowanie, najtroskliwiej jak to możliwe, bardzo ogólnych cech charakteryzujących każdy światopogląd i „wzięcie w nawias" (lub odsunięcie na bok) chwilowo kwestii, czy te światopoglądy są „prawdziwe", czy nie - opiszemy je po prostu tak, jakby były prawdziwe. Np. światopogląd magiczno-animistyczny cechuje częściowe przenikanie się podmiotu i przedmiotu. Dlatego ludzie utrzymujący ten światopogląd czują bezpośrednio, że „przedmioty nieożywione", takie jak skały i rzeki, żyją lub nawet mają duszę albo swojego ducha. Światopogląd mityczny odznacza się ogromną liczbą bogów i bogiń, będących nie jakimiś bytami abstrakcyjnymi, lecz głęboko odczuwanymi siłami, z których każda ma bezpośredni wpływ na sprawy ziemskich mężczyzn i kobiet. Światopogląd mentalny - którego najbardziej znaną częścią jest „światopogląd racjonalny" - cechuje przekonanie, że obszar subiektywny jest całkowicie odrębny od obiektywnego obszaru natury. Jeden z najbardziej naglących problemów w tym światopoglądzie stanowi kwestia powiązania tych dwóch obszarów. Światopogląd egzystencjalny rozumie, że istnienie różnorodnych perspektyw leży w naturze wszechświata, a więc nie tylko nie istnieją żadne uprzywilejowane perspektywy, lecz sami musimy wydobyć jakiś sens z tych przerażająco różnorodnych możliwości. Cechą światopoglądu subtelnego jest postrzeganie subtelnych form i transcendentalnych archetypów, pierwotnych wzorców przejawów, które zwykle uważane są za Boskie. Światopogląd przyczynowy odznacza się bezpośrednią realizacją bezkresnego, nieprzejawionego obszaru - zwanego różnie: pustką, ustaniem, Otchłanią, Nienarodzonym, Ain, Ursprung - bezkresnej Bezforemności, z której wyłania się cała manifestacja. Światopogląd niedualny reprezentuje całkowitą jedność Bezforemnego z całym światem Formy.

Te różne światopoglądy ukazują prawdziwie oszałamiającą gamę sposobów, w jakie nasze doświadczenia mogą być organizowane i interpretowane. Nie są to w żadnym razie jedyne światopoglądy ani powyższa lista nie jest zamknięta czy ustalona z góry - ona ciągle się rozwija, otwierając nowe możliwości. Ale jeśli nie mamy żadnego światopoglądu, pozostajemy zagubieni w niemiłosiernie jazgoczącym zamęcie doświadczenia, jak to określił William James." (Jeden Smak, Ken Wilber, s. 157-158)

Biorąc pod uwagę powyższy opis teoretyczny zrozumiałem, iż rozwój koncepcji Boga/boskości/ostatecznej rzeczywistości jest związany bezpośrednio z etapem rozwojowym w ramach światopoglądu człowieka. Światopogląd zaś związany jest bezpośrednio z doświadczaniem. Na poziomach archaiczno-magicznych człowiek i natura, człowiek i przedmiot, człowiek i matka, człowiek i Bóg itd. są ze sobą zjednoczenie w nieświadomej jedni. Carl Gustav Jung, za Lévy-Bruhl'em, nazywał to participation mystique, które jest w istocie przedświadomym 'zlaniem się'. Od momentu wyjścia z nieświadomej jedni zaczyna się psychiczny rozwój danej struktury, cechy, osoby czy społeczeństwa. Pojawiają się rozróżnienia i świadomość oddzielności. Np. dziecko na pewnym etapie rozwojowej uświadamia sobie swoją oddzielną świadomość (temat granic ego).

Zdaje się, że prawdziwe jest zdanie bliskiej mi osoby, że wiedza dąży do mnogości, zaś miłość jednoczy. Coś w tym jest. Świat widzialny istnieje przez oddzielania, wyróżniania, wyodrębnianie. Miłość, a z nią duchowość przypomina, że cały wszechświat jest zanurzony w boskości. Creatio continua jest ewolucyjną drogą poznania, iż mimo wielości świat w swej naturze nigdy nie może wypaść z łaski Boga/ z nieforemnej bezkresnej Wszystkości.


W moim wypadku religijność w momencie robienia zdjęcia była w dużej mierze na etapie egzystencjalnym. Przynajmniej tak mniemam po tym jak rozumiałem wtedy boskość. Byłem w czasie intensywnego studiowania i medytowania, nie tylko chrześcijańskich ścieżek duchowych. Etap egzystencjalny związany jest z widzeniem wielości światopoglądów w świecie z jednoczesnym rozumieniem czy wglądem, iż różnice w widzeniu ostatecznej rzeczywistości należą od kultury, a także sposobu doświadczania. Wtedy też zacząłem widzieć, iż Bóg ostatecznie nie posiada formy. Znaczy to, że moje wyobrażenia na temat boskości są w swej istocie jedynie wyobrażeniami. Niezwykła to ulga doświadczać Boga jako nieskończonego pola, które niczego nie żąda od człowieka. Wszechobecność piękna i dobra osadza człowieka w codzienności. Zdaje się, że na etapach wyższych pojawia się również wiedza, iż Bóg niczego nie wymaga od człowieka, bowiem nie jest on ani osobowy ani nieosobowy. Przekracza wszelkie antynomie, będąc Wszystkością Tego, Co Jest. Jeśli nie nagradza ani nie karze, nie ma również potrzeby lojalności czy służalczości. Religia w swym kostnieniu instytucjonalnym wyobraża sobie Boga jako gniewnego, rozżalonego, zazdrosnego itd. Wszystko to związane jest z niższymi fazami rozwojowymi, w których ego projektuje na Boga swoje żale, uczucia, pragnienia, stwarzając wizerunek Boga, który jest lepszą kopią człowieka itd. Tam, gdzie powstają ścieżki kontemplatywne czy medytacyjne, pojawia się mówienie o boskości w paradoksach. Ponadto na pierwszy plan wysuwa się miłość, wolność, pokój. Człowiek doświadcza uwolnienia od poczucia winy i zaczyna rozumieć, iż Stworzyciel nie jest postacią, osobowością czy nazwą. Transcendentny przekracza wszystko, będąc immanentną bliskością i czułością.  Transcendenty jest immanentnym, i odwrotnie.

Umiłowanie!


