Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obecność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obecność. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 marca 2020

Brzuch lasu, czyli metafora miłosnej Obecności

Jest pewna piękna piosenka, choć myślę, że trafniej utwór ten należałoby nazwać pieśnią. Pieśń jest wielka i głęboka. Opowiada jakąś archetypiczną treść, wspartą głębokim i często uniwersalnym wzorcem. Pieśń niesie znaczenie i poczucie jakiegoś mniej lub bardziej wyrazistego rezonansu w tym, który słucha czy wykonuje muzykę. Pieśni mogą zmieniać nasze wnętrza, a wraz ze zmianą umysłu człowieka zmienia się świat. Zdaje się, że odwrotna droga nie jest prawdą. Pragnienie by zmieniać świat, uszczęśliwiać kogoś czy zmieniać raczej nie ma takiej energii i żaru jak kochanie od środka. Poza tym zdaje się, że gorączkowa niezgoda na świat i innych ludzi płynie z egotyzmu. Inaczej jest z miłością. Kochanie to nie jest tylko kochaniem kogoś lub czegoś. Jest samym byciem miłości. I to owy stan zmienia wszystko dookoła. Święty, mędrzec czy zbawiciel tym jaki jest, zmienia wszystko wokół. Dzieje się to samo z siebie. On tego nie robi. Gdy poddaje Sile Wyższej swoje życie, Ona zaczyna promieniować przez niego. Ów stan miłości można wyrazić się przez piękne i głębokie pieśni, płynące z Serca Istnienia.


Pieśń, o której pisałem na początku tego tekstu to utwór "Na wróble" pani Meli Koteluk. Opowiada ona w przepiękny sposób o naturze człowieka, która wolna jest iluzji przymusu pragnień. 



Kilka dni temu przeżywałem swój własny ślub i wesele. Dzień ten był dla mnie i Zosi pięknym, wzruszającym świętem miłości. Zabawa, wolność i radość kochania dały nam przaśne i urokliwe doświadczenia. W czasie składania życzeń przez rodzinę i przyjaciół nagle przyszło do mnie, że wydarzenie to jest metaforycznym siedzeniem w brzuchu lasu. Sala była cała w drewnie, na naszym stole położono mech i pieńki. Jednak brzuch lasu jest tak naprawdę pewną metaforą. Określenie to pochodzi z piosenki Meli Koteluk. Oznacza dla mnie egzystencję wolną od przymusu pragnień, pozorów szczęścia i gorączki ego. Jest w tym jakiś urok życia bez pośpiechu, bez zdobywania i bez walki o iluzoryczne zaistnienie.

Gdy siadam w "brzuchu lasu" i słucham wiatru przypominam sobie kim jestem. Wiatr opowiada o przepływie, o lekkości, o wolności... Opowiada o czymś niewidzialnym, które jest bardziej realne od widzialnego. Wiatr wieje, ale "nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża". Jest przejawem Nieprzejawionego. Wkopanie się w siebie i bycie w brzuchu lasu jest niewiarygodnie proste. Gdy tracimy złudzenia i iluzje, stan ten się odsłania. Zawsze tu był, ale chmury małego ja, przysłaniały jego blask. Gdy brzuch lasu staje się codziennym stanem, nie mam się czym pochwalić. Brakuje w tym stanie wyjątkowości ego w postaci bycia-super czy też bycia-beznadziejnym. Jest to, co jest.

Nigdy nie widziałem, żeby las chwalił się tym, czym jest. Las i jego brzuch jest przepiękny. Nie ma potrzeby niczego udowadniać ani kwestionować. Choć na poziomie roślin, zwierząt czy grzybów las rozwija się czy zwija (ewoluuje bądź inwoluuje), to w samej esencji jest święty i nie podlega zmianom. Z człowiekiem jest podobnie, jednak nieprzytomność i wygnanie z brzucha lasu w pęd konsumpcyjnego świata, sprawia, że nie dowierza on w istnienie czegoś głębszego niż to, co widać, co da się zmierzyć i to, za co można zapłacić kartą.



W brzuchu lasu nie ma nic poza radością i kochaniem, które przyjmują tysiące form. Jak to pięknie stoi w "Niekończącej się historii":

"Bo widział już, że na świecie były tysiące odmian radości, ale w gruncie rzeczy wszystkie stanowiły jedną radość kochania. Radować się i kochać to było jedno i to samo"

Metaforycznym "brzuch lasu" jest źródłem Życia i celem naszego istnienia tu na ziemi. Im bardziej poddamy się jego wpływowi, tym głębiej zaskoczy nas radość ubrana w miłość czy też miłość ubrana w radość.

