Pokazywanie postów oznaczonych etykietą być dla innych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą być dla innych. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 listopada 2019

Utulone, czyli opowieść o mocy przyjęcia

Warsztaty profilaktyczne w jednej ze szkół gdzieś w Polsce. Klasa siódma. Uczniowie dobrze się znają, spędzają czas ze sobą. Można wyczuć atmosferę przyjaźni. Chętnie biorą udział w rozmowie i w odgrywaniu scenek. Mają dryg aktorski i są otwarci, by rozmawiać o uczuciach, o relacjach, o radzeniu sobie z sytuacjami trudnymi w życiu.

Pod koniec zajęć uczniowie mówią do siebie komplementy. Każda osoba słyszy o sobie pozytywne rzeczy bez udawania i bez naciągania. Chłopcy i dziewczyny mają na swoich twarzach uśmiechy czy łzy wzruszenia. Wyczuwa się atmosferę prostej, niesztucznej radości. W pewnym momencie chłopiec, który ma trudności w zachowaniu, którego tata był jakiś w więzieniu, a teraz tęskni za nim, bo jest za granicą, siada na krześle dobrego słowa. Uczniowie mówią miłe rzeczy na jego temat, a on zaczyna płakać. Pół klasy wstaje żeby go przytulić. Naturalnie, bez jakiejkolwiek instrukcji czy zachęty z mojej strony. Dobroć kolegów i koleżanek rozbraja go do końca. Łzy płyną strumieniami. Kilka osób zaczyna ze wzruszenia płakać, a ja płaczę razem z nimi.

Przytulili coś co niesamowicie potrzebuje miłości, akceptacji i wsparcia. Poczułem jakbyśmy razem przytulili-przyjęli zranioną część świata. Po warsztatach chłopak podchodzi do mnie. Przytulam go, a on mówi: bardzo pana polubiłem. Wracam do domu i zastanawiam się jak potężna moc przepłynęła przez grupę.

Przytulanie odrzuconych części w człowieku, w grupie, w świecie nie oznacza zawsze cudownych przeżyć, choć bez wątpienia często  mogą się pojawić. Przytulanie jest przyjęciem. Tam gdzie jest przyjęcie, tam jest integracja. Każdy kto pracował nad własnym wnętrzem wie, że im więcej przyjmie tego, czego nie lubi, nie akceptuje; tego, co odrzuca czy wypiera, tym bardziej odczuje siebie jako pełnego, przeżytego i będącego na swoim miejscu. Bardzo zwyczajnie zaczyna się wtedy żyć bez oczekiwań, bez wielkich presji czy bez blichtru kłamstw.

Czasem zdarzają się warsztaty jak te, o których piszę w tym tekście. Młodzi byli gotowi wejść głęboko i zabrali mnie tam ze sobą. Piękne i wzruszające. Wracam z radością i z wdzięcznością. Wiem, że to co zdarzyło się w tej grupie oddziałuje na wszystko. Jedno przytulenie tych części w nas, które potępiliśmy, wzmacnia wszystkie procesy przebaczenia w świecie. Nie jesteśmy wyizolowanym jednostkami. Oddzielenie jest iluzyjną percepcją. Wszystko, co robię oddziałuje na Całość.

Idę swobodnie. Oddycham głęboko. Zimny wiatr wieje intensywnie. Ostatnia łza wypływa z mych oczu. Radość. Spokój. Chcę tulić wszystkie części odrzucone w sobie, w grupach, w świecie. Odnawiam intencję niesienia pokoju i radości, a następnie idę wzmocnić głodne ciało pyszną strawą. Wiatr wieje. Szare niebo pachnie spokojem i ciszą umiłowania.

sobota, 26 października 2019

Siostra śmierć i jej mali przyjaciele

Warsztaty w klasie piątej. Dzieci z niebywałą energią pracują nad rozwiązaniem pewnej dramowej historii. Grupa jest niezwykle podekscytowana i pełna radości. Siedzimy w kręgu. Rozmawiamy o tym jak jest w klasie. Tematy krążą wokół nas jak planety wokół słońca. Przyjaźń, radość, zabawa, troska. Odrzucenie, smutek, pustka. Gdy grupa zawiązała się we wspólnym zadaniu i doświadczyła sukcesu, zaczyna dotykać tego, co trudne i bolesne. Tak jak u jednostki w procesie terapeutycznym, tak też w procesie grupowym: bezpieczeństwo, akceptacja, relacja sprawiają, że cień wychodzi na wierzch, chce być poznany i przyjęty.