Słowami próbuję nazwać to rozpoznanie. Rozumienie przydało mi się w życiu, pozwalając wiedzieć w jakim miejscu mogę się znajdować. Jednak słowa ostatecznie nic nie mówią. Smak Obecności to smak, nie zaś słowo. Smak zaś jest zmysłem, a doświadczenie ostatecznej rzeczywistości nie jest zmysłowe, nie jest uczuciowe, nie jest intelektualne. A jakie jest?

poniedziałek, 4 marca 2019

Stadność, odosobnienie i diament samotności

Człowiek ma w sobie potrzebę życia w stadzie. Trudno się z tym nie zgodzić. Psychologia nazwała ten fakt w sposób naukowy, choć zdaje się, że ludzie żyją tym faktem i wiedzą o nim od wieków. Stadność to charakterystyczna cecha zwierząt i człowieka, który zresztą pochodzi ze świata natury. Mówi się, że "w kupie siła" i jest w tym powiedzeniu zawarte ludzkie doświadczenie, ale i pewna mądrość.


Człowiek w minionych wiekach, aby przeżyć musiał żyć stadnie. Wspólnota pozwalała przetrwać trudne warunki życia, tj. zdobywanie pokarmu, najazdy wrogów, trudności z pogodą. Człowiek samotny albo uznawany był za wariata albo za odmieńca. Dziś świat zachodni nie ma trudności z przetrwaniem w sensie fizycznym. Rozwijająca się nauka i medycyna sprawiają, że mamy się coraz lepiej. Do tego trzeba zauważyć, że kultura Zachodu w sposób unikatowy na skalę dziejową odkryła autonomię i wolność jednostki. Stąd współcześni nie muszą, tak jak jeszcze do niedawna to było, zakładać rodzin ani żyć w strukturach rodzinnych, aby przetrwać. Wcześniej rodzina pozwalała człowiekowi przetrwać, jeśli nawet nie w sensie fizycznym, to na pewno w aspekcie psychicznym. Kobiety w ostatnim czasie doświadczyły czegoś, co nazywamy emancypacją i dziś nie muszą już (przynajmniej na poziomie ekonomiczno-społecznym) żyć w związku z mężczyzną. Mogą wybrać związek jako drogę dla siebie, ale coraz mniej jest w tym przymusu biologicznego. Bycie singlem wcale nie musi dziś być przekleństwem, choć nasza biologiczno-psychologiczna struktura niechętnie żyje wbrew logice naturalnych więzi.

Dla jasności:w kwestii rodziny pozostaję konserwatystą. Mianowicie uważam, że nic tak człowieka nie rozwija jak zdrowe, pełne ciepła więzi rodzinne. Z mlekiem matki wyssaliśmy relacyjność i odcinanie się od sił natury i jej relacyjnego blasku grozi zbiorową depresją. To z kolei inne oblicze współczesnego świata - odcięcie od więzi niesie poczucie separacji i egzystencjalnego smutku. Jednocześnie wiem z doświadczenia towarzyszenia innym ludziom i obserwacji świata, że relacyjność funkcjonuje w dużej mierze jako przynależność, zaspokajanie potrzeb i przemoc w walce o posiadanie innego dla siebie. Wraz z potrzebą bycia z kimś pojawia się silne pragnienie, a także może pojawić się wewnętrzna pustka, która wydaje się, że może zostać zaspokojona jedynie przez więzi z innymi. Nic bardziej mylnego! Zdrowe głębokie relacje nie są możliwe bez wolności wewnątrz człowieka. Znaczy to, że miłość w rodzinie czy w grupie jest możliwa jedynie, gdy poszczególne jednostki wewnętrznie są wolne bądź są świadome faktu istnienia własnego wnętrza (sama świadomość własnego wnętrza to już krok milowy). Im więcej wolności wewnątrz, tym mniej manipulacji, kontroli, oskarżeń i ocen w relacjach.

Stadność. Co rozumiem przez ten termin? Chodzi mi o ślepą zależność, o nieświadome przywiązanie. Stadność to pewien aksjomat, wyrażający się w zdaniu: "bez was nie ma mnie, nie istnieję, nie jestem sobą". Chodzi o lęk, że nie przetrwam bez relacji z innymi. Instynkt nie myli się tu. Jednak nam chodzi o wzniesienie się na wyższy poziom rozwoju. Mianowicie o poznanie pewnej prawdy: im bardziej wolny jestem, tym bardziej kochający. Im bardziej niezależny, tym głębiej zależny. Cudowny paradoks! Dlatego też zapewne wielcy mistycy i nauczyciele zalecali samotność jako drogę wyzwolenia z okowów ślepego przywiązania. Paradoksy bowiem można poznać jedynie w zaciszu medytacji i refleksji. Zapewne na potrzeby tej analizy można rozróżnić dwie ścieżki duchowe:  droga poznania i droga współczucia. Pierwsza jest zapewne bardziej introwertyczna, druga zaś ekstrawertyczna (a w związku z tym bardziej relacyjna). Jednak zdaje się, że jedna bez drugiej istnieć nie może, a samotność jako stan wewnętrzny jest niezbędny dla podążania każdą ze ścieżek duchowych.
Samotnego człowieka nie można kontrolować. Ktoś, kto jest prawdziwie samotny, nie podlega grom i manipulacjom w relacjach. Jednym ze wspaniałych odkryć w tym życiu było rozpoznanie, że nie muszę nigdzie przynależeć. Tradycje duchowe pokazały mi, że mój dom to nie zewnętrzne obiekty, posiadana ziemia czy euforyczne przywiązanie do ziomków. Dom jest wnętrzem świadomości. Z niego zaś powstał cały wszechświat. Innymi słowy to, co niewidzialne wyprzedza widzialne. Mistrz Eckhart głosił, że odosobnienie jest istotą życia duchowego. W owym odosobnieniu poznajemy wspomniane wyżej Niewidzialne. Oddajmy głos Eckhartowi:

"Ponad wszelką miłość sławię odosobnienie. (…) Wynoszę je ponad miłość dlatego, że ta nakłania mnie do znoszenia wszystkiego ze względu na Boga, odosobnienie natomiast daje mi zdolność przyjmowania samego tylko Boga. Otóż ze zdolności przyjmowania wyłącznie Jego płynie korzyść znacznie większa, aniżeli ze znoszenia wszystkiego ze względu na Niego. W cierpieniu bowiem zawiera się jeszcze jakieś odniesienie człowieka do stworzeń, one są przecież jego źródłem, odosobnienie natomiast jest od nich wszystkich całkowicie oddzielone."
 Eckhart samotność odnosi do poznania Boga, który jest Źródłem wszystkich stworzeń. Mistycy od zarania dziejów głoszą tezy o charakterze introwertycznym: "poznaj samego siebie", "królestwo boże w was jest", "droga do nieba jest wewnątrz nas." C.G. Jung świetnie zauważył, że druga połowa życia człowieka jest znacznie częściej niż pierwsza drogą do wnętrza, drogą pytań egzystencjalnych i zwróceniem się w świat Ducha. Początek bowiem życia z perspektywy psychologicznej jawi się jako formowanie się ego przez kontakt najpierw z matką i z ojcem, a potem ze społecznością. To wszystko jest wspaniałym i pięknym procesem życia. Sam pracuję warsztatowo z grupami, gdzie zauważam, iż pozytywne doświadczenie więzi daje dziecku czy młodemu człowiekowi rozpoznanie, że kontakt z innymi może być niebywale przyjemny, a jednocześnie można odnaleźć siebie w innym (więź jako podstawa dla formowania się tożsamości). W drugiej zaś połowie życia człowiek sięga w głąb siebie, by odnaleźć istotniejsze znaczenie swojego życia. Tu otwiera się przestrzeń na religię, duchowość, sztukę, głęboką psychologię, sens itd. Stawiam hipotezę, że obie "jungowskie połowy życia" mogą się przenikać w różnych etapach życia.