Z czego tu się cieszyć?
Z wszystkiego i z niczego. To kim jestem, jest samą Radością.

sobota, 26 października 2019

Siostra śmierć i jej mali przyjaciele

Warsztaty w klasie piątej. Dzieci z niebywałą energią pracują nad rozwiązaniem pewnej dramowej historii. Grupa jest niezwykle podekscytowana i pełna radości. Siedzimy w kręgu. Rozmawiamy o tym jak jest w klasie. Tematy krążą wokół nas jak planety wokół słońca. Przyjaźń, radość, zabawa, troska. Odrzucenie, smutek, pustka. Gdy grupa zawiązała się we wspólnym zadaniu i doświadczyła sukcesu, zaczyna dotykać tego, co trudne i bolesne. Tak jak u jednostki w procesie terapeutycznym, tak też w procesie grupowym: bezpieczeństwo, akceptacja, relacja sprawiają, że cień wychodzi na wierzch, chce być poznany i przyjęty.

Wprowadzam grupę we wzajemne przepraszanie. Następuje cisza. Włączam spokojną muzykę. Uczniowie wyczekują. Nagle za oknem słychać odgłos trąbki. To trąbka pogrzebowa. Uczeń siedzący obok mnie zaczyna płakać. Zalewa się łzami. Jego ramiona opadają nisko. Chłopiec płacze do samych trzewi. Nie wiem, co się dzieje. Pytam: Antek, co się stało? (imiona uczniów zmieniono). Chłopiec odpowiada: zmarła moja babcia, właśnie jest jej pogrzeb. Nastała cisza. Grupa siedzi w kompletnym milczeniu. Cisza.

Nie wiedziałem, co zrobić. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nieraz spotykałem się ze śmiercią i z towarzyszeniem ludziom, którzy przeżywali odejście swoich bliskich. Jednak kontekst tej sytuacji sprawił, że kompletnie nie wiedziałem, co zrobić. Wybąkałem coś w stylu: jest mi bardzo przykro. Podałem chusteczkę i zająłem się całą grupą.

Po chwili ciszy uczniowie zaczęli się przepraszać. Pojawiły się łzy. Ulga, oczyszczenie, szczere żałowanie wzajemnego wyśmiewania, bicia. odrzucania. Antek otrzymał wiele słów wsparcia od kolegów i koleżanek. Grupa skończyła warsztat z doświadczeniem przebaczenia i wzmocnienia więzi. Jednak we mnie samym pozostał obraz płaczącego Antka i moja niezdolność do reakcji z głębi serca na cierpienie tego chłopaka. Wyuczyłem się, że szkoła to raczej nie miejsce, gdzie mogę przytulić płaczące dziecko czy pozwolić otwarcie na żałobę.

Po czasie pytałem siebie: co z serca chciałbym dać temu chłopcu w tamtej chwili. Przytulenie. Utulenie. Pozwolić na wszystko, co działo się w tej sytuacji.

Kilka dni później, w drugiej klasie podstawówki podchodzi do mnie chłopiec i mówi: mój wujek wczoraj umarł. Patrzy na mnie i czeka. Jakiś czas później kolejne dziecko, potem następne, i następne... Zaczynam się zastanawiać. Przedziwna synchroniczność. W krótkim czasie sytuacja się powtarza. Musi za tym stać jakaś nauka dla mnie samego. Wcześniej takie sytuacje nie przydarzały mi się wcale na warsztatach z dziećmi.

Jeszcze inna szkoła. Dzieci w drugiej klasie podstawówki mówią o swoim marzeniu. Odpowiedzi idą po kręgu. Sebastian. Patrzy na mnie i mówi: chciałbym, żeby mój tata wrócił. Okazuje się, że chłopiec stracił ojca w wypadku samochodowym. Znowu nie wiem, co powiedzieć. Tym razem pozwalam sobie na tę niewiedzę. Jestem. Pozwalam na wszystkie uczucia, które pojawiają się we mnie i w grupie. Nie oporuję, nie szukam nerwicowo wyjścia z tej sytuacji. Uczniowie odpowiadają dalej. Piotrek. W przerwie dowiaduję się, że chłopiec jest dzieckiem adoptowanym. Piotrek mówi: chciałbym oddać moje marzenie Sebastianowi. Chciałbym, żeby mógł mieć nowego tatę. Łzy napływają mi do oczu. Piotrek rozumiał Sebastiana i dał mu wsparcie, którego nikt inny w tym momencie nie mógł dać temu maluchowi. Uczę się. Otwartość na to, co jest sprawia, że pole, w którym pracuję samo odpowiada i to o wiele bardziej adekwatnie niż mądrości tego oto rafała.