Wprowadzam grupę we wzajemne przepraszanie. Następuje cisza. Włączam spokojną muzykę. Uczniowie wyczekują. Nagle za oknem słychać odgłos trąbki. To trąbka pogrzebowa. Uczeń siedzący obok mnie zaczyna płakać. Zalewa się łzami. Jego ramiona opadają nisko. Chłopiec płacze do samych trzewi. Nie wiem, co się dzieje. Pytam: Antek, co się stało? (imiona uczniów zmieniono). Chłopiec odpowiada: zmarła moja babcia, właśnie jest jej pogrzeb. Nastała cisza. Grupa siedzi w kompletnym milczeniu. Cisza.

Nie wiedziałem, co zrobić. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nieraz spotykałem się ze śmiercią i z towarzyszeniem ludziom, którzy przeżywali odejście swoich bliskich. Jednak kontekst tej sytuacji sprawił, że kompletnie nie wiedziałem, co zrobić. Wybąkałem coś w stylu: jest mi bardzo przykro. Podałem chusteczkę i zająłem się całą grupą.

Po chwili ciszy uczniowie zaczęli się przepraszać. Pojawiły się łzy. Ulga, oczyszczenie, szczere żałowanie wzajemnego wyśmiewania, bicia. odrzucania. Antek otrzymał wiele słów wsparcia od kolegów i koleżanek. Grupa skończyła warsztat z doświadczeniem przebaczenia i wzmocnienia więzi. Jednak we mnie samym pozostał obraz płaczącego Antka i moja niezdolność do reakcji z głębi serca na cierpienie tego chłopaka. Wyuczyłem się, że szkoła to raczej nie miejsce, gdzie mogę przytulić płaczące dziecko czy pozwolić otwarcie na żałobę.

Po czasie pytałem siebie: co z serca chciałbym dać temu chłopcu w tamtej chwili. Przytulenie. Utulenie. Pozwolić na wszystko, co działo się w tej sytuacji.

Kilka dni później, w drugiej klasie podstawówki podchodzi do mnie chłopiec i mówi: mój wujek wczoraj umarł. Patrzy na mnie i czeka. Jakiś czas później kolejne dziecko, potem następne, i następne... Zaczynam się zastanawiać. Przedziwna synchroniczność. W krótkim czasie sytuacja się powtarza. Musi za tym stać jakaś nauka dla mnie samego. Wcześniej takie sytuacje nie przydarzały mi się wcale na warsztatach z dziećmi.

Jeszcze inna szkoła. Dzieci w drugiej klasie podstawówki mówią o swoim marzeniu. Odpowiedzi idą po kręgu. Sebastian. Patrzy na mnie i mówi: chciałbym, żeby mój tata wrócił. Okazuje się, że chłopiec stracił ojca w wypadku samochodowym. Znowu nie wiem, co powiedzieć. Tym razem pozwalam sobie na tę niewiedzę. Jestem. Pozwalam na wszystkie uczucia, które pojawiają się we mnie i w grupie. Nie oporuję, nie szukam nerwicowo wyjścia z tej sytuacji. Uczniowie odpowiadają dalej. Piotrek. W przerwie dowiaduję się, że chłopiec jest dzieckiem adoptowanym. Piotrek mówi: chciałbym oddać moje marzenie Sebastianowi. Chciałbym, żeby mógł mieć nowego tatę. Łzy napływają mi do oczu. Piotrek rozumiał Sebastiana i dał mu wsparcie, którego nikt inny w tym momencie nie mógł dać temu maluchowi. Uczę się. Otwartość na to, co jest sprawia, że pole, w którym pracuję samo odpowiada i to o wiele bardziej adekwatnie niż mądrości tego oto rafała.