Człowiek samotny to człowiek duchowy. Samotność nie oznacza braku relacji z ludźmi. Owy brak odniesień do innych nazwijmy tu osamotnieniem. Gdy człowiek zamyka się w pokoju, by nie być z innymi to oznacza osamotnienie. Samotność zaś oznacza stan wewnętrzny. Osamotnienie zdaje się jedną z dróg do odkrycia wewnętrznego skarbu samotności. Stan ten to bycie niezależnym i głębokie życie w kontakcie z samym Istnieniem (Bogiem, Jaźnią, Boskością). Tradycje religijne nie bez przyczyny mają w swym arsenale duchowym: pustelnie, czasy milczenia czy samotne medytacje, modlitwy. Nie jest możliwe odnaleźć siebie w tłumie. Tłum zawsze tłumi. Grupy mają niski poziom świadomości, bowiem ilość nieświadomych procesów w grupach jest nie do ogarnięcia przez światło świadomości. Wiem, co mówię z doświadczenia pracy z grupami. Praca ze zbiorowością na głębszym poziomie przynajmniej na razie zdaje mi się niemożliwa. Związane to jest z tym, że wspólne spotkanie z czymś głębokim, duchowym, numiotycznym zdaje mi się sprawą nieosiągalną w rozgadanej grupie. W milczącej obecności, gdzie wszyscy kierują się do wnętrza, gdzie każdy jest prawdziwie pięknie samotny jest to możliwe. Nie znaczy to, że odrzucam więzi z innymi jako nieistotne. Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że akt świadomości jest jeden i jest on w rdzeniu jednego człowieka, tego konkretnego, którym jestem i trudno na ścieżce poznania dotknąć owej tajemnicy razem z grupą. Możliwe, że ścieżka współczucia, która widzi innych ludzi i stworzenia jako oblicza boskości jest odpowiedniejszą metodą dla wspólnotowego odkrywania tego, kim jest człowiek. Proszę pamiętać: snuję tu hipotezy.

Kiedyś napisałem niezwykły tekst. Miałem sen, że jestem w ciąży, a następnie moja świadomość żyła w przeświadczeniu, że zbliża się we mnie jakiś wewnętrzny poród. Było to związane z życiową zmianą (czułem, że muszę opuścić bezpieczeństwo wspólnoty religijnej), a jednocześnie ukazało mi na czym polega piękno duchowego stanu samotności:

"Dojrzałem. Czuję, że coś we mnie dojrzało. A nie przepraszam – NIC we mnie dojrzało.

Znany mistyk mawiał: brzemienny nicością. Oto ja – mężczyzna w ciąży. Noszę w sobie czyste Życie, które niebawem urodzę. Wypełniony jestem cały świętą miłością. Pełen łaski. Zroszony świętą Obecnością. Umysł czysty jak tafla jeziora. Niczego nie brakuje, wszystko jest. Niebawem porodzę córkę nicości, która nie zaspokoi żadnej z moich potrzeb. Po prostu, jak w przyrodzie samica rodzi młode i zajmuje się nimi, by przetrwał gatunek, tak ja porodzę nicość i nic nie przetrwa. Bezcelowo to robię. Właściwie samo się dzieje, ja tylko czekam w chwili obecnej na piękną nie-moją córeczkę…

Dojrzałem. Rozdaję na prawo i na lewo święte Życie. Niczego już nie oczekuję od nikogo. Pływam w tym wielkim oceanie brzemienny w niego samego. Cóż za absurdalna sprawa!

Rozdaję siebie wszędzie. I wszędzie siebie otrzymuję.

Idę na spacer."

Samotność jako poznanie Boga to doświadczenie, które rozbija fałszywą stadność zbudowaną na manipulacji i przemocy uwięzienia w brakach. W kontakcie z czymś głębszym okazuje się być ona jedynie iluzją; poszukiwaniem siebie na zewnątrz w świecie przedmiotów i odniesień z innymi. Po wejściu zaś w dom Istnienia, w serce Boga wszystko staje się przemienione. Bóg po takim porodzie jaśnieje wszędzie i nigdzie, nic nie trzeba już szukać. Nie trzeba łapczywie rzucać się na innych, by znaleźć samego siebie. Się znalazło, to co nigdy się nie zgubiło. Się :) 

sobota, 5 stycznia 2019

Źródło przyjemności

Przyjemność i przykrość to dwa odczucia czy nawet stany egzystencjalne, które kołyszą naszym codziennym życiem. I choć góra wraz z dołem geometrycznie są wyraziste i jasne, to w życiu psychicznym kołyszemy się między przyjemnością a przykrością doznań. Freud w genialny sposób zauważył tą dynamikę psychiczną. Energiczne id, kontrolujące superego i tożsamościowe ja we wspólnym tańcu tworzą życie jednostki i życie kultury. Przynajmniej na powierzchni...

Nie będę jednak w tym wpisie próbował opisywać dynamiki psychicznej. Zadam proste pytanie: skąd bierze się przyjemność życia? Odpowiem z własnego doświadczenia, wspartego studiowaniem pism i ścieżek duchowych. Odpowiedź jest jasna, prosta i oczywista. Wszelka przyjemność w życiu człowieka wypływa z wnętrza, z jaźni, z wewnętrznej Obecności.

Dlaczego więc występuje tak wiele przykrości, cierpienia i poczucia braku w życiu jednostki i społeczeństwa? Jest to związane z poszukiwaniem spełnienia, szczęścia, przyjemności w rzeczach, w ideach, w osobach, w stanach. Człowiek nie jest w swej istocie człowiekiem. Homo sapiens to jedynie powłoka. Pod nią mieszka duch, jaźń, serce istnienia. Człowiek, który wychodzi ze świata natury zmierza bezpośrednio do odkrycia, że w swej esencji jest prawdziwie niewysłowioną Obecnością. Ewolucja świadomości jest drogą do poznania samego siebie, wraz z nią cierpienie do pewnego czasu jawi się jako Trud Istnienia, który jest motorem do budzenia ludzkości do Tego, Co Jest.

