niedziela, 7 kwietnia 2019

Mruczenie bycia

Zanim zjawi się myśl, już jesteś Tym!

Kot Damian swoim codziennym zwyczajem wylegiwał się na swoim ulubionym parapecie na oknie  w domu państwa Milewskich. Słonko grzało w jego grube futerko. Oczy miał lekko przymrużone. Mruczenie pełne zadowolenia wyłaniało się z jego kociego ciała, a wąsy miały w sobie pełnię kociego kunsztu. Na pierwszy rzut oka widać, że istota ta absolutnie nie potrzebuje niczego ani nikogo by mruczeć w spokoju własne bycie. Kot Damian był jednym z tych wielu kotów, które nigdy nie poznały racjonalnych przemyśleń i ostrych jak brzytwa pojęć. Uwielbiał swoje bycie. Nigdy go nie nazwał. Może dlatego, że przyroda nie wyposażyła naszego milusińskiego w tego typu aparat poznawczy. Rozum pełen abstrakcyjnych przemyśleń jest kompletnie obcy dla tego typu strażnika istnienia. Zdaje się, że gdyby nasz kot potrafił używać ścisłej dedukcji czy indukcji, wraz z użyciem wielowartościowej logiki, to i tak mistrzostwo Obecności przekraczałoby wszelkie konstrukcje myślotworów.


Marek, najstarszy syn państwa Milewskich, wrócił tego dnia ze szkoły do domu. Przygotowywał się do matury i był niebywale zmęczony ilością wiedzy, którą musiał pochłonąć w ostatnich dniach. Usiadł wycieńczony w fotelu. Obok siedział spokojnie kot Damian. Gdy Marek usiadł poczuł jak w jego mięśniach i w ciele pulsuje zmęczenie. Odprężył się, choć już za chwilę poczuł niepokój. „Co muszę przygotować na jutro do szkoły? Czy aby na pewno napisałem wszystko, co chciałem napisać w mojej pracy semestralnej? Gdzie są rodzice? Co jest na obiad?”. Troski zaczęły przyklejać się do jego wnętrza jak ćmy nocą do ulicznej lampy. Każda z tych troskliwych myśli chciała nasycić się wiedzą o tym, co się stanie albo zrozumieniem tego, co już się wydarzyło. Jednak żadne uspokojenie nie przybywało, więc myśli stawały się jeszcze bardziej natarczywe. Marek poczuł złość. „Wszystko jest nie tak jak powinno być. Nie znoszę szkoły. Mam dość.” Zniechęcenie i apatia ogarnęły jego zmęczone ciało. Zapragnął zniknąć. „Gdyby go nie było, nie byłoby problemu”. Dołujący smutek wirował w jego młodym ciele. Poczuł ból w głowie i ucisk w brzuchu.

Nagle kot Damian zeskoczył z parapetu. Na drewnianej podłodze wyciągnął do przodu swoje piękne łapy. Przeciągnął się. Ziewnął. Cały skąpany w świętym spokoju. Marek zauważył go. Przyglądał się mu z zadziwieniem. Kot Damian wskoczył na fotel wprost na kolana Marka. Położył się wygodnie. Miał to w zwyczaju. Nieraz gdy któryś z domowników siadał w fotelu kot wskakiwał na kolana, kładł się na brzuchu albo na szyi, grzejąc przy tym swoim kocim ciepłem. Nie wiadomo dlaczego to robił. Któż zgłębi motywacje tej istoty? W każdym razie kot Damian ze swoim głębokim mruczeniem wtulił się w Marka. Chłopak ucieszył się z tego mimowolnie. Na chwilę zapomniał o swoich dołujących myślach. Zauważył radość. Przez okno do mieszkania wlatywał ciepły promień słońca, który ogrzewał kota i samego Marka. W głębi poczuj spokój. Ponure zmęczenie pełne napięcia przemieniło się w łagodny, cichy bezruch. Myśli zwolniły. Kot mruczał. Marek czuł go. Tak bardzo go kochał. Nagle przypomniał sobie o swoich troskach. Jednak nie były już one najważniejsze. Każda z tych wcześniejszych ponurych myśli miała swój ciepły odpowiednik. „Nie dasz sobie rady” – „nie muszę dawać sobie z niczym rady”. „Nie zdasz matury” – „Nie potrzebuję ani matury ani zmartwień”. „Jestem do bani” – „Chyba nie. W końcu kot uwielbia spać na moim ciele, rodzice mnie kochają, mam kolegów…” Wszystkie myśli odpływały. Znikały jak bański mydlane. Marek niczego nie kontrolował. Promień słońca współgrał z mruczeniem kota. Przepiękny koncert. „Jak to się stało, że wcześniej tego nie widziałem?”. Nagle i to stało się oczywistym. Marek zajmował się swoim nieszczęśliwym życiem. Przynajmniej tak mu się wtedy wydawało... 

Kot Damian po raz kolejny sprawił, że ktoś poczuł się Życiem, które jest przed wszystkimi sprawami, troskami, zdarzeniami…
Życie, które pulsuje i nie zna ani dnia wczorajszego ani jutrzejszego... Życie, które nie zna początku ani końca... Życie, które jest przed każdą myślą o Nim...

Każda myśl jest spóźniona wobec Niewysłowionego.

Promień słońca, mruczenie kota, woda w kranie… Wszystko to jest Życiem, kocim mruczeniem pełnym miłości…

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Interpretacje, ich wariacje i piękno ewolucyjnego procesu!

Człowiek tworzy sensy i interpretacje. Teza raczej oczywista. Zdaje mi się, że nie ma potrzeby większego udowadniania jej prawdziwości. Homo sapiens żyje i porusza się w przestrzeni sensowności, nawet jeśli mówi o bezsensie czy o braku sensu w swoim życiu. Sens czy jego brak jest sposobem egzystencji i z niego wypływa konkretna życiowa postawa czy działanie.

Prosta fenomenologiczna obserwacja przeciętnego, współczesnego człowieka ukazuje nam, że instynkty życia (eros), śmierci (thantatos) i horyzonty sensu to podstawowe modusy egzystencji. Człowiek pragnie bowiem widzieć swój świat sensownym. Porusza się w obrębie zaspokajania potrzeb i poczucia sensowności tego, co robi. Człowiek na tym etapie rozwoju ludzkości pragnie żyć tak, aby czuć spełnienie i znać sens tej egzystencji. Dlatego też homo sapiens pracuje, tworzy więzi, uprawia różne formy religijności czy ścieżki rozwoju. W pewnej mierze można powiedzieć, że człowiek szuka czegoś, co napełni jego egzystencję blaskiem sensu i poczuciem spełnienia.

Można tu oczywiście nie zgodzić się i stwierdzić, iż przeciętny Kowalski ani nie szuka sensu ani nie zastanawia się dlaczego istnieje i po co to wszystko. To prawda. Ludzkość jest na różnych poziomach rozwoju. Stwierdzenie, że wiele osób żyje jedynie w horyzoncie zaspokajania potrzeb, nie oznacza, iż można coś w sposób absolutny powiedzieć o wyższych poziomach rozwoju.