Wychodzę z warsztatu poruszony. Zrozumiałem tę lekcję. Nie mogę wszystkiego kontrolować. Grupa ma w sobie wielki potencjał. Najważniejsze bym robił przestrzeń i nie przeszkadzał.


Myślę nad dziećmi i ich doświadczaniem śmierci. I czuję w sobie niebywałe pragnienie, by mogły przeżywać śmierć wokół nas naturalnie. Śmierć jest częścią tego, co nazywamy życiem człowieka. Czytam fragmenty książek Elizabeth Kübler-Ross o śmierci. Coraz więcej rozumiem i widzę. Śmierć to coś absolutnie naturalnego. Tak jak po dniu następuje noc, tak po narodzinach następuje śmierć. Przez lata śmierć towarzyszyła mi jako dzielna towarzyszka, ograbiając mnie z wszystkich nieistotności, które nosiłem w sobie. I tym razem dotykanie śmierci przez uczucia i doświadczenia moich szkolnych przyjaciół przynosi piękno, prostotę i spokój. Natrafiam na cytat kobiety, która poświęciła swoje życie, towarzysząc ludziom w "przemijaniu tego, ciała" i zachwycam się:

"Aby się rozwijać nie potrzeba szukać żadnych wyjątkowych guru czy mistrzów duchowych. Nauczyciele sami do Was przyjdą pod wszelkiego rodzaju przebraniami; jako dzieci, osoby śmiertelnie chore, sprzątaczki. Wszystkie teorie i systemy naukowe świata nie pomogą człowiekowi w potrzebie tyle, co jedna istota ludzka, która nie boi się otworzyć przed nim swojego serca" (Elizabeth Kübler-Ross)

Młodzi przyjaciele z różnych szkół dali mi lekcję życia: otwarte serce to takie, które nie broni się przed niczym. Nie ma takiej potrzeby. Gdy pojawia w rzeczywistość coś takiego jak śmierć, mogę popatrzeć głęboko w nią samą, by stracić to, co zbędne. Co pozostaje? Co zostaje gdy znika ciało, umysł, świat? Czym jest to, co nigdy nie umiera?

Ach...

wtorek, 28 maja 2019

Bajka spod kaflowego pieca

Pewna kobieta przybyła do mistrza, aby zasięgnąć rady w sprawie jej wewnętrznego cierpienia. Mistrz siedział pod nagrzanym, kaflowym piecem. Pykał spokojnie fajkę.

- Czy możemy porozmawiać? – zapytała rozżalona kobieta.

Mistrz nie odpowiadał. Siedział spokojnie. W pewnym momencie popatrzył w oczy kobiety.

- No dobrze, więc…  - zaczęła kobieta – Moja sytuacja jest tragiczna. Wydaje mi się, że ciemność mnie pochłania. Pogrążam się w beznadziei. Pustka to moja codzienność. Beezseensuu... Nic mnie nie cieszy. Wszyscy mnie zostawili. Jestem sama. Nie mam w niczym oparcia. Czeka mnie śmierć, odrzucenie, piekło.
- Śmierć, odrzucenie, piekło – powtórzył spokojnie mistrz.
- Śmierć. Nie mam nic. Jestem skończona.

Po chwili milczenia mistrz zaproponował:
- Zapal więc ze mną fajkę i posiedźmy razem przy tym ciepłym piecu, jeśli chcesz...
- Jak możesz tak mówić?! – krzyknęła kobieta – nie ma w tobie ani krzty współczucia?!

Kobieta wybiegła z mieszkania mistrza trzaskając za sobą drzwiami.

Mistrz, który żył w głębokim spokoju po przeżyciu wieloletniej depresji związanej z jego duchową drogą, pykał spokojnie fajkę i cieszył się ciepłem pieca. Kobieta zaś wróciła do domu i bardzo walczyła ze swoim bólem, pomnażając jego moc i władzę nad sobą. Uciekła od współczucia, które siedziało przy piecu.

Realne jest to, co jest, a nie to, co wydaje się, że jest...


niedziela, 7 kwietnia 2019

Mruczenie bycia

Zanim zjawi się myśl, już jesteś Tym!