Przez wieki nielicznym jednostkom dane było dojść do kresu ludzkiej, duchowej ewolucji. Jezus, Budda, Kryszna są po dziś dzień dla wielu ludzi postaciami duchowych szczytów. Współczesna nauka widzi w religijności albo przejaw nerwicy albo pozostałości po ewolucji biologicznej. Szkiełko i oko to domena umysłu, a myśl nie jest w stanie objąć Tajemnicy Istnienia. Nauka więc, choć tak pożyteczna, nie odpowie na najgłębsze pytania ani nie odkryje Sensu Istnienia. Chrystus, Budda i inni odkryli, iż świat doznań, spostrzeżeń, myśli ma swoje źródło w wewnętrznym, subiektywnym świecie jaźni, która jest niewysłowioną Obecnością. Różnie ją nazywali. Jednak w gruncie rzeczy mówili o tym samym doświadczeniu.

Przyjemność w swej naturze wypływa z ludzkiego wnętrza. Wracałem sobie któregoś dnia z pracy i wszedłem do sklepu, by zrobić codzienne zakupy. Popatrzyłem na półki sklepowe. I poczułem nieodpartą chęć, by zjeść chipsy. Taka ochota nachodzi mnie od czasu do czasu. Wcześniej zauważyłem, że brak dobrego nastroju, czyli poczucie przykrości generuje we mnie pragnienie przyjemności. Ono zaś pobudza mnie do poszukiwań czegoś, co mogłoby zaspokoić wewnętrzny głód. Od czasu, gdy głęboko wszedłem w siebie, odkrywałem, że jest coś niebywale przyjemnego w BYCIU. Po prostu. I oto stojąc przed półką w sklepie, nagle odczułem, że jest mi przyjemnie BĘDĄC. Przyjemność płynęła z mojego wnętrza i w mgnieniu oka poczułem, że nie potrzebuję chipsów, by poczuć się lepiej. Właściwie to niczego nie potrzebuję, by czuć przyjemność. Oto źródło mojego szczęścia znalazłem w sobie samym, w jaźni mojego istnienia. Zaraz... Jak ja mogłem w ogóle szukać szczęścia? Przecież to absurd: poszukiwać coś, czym się jest.
Moje imię, zawód, nazwisko, relacje, ukochana kobieta, pieniądze, doświadczenia i przygody, uczucia erotyczne czy inne wzniosłe, pokarm, doznania estetyczne nie są źródłem przyjemności. Wszystko to jest dobre i piękne, jednak rzeczy nie tworzą i nie dają przyjemności. Przyjemność tego wszystkiego mieszka we mnie, nie zaś w tym, co przejawione i nietrwałe. Całe nieszczęście ludzkiej egzystencji tkwi w oczekiwaniu, że wrażenia, rzeczy, stany mogą dać szczęście. Rozczarowanie - oto efekt próby znalezienia przyjemności w tym, co przejawione.

Chrystus miał powiedzieć: "królestwo niebieskie w was jest" i zdaje się, że tych, których spotykał dotykał mocą przebudzonego w sobie Ducha. Nagle grzesznik mógł odkryć, że nie jest tym z czym się utożsamia.

Proste ćwiczenie, któregoś dnia przywiodło mnie do Jaźni, którą w esencji jestem: co jest świadome tego wszystkiego, co widzę, tego co myślę? Co to jest to, co widzi wszelkie rzeczy, myśli czy uczucia? Akt świadomości! Jakie jest źródło tego aktu? Co znajduje się "pod spojrzeniem"? Co jest ekranem całego tego filmu życia? Te intelektualne pytania paradoksalnie zmroziły mój umysł i poczułem prostą przezroczystość istnienia, cichy spokój i prostą błogość Tego, Co Jest.

Przyjemność, która płynie z Jaźni... Mogę iść w świat smakować i cieszyć się wszystkim, co jest. Bez potrzeby zaspokajania głodu. Głód bowiem znikł. A nie, przepraszam... Nigdy się nie pojawił. Nienasycenie było iluzją, nieistniejącą senną marą. Tylko Bóg jest realny! Przyjemność niewysłowionej Obecności nie jest żadną rzeczą czy oddzielnym, mieszkającym w chmurach bogiem. Jest raczej wewnętrznym, subiektywnym nie-czymś. Rozciąga się ponad czymś i nie-czymś, a drogą do rozpoznania Tego jest własne, wewnętrzne, doświadczenie, szczerość, uwielbienie czy miłość.

Pięknie mówił o tym indyjski mistrz duchowy Ramana Maharihi:

"Łaska jest początkiem, środkiem i kresem: ŁASKA jest JAŹNIĄ! Z powodu fałszywej identyfikacji z ciałem, ŁASKA przypisywana jest ciału. Jednak punktem widzenia Guru jest JAŹŃ. JAŹŃ jest tylko jedna! On mówi ci, że tylko JAŹŃ istnieje, czy więc JAŹŃ nie jest dla ciebie łaską? Skąd stan łaski wypływa? Tylko z JAŹNI. Manifestacja JAŹNI jest manifestacją łaski i odwrotnie. Wszystkie błędy powstają z powodu złego punktu widzenia, a w konsekwencji oczekiwania zewnętrznych dóbr dla odseparowanego JA. Nic nie jest zewnętrzne dla JAŹNI!"

niedziela, 16 grudnia 2018

Peryferie, ewolucja i przebóstwionie człowieczeństwo!

Od czasów młodości ciągnęło mnie w kierunku ludzkich peryferiów. Patrzyłem na ludzką biedę, na choroby, na ułomności... Patrzyłem na to, co marginalne i czułem przedziwne przyciąganie. Czułem ciekawość i pragnienie by poznać odrzucone rejony ludzkiej psyche i jej przejawów w świecie materii.

Któregoś dnia, gdy miałem naście lat, w pieszej, samotnej wędrówce w pewnej małej wiosce spotkałem pewnego pana, który siedział na ławeczce pod sklepem i prosił o parę groszy na wino. Miał w sobie coś takiego, co mnie przyciągało. Potem z przyjaciółmi często odgrywaliśmy pijanych mężczyzn, mając przy tym ubaw po pachy. Zdaje mi się, że w owej zabawie nie chodziło tylko i wyłącznie o śmiech. Coś w tym było...