Oczywistym zdaje mi się, że tam gdzie pojawia się nauka, logika, wyższa moralność (najczęściej uwewnętrzniona), wrażliwość na sztukę i głęboka demokracja człowiek wychodzi ze świata zwierzęcych instynktów w kierunku świata umysłu. Stąd droga prowadzi w nad-umysł, w miłość, w świat duchowy. Droga ewolucji jawi się więc jako ścieżka wznosząca od świata zwierzęcego (materia) przez ludzki świat potrzeb, umysłu i jego społecznych inklinacji, aż do oświecenia, które jest domeną duchowości.

Na poziomie zwierzęcym zdolności interpretacyjne zdają się być nikłe. Człowiek, któremu zdaje się, że drogą jego życia jest walka o przetrwanie (zachowanie potrzeb, gatunku, ego) interpretuje świat przez pryzmat zmagania i niekończącego się trudu. Taka osoba zmaga się ze sobą w diadzie życie-śmierć. Na tym etapie życie biologiczne jawi się jako jedynie rzeczywiste. Zaspokajanie potrzeb to walka o przeżycie (posiadanie, zdrowie, dobrobyt). Zachowanie bios należy do najważniejszych wartości. Dominująca dynamika tej struktury to lęk, który napędza życie jednostki. Człowiek żyje w pogoni za uwolnieniem z tragizmu codzienności. Życie na tym poziome wachluje między stanem braku, ciemności, beznadziei ("życie jest bezsensu") a stanem spełnienia i poczucia omnipotencji ("mogę wszystko, mam wszystko").

Na poziomie umysłu człowiek zaczyna doświadczać nowych aspektów egzystencji. Walka o przetrwanie zostaje zastąpiona przez subtelny świat sensów. Człowiek odkrywa w sobie myśl i jego siłę. Zaczyna niuansować rzeczywistość. Na tym etapie budzi się powoli uważność na różne przejawy życia. W tym miejscu rodzi się filozofia, nauka, medycyna, demokracja, a także religijne zapytywanie o istotę rzeczy. Poziom umysłu im bardziej wysoki i subtelny, tym bardziej zaczyna zauważać siłę myśli i moc wnętrza człowieka. Wielu ludzi zaczyna zauważać swoje wnętrze jako realną rzeczywistość. Rodzi się psychologia, przeróżne praktyki pracy wewnętrznej, odkrywamy świat uczuć, pragnień, odniesień. Religia przestaje być jedynie społeczną strukturą, tradycją czy ścieżką sublimującą lęk, ale prowadzi do wnętrza i do samopoznania. Pojawia się szacunek dla zmienności życia biologicznego, a także coraz bardziej okazuje się, że subiektywny świat wnętrza jest równie realny jak świat materialny.

Następny etap ludzkiego rozwoju świadomości związany jest z przestrzenią ducha. Jest to świat głębi i sensu przekraczającego ramy umysłu. Jest to świat radykalnie subiektywny. Możliwy do odkrycia jedynie we własnym wnętrzu. Świat nad-umysłu, ducha czy miłości (nazwy mogą być różne) jest wielce zróżnicowany i posiada wiele innych podetapów. Poziom ten jest przestrzenią doświadczeń transpersonalnych i subtelnych. Głęboka psychologia, autentyczna religia, głębokie praktyki medytacyjne czy spontaniczne wglądy są drogą w ową niewysłowioną przestrzeń. Religie w różny sposób nazywają te stany czy poziomy. Generalnie można powiedzieć, że zorganizowane religie posiadają dwie warstwy doświadczeń: egzoteryczną (zinstytucjonalizowany wymiar religii, kult, moralność, dogmaty) i ezoteryczną (ścieżki inicjacyjne; kontemplacyjne, wglądowe czy jogiczne). Oba przeplatają się wzajemnie. Wielcy założyciele religii (Chrystus, Budda, Kriszna) prowadzili swoich uczniów w drogę wewnętrznej transformacji. Prawdopodobnie nie zależało im na zakładaniu instytucji religijnych. I choć dziś kościół, meczet czy aśram to miejsca ważne z punktu społecznego, to nie one są źródłowym elementem religii.

Ścieżki ezoteryczne (wewnętrzne) prowadzą nas do istoty prawdziwej religii, do przemiany i wzrostu świadomości. Adept tej ścieżki doświadcza głębokiej przemiany. Odkrywa, że ani ciało ani myśl nie wyrażają jego istoty. Następuje "porwanie przez Łaskę", w której to znika poczucie oddzielenia. Człowiek zaczyna doświadczać Jaźni jako realności. Dla mistyka boskość jest bardziej realna niż materia czy umysł. Odkrycie "tego miejsca" sprawia, że percepcja przestaje odbierać świat w perspektywie podmiot-przedmiot. Poczucie odległości a wraz z nim pragnienie okazuje się być iluzją, snem, chwilowym pomysłem. Rzeczywistość jawi się jako absolutnie doskonała. Wszystko objawia chwałę Stwórcy. Każda rzecz promienieje blaskiem, harmonią i pięknem. Zło, brak, cierpienie widziane jest jako przejściowe czy iluzoryczne. Bóg zrodził się oto tu w przestrzeni, w której zawsze był.

Czy nakreślona wyżej mapa jest w ogóle potrzebna? Świadomość, że świat ewoluuje może pomóc człowiekowi zauważyć, gdzie znajduje się na swojej ścieżce i docenić różne wymiary życia. Myślenie ewolucyjne wspiera rozwój. Omija bowiem egotyczny pomysł, iż świat jest czarno-biały. Świat jest raczej tańcem tysiąca kolorów, który zmierza w samo serce Boskości u początku drogi będąc już w samym centrum serca. Zdaje się, że bez myślenia procesowego czy ewolucyjnego nie jest możliwe dziś prowadzenie sensownych badań naukowych. Jak pięknie zauważył to jezuita i paleontog Pierre Theilard de Chardin:

"Czy ewolucja to teoria, system lub hipoteza? To coś znacznie więcej: to ogólny stan, przed którym wszystkie teorie, wszystkie hipotezy, wszystkie systemy muszą się ukorzyć i któremu odtąd muszą zadośćuczynić, jeśli mają być możliwe do pomyślenia i prawdziwe. Ewolucja jest światłem oświetlającym wszystkie fakty, krzywą, którą wszystkie linie muszą naśladować (The Phenomenon of Man)."

Amerykański lekarz i nauczyciel duchowy David Hawkins opracował niezwykłą mapę poziomów świadomości. Swoją pracą ukazał, że świat jest ewolucyjną drogą stwarzania i objawia piękno Esencji Istnienia. Wszystkie więc etapy objęte są w swej istocie przez Światło Stwórcy:

"Dzięki rozpoznaniu istoty wszystko, co istnieje, posiada wrodzone piękno, a jego „wartość” polega na tym, że jest ono ekspresją ewolucji Stworzenia, ponieważ wyraża nieprzejawione stające się Przejawionym. Wartość jest zatem wrodzona Wszystkiemu, co Istnieje dzięki Boskiemu Źródłu samego Istnienia, które znajduje się w sferze nielinearnej i dlatego jest niewidoczne dla ograniczeń zawartych w mechanizmach percepcji."