Kot Damian swoim codziennym zwyczajem wylegiwał się na swoim ulubionym parapecie na oknie  w domu państwa Milewskich. Słonko grzało w jego grube futerko. Oczy miał lekko przymrużone. Mruczenie pełne zadowolenia wyłaniało się z jego kociego ciała, a wąsy miały w sobie pełnię kociego kunsztu. Na pierwszy rzut oka widać, że istota ta absolutnie nie potrzebuje niczego ani nikogo by mruczeć w spokoju własne bycie. Kot Damian był jednym z tych wielu kotów, które nigdy nie poznały racjonalnych przemyśleń i ostrych jak brzytwa pojęć. Uwielbiał swoje bycie. Nigdy go nie nazwał. Może dlatego, że przyroda nie wyposażyła naszego milusińskiego w tego typu aparat poznawczy. Rozum pełen abstrakcyjnych przemyśleń jest kompletnie obcy dla tego typu strażnika istnienia. Zdaje się, że gdyby nasz kot potrafił używać ścisłej dedukcji czy indukcji, wraz z użyciem wielowartościowej logiki, to i tak mistrzostwo Obecności przekraczałoby wszelkie konstrukcje myślotworów.


Marek, najstarszy syn państwa Milewskich, wrócił tego dnia ze szkoły do domu. Przygotowywał się do matury i był niebywale zmęczony ilością wiedzy, którą musiał pochłonąć w ostatnich dniach. Usiadł wycieńczony w fotelu. Obok siedział spokojnie kot Damian. Gdy Marek usiadł poczuł jak w jego mięśniach i w ciele pulsuje zmęczenie. Odprężył się, choć już za chwilę poczuł niepokój. „Co muszę przygotować na jutro do szkoły? Czy aby na pewno napisałem wszystko, co chciałem napisać w mojej pracy semestralnej? Gdzie są rodzice? Co jest na obiad?”. Troski zaczęły przyklejać się do jego wnętrza jak ćmy nocą do ulicznej lampy. Każda z tych troskliwych myśli chciała nasycić się wiedzą o tym, co się stanie albo zrozumieniem tego, co już się wydarzyło. Jednak żadne uspokojenie nie przybywało, więc myśli stawały się jeszcze bardziej natarczywe. Marek poczuł złość. „Wszystko jest nie tak jak powinno być. Nie znoszę szkoły. Mam dość.” Zniechęcenie i apatia ogarnęły jego zmęczone ciało. Zapragnął zniknąć. „Gdyby go nie było, nie byłoby problemu”. Dołujący smutek wirował w jego młodym ciele. Poczuł ból w głowie i ucisk w brzuchu.

Nagle kot Damian zeskoczył z parapetu. Na drewnianej podłodze wyciągnął do przodu swoje piękne łapy. Przeciągnął się. Ziewnął. Cały skąpany w świętym spokoju. Marek zauważył go. Przyglądał się mu z zadziwieniem. Kot Damian wskoczył na fotel wprost na kolana Marka. Położył się wygodnie. Miał to w zwyczaju. Nieraz gdy któryś z domowników siadał w fotelu kot wskakiwał na kolana, kładł się na brzuchu albo na szyi, grzejąc przy tym swoim kocim ciepłem. Nie wiadomo dlaczego to robił. Któż zgłębi motywacje tej istoty? W każdym razie kot Damian ze swoim głębokim mruczeniem wtulił się w Marka. Chłopak ucieszył się z tego mimowolnie. Na chwilę zapomniał o swoich dołujących myślach. Zauważył radość. Przez okno do mieszkania wlatywał ciepły promień słońca, który ogrzewał kota i samego Marka. W głębi poczuj spokój. Ponure zmęczenie pełne napięcia przemieniło się w łagodny, cichy bezruch. Myśli zwolniły. Kot mruczał. Marek czuł go. Tak bardzo go kochał. Nagle przypomniał sobie o swoich troskach. Jednak nie były już one najważniejsze. Każda z tych wcześniejszych ponurych myśli miała swój ciepły odpowiednik. „Nie dasz sobie rady” – „nie muszę dawać sobie z niczym rady”. „Nie zdasz matury” – „Nie potrzebuję ani matury ani zmartwień”. „Jestem do bani” – „Chyba nie. W końcu kot uwielbia spać na moim ciele, rodzice mnie kochają, mam kolegów…” Wszystkie myśli odpływały. Znikały jak bański mydlane. Marek niczego nie kontrolował. Promień słońca współgrał z mruczeniem kota. Przepiękny koncert. „Jak to się stało, że wcześniej tego nie widziałem?”. Nagle i to stało się oczywistym. Marek zajmował się swoim nieszczęśliwym życiem. Przynajmniej tak mu się wtedy wydawało... 

Kot Damian po raz kolejny sprawił, że ktoś poczuł się Życiem, które jest przed wszystkimi sprawami, troskami, zdarzeniami…
Życie, które pulsuje i nie zna ani dnia wczorajszego ani jutrzejszego... Życie, które nie zna początku ani końca... Życie, które jest przed każdą myślą o Nim...

Każda myśl jest spóźniona wobec Niewysłowionego.