Innego dnia pracowałem w szpitalu jako wolontariusz. Kręciłem się przy łóżku pewnego pacjenta, gdy ten poprosił mnie bym poprawił mu nogę. Wsadziłem ręce pod kołdrę, by pomóc częściowo sparaliżowanemu mężczyźnie. Poczułem, że jest tam tylko jedna noga. Był to pierwszy dzień pracy w szpitalu. Przeżyłem szok. Pacjentów po przeróżnych urazach, udarach, chorobach były dziesiątki. Jeszcze większym szokiem było spotkać tak wielu ludzi, którzy opiekują się tymi peryferyjnymi trudami ludzkiego życia.

W innym czasie pracowałem na sortowni poczty w jednym z miast holenderskich. Praca była ciężka. Wokół młodsi i starsi mężczyźni wrzucali ciężkie paczki na taśmy produkcyjne. Pot, ciężka praca i siarczyste wulgaryzmy. I ten świat daje mi do myślenia i pociąga, by starać się rozumieć człowieka i jego konteksty.

Jest piątek. Jadę do pracy do jednej ze szkół, by poprowadzić warsztaty z grupą uczniów. Przejeżdżam autobusem przez pewną dzielnicę, która wyraźne różni się od innych w mieście. Zaniedbane podwórka, brud, nieład i widoczna wokół bieda. Takie dzielnice słyną z większej przestępczości niż w innych miejscach. Często są one pełne dysfunkcyjnych rodzin, uzależnień i agresji. Coś mnie tu przyciąga. Coś we mnie marzy by zwyczajnie zamieszkać wśród tych ludzi.


Peryferie. Miejsca i czasy, w człowieku i w społeczeństwach, w których brak wysokiej kultury, ochoty do twórczości, subtelnego świata wartości czy piękna odczuć. Przestrzenie, gdzie ubóstwo nie dotyczy jedynie portfela. Na peryferiach obce są głębokie więzy i siła uczuć. Króluje jedynie prawo zachowania życia i gatunku. Dlatego też walka i przetrwanie są najwyższą wartością. W tym miejscu piszę o peryferiach, w których brakuje ludzkiego współczucia i mocy miłości. Czy jest coś w tym złego, że tak się dzieje? Nie sądzę. Po prostu człowiek jest w jakiejś mierze częścią natury i świata zwierzęcego, a brak wzorców i przestrzeni do rozwoju sprawia niemożność wyrwania się z egotycznego kontekstu egzystencji.

Jestem gorącym zwolennikiem ewolucyjnego myślenia i patrzenia na to, co dzieje się wokół właśnie w kluczu mądrych procesów ewolucyjnych. Świat, który zastałem jawi mi się jako wielka przestrzeń, w której toczą się tysiące zespolonych ze sobą procesów. Wszystkie tworzą jeden ogromny ewolucyjny proces. I choć słowo "ewolucja" kojarzy się raczej z biologią, to używam go w sensie szerszym. Świat wraz z człowiekiem ewoluuje. To nie tylko ewolucja biologiczna, psychiczna czy kulturowa. Ewolucja ma swój wymiar duchowy. Bóg przypomina sobie samego siebie. We wszystkim, co się przejawia. Współczesność nie przepada za tego typu myśleniem. Upadek wielkich narracji filozoficznych i religijnych spowodował, że wielu ludzi Zachodu alergicznie reaguje na stwierdzenia o jedności świata, o wielkim procesie czy o metafizycznym sensie życia. Mimo to wizja de Chardain (jezuity i paleontologa) wydaje mi się jedną z narracji, opisów, map, które bliskie są prawdziwości. Teoria ewolucyjna łączy zmysł religijny z naukowym badaniem świata, integruje duchowy zachwyt z naukową ścisłością, a także sensownie opisuje świat. Jak ewolucyjny ruch tego, co jest ma się z peryferyjną ciągotą w peryferia ludzkiej biedy?

Zdaje mi się, że Plotyn mógł mieć rację, gdy mówił o ludziach: "jeszcze nie bogowie, już nie zwierzęta". Ewolucja biologiczna wskazuje na przemiany w poszczególnych gatunkach w kontekście tego, co widać pod przysłowiową lupą czy mikroskopem. Ewolucja rozumiana szerzej byłaby drogą w kierunku tego, co boskie. Człowiek wedle wielu tradycji duchowych stoi na rozdrożu. Jedną nogą w całej pełni jest zwierzęciem z całym zestawem potrzeb i walki o przetrwanie, drugą zaś również w całej pełni interesuje się tym, co transcendentne, wzniosłe, tym co ponad nim samym. Homo spiritus to człowiek przyszłości, który głęboko akceptując swoją zwierzęcą część, będzie wychylał swoją naturę do własnego Źródła. Przez naukę, humanistykę, psychologię, wrażliwość społeczną, opiekę nad najsłabszymi człowiek zmierza ku byciu boskim. Boskość ta to nie jest jakimś ideałem etycznym czy religijnym. Jest to raczej odnalezienie domu, znalezienie Jaźni swojego Istnienia, która zawsze była na wyciągnięcie ręki. To najgłębsze bycie sobą - wolne od egotyzmu i zwierzęcych instynktownych przymusów.

Peryferia w tym kontekście to dla mnie droga do samego centrum Jaźni, do Domu Istnienia, do Ukochania Boga. Wtedy gdy uśmiecham się do depresyjnych myśli, przytulam płaczące dziecko, przybijam piątkę z rozrabiaką z podstawówki czy słucham z uwagą młodego człowieka, który walczy o przetrwanie w niełatwym środowisku - idę wraz z przemianą świata wzwyż. Owo wzwyż oznacza "budowanie królestwa niebieskiego", które nie jest zaświatowym miejscem, a codziennością przepełnioną przestrzenią wolności. Patrząc w niebo, widzę bezkres. Bezkres kojarzy się z wolnością. Bezkresne serce przyjmuje i kocha to, co się zjawia. Peryferia są zaś w pewnej mierze w samym sercu Bezkresu, Boga, ewolucyjnej przemiany. Pięknie wskazuje na to papież Franciszek, wskazując na ubóstwo jako na skarb, o który należy się zatroszczyć, zaś Kościół Katolicki miał w zwyczaju mówić, że ubodzy i biedni są bogactwem Kościoła.

Na ścianie w moim pokoju wisi pewne zdjęcie. Na nim dwie dziewczyny i garstka indyjskich dzieci. Zdjęcie symbol. Budzi we mnie prostą chęć, by być tam gdzie jest człowiek z jego milionem wymiarów. Peryferia nie istnieją gdzieś daleko - w Indiach czy w Afryce. One są we mnie, w moim domu, w pracy, na ulicy. Jednak wrażenie odległych krain, takich jak Indie, wzmacnia psychologiczne pragnienie, by wybrać się w podróż do wnętrza siebie i wnętrza świata, by przyjąć, przytulić i wzmocnić wszystkie te części, które zostały zepchnięte, odcięte, odrzucone. Ostatecznie zaś by stać się tym, czy jestem w swoim rdzeniu: Miłością, przekraczającą nawet same peryferia.

sobota, 1 grudnia 2018

Pogaduchy z Wojtasem, duchowość i... Źródło Istnienia!