Szkiełko i oko nie dosięgnie Ducha. By sensownie wędrować po meandrach człowieczego losu potrzeba dobrych map. Zdaje się, że teorie dynamiczne, ewolucyjne i procesowe są trafnymi drogowskazami w drodze do Prawdy. Opisana tu powyżej trójpoziomowa mapa ewolucji świadomości ludzkiej jest jedynie uproszczoną próbą opowiedzenia niewiarygodnej przygody jaką jest ewolucja.

sobota, 9 marca 2019

Chrześcijaństwo, pomysł na grzech i moc akceptacji

Odkrycie w tym, życiu, że jestem w swej istocie bezgrzeszny było prawdziwym cudem. Jednocześnie owo rozpoznanie poprowadziło do wyjścia z religii moich ojców. Będąc zanurzony po uszy w chrześcijańskim micie nie wiedziałem nawet jak bardzo przesiąknięty jestem moralnością, a raczej moralizmem. Moralność bowiem to przepiękny świat cnót i zasobów ludzkich. Przez wybory, przez ćwiczenia duszy, przez przyjaźń, przez służbę itd. człowiek hartuje swą duszę, by płynąć w otchłanie samego nie-dualnego Ducha. Moralizm zaś to spłaszczona moralność, quasi-moralność, widząca świat czarno-biało. W tanim moralizmie istnieje prosty podział nagroda-kara, niebo-piekło, dobry-zły, cnota- wada. Nie istnieje żaden środek, żadne pomiędzy... Etyka sytuacyjna nie jest mile widziana przez bastion moralizmu. Wyuczyłem się moralizmu od dzieciaka we wspólnocie katolickiej, choć im starszy byłem, tym bardziej kwestionowałem zastany system. Wieść moralizmu brzmiała: "za dobro-nagroda, za zło-kara", "Bóg albo zło", "albo jesteś czysty, dobry, poprawny przez swoje uczynki albo brudny i zasługujesz na odrzucenie, obrzydzenie, odepchnięcie", "albo chodzisz do kościoła, modlisz się, przyjmujesz sakramenty albo czeka cię piekło, cierpienie, odrzucenie". Zdaje się, że nawet nie wiedziałem jak bardzo żyłem w moralizmie, który blokował, tłumił, więził. Jednocześnie żeglowałem duszą po przecudnych terenach archetypowego świata, kąpałem się w miłosierdziu Stwórcy, oddychałem Biblią i pracowałem nad zmianą siebie, jednak publicznie nie mogłem być autentycznie sobą. Groziło to bowiem ostracyzmem i niechęcią innych.

Dziś trudno mi rozumieć grzech na sposób moralny. Grzech (grec. hamartia -chybienie celu) nie kojarzy mi się już jako odstępstwo od prawa, przykazań czy kodeksu. Właściwie to słowo wyprane jest współcześnie ze znaczenia. Ludzie na ulicach nie używają już tego pojęcia. Podobnie zresztą jak zbawienie. Dlaczego trudno rozumieć i żyć mi sensownie w terminach grzech-zbawienie? Odkryłem bowiem, że w rdzeniu swojego istnienia jestem czysty, bezgrzeszny, nietknięty przez oceny moralne. Inaczej mówiąc w czasie studiów z teologii: im więcej wykładano mi moralizm, zbawienie w konkretnej wspólnocie religijnej jako fundament, nakazy i zakazy, kapłańskie kulty, tym bardziej i głębiej odkrywałem, że jest to niezwykle powierzchowne i stworzone dla utrzymania instytucji religijnej. Utrzymanie instytucji jest w porządku, jednak jeśli w religijnej wspólnocie nie ma miejsca na doświadczenie głębi, ducha, trans-racjonalności, wtedy staje się ona pusta, sztuczna i nieprzemieniająca. 

W głębi jestem piękny taki, jaki jestem. Tak brzmiała wiadomość z duszy. Szedłem do kościoła, a tam słyszałem przesłanie: taki jaki jesteś, nie jesteś w porządku. Napraw się, nawróć, przemień, oddaj bogu, przestań grzeszyć. Dusza zaś miała inną wiadomość: mogę cieszyć się życiem i przestać się starać, by być kimś innym niż jestem. Tak brzmiało zbawienie, które odkryłem. Jakże inne to było zbawienie, od wizji, którą wykładała mi teologia i kościelni kaznodzieje.

Gorzka to opinia. Niestety. Czy prawdziwa? To jedynie hipotezy, choć wydają się być niezwykle trafne. Poprowadziły mnie w świat, gdzie napięcie i wymagania zniknęły we wnętrzu, w zmęczonej moralizmem psyche. Pozostała ochota na życie, na rozwój, na miłość, na poznawanie, na wyjście z oceniania i szufladkowania innych.

Ważna rzecz! To, co nazywam tu chrześcijaństwem, teologią, katolicyzmem to świat wnętrza, w którym się urodziłem. On zaś przejawia się w kościołach, w kapłanach, w religijnych teoriach. Kiedy świat wnętrza obumarł ze znaczenia chrześcijańskiego, religijny świat chrześcijańskiego mitu prysł. Znikł rafał, znikła religia. Były chęci i próby powrotu do wiary z nowym rozumieniem religii i świata, jednak nie udało się tego dokonać. Przepaść dzieląca sumienie z arsenałem nakazów, powinności i ciężkości polskiego katolicyzmu sprawiła, że w uczciwości i w odwadze trzeba było iść inną drogą. Struktura nie była w stanie objąć tej zmiany, która zaszła we mnie. Zresztą osobowość rafała również nie była w stanie tego dokonać. Zbyt duża nowość rozrywa stary system. I tak stałem się duchowym samotnikiem, wędrowcą bez wspólnoty, pustelnikiem bez pustelni...


Grzech w ramach wspólnoty religijnej to odstępstwo. Grzesznik to ktoś zły, odrzucony, nie pasujący do wspólnoty świętych. W zwyczajnym życiu umysł człowieka działa podobnie: określa swojego-dobrego od nieswojego-złego. W ten sposób społeczeństwo rozwija się przez poszanowanie dla tego, co życie rozwija, a odrzuca to, co je niszczy. Święty zmienia świat i niesie życie, rozwój, pokój, grzesznik zaś niszczy świat. W obszarze moralności myślenie tego typu jest korzystne i dobre dla ludzi, jednak w wymiarze głębszym zdaje się być niewystarczające, zbyt płaskie i uproszczone. W szkole np. często używa się określenia, że dziecko, które sprawia problemy jest tym złym. Samo stwierdzenie czy wskazanie takiego dziecka czy złego zachowania jest modelujące w wychowaniu, jednak autentyczna przemiana w młodym człowieku nie dzieje się przez wyłożenie moralności, a przez przykład i przez niewidzialne oddziaływanie duszy. I tu wkrada się również ludzka chęć etykietowania, by sprawić świat idealny (nazwijmy złe zachowania czy złego człowieka, a zniknie zło), który nomen omen nie istnieje. Idealny świat to świat, który jest w tym teraz, nie zaś świat umysłowej projekcji. Akceptacja jest siłą niezwykle pouczającą i przemieniającą. Ona potrafi przemienić "to, co złe" w siłę życia, która rozwija i przemienia, bez odrzucania, bez osądzania, bez szukania winy w sobie czy w innych. 