Promień słońca, mruczenie kota, woda w kranie… Wszystko to jest Życiem, kocim mruczeniem pełnym miłości…

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Co świętujemy w Boże Narodzenie?

Boże Narodzenie. Przedziwny czas. Budzi mnie do namysłu, do zdziwienia, do bliżej nieokreślonej wewnętrznej czci dla tego wyjątkowego czasu.

Od kilku dni rozmyślam nad symbolami, które narzucają się tu i ówdzie. Choinka, kolędy, rodzinny czas, światło, przesilenie zimowe, rodzący się Chrystus, opłatek... Nieświadomość z niebywałą odwagą i delikatnością dotyka mojej świadomej uwagi w tym czasie i zaprasza nie tylko do refleksji, ale i to pewnej formy uczestnictwa w tej magicznej liturgii. Co mówią mi te święta? O co w nich chodzi? Dlaczego tak wielu ludzi świętuje w tym czasie? 


Pytanie "dlaczego" z jednej strony kieruje mnie w poszukiwanie historyczno-społecznych przyczyn tych świąt. Oto kilkanaście wieków temu wczesne chrześcijaństwo spotkało się z kulturą rzymską. Jeśli chcielibyśmy tu powiedzieć językiem relacyjnym, co wydarzyło się między nimi to zaiskrzenie wydaje się być odpowiednim słowem. Rzym i chrześcijaństwo splotło się ze sobą i położyło podwaliny (razem z Grekami) dla rodzącej się cywilizacji europejskiej. Prawdopodobnie koło III/IV wieku rozpoczyna się chrześcijańskie świętowanie narodzin Jezusa Chrystusa. Zdaje się, że 25 grudnia był świętowany przez Rzymian jako święto boga słońca. Chrześcijaństwo, które w czwartym wieku naszej ery stawało się coraz bardziej powszechne w cesarstwie ochrzciło solarne bóstwo, które od wtedy "stało się" Chrystusem - wschodzącym słońcem, które przez wcielenie zamieszkało pośród ludzi, by pokonać ciemność ludzkiego życia. Symbol ten, choć w duchu chrześcijańskim ma swoją własną teologię, przyjął się w kulturze europejskiej i po dziś dzień w różnych formach żyje w świadomości zachodnich społeczeństw. Współcześnie Boże Narodzenie niekoniecznie musi oznaczać osobistego związku jednostki z jakimkolwiek wyznaniem chrześcijańskim. Przedziwne jest, że świętowanie Bożego Narodzenia to swoisty taniec różnych metafor, które splatają się ze sobą, asymilują bądź ścierają się wzajemnie. Kultury przenikając się ze sobą dokładały coraz to nowe symbole czy zmieniały ich znaczenie. I w ten sposób np. w Polsce mamy na święta choinkę, która prawdopodobnie pochodzi z XII wieku od germańskich ludów.

Na pytanie: "dlaczego" tak wielu ludzi świętuje w tym czasie, można odpowiedź w jeszcze inny sposób. Mianowicie można postawić pytanie o cel tego świętowania. Dla czego ludzie świętują? Co świętują? Co jest celem obchodzenia tych świąt? Jakie wartości uwidaczniają się w czasie świąt? Jakie postawy w tym czasie człowiek kultywuje i wzmacnia?


Jeśli przyjmiemy postawę empiryczno-fenomenologiczną, czyli będziemy badać to, co widać we współczesnej kulturze, zauważymy bogactwo symboli i znaczeń, które pulsują w naszych domach. Przystrojenie choinki, składanie sobie życzeń, gotowanie potraw, spotkania wśród bliskich, śpiewanie kolęd, przebaczanie sobie wzajemnie dawnych urazów i win, puste miejsce przy stole, łamany opłatek... Wszystko to niesie ogrom znaczeń i sensów! Żyjemy w nich, oddychamy nimi, jednak nie zawsze jesteśmy świadomi, co tak naprawdę robimy. Zadziwiające jest to, że końcówka grudnia to czas zimowego przesilenia. Dzień od tego momentu staje się coraz dłuższy, noc będzie się skracać. Wigilijny stół, w którym zbierają się bliscy, światło lampek na choince, rozświetlone twarze ludzi, którzy zajadają przepyszne potrawy... Światło w ten dzień zwycięża nad wszechogarniającą ciemnością. Ciemność ta wcale nie musi oznaczać jedynie moralnego zła. Może oznaczać np. nieokreśloność, chaos, nierozróżnioną jednię, nudę szarej egzystencji czy pustkę związaną z brakiem głębokich relacji czy z brakiem kontaktu z własnym wnętrzem. Przy stole może rodzić się nowa jakość bycia. Więc... Symbol ten przemawia do mnie, iż jeśli wejdę w to, co proponuje mi tu wydarzająca się nieświadomość, mogę zostać przemieniony. Symbol zwyciężania światła nad ciemnością oznacza zwycięstwo duchowych wartości tj. rodzinne więzy, pokój, uczciwość, bliskość, bycie-dla-innych, hojność (podarunki), radość nad szarością i nudą nie-urodzonej egzystencji.