Są ludzie z którymi można rozmawiać godzinami. Czytałem kiedyś opowieść o tym jak Freud z Jungiem rozmawiali ze sobą ponad dziesięć godzin. Nie dziwi mnie to. Znam osoby, z którymi mogę rozmawiać po kilka godzin. Rozmowę przerywają potrzeby życia codziennego: fizjologia (tzw. siku), głód, obowiązki domowe czy sprawy do załatwienia. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, którzy cenią świat wewnętrznych sensów, odczuć, metafor. Filozoficzne stawianie hipotez na temat życia, człowieka i świata, przedstawianie poglądów i wychylanie całej swej istoty w kierunku Prawdy jest dla mnie pyszną duchową ucztą. Od lat!

Sobotnia rozmowa z Wojtasem. Gadamy trzy godziny przez neta, aż do momentu, gdy trzeba coś zjeść i iść do łazienki. Duchowość, religia, kultura... Opowiadamy o własnych doświadczeniach. Próbujemy nazwać to, czego doświadczamy. Dzielimy się autorami i tekstami, które miały na nas wpływ. Opowiadamy, przywołujemy baśnie i mity, stawiamy logiczne hipotezy. Wszystko to dla wspólnej uciechy dzielenia się i poznawania. Dialog prowadzi nas poza nas samych. Paradoksalnie! W samo sedno. Do Źródła. Pod koniec Wojtek podsumowuje nasze rozkminy na temat duchowości:

"Duchowość jest dla odważnych... albo się rzucisz... w samo Źródło, w Ostateczną Rzeczywistość, w Boga... albo zabraknie ci odwagi i zostaniesz w tym, co znasz."

Duchowość prowadzi w samo sedno Życia. Kto doświadczył mocy Nienazywalnego ten wie, dlaczego różne tradycje nazywają ją ogniem. Duchowość jest procesem niebezpiecznym dla potocznego życia człowieka. Możesz zostać przemieniony w całości. Przestaniesz być, tym kim myślisz, że jesteś, a staniesz się sobą. Jak Szaweł idący do Damaszku doświadczył nagłego zwrotu. Światło zrzuciło Szawła z dotychczasowych poglądów i przekonań.

Religia wydarza się raczej jako mniej lub bardziej ścisły system wierzeń. Każde ludzie ego ma  przekonania, poglądy, sądy. Religia tworzy sensy i znaczenia dla self człowieka. Samo w sobie jest to naturalnym procesem. Religijność jest w porządku. Daje znaczenie, bezpieczeństwo, schronienie. Pozwala rozumieć otaczający świat. Gdy człowiek spotyka się z ogromem Wszechświata, z Tajemnicą Życia - religia daje mu oparcie, bezpieczną przystań, by pomieścić w głowie to, co spotyka, czego doświadcza. Religia to taka opowieść o Nieskończoności w skończony sposób. Jakby chcieć opowiedzieć widok górskich szczytów, samymi kropkami. Religijny dyskurs jest w pewnym sensie konieczny. I choć mistyk uśmiecha się z rozbawieniem i z pokorą do ludzkiej, narkotycznej skłonności do nazywania, a co za tym idzie do próby panowania i kontroli, to religijne budowanie świątyń zrozumienia własnego istnienia jest zwykłą częścią człowieczego losu. Opowieści o znaczeniu świata i człowieka są różne. Tak samo różne są religie. W zależności od kultury, czasów, osobistego uwarunkowania jednostki itd.
Niektórzy po pewnym czasie zakotwiczenia w religii odczuwają, zauważają i doświadczają ciasności religijnych dogmatów i osądów. Nie musi to oczywiście oznaczać odejścia od danej grupy religijnej, ale czasem zdarza się i tak. Inni w samej religii odnajdują kontemplacyjne ścieżki przemiany i idą w sam Ogień Istnienia. Gdy człowiek odkrywa, że myśl jest wąska, uwarunkowana i nie wyraża Całości i Wszystkości tego, co Jest, może doświadczyć niezwykłego przebudzenia. Oświecenie tego typu jest odświeżające i piękne, a jednocześnie przerażające dla ego. Człowiek staje się prawdziwie samotny. Już nie podpiera się o innych, nie szuka swej wartości w ludziach, nie podążą za modą. Wraz z tym pojawia się współczucie i bliskość z innymi. Nie jest to bliskość z myślami czy wiedzą innych. To raczej odkrycie, że Wszystkość mieszka w każdym. Wraz z owym ocknięciem "zjawia się" duchowość jako serce prawdziwej i głębokiej religijności. Chrześcijańska metanoia czy buddyjskie satori to doświadczenie odkrywające najbardziej realny poziom życia. Poziom ten jest esencją, sednem i sercem Życia. Po takim doświadczeniu kocha się wszystkich jak swoich. Etykiety społeczne, polityczne, religijne blakną, bowiem w każdej osobie spotyka się Oblicze Jedynego.

Istnieją różne opowieści, różne religie, różne języki. Jednak duchowość istnieje jako jedna rzeczywistość. Religie mogą kłócić się która jest ważniejsza. Religia może ruszać na krucjaty czy pisać traktaty dlaczego jej opowieść jest bardziej prawdziwa od innych opowieści. Ludzie religijni bez doświadczenia Ducha kochają swoich ziomków, innych najwyżej szanują. Duchowość nie ma granic, nie zna więc również konfliktów i walki. W duchowości wszyscy stają się braćmi. Jezus i Budda siedzący przy jednym stole, w jednym Istnieniu.

Wielu ludzi, którzy zaufali Sile większej niż oni sami lub doświadczyli czegoś niebywale trudnego (śmierć bliskich, kataklizm, choroba) odkryli Prawdę. Dróg do Jedynego istnieje wiele. Cierpienie, intelektualne poszukiwanie, wdzięczność i zachwyt nad tym, co jest, kochanie kogoś/czegoś głęboko czy bezinteresowna służba innym to proste drogi, aby poznać to o czym próbuję się tu opowiedzieć. Wpis na tym blogu jest jak religijny dyskurs czy opowieść. Nie o niego w nim chodzi. On zaprasza do drogi, do wydarzenia się tego, co nigdy się nie dzieje, co nie jest dotknięte przez czas i dzianie się, do tego, co przekracza wszelkie antynomie i konflikty.


"Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli" (Łk 10, 23-24)



I na koniec coś, co o poranku napisałem z serca:


Gdy się zatrzymam...
w punkcie
w bezruchu

bycie rozpuszcza wszystko

przestrzeń
oto ona
ukochana
umiłowana

A jednak
w byciu czy w nie-byciu
też mnie nie ma

przekraczam wszystkie pozorne przeciwieństwa

milknie słowo
znika świat

słowo ciałem się stało

ciało znika
słowo znika
świat znika

co zostaje?

niedziela, 14 października 2018

Religia, (nie)wygodne pytania i paschalna przemiana

Od czasu do czasu ludzie zadają mi pytanie: "czy jesteś wierzący?", "czy wierzysz w Boga?", "jaki jest twój stosunek do kościoła katolickiego?". Pytanie te wiążą się bezpośrednio z historią mojego życia, którą znają osoby zadające pytanie. 

Od wczesnych lat dzieciństwa interesował mnie absolutny sens, pytanie o przyczynę istnienia świata i mnie samego. Gdy byłem małym chłopcem patrzyłem z pełnym zachwytem w gwieździste niebo nocą, przeczuwając, że istnieje coś nieskończonego. Nieskończone żyło mnie. W pewnym momencie moje rodzące się ja (ego) bardzo przeraziło się owej nieskończoności. Dorastając, zainteresowałem się religią i poszukiwaniem Boga. Droga poprowadziła mnie do Towarzystwa Jezusowego, w którym spędziłem dziewięć lat życia. Przez ten czas medytowałem, poznawałem Pismo Święte, studiowałem filozofię czy teologię, brałem udział w dłuższych czasach milczenia, miałem wiele głębokich doświadczeń i wglądów, modliłem się ludźmi, dyskutowałem poszukując zrozumienia świata, afirmowałem swoją osobowość, robiłem różne warsztaty, prowadziłem grupy, służąc ludziom itd. 

Około szóstego roku bycia w zakonie zaczął się we mnie poważny kryzys, który zmusił mnie do zobaczenia, że wiele z tego, w co wierzyłem było jedynie wykrzywionym wyobrażeniem. Oto miałem zostać księdzem katolickim. Zauważyłem, że oczekiwania w stosunku do tej roli społecznej stoją w sprzeczności z moim młodzieńczym pragnieniem poznawania świata i poszukiwania Prawdy. Interesowało mnie wiele: psychologia, psychoanaliza, filozofia, religie wschodu, doświadczenia szamańskie, struktura poznania itd. Jednocześnie coraz wyraźniej widziałem, że religia, której jestem częścią, nie przepada za "innością". Teologia, którą studiowałem nie tylko zdawała mi się być nudną i oderwaną od codziennego życia nauką, ale nie odpowiadała też na głębokie pytania i nie niosła życiodajnego sensu. 

Czułem, że niebawem zostanę urzędnikiem kultu i muszę nauczyć się prawa kanonicznego, musztry świątynnej i szablonowych odpowiedzi na ludzkie cierpienie. Wraz z tym zrozumiałem, że zostając księdzem, który ciągle ma jeszcze w miarę wysoką pozycję społeczną w Polsce (tak! księża są jeszcze traktowani w niektórych środowiskach jako jednostki wyjątkowe), nie będę mógł w swoim życiu doświadczać i poznawać świata. Religia bowiem w subtelny sposób zabrania doświadczać pewnych aspektów życia. Było to potężne zdziwienie! Do tej bowiem pory myślałem, że zakon pozwala mi eksplorować i zgłębiać z otwartością rzeczywistość. Po dwuletnim mroku, śmierci religijnego "Boga" i niemożności zrozumienia o co chodzi w chrześcijańskiej wizji świata postanowiłem opuścić szeregi zakonu i pójść ścieżką, która byłaby bliższa mojemu wewnętrznemu głosowi. Teraz opowiadam o tym spokojnie. Wtedy panowała we mnie burza, sztorm i przedziwny kopernikański przewrót. Interpretacja mojego odejścia była różna. Niektórzy twierdzili, że się zagubiłem. Inni, że zwątpiłem. Jeszcze inni twierdzili, że chodzi tylko o to, że pokochałem kobietę (to też się wydarzyło!). Piękną rzecz napisał mi jeden z moich przyjaciół jezuitów, gdy odchodziłem: "mam wrażenie, że odnalazłeś siebie".

"Czy jesteś wierzący?" To pytanie sprawia, że nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Jeśli ktoś ma kilka godzin na przyjazną rozmowę, opowiadam o tym, co myślę i czuję w tym temacie.

"Czy jesteś wierzący?" I tak, i nie. Nie jestem wierzący, bowiem nie podpisuję się pod żadnym z istniejących wyznań chrześcijańskich. Nie korzystam z sakramentów, nie odnajduję siebie w całym mistagogiczno-katechetycznym gmachu religii. Nie wyznaję jedyności zbawienia w Chrystusie. Z drugiej strony symbole chrześcijańskie i całe zaplecze etyczno-inicjacyjne jest mi niebywale bliskie. Chrystus pozostał dla mnie jednym z wzorów, symboli i żywotnych sił, które przemieniają moje widzenie świata. Nie walczę z religią. Mam serdecznych przyjaciół w Kościele i szanuję tradycję kościołów chrześcijańskich. Jednak jeśli mam być uczciwym, nie mogę znaleźć swej drogi w tym, co chrześcijanie określają: wiarą. Jestem wierzący, bowiem wiem, że materia nie jest jedynym światem. Jest powłoką, pod którą kryje się coś więcej. Świat jest jak cebula. Albo jak filmowy ogr. Ma warstwy. Znaczy to, że pod postacią materii, świata widzialnego, osób, rzeczy i procesów, istnieje Niewidzialne, Nieuwarunkowane, Nieskończone. Widzialne z niewidzialnym istnieje w głębokiej tajemniczej jedności. Owo Niewidzialne żyje ten świat.