Pamiętam jak dziś. Czas ciszy rekolekcyjnej. Starania, by odnaleźć się na nowo w chrześcijaństwie. Już od dawna nieświadomość przez wyobraźnię nie przynosiła wiadomości, znaczeń, wskazówek. I tu nagle pytanie jednego z duchowych braci: co na to wszystko powiedziałby Chrystus? Co by powiedział? I nagle - po dłuższej duchowej pustyni i pustce umysłu - pojawiło się wyobrażenie Jezusa, który mówi z wielkim współczuciem i zrozumieniem: "nie chcę, żebyś cierpiał, nie chcę żebyś cierpiał, nie chcę...". Popłynęły łzy. Łzy szczęścia i ulgi. Jestem ważniejszy niż cały religijny system. Jestem piękniejszy niż wszelkie przekonania. Bez grzechu na samym dnie duszy. W Ciszy Istnienia nie ma żadnego rozróżnienia na dobro-zło, znikają moralne rozróżnienia, znika grzech i pomysł na bycie grzesznym. I teraz, gdy piszę ten tekst na samo wspomnienie tego wydarzenia wzruszam się.

Nie ma możliwości, by w samym Twoim rdzeniu było z Tobą coś nie tak. Niemożliwe jest naprawienie siebie, bowiem nigdy nic się nie popsuło. Jedynie na powierzchni świat ewoluuje, by stać się tym, czym jest - boską Iskrą Życia, tańczącym stworzeniem, więc nie jest z nim nic nie tak. Poddać wszystko Bogu, oto droga. Odrzucić kogokolwiek czy cokolwiek oznacza odszczepienie, nowy konflikt, nie zaś życiodajną przemianę.

poniedziałek, 4 marca 2019

Stadność, odosobnienie i diament samotności

Człowiek ma w sobie potrzebę życia w stadzie. Trudno się z tym nie zgodzić. Psychologia nazwała ten fakt w sposób naukowy, choć zdaje się, że ludzie żyją tym faktem i wiedzą o nim od wieków. Stadność to charakterystyczna cecha zwierząt i człowieka, który zresztą pochodzi ze świata natury. Mówi się, że "w kupie siła" i jest w tym powiedzeniu zawarte ludzkie doświadczenie, ale i pewna mądrość.


Człowiek w minionych wiekach, aby przeżyć musiał żyć stadnie. Wspólnota pozwalała przetrwać trudne warunki życia, tj. zdobywanie pokarmu, najazdy wrogów, trudności z pogodą. Człowiek samotny albo uznawany był za wariata albo za odmieńca. Dziś świat zachodni nie ma trudności z przetrwaniem w sensie fizycznym. Rozwijająca się nauka i medycyna sprawiają, że mamy się coraz lepiej. Do tego trzeba zauważyć, że kultura Zachodu w sposób unikatowy na skalę dziejową odkryła autonomię i wolność jednostki. Stąd współcześni nie muszą, tak jak jeszcze do niedawna to było, zakładać rodzin ani żyć w strukturach rodzinnych, aby przetrwać. Wcześniej rodzina pozwalała człowiekowi przetrwać, jeśli nawet nie w sensie fizycznym, to na pewno w aspekcie psychicznym. Kobiety w ostatnim czasie doświadczyły czegoś, co nazywamy emancypacją i dziś nie muszą już (przynajmniej na poziomie ekonomiczno-społecznym) żyć w związku z mężczyzną. Mogą wybrać związek jako drogę dla siebie, ale coraz mniej jest w tym przymusu biologicznego. Bycie singlem wcale nie musi dziś być przekleństwem, choć nasza biologiczno-psychologiczna struktura niechętnie żyje wbrew logice naturalnych więzi.

Dla jasności:w kwestii rodziny pozostaję konserwatystą. Mianowicie uważam, że nic tak człowieka nie rozwija jak zdrowe, pełne ciepła więzi rodzinne. Z mlekiem matki wyssaliśmy relacyjność i odcinanie się od sił natury i jej relacyjnego blasku grozi zbiorową depresją. To z kolei inne oblicze współczesnego świata - odcięcie od więzi niesie poczucie separacji i egzystencjalnego smutku. Jednocześnie wiem z doświadczenia towarzyszenia innym ludziom i obserwacji świata, że relacyjność funkcjonuje w dużej mierze jako przynależność, zaspokajanie potrzeb i przemoc w walce o posiadanie innego dla siebie. Wraz z potrzebą bycia z kimś pojawia się silne pragnienie, a także może pojawić się wewnętrzna pustka, która wydaje się, że może zostać zaspokojona jedynie przez więzi z innymi. Nic bardziej mylnego! Zdrowe głębokie relacje nie są możliwe bez wolności wewnątrz człowieka. Znaczy to, że miłość w rodzinie czy w grupie jest możliwa jedynie, gdy poszczególne jednostki wewnętrznie są wolne bądź są świadome faktu istnienia własnego wnętrza (sama świadomość własnego wnętrza to już krok milowy). Im więcej wolności wewnątrz, tym mniej manipulacji, kontroli, oskarżeń i ocen w relacjach.

Stadność. Co rozumiem przez ten termin? Chodzi mi o ślepą zależność, o nieświadome przywiązanie. Stadność to pewien aksjomat, wyrażający się w zdaniu: "bez was nie ma mnie, nie istnieję, nie jestem sobą". Chodzi o lęk, że nie przetrwam bez relacji z innymi. Instynkt nie myli się tu. Jednak nam chodzi o wzniesienie się na wyższy poziom rozwoju. Mianowicie o poznanie pewnej prawdy: im bardziej wolny jestem, tym bardziej kochający. Im bardziej niezależny, tym głębiej zależny. Cudowny paradoks! Dlatego też zapewne wielcy mistycy i nauczyciele zalecali samotność jako drogę wyzwolenia z okowów ślepego przywiązania. Paradoksy bowiem można poznać jedynie w zaciszu medytacji i refleksji. Zapewne na potrzeby tej analizy można rozróżnić dwie ścieżki duchowe:  droga poznania i droga współczucia. Pierwsza jest zapewne bardziej introwertyczna, druga zaś ekstrawertyczna (a w związku z tym bardziej relacyjna). Jednak zdaje się, że jedna bez drugiej istnieć nie może, a samotność jako stan wewnętrzny jest niezbędny dla podążania każdą ze ścieżek duchowych.
Samotnego człowieka nie można kontrolować. Ktoś, kto jest prawdziwie samotny, nie podlega grom i manipulacjom w relacjach. Jednym ze wspaniałych odkryć w tym życiu było rozpoznanie, że nie muszę nigdzie przynależeć. Tradycje duchowe pokazały mi, że mój dom to nie zewnętrzne obiekty, posiadana ziemia czy euforyczne przywiązanie do ziomków. Dom jest wnętrzem świadomości. Z niego zaś powstał cały wszechświat. Innymi słowy to, co niewidzialne wyprzedza widzialne. Mistrz Eckhart głosił, że odosobnienie jest istotą życia duchowego. W owym odosobnieniu poznajemy wspomniane wyżej Niewidzialne. Oddajmy głos Eckhartowi:

"Ponad wszelką miłość sławię odosobnienie. (…) Wynoszę je ponad miłość dlatego, że ta nakłania mnie do znoszenia wszystkiego ze względu na Boga, odosobnienie natomiast daje mi zdolność przyjmowania samego tylko Boga. Otóż ze zdolności przyjmowania wyłącznie Jego płynie korzyść znacznie większa, aniżeli ze znoszenia wszystkiego ze względu na Niego. W cierpieniu bowiem zawiera się jeszcze jakieś odniesienie człowieka do stworzeń, one są przecież jego źródłem, odosobnienie natomiast jest od nich wszystkich całkowicie oddzielone."
 Eckhart samotność odnosi do poznania Boga, który jest Źródłem wszystkich stworzeń. Mistycy od zarania dziejów głoszą tezy o charakterze introwertycznym: "poznaj samego siebie", "królestwo boże w was jest", "droga do nieba jest wewnątrz nas." C.G. Jung świetnie zauważył, że druga połowa życia człowieka jest znacznie częściej niż pierwsza drogą do wnętrza, drogą pytań egzystencjalnych i zwróceniem się w świat Ducha. Początek bowiem życia z perspektywy psychologicznej jawi się jako formowanie się ego przez kontakt najpierw z matką i z ojcem, a potem ze społecznością. To wszystko jest wspaniałym i pięknym procesem życia. Sam pracuję warsztatowo z grupami, gdzie zauważam, iż pozytywne doświadczenie więzi daje dziecku czy młodemu człowiekowi rozpoznanie, że kontakt z innymi może być niebywale przyjemny, a jednocześnie można odnaleźć siebie w innym (więź jako podstawa dla formowania się tożsamości). W drugiej zaś połowie życia człowiek sięga w głąb siebie, by odnaleźć istotniejsze znaczenie swojego życia. Tu otwiera się przestrzeń na religię, duchowość, sztukę, głęboką psychologię, sens itd. Stawiam hipotezę, że obie "jungowskie połowy życia" mogą się przenikać w różnych etapach życia.


Człowiek samotny to człowiek duchowy. Samotność nie oznacza braku relacji z ludźmi. Owy brak odniesień do innych nazwijmy tu osamotnieniem. Gdy człowiek zamyka się w pokoju, by nie być z innymi to oznacza osamotnienie. Samotność zaś oznacza stan wewnętrzny. Osamotnienie zdaje się jedną z dróg do odkrycia wewnętrznego skarbu samotności. Stan ten to bycie niezależnym i głębokie życie w kontakcie z samym Istnieniem (Bogiem, Jaźnią, Boskością). Tradycje religijne nie bez przyczyny mają w swym arsenale duchowym: pustelnie, czasy milczenia czy samotne medytacje, modlitwy. Nie jest możliwe odnaleźć siebie w tłumie. Tłum zawsze tłumi. Grupy mają niski poziom świadomości, bowiem ilość nieświadomych procesów w grupach jest nie do ogarnięcia przez światło świadomości. Wiem, co mówię z doświadczenia pracy z grupami. Praca ze zbiorowością na głębszym poziomie przynajmniej na razie zdaje mi się niemożliwa. Związane to jest z tym, że wspólne spotkanie z czymś głębokim, duchowym, numiotycznym zdaje mi się sprawą nieosiągalną w rozgadanej grupie. W milczącej obecności, gdzie wszyscy kierują się do wnętrza, gdzie każdy jest prawdziwie pięknie samotny jest to możliwe. Nie znaczy to, że odrzucam więzi z innymi jako nieistotne. Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że akt świadomości jest jeden i jest on w rdzeniu jednego człowieka, tego konkretnego, którym jestem i trudno na ścieżce poznania dotknąć owej tajemnicy razem z grupą. Możliwe, że ścieżka współczucia, która widzi innych ludzi i stworzenia jako oblicza boskości jest odpowiedniejszą metodą dla wspólnotowego odkrywania tego, kim jest człowiek. Proszę pamiętać: snuję tu hipotezy.

Kiedyś napisałem niezwykły tekst. Miałem sen, że jestem w ciąży, a następnie moja świadomość żyła w przeświadczeniu, że zbliża się we mnie jakiś wewnętrzny poród. Było to związane z życiową zmianą (czułem, że muszę opuścić bezpieczeństwo wspólnoty religijnej), a jednocześnie ukazało mi na czym polega piękno duchowego stanu samotności:

"Dojrzałem. Czuję, że coś we mnie dojrzało. A nie przepraszam – NIC we mnie dojrzało.

Znany mistyk mawiał: brzemienny nicością. Oto ja – mężczyzna w ciąży. Noszę w sobie czyste Życie, które niebawem urodzę. Wypełniony jestem cały świętą miłością. Pełen łaski. Zroszony świętą Obecnością. Umysł czysty jak tafla jeziora. Niczego nie brakuje, wszystko jest. Niebawem porodzę córkę nicości, która nie zaspokoi żadnej z moich potrzeb. Po prostu, jak w przyrodzie samica rodzi młode i zajmuje się nimi, by przetrwał gatunek, tak ja porodzę nicość i nic nie przetrwa. Bezcelowo to robię. Właściwie samo się dzieje, ja tylko czekam w chwili obecnej na piękną nie-moją córeczkę…

Dojrzałem. Rozdaję na prawo i na lewo święte Życie. Niczego już nie oczekuję od nikogo. Pływam w tym wielkim oceanie brzemienny w niego samego. Cóż za absurdalna sprawa!

Rozdaję siebie wszędzie. I wszędzie siebie otrzymuję.

Idę na spacer."

Samotność jako poznanie Boga to doświadczenie, które rozbija fałszywą stadność zbudowaną na manipulacji i przemocy uwięzienia w brakach. W kontakcie z czymś głębszym okazuje się być ona jedynie iluzją; poszukiwaniem siebie na zewnątrz w świecie przedmiotów i odniesień z innymi. Po wejściu zaś w dom Istnienia, w serce Boga wszystko staje się przemienione. Bóg po takim porodzie jaśnieje wszędzie i nigdzie, nic nie trzeba już szukać. Nie trzeba łapczywie rzucać się na innych, by znaleźć samego siebie. Się znalazło, to co nigdy się nie zgubiło. Się :) 

wtorek, 12 lutego 2019

Nieświadome

Jednym z największych odkryć współczesności jest poznanie i zrozumienie, że istnieje Nieświadome. Przed czasami Freuda i jego kumpla po fachu, a potem intelektualnego oponenta, Carla Junga, wiedziano, że istnieje senna niewiedza i świat fantazyjnych psychicznych treści. Jednak nie przykładano do niej większej uwagi i nie potrafiono naukowo nazywać tego zjawiska. W XIX wieku nastąpiło swoiste odkrycie, iż nieświadomość jest czymś rzeczywistym. Dziś nikt się temu nie dziwi. "Jestem nieświadomy wielu rzeczy". "Nie wiem czemu to zrobiłem". "Dlaczego właściwie to powiedziałem?", "Co do cholery znaczy ten sen?" Pytania tego typu są dziś przedmiotem osobistego badania nas ludzi współczesnych, w których zostajemy wystawieni na działanie tajemniczej nieświadomości.