Wychodzę z warsztatu poruszony. Zrozumiałem tę lekcję. Nie mogę wszystkiego kontrolować. Grupa ma w sobie wielki potencjał. Najważniejsze bym robił przestrzeń i nie przeszkadzał.


Myślę nad dziećmi i ich doświadczaniem śmierci. I czuję w sobie niebywałe pragnienie, by mogły przeżywać śmierć wokół nas naturalnie. Śmierć jest częścią tego, co nazywamy życiem człowieka. Czytam fragmenty książek Elizabeth Kübler-Ross o śmierci. Coraz więcej rozumiem i widzę. Śmierć to coś absolutnie naturalnego. Tak jak po dniu następuje noc, tak po narodzinach następuje śmierć. Przez lata śmierć towarzyszyła mi jako dzielna towarzyszka, ograbiając mnie z wszystkich nieistotności, które nosiłem w sobie. I tym razem dotykanie śmierci przez uczucia i doświadczenia moich szkolnych przyjaciół przynosi piękno, prostotę i spokój. Natrafiam na cytat kobiety, która poświęciła swoje życie, towarzysząc ludziom w "przemijaniu tego, ciała" i zachwycam się:

"Aby się rozwijać nie potrzeba szukać żadnych wyjątkowych guru czy mistrzów duchowych. Nauczyciele sami do Was przyjdą pod wszelkiego rodzaju przebraniami; jako dzieci, osoby śmiertelnie chore, sprzątaczki. Wszystkie teorie i systemy naukowe świata nie pomogą człowiekowi w potrzebie tyle, co jedna istota ludzka, która nie boi się otworzyć przed nim swojego serca" (Elizabeth Kübler-Ross)

Młodzi przyjaciele z różnych szkół dali mi lekcję życia: otwarte serce to takie, które nie broni się przed niczym. Nie ma takiej potrzeby. Gdy pojawia w rzeczywistość coś takiego jak śmierć, mogę popatrzeć głęboko w nią samą, by stracić to, co zbędne. Co pozostaje? Co zostaje gdy znika ciało, umysł, świat? Czym jest to, co nigdy nie umiera?

Ach...

środa, 26 czerwca 2019

Praca z grupami, hobbitowe wezwanie i ogień, który może przemienić świat

W ostatnim roku życie postawiło mnie oko w oko z grupami. Znalazłem pracę i stałem się trenerem zajęć profilaktycznych dla dzieci i młodzieży w szkołach. Jednocześnie czułem się wypychany w kierunku zaangażowania i refleksji w obszarze społecznym. To nowa część mnie, bowiem przez ostatnich kilka lat byłem bardziej zaangażowany w życie wewnętrzne, w pracę nad sobą, w medytację. Pływałem we własnym wnętrzu i rzadko z dużym zaangażowaniem wchodziłem w kryzysy czy konflikty społeczne. Nie interesowało mnie zbytnio, by zajmować się światem i tym, co się w nim dzieje. Impuls w postaci wewnętrznego odczucia i splot dziwnie ze sobą powiązanych sytuacji (Jung takie powiązanie zdarzeń bez ciągu przyczynowo-skutkowego nazywa synchronicznością) spowodował, że otworzyłem się na grupy i procesy społeczne, pragnąc świadomie pracować z nimi i wspierać dobre zmiany.