Carl Gustaw Jung wyróżniał trzy momenty czy też rodzaje narodzin, które występują w życiu jednostki. Po pierwsze człowiek rodzi się cieleśnie. Ciało niemowlęcia staje się odrębne od matki i przez jakiś czas wzrasta. Następnie człowiek rodzi się jako ego, jako ja, jako konkretna tożsamość. Jung opisuje swoje własne doświadczenie związane z narodzinami ja. Oto jako dwunastoletni chłopiec nagle doświadczył odkrycia, że jest odrębny. Odkrył, że on to on. Ja to ja. Zdziwienie istnienia. Sam pamiętam swoje wczesnomłodzieńcze doświadczenie, gdy nagle dotknąłem tego, że jestem sobą. Przedziwne! Trzecie narodziny w życiu człowieka, to czas budzenia się, odkrywania w sobie Źródła, Boskości, wewnętrznej Jaźni. Jung twierdził, że większość ludzi ma możliwość doświadczenia narodzin Ducha w drugiej połowie życia. Wtedy też człowiek zauważa, że nie jest tylko swoim własnym ja. Przy odrobinie szczęścia, jakiejś duchowej praktyce czy przy sprzyjających okolicznościach dorosły człowiek może odkryć własną Głębię, duchową naturę swojego życia, cel i początek egzystencji.

Myślę, że Boże Narodzenie dotyka trzech rodzajów narodzin. Po pierwsze świętujemy narodziny konkretnego człowieka - Jezusa Chrystusa. Cielesne narodziny to rzecz niebywała. Ci, którzy doświadczyli narodzin dziecka we własnej rodzinie wiedzą jaka radość i świeżość dotyka ludzi w związku z narodzinami. Drugie narodziny, czyli powstanie tożsamości (ego) to w perspektywie konfesyjnej; narodziny wielkiego człowieka - Jezusa Chrystusa - osobowości, która wniosła sobą do świata niebywałą ekspresję duchową i wartości, na której zbudowana jest nasza cywilizacja. Każdy z nas na swój niepowtarzalny sposób nosi w sobie tęsknotę i pragnienie pozostawienia po sobie śladu czy też zbudowaniu czegoś dobrego w świecie. Narodziny duchowe pokazują, iż ten narodzony Jezus przynosi ze sobą Obecność, która jest Obecnością w każdym człowieku. Paradoksalnie! Człowiek pokazuje, iż Bóg mieszka w człowieku. Oto radość tej nocy! Człowiek nie jest tylko i wyłącznie swoim ciałem, swoim imieniem, swoją historią, swoją osobowością, swoimi osiągnięciami itd.. Człowiek pochodzi od Boskiej Obecności i nią jest w swojej Esencji. Religia, która zapomina o tym doświadczeniu i o tym, że służy samemu wnętrzu człowieka, przenosi, projektuje własną duchową naturę na konkretną jedną osobę, rytuał czy sposób świętowania. Moc Chrystusa to nie tyle moc osoby, a raczej moc wewnętrznej boskiej natury każdego człowieka, który w niej żyje, porusza się i jest. Znaczy to, że poznanie swojej wewnętrznej jaźni, wewnętrznego Chrystusa (w języku chrześcijan), samego rdzenia boskości to istota i serce tych świąt.

Świętowanie narodzin napawa mnie podziwem i przedziwnym zdumieniem. Narodziny z ciała, narodziny ego, narodziny Ducha... Dziwy same.

Boże Narodzenie niesie jeszcze wiele wspaniałych treści i symboli, ale idę już przygotować się do wigilii. Gloria in excelsis Deo!