Czym jest owo Nieświadome? Ściśle i precyzyjne określenie wydaje się być poza naszym zasięgiem. Nieświadomość bowiem jak wskazuje sama nazwa jest poza sferą świadomości mojego ja. Oznacza to, że doświadczam jej przejawów. W codziennym doświadczeniu możemy zauważyć, że istnieją procesy czy stany, które pozostają poza kontrolą ego-świadomości. Po prostu one się dzieją, czasem przychodzą na nas nieoczekiwanie. Sen, komiczne pomyłki słowne, chochlikowe niezdarności... Wszystkie one niosą znaczenie i sens dla człowieka. Jeśli tylko wejdziemy w nie i posłuchamy ich opowieści, możemy dotknąć i poznać mądrość, której nie zna sucha logika czy badania naukowe.

Podejście pana Freuda do nieświadomości poróżniło go z panem Jungiem. Freud twierdził, że nieświadomość jest wypartą częścią jednostki czy społeczności na skutek socjalizacji i tworzenia kultury. Po prostu człowiek z całą swoją impulsywną naturą (głównie agresja i seks) nie jest w stanie dopasować się do oczekiwań społecznych, więc wypiera, tłumi, zaprzecza itd. swoim popędom. Zbyt duże wypieranie kończy się nerwicą, a praca psychoterapeutyczna polega tu na dialogu z nieświadomym światem instynktów i popędów. Zdrowe ego, które żyje w twórczym napięciu między wybuchem instynktów libido a oceniającym, oskarżającym superego, potrzebuje światła świadomości, by zrozumieć i nauczyć się żyć w tym napięciu.

Podejście Junga do nieświadomości zdaje mi się sensowniejsze, choć jednocześnie nie oznacza to, że Freud zupełnie się mylił. Po prostu Freud z niebywałą precyzją zauważył istnienie mechanizmów psychicznych, jednak w moim odczuciu nie jest to podejście wyczerpujące. Uważam, że Jung celnie zauważył, że nieświadomość to coś więcej aniżeli wyparta energia libidalna. Mało tego, w koncepcji jungowskiej nieświadomość może być mądra i twórcza. Jest ona jakby skarbnicą mądrości. Baśnie, sny, mity, religie... Wszystkie te dziedziny niosą za sobą życiodajny sens, który jest pełny znaczenia. Stąd też analizowanie własnych snów, fantazji, wglądów jawi się nam jako droga do zgłębienia samego siebie. Nieświadomość nie jest czymś statycznym. Jest procesem, który wpływa na człowieka bezpośrednio. Czasem niweczy jego plany, zwraca uwagę na kwestie, które są nowe czy inne dla ego albo po prostu dotyka wnętrza indywidualnej psyche. Nieświadome ma zadanie! Może ono przy udziale świadomości przemienić człowieka i sprawić by stał się bardziej i głębiej sobą.

A teraz konkretny przykład!
Od dawna zwracam uwagę na to, co przydarza się w moim życiu. Z uwagą obserwuję swoje sny i staram się nasłuchiwać, co też mają mi do powiedzenia. Przyglądam się grupom dzieci i młodzieży (w pracy) i zastanawiam, co też tu się rozgrywa poza kurtyną deklarowanego spektaklu. Często w życiu widzimy jedynie przejawy działań. Pod różnymi sytuacjami kryją się lekcje, informacje, źródła, które są głębsze niż myślowe spekulacje i powierzchowna paplanina umysłu.

Pamiętam jak na jednym z kursów związanych z pracą wewnętrzną (psychoterapia procesu) w mocny sposób zrozumiałem, co znaczy wpływ nieświadomego. Sytuacja działa się w grupie trzech osób, w której mieliśmy pracować nad wybranym zagadaniem. W czasie rozmowy z jedną z uczestniczek zauważyłem, że próbuję ciągnąć rozmowę i dopasowywać się do zaistniałej sytuacji. Pojawiło się uczucie złości i zawstydzenia. W czasie zadania wszyscy z uwagą śledziliśmy własne odczucia, myśli i reakcje. Ileż tam się działo poza kontrolą świadomego umysłu! Następnie przez jakiś czas rozmawialiśmy o tym doświadczeniu. Jedna z uczestniczek zauważyła, że w czasie rozmowy ruszałem w specyficzny sposób palcami od nóg. Byłem wtedy bez butów. Popatrzyłem na swoje stopy. Dlaczego to robię? Czy jestem zdenerwowany? Spięty? Zacząłem badać siebie i pytać co komunikują mi moje stopy. Poczułem, że w tym wypadku nie chodzi o niepokój i trudności z komunikacją. I nagle... No tak! Przecież to jakby pies merdał ogonem. Moje stopy to psi ogon! Przypomniałem sobie te chwile, kiedy merdam stopą: czytanie dobrej książki, leżenie w łóżku z ukochaną osobą, picie kawy... W każdej z tych chwili cieszyłem się sobą i zwykłym byciem. Jakie znaczenie niosło to nieświadome działanie? A no takie, że w całej tej krępującej sytuacji jednocześnie istniała radość z bycia, radość z tej rozmowy, radość istnienia.

Poniższa sytuacja pokazuje mi, że nieświadome to nie jakaś wyparta energia czy straszne, mroczne siły. Nieświadome to po prostu część psyche, które żyje nas, pośród nas i w nas. Kontakt z nieświadomym to kontakt z rzeką doświadczeń. Psyche człowieka to nie jest indywidualna sprawa. Przyjęło się, że człowiek ma psychikę, ale zdaje się, że może być wręcz odwrotnie. To psychika ma nas. Ale to już temat na inny wpis.

sobota, 5 stycznia 2019

Źródło przyjemności

Przyjemność i przykrość to dwa odczucia czy nawet stany egzystencjalne, które kołyszą naszym codziennym życiem. I choć góra wraz z dołem geometrycznie są wyraziste i jasne, to w życiu psychicznym kołyszemy się między przyjemnością a przykrością doznań. Freud w genialny sposób zauważył tą dynamikę psychiczną. Energiczne id, kontrolujące superego i tożsamościowe ja we wspólnym tańcu tworzą życie jednostki i życie kultury. Przynajmniej na powierzchni...

Nie będę jednak w tym wpisie próbował opisywać dynamiki psychicznej. Zadam proste pytanie: skąd bierze się przyjemność życia? Odpowiem z własnego doświadczenia, wspartego studiowaniem pism i ścieżek duchowych. Odpowiedź jest jasna, prosta i oczywista. Wszelka przyjemność w życiu człowieka wypływa z wnętrza, z jaźni, z wewnętrznej Obecności.