I tak w przeciągu roku miałem okazję: widzieć dziesiątki czy setki grup dzieci i młodzieży, prowadzić projekt teatralno-rozwojowy dla osób z trudnościami psychicznymi (grupa spychana społecznie na margines) czy rozmawiać z przeróżnymi osobami na temat współczesnej sytuacji społecznej. Miałem również okazję widzieć jak może przebiegać trudny kryzys rozwojowy w pewnej grupie, a także współodczuwałem, bacznie obserwowałem zmiany i trudności zachodzące w zbiorowości polskiej. W międzyczasie czytywałem trochę i reflektowałem nad sytuacją Polaków (trauma narodowa, sytuacja polityczna, marsze, pedofilia w Kościele itd.) czy rozmyślałem nad trudnościami w obszarze integracji europejskiej. Zgłębiałem idę pracy ze światem A. Mindella i psychologię kultury W.Z. Dudka. Potrzebowałem zgłębić intelektualnie i emocjonalnie ideę psychiki zbiorowej (wg C.G. Junga) przez wykłady, czytanie i wyczuwanie pola grupy na warsztatach w szkołach czy na warszawskiej patelni (swoisty tygiel procesów zbiorowych w Polsce). Oglądałem filmy i baśnie z wrażliwością, co mówią one z głębi psychiki zbiorowej o współczesnym człowieku. Musiałem również wewnętrznie odnieść się do religii moich ojców i w sposób pogłębiony odnaleźć swoje miejsce w rodzinie, w której przyszło mi żyć. Wszystko to działo się jakby niechcący. Moje świadome ja chciało raczej wieść żywot domowego kota, który szczęśliwy jest samym swoim istnieniem, pyszną strawą i nie martwi się o to, co na zewnątrz. Jednak rzeczywistość stawiała mnie w nieco innej sytuacji. Kot musiał opuszczać, co jakiś czas dom i stawać się Kotem w Butach, by przemierzać ten świat, ucząc się go i współodczuwając z nim we wszystkim, co się dzieje. To wszystko złożyło się na narodziny nowego aspektu mojej osobowości. Zdaje się, że poród jeszcze trwa...

Nauczyłem się kilku rzeczy w tym czasie, którymi chcę się podzielić. Przede wszystkim dotknąłem po raz kolejny jak wielką siłę ma grupa. Ilość nieświadomych procesów dziejących się w społecznościach to nie lada wyzwanie dla zwykłego, hobbitowego introwertyka z jakim dotąd się utożsamiałem. Pykanie fajki, ukochana kobieta, pyszna strawa, dobra lektura, gra komputerowa... Oto menu codzienności tego osobnika. Opowieść o Bilbo Baginsie w tej materii jest mi niezwykle bliska. Oto hobbit z Shire zostaje wezwany do trudnej i niebezpiecznej wyprawy, w której będzie musiał zmierzyć się ze smokiem i z masą niebezpieczeństw. Musi opuścić przyjemny domek i wygodną codzienność, by oddać się wezwaniu. 

Praca z dziećmi, z młodzieżą, z grupami w formie procesu grupowego czy zajęć otwartych to prawdziwa wyprawa w nieznanie (nieraz smok potrafi dać ostro w kość). Grupa może nieść w sobie wiele złości, oburzenia, chaosu, trudności rozwojowych itd. Wiedzą o tym dobrze pedagodzy, psycholodzy, działacze społeczni wchodzący autentycznie i asertywnie w trudne sytuacje grupowe. Spotkałem wielu takich bohaterów. Nauczyciele, pedagodzy, ludzie walczący o dobro, o sprawiedliwość w swoich firmach i organizacjach. Bilbo spotkał smoka, ja zaś spotykałem rozhulane, dynamiczne i nieświadome procesy grupowe. Czasem czułem się jak Bilbo w konfrontacji z potężnym smokiem. Praca z grupą przypomina siedzenie w tyglu, którym ciągle coś skwierczy, syczy czy żarzy się. Ogień ten jest dla rozwoju, jednak nieumiejętne korzystanie z jego mocy może spowodować spalenie. Oddajmy na chwilę głos A. Mindellowi:

"Ogień, który trawi ludzkość w jej społecznym, psychologicznym i duchowym aspekcie, może zniszczyć świat. Ale może też przemienić problemy w poczucie wspólnoty. To zależy od nas. Możemy unikać sporów, ale możemy również bez lęku "siedzieć w ogniu", działać, zapobiegać powtarzaniu się najboleśniejszych pomyłek historii." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu : Wykorzystanie konfliktów i różnic między ludźmi dla transformacji dużych grup")