"Wielkie zdziwienie: wszelkie stworzenie,
Cały świat orzeźwiony;
Mądrość Mądrości, Światłość Światłości,
Bóg-Człowiek tu wcielony."


poniedziałek, 18 czerwca 2018

O akceptacji, której nie da się zrobić

Ostatnio w wolnych chwilach studiuję Psychologię Procesu. Przyglądam się jak założyciel tej szkoły psychoterapeutycznej - Arnold Mindell - szkicuje własny projekt pomagania procesom dziejącym się w jednostce i w społeczeństwie. Każda szkoła uwypukla inny aspekt doświadczenia w ludzkim psyche i wytycza nieco inne ścieżki "zdrowienia" i rozwoju. Jednocześnie każdy poważny nurt psychoterapeutyczny jest połączony z innymi zbieżnością celów i typowymi cechami dynamiki pracy psychoterapeutycznej. Droga procesu wyrasta z doświadczenia amerykańskiego psychoterapeuty. Był fizykiem, następnie analitykiem jungowskim, aż doszedł do momentu zmiany - stworzył własną szkołę psychoterapeutyczną. Wszystko to sprawia wrażenie, że jest to niebywale integralna i otwarta metoda.

Nie będę jej tu omawiał ani promował. Chcę jedynie polecić krótki fragment z książki "Droga powstaje, gdy idziesz", która świetnie ukazuje na czym polega zmiana w życiu człowieka i jakie są warunki, tzw. "dobrej zmiany" ;) Oto cytat:

"(...) Jeśli ktoś chce się zmienić, potrzebuje dwóch rzeczy: musi naprawdę chcieć się zmienić oraz musi kochać siebie dokładnie takim, jakim jest! Zmiana jest najbardziej prawdopodobna, kiedy dobrze nam z samym sobą. Metaumiejętność "braku zmian" jest to świadomość, że nie ma nic do zrobienia i że wszystko jest takie, jak powinno być. Zarówno zmiana, jak i brak zmiany są tak samo pożądane. W buddyzmie zen istnieje takie powiedzenie: "Każdy dzień jest dobrym dniem". Ilustruje ono postawę cechującą metaumiejętność braku zmian. Wysiłek nie jest potrzebny. Aktualny stan rzeczy jest doskonały, nawet jeśli nienawidzimy sytuacji, w której obecnie się znajdujemy!" ("Droga powstaje, gdy idziesz")

Cytat kapitalnie pokazuje wewnętrzną dynamikę świadomości, która żyje w stanie akceptacji i poddania. Jest to piękny i dojrzały ideał bycia. Akceptacja to stan, której nie robi jednostka. W wielu przestrzeniach pomocy człowiekowi (religia, psychoterapia, coaching) mówi się o konieczności akceptacji danej sytuacji, uczucia czy myśli. Często wypowiada się następujące frazesy: "musisz to zaakceptować", "przyjmij to" bądź "powinieneś przyjąć to, co się dzieje". Owe zdania wskazują na odwołanie się do pewnej cnoty czy też umiejętności w człowieku, która mogłaby dokonać przyjęcia i akceptacji ograniczeń, słabości czy nieprzyjemnych treści psychicznych. To wszystko prawda! Jednak akceptacja zdaje się jawić nam jako coś o wiele głębszego niż konkretny wysiłek czy umiejętność człowieka. Autor powyższego cytatu wskazuje na "metaumiejętność braku zmian" jako paradygmat czy tło dla dobrego procesu zmiany. Zmiana,  w której uciekamy bądź odwracamy się od tego, czego nie lubimy kreśli wewnątrz naszej psychiki linię graniczną. Linia ta powoduje podzielenie, a na jej styku rodzą się konflikty między podzielonymi częściami. W owym stanie wybieramy to, co dla nas dobre, przyjemne czy prawdziwe, zaś odrzucamy wszystko, co jawi się nam jako beznadziejne, bez sensu czy nie-nasze. Oczywiście odrzucenie części własnej historii, osobowości czy jakiejkolwiek cechy powoduje powstanie cienia (tzw. wypartych treści psychicznych), które dają o sobie nieustannie znać przez impulsywne nerwice czy projekcje o "złym świecie i złych ludziach". Zgodnie z psychologią Junga przyjęcie tego, co odrzucone w ludzkiej psyche i zjednoczenie przeciwieństw jest drogą do pełni człowieczeństwa.
Przykład fikcyjny i hipotetyczny. 
Marcin strasznie nie lubi w sobie lenistwa. Uważa, że jedynie bardzo pracujący ludzie są godni szacunku i podziwu. Nie lubi wolnych chwil i beztroskiego siedzenia przed komputerem. Jednocześnie bardzo chciałby się zmienić. Chciałby być pracowity, ale jednocześnie pragnie żyć w głębokich relacjach. Zauważa jednak, że wszystkie spotkania traktuje jak okazje do pracy (czy to zarobkowej czy też interpersonalnej). Z trudem przychodzi mu zwyczajny odpoczynek i beztroska zabawa. W pewien sposób wypiera leniwe bycie na rzecz pracowitości. Jednocześnie w nim samym wydarza się projekcja: uważa, że ludzie są niebywale leniwi i nieproduktywni. Rzutuje na innych te treści, które odrzucił w sobie samym. Z racji twardej linii granicznej między pracą a nie-pracą, odczuwa on obrzydzenie, niechęć i wrogość do wszystkich, którzy nie pracują. Według autorów książki (przytaczanej powyżej) należy podążać za procesem Marcina. Być może poprowadzi on go do zobaczenia, że lenistwo i praca potrzebują w psyche człowieka przyjaznej i akceptującej przestrzeni na wzajemne istnienie. Kochać i lenistwo i pracowitość - oto ideał dla procesu, który dzieje się w Marcinie. Dobra zmiana nie może zajść w sytuacji, gdy jej nie akceptujemy. Jednocześnie należy pamiętać, że akceptacja nie oznacza tłumienia trudnych uczuć (złości, smutku czy poczucia winy)