Tak trudno mi określić własną tożsamość religijną, tak samo jak trudno określić mi kim lub czym jest Bóg, ostateczna rzeczywistość czy najgłębszy sens życia. Teologia, a z nią religia katolicka, tak bardzo określiła czym/kim jest Bóg, że niewielu ludzi może zmieścić się w tej wizji świata. To kim był Jezus, a czym jest religia dziś, to dwie różne sprawy. Kilka lat temu po powrocie z jakiejś liturgii napisałem następujące słowa:

"Coś tam trzeba.
Odkleja się chrześcijaństwo od mojego serca tak jak odkleja się plaster od rany, która się zagoiła. Naturalnie. Bez okrzyków i haseł propagandowych. Bez rewolucji i zamieszek. Tak jak po dniu przychodzi noc, tak wyrastam z wiary moich ojców. Nie odcinam się od korzeni, niczego absolutnie nie neguję. Po prostu nie wiem o co chodzi. Odpada to wszystko, czego nie rozumiem i w czym nie ma życia. Zmartwychwstanie, umartwianie siebie, sąd, liturgie, starania się, posty, modły, medytacje, spowiadania regularne, ciało co z grobu powstanie… Koncepcji i idei multum. Jak na targu. Tyle, że wybierać nie mogę. Mam wierzyć i już. I tak dużo strachu. Kapłan na podwyższeniu sprawuje ofiarę. Lud z dala patrzy i błaga „Boga” o zlitowanie nad „grzechami” swoimi i świata całego.
Miałem nadzieję znaleźć w chrześcijaństwie zbawienie. Nie znalazłem. Niczego nie znalazłem w niczym. I oto o dziwo zbawionym okazałem się być. Taki jaki jestem. Mama i tata kochali mnie takim, jakim jestem. Kawa co ją rano piłem kochała mnie, takim jakim jestem. Wiatr, słońce, deszcz… Kochało mnie życie, takim jakim jestem. Tylko ty religio jakoś nie umiesz kochać tak po prostu za nic. Zawsze czegoś chcesz. Ofiar, wyrzeczeń, postanowień, cnót, uwielbień, zaświadczeń, orzeczeń, wyznań, oświeceń, czystego sumienia... Nie walczę z tobą. Po prostu widzę jak rozpadasz się w drobny mak. Skoro sama egzystencja taka piękna, czemu mam ci składać hołd?
Coś tam trzeba. Tego nauczyła mnie chrześcijaństwo. Dziś już nawet nie wiem, co miałbym zrobić. Nawet nie wiem, jaki jest cel tego wszystkiego. Niebo? Piekło? Miłość bliźniego? Doskonałość? Przemiana wewnętrzna? Wszystko to już jest tu i teraz. Obecne.
Dziś widzę do głębi – Jezus – nie jest takim jak mi opowiedziano. Chrystus to wolność. I kto wie, być może wzywasz mnie Nieznany do pozostawienia…"

Nie jestem teistą. Nie jestem agnostykiem. Nie jestem ateistą. Kim więc jestem? A może nie muszę odpowiadać na te pytania. Słodka niewiedza i proste życie. Pływam w tym, co chrześcijanie określają "Bogiem". Ocean ten jednak nie ma płci, woli i miliona pozytywnych atrybutów. Nie jest Ojcem ani Matką. Jest samym istnieniem, które przekracza wszystkie antynomie, przeciwności. Jest więc ponad dobrem i złem, ponad pięknem i brzydotą, ponad osobą i nie-osobą, a nawet ponad istnieniem i nieistnieniem. Wszystko otacza. Wszystko w nim istnieje, przez niego i dla niego. Jest wszystkim i ponad wszystkim.

"Wtedy można by powiedzieć wraz z Nietzschem: „Bóg umarł”.
Postąpilibyśmy jednak słuszniej, mówiąc: „Bóg usunął swój obraz; gdzież go znajdziemy?” (Carl Gustaw Jung)
Mam przedziwne doświadczenie bliskości z panem Jungiem. Rozumiem jego ambiwalentne podejście do religii. Czytając jego "Wspomnienia, myśli, sny" czułem tajemniczą więź doświadczeń. On odszedł od praktykowania chrześcijaństwa, choć całe życie spędził w bliskości z głębokim doświadczeniem religijnym. Jung, cytując Nietzschego, wiedział, że nie tylko w nim samym, ale i w kulturze następuje swoista "śmierć Boga". Wraz z nią znikają wyobrażenia, religijne projekcje, obwinianie siebie samego czy Stwórcę za zło w świecie. Oto współcześnie pojawia się duchowość, w której sam Stwórca usuwa wszelkie obrazy siebie samego. Koniec teologii, koniec historii, koniec opowieści na temat religii. A jeśli istnieją nadal, wiemy, że to tylko opowieści. Dziś, tak jak mistycy wszystkich czasów, możemy iść w samo doświadczenie. Poza słowami. Poza obrazami. Następuje swoisty ruch w ponad-doświadczanie... Tam w głębi nas samych, możemy poznać tego, o którym opowiadają religie. Otchłań duszy, iskierka czy nieskończona jaźń. Imion tysiące.

Obraz Boga może dziś znikać. Czyż religijnie nasza cywilizacja nie jest dziś w neurotycznym stanie lęku. Na czym mamy oprzeć nasze kruche życie? W czym nasze małe ja ma znaleźć oparcie? Jest tak wiele potężnych sił, które pracują w człowieku... Religia przez wieki chroniła i chroni nadal człowieka przed potężnymi nieświadomymi siłami, osłaniając słabe, małe ego. Religie pomagały w kontakcie z tymi potężnymi mocami. Dziś jakby się kończyły... A może się mylę? 

Być może to sam Niewidzialny zabrał wszelkie obrazy siebie samego, jak pisze pan Jung.

Dynamika Paschy. Śmierć na krzyżu. Pusty grób. Zmartwychwstanie.
Po śmierci religijnych obrazów Boga pozostała święta pustka (jakże ceniona w buddyjskich ścieżkach inicjacyjnych), janowe nic na górze Karmel czy mistrza Eckharta odosobnienie. Kto zanurzył się w ciszy, w pustce i umiłowaniu Obecności, ten wie jak TO smakuje. A symboliczne zmartwychwstanie... Cóż. Zmartwychwstanie ukazuje mi, że Bóg jest tym, który jest wszędzie i nigdzie. Obecność roztacza się wszędzie, obejmuje każde stworzenie... i nie wymaga niczego. Zamiast świątynnego oddawania czci - kult w Duchu i w Prawdzie.

We mnie samym dokonała się Pascha. Wszystko się zmieniło. Nic się nie zmieniło. Tak trudno powiedzieć coś o tym cudzie.

Czy religia jest zbędna dziś? Na pewno nie. Religia przez wieki dawała człowiekowi bezpieczeństwo, ochronę i moc do sensownego życia. A dziś? Jaką przemianę może czekać chrześcijaństwo, jeśli chce dać współczesnemu człowiekowi ścieżkę do Prawdy? Co musi zrozumieć religijny dyskurs, aby propozycje duchowe były ogniem, które przemienia ludzkie życie? Czy istnieje coś takiego jak ewolucja religii? To już temat na inny wpis.

Napisałem to, bo chciałem się podzielić. Nikogo nie chcę przekonywać do niczego. Niczego nie chcę udowodnić. Być może ktoś tak jak ja, czy wspomniany Jung, wie co to znaczy samotność pójścia własną ścieżką i poczuje wsparcie, bez względu na wyznawaną religię, światopogląd czy system wartości. Każdy ma swoją własną ścieżkę w drodze ku Prawdy. Pokój!