Społeczności mają swoje własne cienie, własne smoki. Osoba, która chce pracować i wspomagać grupy musi nauczyć się wielu rzeczy, by radzić sobie z całą złożonością praca z konfliktami i z rozwojem. Oto krótka lista rzeczy, których nauczyłem się i ciągle się uczę w pracy z grupami:

1. Grupa jest jakby jednym organizmem psychicznym. Spotykam pojedyncze osoby i jednocześnie wchodzę w relację z "osobowością grupy". Poznanie smaku, zapachu, temperamentu, charakteru grupy jest niezwykle ważne.

2. Konflikty są częścią życia grup i społeczności. Na tym etapie ewolucji ludzkiej świadomości musimy nauczyć się "konfliktowania" i otwartej komunikacji.

3. Złość, gniew, rozgoryczenie, smutek mogą stać się atutem i wspomaganiem dla rozwoju grup. Nie da się od nich uciec. Im bardziej się je wypiera, tym więcej neurotycznego cierpienia się pojawia. Na poziomie społecznym: im mniej przyzwolenia na inność, na głos mniejszości, tym większe ryzyko rozruchów, ostrych manifestacji i protestów (patrz: nauczyciele w Polsce)

4. Istnieją hierarchie i siły związane z władzą w grupach. Moim zadaniem jest objąć uwagą to, co nienazwane, wypychane i niekochane. Np. w obrębie współczesnych grup osoby wyciszone, niechętne do ekspresji, zabawy, kariery, zarabiania pieniędzy czy osoby nieheteronormatywne, osoby niepełnosprawne, osoby religijne są spychane na margines społeczny. Powoduje to cierpienie. Sam doświadczyłem w swoim życiu, co znaczy siła głównego nurtu, gdy własne doświadczenie wewnętrzne kwestionowało główny system religijny. 
Trzeba objąć uwagą mniejszość, bowiem nieświadoma większość używa siły wobec innych, jeśli nie ma samoświadomości w zakresie własnej przewagi materialnej, psychicznej czy duchowej.

5. Poszczególne osoby mają różne rangi w grupach. Ranga wg. Psychologii Procesu to zespół zasobów, które posiada jednostka czy grupa. Szef w pracy, biskup w Polsce (do emisji filmu Sekielskiego), biały heteroseksualny mężczyzna na Zachodzie to przykładowe jednostki z wysoką rangą. Uświadamianie pozycji w grupach i oświetlanie atmosfery emocjonalnej związanej z nierównością to ważne zadanie w pracy z grupą.

6. Siła grup i nieświadomych procesów może zniszczyć świat, ale może również zmienić i transformować społeczeństwo.

Na koniec chciałbym zaproponować fragment książki "Siedząc w ogniu", który pokazuje jak piękna i głęboka może być praca w obrębie grup. Fragment opowiada historię autora, który doświadczył ostrej krytyki i otworzył się na to doświadczenie:


"Ale ja byłem nieszczęśliwy. Poszedłem do domu zraniony i przygnębiony. Usiadłem w fotelu, głowa zaczęła mi opadać. Wiele razy krytykowano mnie podobnie w grupach, ale teraz coś, czego nie potrafiłem zidentyfikować wywołało we mnie taki smutek, iż poprosiłem Amy, by mi pomogła w pracy z mymi uczuciami. Czy stłumiłem złość na tego mężczyznę, złość spowodowaną jego raniącymi opiniami na temat kobiet? Wiedziałem, że jego poglądy zdenerwowały mnie, ale było w tym coś jeszcze. Amy zaproponowała następującą pracę wewnętrzną.