Podany przykład jest oczywiście dużym uproszczeniem. Jednak pokazuje on niebywałą siłę jaką ma w sobie przyjęcie i otwarcie w człowieku.

Głębiej od umiejętności  akceptacji istnieje sama akceptacja jako stan bycia. Im głębiej przyjmujemy dane treści psychiczne, sytuacje, osoby, tym bardziej odkrywamy akceptację jako samo istnienie. Gdy stopniowo uporamy się z własnymi poglądami i perspektywami, możemy odkryć, że nic nie wymaga zmiany, bowiem wszystko istnieje w stanie idealnym. Mistycy mówią o rozpoznaniu, iż światem kieruje duchowa moc, która przekracza siłę jednostki. Według głębokich tradycji duchowych cały świat istnieje w świętej obecności. Obecność ta jest idealna i nie wymaga zmiany. Bez wyznawania konkretnej wiary możemy zauważyć, że kochanie tego, co jest przysparza dobrych warunków dla zmian w życiu człowieka. Zaś niechęć, izolacja czy nienawiść blokują człowieka w jego naturalnym rozwoju i mogą na całe życie uwięzić go w neurotycznym cierpieniu.

Jakiś rok temu po odejściu z Towarzystwa Jezusowego i po przeżyciu "wewnętrznej śmierci", odczuwałem w sobie, że i przed zmianą i po zmianie, i w trakcie, jest dobrze. Był to spokój, który zdziwił mnie niewiarygodnie. Napisałem wtedy:

"Ukochany! W istocie swojej wszystko jest w porządku. Jesteś doskonałym wyrazem miłości. Absolutnie czysty i bezgrzeszny. Jeśli pojawia się w tobie coś takiego jak grzech, niedoskonałość czy brak, to dzieje się to jedynie na powierzchni. W swej istocie zawsze jesteś pełnią doskonałości i miłości. Nie może być inaczej. Być może w swoim życiu zbyt mocno uwierzyłeś w grzech czy niedoskonałość. Skoro w to uwierzyłeś, to możesz również przestać. Możesz odpuścić ideę, że jesteś nie w porządku. Wtedy całe poczucie winy znika. Czyż nie po to była ci potrzebna idea własnej niedoskonałości, aby karcić samego siebie? Wina jest sposobem skrytego karania siebie. A jak to pięknie stoi w Biblii: "W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości". Porzuć winę i lęk, a zobaczysz, że tylko miłość jest realna.
Z perspektywy jednostki rozwijasz się, zmieniasz i doskonalisz. Jednak nie jesteś jedynie jednostką. Jesteś świętą obecnością, której nigdy nie dotknął grzech. Niepokalane poczęcie. W rdzeniu jesteś absolutnie doskonały. Kiedyś czytałem pewną książkę, w której autor odkrył tę nieskrytą tajemnicę. Pojawiło się we mnie pytanie: "a co jeśli nic ze mną nie jest nie tak?" Co by się stało, gdybym zaczął żyć bez obwiniania siebie. W jednej chwili oświeciło mój umysł. No tak. Zwykłe proste "aha". Przecież to proste. Nagle zjawił się lęk. Zrozumiałem, że będę musiał sprzeciwić się całemu programowaniu, które zafundowało mi społeczeństwo. Jednak, gdy to zrobiłem okazało się, że i to jest doskonałym wyrazem Obecności."

Akceptacji się nie robi, ona jest. Nawet jeśli czujemy złość czy smutek na to, co się dzieje bądź twierdzimy, że powinno być inaczej, akceptacja jest tłem. I smutek, i złość, są częścią tego, co jest. 

O! Właśnie dostałem informację, że kurs, na który bardzo czekałem nie odbędzie się. Cóż za synchroniczność! Czuję smutek i brak wewnętrznej akceptacji, a jednocześnie w tle ciche i spokojne "wszystko jest idealnie"...