Dlaczego więc występuje tak wiele przykrości, cierpienia i poczucia braku w życiu jednostki i społeczeństwa? Jest to związane z poszukiwaniem spełnienia, szczęścia, przyjemności w rzeczach, w ideach, w osobach, w stanach. Człowiek nie jest w swej istocie człowiekiem. Homo sapiens to jedynie powłoka. Pod nią mieszka duch, jaźń, serce istnienia. Człowiek, który wychodzi ze świata natury zmierza bezpośrednio do odkrycia, że w swej esencji jest prawdziwie niewysłowioną Obecnością. Ewolucja świadomości jest drogą do poznania samego siebie, wraz z nią cierpienie do pewnego czasu jawi się jako Trud Istnienia, który jest motorem do budzenia ludzkości do Tego, Co Jest.

Przez wieki nielicznym jednostkom dane było dojść do kresu ludzkiej, duchowej ewolucji. Jezus, Budda, Kryszna są po dziś dzień dla wielu ludzi postaciami duchowych szczytów. Współczesna nauka widzi w religijności albo przejaw nerwicy albo pozostałości po ewolucji biologicznej. Szkiełko i oko to domena umysłu, a myśl nie jest w stanie objąć Tajemnicy Istnienia. Nauka więc, choć tak pożyteczna, nie odpowie na najgłębsze pytania ani nie odkryje Sensu Istnienia. Chrystus, Budda i inni odkryli, iż świat doznań, spostrzeżeń, myśli ma swoje źródło w wewnętrznym, subiektywnym świecie jaźni, która jest niewysłowioną Obecnością. Różnie ją nazywali. Jednak w gruncie rzeczy mówili o tym samym doświadczeniu.

Przyjemność w swej naturze wypływa z ludzkiego wnętrza. Wracałem sobie któregoś dnia z pracy i wszedłem do sklepu, by zrobić codzienne zakupy. Popatrzyłem na półki sklepowe. I poczułem nieodpartą chęć, by zjeść chipsy. Taka ochota nachodzi mnie od czasu do czasu. Wcześniej zauważyłem, że brak dobrego nastroju, czyli poczucie przykrości generuje we mnie pragnienie przyjemności. Ono zaś pobudza mnie do poszukiwań czegoś, co mogłoby zaspokoić wewnętrzny głód. Od czasu, gdy głęboko wszedłem w siebie, odkrywałem, że jest coś niebywale przyjemnego w BYCIU. Po prostu. I oto stojąc przed półką w sklepie, nagle odczułem, że jest mi przyjemnie BĘDĄC. Przyjemność płynęła z mojego wnętrza i w mgnieniu oka poczułem, że nie potrzebuję chipsów, by poczuć się lepiej. Właściwie to niczego nie potrzebuję, by czuć przyjemność. Oto źródło mojego szczęścia znalazłem w sobie samym, w jaźni mojego istnienia. Zaraz... Jak ja mogłem w ogóle szukać szczęścia? Przecież to absurd: poszukiwać coś, czym się jest.
Moje imię, zawód, nazwisko, relacje, ukochana kobieta, pieniądze, doświadczenia i przygody, uczucia erotyczne czy inne wzniosłe, pokarm, doznania estetyczne nie są źródłem przyjemności. Wszystko to jest dobre i piękne, jednak rzeczy nie tworzą i nie dają przyjemności. Przyjemność tego wszystkiego mieszka we mnie, nie zaś w tym, co przejawione i nietrwałe. Całe nieszczęście ludzkiej egzystencji tkwi w oczekiwaniu, że wrażenia, rzeczy, stany mogą dać szczęście. Rozczarowanie - oto efekt próby znalezienia przyjemności w tym, co przejawione.

Chrystus miał powiedzieć: "królestwo niebieskie w was jest" i zdaje się, że tych, których spotykał dotykał mocą przebudzonego w sobie Ducha. Nagle grzesznik mógł odkryć, że nie jest tym z czym się utożsamia.

Proste ćwiczenie, któregoś dnia przywiodło mnie do Jaźni, którą w esencji jestem: co jest świadome tego wszystkiego, co widzę, tego co myślę? Co to jest to, co widzi wszelkie rzeczy, myśli czy uczucia? Akt świadomości! Jakie jest źródło tego aktu? Co znajduje się "pod spojrzeniem"? Co jest ekranem całego tego filmu życia? Te intelektualne pytania paradoksalnie zmroziły mój umysł i poczułem prostą przezroczystość istnienia, cichy spokój i prostą błogość Tego, Co Jest.

Przyjemność, która płynie z Jaźni... Mogę iść w świat smakować i cieszyć się wszystkim, co jest. Bez potrzeby zaspokajania głodu. Głód bowiem znikł. A nie, przepraszam... Nigdy się nie pojawił. Nienasycenie było iluzją, nieistniejącą senną marą. Tylko Bóg jest realny! Przyjemność niewysłowionej Obecności nie jest żadną rzeczą czy oddzielnym, mieszkającym w chmurach bogiem. Jest raczej wewnętrznym, subiektywnym nie-czymś. Rozciąga się ponad czymś i nie-czymś, a drogą do rozpoznania Tego jest własne, wewnętrzne, doświadczenie, szczerość, uwielbienie czy miłość.

Pięknie mówił o tym indyjski mistrz duchowy Ramana Maharihi:

"Łaska jest początkiem, środkiem i kresem: ŁASKA jest JAŹNIĄ! Z powodu fałszywej identyfikacji z ciałem, ŁASKA przypisywana jest ciału. Jednak punktem widzenia Guru jest JAŹŃ. JAŹŃ jest tylko jedna! On mówi ci, że tylko JAŹŃ istnieje, czy więc JAŹŃ nie jest dla ciebie łaską? Skąd stan łaski wypływa? Tylko z JAŹNI. Manifestacja JAŹNI jest manifestacją łaski i odwrotnie. Wszystkie błędy powstają z powodu złego punktu widzenia, a w konsekwencji oczekiwania zewnętrznych dóbr dla odseparowanego JA. Nic nie jest zewnętrzne dla JAŹNI!"

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Co świętujemy w Boże Narodzenie?

Boże Narodzenie. Przedziwny czas. Budzi mnie do namysłu, do zdziwienia, do bliżej nieokreślonej wewnętrznej czci dla tego wyjątkowego czasu.

Od kilku dni rozmyślam nad symbolami, które narzucają się tu i ówdzie. Choinka, kolędy, rodzinny czas, światło, przesilenie zimowe, rodzący się Chrystus, opłatek... Nieświadomość z niebywałą odwagą i delikatnością dotyka mojej świadomej uwagi w tym czasie i zaprasza nie tylko do refleksji, ale i to pewnej formy uczestnictwa w tej magicznej liturgii. Co mówią mi te święta? O co w nich chodzi? Dlaczego tak wielu ludzi świętuje w tym czasie? 