PRACA WEWNĘTRZNA - ĆWICZENIE NA WYJAŚNIENIE NASTROJU

Amy powiedziała:
- Wyobraź sobie jakąś trudną sytuację. Jakąkolwiek sytuację, która wywołuje bolesne uczucia. Spróbuj zobaczyć siebie w tym stanie, ze wszystkimi szczegółami.
Zobaczyłem obraz siebie w scenie z dzisiejszego popołudnia, kiedy krytykował mnie ten mężczyzna.
- Teraz przyjrzyj się tej części swego ciała, która przyciąga twoją uwagę.
Okiem wyobraźni zobaczyłem siebie w depresji. Skupiłem się na mojej głowie, która zdawała się zwieszać bardzo nisko.
- Bądź cierpliwy. Postaraj się zauważyć coś nowego w tej części swego ciała, coś, czego nigdy
przedtem nie widziałeś. Może to zabrać minutę albo nawet dwie.

Ku memu zaskoczeniu, ujrzałem zwieszającą się nad moją głową gilotynę, jakiej używano kilka wieków temu w Europie do ścinania ludziom głów.
- Pozwól, by historia tego czegoś nowego rozwinęła się - powiedziała Amy.
Zastygłem w bezruchu. Niemal nie mogłem na to patrzeć. Zobaczyłem spadające ostrze gilotyny. W mojej wyobraźni zostałem pozbawiony głowy za to, że byłem aktywnym działaczem społecznym, pracującym na rzecz demokracji, a przeciwko monarchii. Ale co obcięło mi głowę? Nie król, tylko wielki duch. Pomyślałem, że ta historia robi się bardzo dziwna. Rozwijała się dalej. Zobaczyłem siebie odrodzonego w nowym ciele. W wyobraźni nie była to już Europa sprzed kilku wieków, lecz Rewolucja Amerykańska. Miałem nową osobowość. Znów byłem działaczem społecznym, tylko o wiele starszym. Jako ta starsza osoba, pracowałem nie tylko na rzecz uciśnionych, ale uważałem wszystkich, uciśnionych i uciskających, za swoje dzieci.
Nagle zrozumiałem swoje uczucia. Dzięki mężczyźnie, który krytykował mnie tego popołudnia, skontaktowałem się ze swoim niezadowoleniem z bycia jednostronnym. Jakaś moja najgłębsza część chciała obciąć mi głowę lub zmienić moje zdanie. Innymi słowy, byłem nieświadomie zły na samego siebie, że w sekrecie do tego stopnia staję po stronie problemów ludzi ciemiężonych, że nie mogę już współodczuwać z nikim innym. Ten problem istniał w moim życiu społecznie uciskanego. Teraz usilnie pracowałem nad swoim rozwojem, tak bym nie musiał już stawiać oporu ludziom reprezentującym główny nurt kultury. Chciałem widzieć wszystkich ludzi, włącznie z mężczyzną, który mnie zaatakował, jako moje dzieci.
Ten wgląd sprawił, że zacząłem szlochać z radości. Amy i ja objęliśmy się. Mój nastrój zmienił się natychmiast. W wyobraźni nie obciął mi głowy jakiś stary król, który mógłby reprezentować wewnętrzną dominację nade mną. To był duch, coś bardziej znaczącego, co chciało, bym się zmienił. Poruszyło mnie to, że mogę dalej się rozwijać. Ten popołudniowy, trudny proces grupowy przemienił się w niezwykłe doświadczenie, które czegoś mnie nauczyło. Nie mogłem się doczekać, by dokończyć naszą pracę z grupą.
Kiedy zaczęliśmy następnego ranka, byłem gotów na wszystko. Mężczyzna, który mnie skrytykował wstał, zanim otworzyłem usta i powiedział wszystkim, jak wspaniale się czuje i jak wiele się wczoraj nauczył. Zdumiało mnie to, rozpłakałem się z radości. Opowiedziałem grupie, czego też się nauczyłem." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu")

sobota, 4 maja 2019

Alergia o poranku, mądry sen i archetypowy Gandalf!

Śnienie.

Budzę się po 5:00 rano. Alergiczny katar. Lecąca woda z nosa wybudziła mnie z pięknego snu. Oto tłumaczyłem bliskiej osobie jaka jest mądra i ile ma w sobie potencjału. W śnie uznałem jej wartość, znaczenie jej życia i pracę, którą wykonała. Mądrość wykuta w byciu dla innych. Piękna osoba. Mówiłem wszystko w pełnej szczerości, bez koloryzowania, bez zabarwiania... Miałem poczucie nagiej prawdy, która przemawiała przeze mnie. Sen czynił nas pięknymi i dojrzałymi.

Po zbudzeniu ze snu podchodzę do okna. Jest świt. Ptaki śpiewają, popijam chłodną wodę. Czuję spokój, spełnienie, szacunek i błogość. Ptaki prześlicznie śpiewają, a półmrok zaprasza mnie do oddania czci znaczeniu, które przyniósł mi sen. Błogość i pełnia.

Sen jest królewską drogą do nieświadomości - tak mawiał pewien mistrz. Sen uzupełnia "brak", który na jawie wykazywało ego ludzkiej istoty. To właśnie zwie się kompensacyjną funkcją snów. Rozpoznany i zintegrowany sen wnosi nowy sens i uzupełnia jednostronność, w którą popadł człowiek. Jung odczytywanie snu przez poszerzanie i pogłębianie znaczenia (również przez odczytywanie symboli w literaturze, w mitach, w kulturze itd.) nazwał amplifikacją, Brak, jednostronność, skrajność, który wykazywałem w życiu codziennym został odkryty i nazwany przez symboliczną opowieść w sennym obrazie. Jakże mądra jest psyche! Umiejętność czytania snów to szlachetna nauka niezbyt dziś doceniana. Kiedyś dzieci o poranku opowiadały sny rodzicom czy dziadkom, by zwyczajnie zostać usłyszanym. Dziś snów nie ceni się zbytnio, bowiem nie można ich sprzedać ani niemożliwe jest by przyśpieszyć nimi zegar domniemanego codziennego pośpiechu. Weź do ręki księgi religijne, opowieści o szamanach, niezwykłe mity czy baśnie. Pełną są snów i symbolicznych znaczeń.


Jakie było znaczenie tego konkretnego snu dla Rafała? Ostatnimi czasy dużo myślę w samotności, czytam, ubieram intuicje i myśli w zdania, próbuję nazywać to, co dla mnie istotne. I oto sen mówi mi: nie zapomnij o relacjach, nie zapomnij, by dzielić się tym, co trawisz, nie zapomnij widzieć to, co odkrywasz w innych. Mądrość nie jest w myślach czy w osobach. Mądrość to rzeczywistość przewyższająca umysł. Archetypowy senex to coś uniwersalnego. I błogość, którą czułem to zintegrowany archetypowy starzec obecny w tym konkretnym życiu, w relacjach, w codziennej kawie czy sprzątaniu. Jednocześnie na myśl przychodzi mi Gandalf - uosobienie mądrości w znanej, współczesnej baśni. Przygody Gandalfa to sieć powiązań z innymi i służba dla innych. Gandalf jest symbolem mądrości, która jest darem dla innych i w której nie ma próżnej dumy czy sztucznego wywyższania. Gandalf to obraz zintegrowanego mędrca, który nie musi się wywyższać, bo jego mądrość służy jedynie, by nieść błogość, pokój i szacunek. Hmm... 


Inna myśl, która nawiedziła mnie w czasie interpretacji tego snu uwypukliła pierwsze poruszenie. Ludzie są jak książki. Umieć czytać ludzi, ich opowieści, ich wewnętrzne światy to dopiero sztuka. Pytać z ciekawością ludzi co myślą, co czują, jak widzą te czy inne sprawy... Ileż mądrości kryje w sobie jeden człowieczy byt!

Po kilku godzinach dalszego snu budzę się sam w swoim mieszkaniu. O jak kocham tę świetlistą poranną samotność. Czuję, że chcę podzielić się znaczeniem tej nocy z innymi.