Pytanie "dlaczego" z jednej strony kieruje mnie w poszukiwanie historyczno-społecznych przyczyn tych świąt. Oto kilkanaście wieków temu wczesne chrześcijaństwo spotkało się z kulturą rzymską. Jeśli chcielibyśmy tu powiedzieć językiem relacyjnym, co wydarzyło się między nimi to zaiskrzenie wydaje się być odpowiednim słowem. Rzym i chrześcijaństwo splotło się ze sobą i położyło podwaliny (razem z Grekami) dla rodzącej się cywilizacji europejskiej. Prawdopodobnie koło III/IV wieku rozpoczyna się chrześcijańskie świętowanie narodzin Jezusa Chrystusa. Zdaje się, że 25 grudnia był świętowany przez Rzymian jako święto boga słońca. Chrześcijaństwo, które w czwartym wieku naszej ery stawało się coraz bardziej powszechne w cesarstwie ochrzciło solarne bóstwo, które od wtedy "stało się" Chrystusem - wschodzącym słońcem, które przez wcielenie zamieszkało pośród ludzi, by pokonać ciemność ludzkiego życia. Symbol ten, choć w duchu chrześcijańskim ma swoją własną teologię, przyjął się w kulturze europejskiej i po dziś dzień w różnych formach żyje w świadomości zachodnich społeczeństw. Współcześnie Boże Narodzenie niekoniecznie musi oznaczać osobistego związku jednostki z jakimkolwiek wyznaniem chrześcijańskim. Przedziwne jest, że świętowanie Bożego Narodzenia to swoisty taniec różnych metafor, które splatają się ze sobą, asymilują bądź ścierają się wzajemnie. Kultury przenikając się ze sobą dokładały coraz to nowe symbole czy zmieniały ich znaczenie. I w ten sposób np. w Polsce mamy na święta choinkę, która prawdopodobnie pochodzi z XII wieku od germańskich ludów.

Na pytanie: "dlaczego" tak wielu ludzi świętuje w tym czasie, można odpowiedź w jeszcze inny sposób. Mianowicie można postawić pytanie o cel tego świętowania. Dla czego ludzie świętują? Co świętują? Co jest celem obchodzenia tych świąt? Jakie wartości uwidaczniają się w czasie świąt? Jakie postawy w tym czasie człowiek kultywuje i wzmacnia?


Jeśli przyjmiemy postawę empiryczno-fenomenologiczną, czyli będziemy badać to, co widać we współczesnej kulturze, zauważymy bogactwo symboli i znaczeń, które pulsują w naszych domach. Przystrojenie choinki, składanie sobie życzeń, gotowanie potraw, spotkania wśród bliskich, śpiewanie kolęd, przebaczanie sobie wzajemnie dawnych urazów i win, puste miejsce przy stole, łamany opłatek... Wszystko to niesie ogrom znaczeń i sensów! Żyjemy w nich, oddychamy nimi, jednak nie zawsze jesteśmy świadomi, co tak naprawdę robimy. Zadziwiające jest to, że końcówka grudnia to czas zimowego przesilenia. Dzień od tego momentu staje się coraz dłuższy, noc będzie się skracać. Wigilijny stół, w którym zbierają się bliscy, światło lampek na choince, rozświetlone twarze ludzi, którzy zajadają przepyszne potrawy... Światło w ten dzień zwycięża nad wszechogarniającą ciemnością. Ciemność ta wcale nie musi oznaczać jedynie moralnego zła. Może oznaczać np. nieokreśloność, chaos, nierozróżnioną jednię, nudę szarej egzystencji czy pustkę związaną z brakiem głębokich relacji czy z brakiem kontaktu z własnym wnętrzem. Przy stole może rodzić się nowa jakość bycia. Więc... Symbol ten przemawia do mnie, iż jeśli wejdę w to, co proponuje mi tu wydarzająca się nieświadomość, mogę zostać przemieniony. Symbol zwyciężania światła nad ciemnością oznacza zwycięstwo duchowych wartości tj. rodzinne więzy, pokój, uczciwość, bliskość, bycie-dla-innych, hojność (podarunki), radość nad szarością i nudą nie-urodzonej egzystencji.

Carl Gustaw Jung wyróżniał trzy momenty czy też rodzaje narodzin, które występują w życiu jednostki. Po pierwsze człowiek rodzi się cieleśnie. Ciało niemowlęcia staje się odrębne od matki i przez jakiś czas wzrasta. Następnie człowiek rodzi się jako ego, jako ja, jako konkretna tożsamość. Jung opisuje swoje własne doświadczenie związane z narodzinami ja. Oto jako dwunastoletni chłopiec nagle doświadczył odkrycia, że jest odrębny. Odkrył, że on to on. Ja to ja. Zdziwienie istnienia. Sam pamiętam swoje wczesnomłodzieńcze doświadczenie, gdy nagle dotknąłem tego, że jestem sobą. Przedziwne! Trzecie narodziny w życiu człowieka, to czas budzenia się, odkrywania w sobie Źródła, Boskości, wewnętrznej Jaźni. Jung twierdził, że większość ludzi ma możliwość doświadczenia narodzin Ducha w drugiej połowie życia. Wtedy też człowiek zauważa, że nie jest tylko swoim własnym ja. Przy odrobinie szczęścia, jakiejś duchowej praktyce czy przy sprzyjających okolicznościach dorosły człowiek może odkryć własną Głębię, duchową naturę swojego życia, cel i początek egzystencji.

Myślę, że Boże Narodzenie dotyka trzech rodzajów narodzin. Po pierwsze świętujemy narodziny konkretnego człowieka - Jezusa Chrystusa. Cielesne narodziny to rzecz niebywała. Ci, którzy doświadczyli narodzin dziecka we własnej rodzinie wiedzą jaka radość i świeżość dotyka ludzi w związku z narodzinami. Drugie narodziny, czyli powstanie tożsamości (ego) to w perspektywie konfesyjnej; narodziny wielkiego człowieka - Jezusa Chrystusa - osobowości, która wniosła sobą do świata niebywałą ekspresję duchową i wartości, na której zbudowana jest nasza cywilizacja. Każdy z nas na swój niepowtarzalny sposób nosi w sobie tęsknotę i pragnienie pozostawienia po sobie śladu czy też zbudowaniu czegoś dobrego w świecie. Narodziny duchowe pokazują, iż ten narodzony Jezus przynosi ze sobą Obecność, która jest Obecnością w każdym człowieku. Paradoksalnie! Człowiek pokazuje, iż Bóg mieszka w człowieku. Oto radość tej nocy! Człowiek nie jest tylko i wyłącznie swoim ciałem, swoim imieniem, swoją historią, swoją osobowością, swoimi osiągnięciami itd.. Człowiek pochodzi od Boskiej Obecności i nią jest w swojej Esencji. Religia, która zapomina o tym doświadczeniu i o tym, że służy samemu wnętrzu człowieka, przenosi, projektuje własną duchową naturę na konkretną jedną osobę, rytuał czy sposób świętowania. Moc Chrystusa to nie tyle moc osoby, a raczej moc wewnętrznej boskiej natury każdego człowieka, który w niej żyje, porusza się i jest. Znaczy to, że poznanie swojej wewnętrznej jaźni, wewnętrznego Chrystusa (w języku chrześcijan), samego rdzenia boskości to istota i serce tych świąt.

Świętowanie narodzin napawa mnie podziwem i przedziwnym zdumieniem. Narodziny z ciała, narodziny ego, narodziny Ducha... Dziwy same.

Boże Narodzenie niesie jeszcze wiele wspaniałych treści i symboli, ale idę już przygotować się do wigilii. Gloria in excelsis Deo!

"Wielkie zdziwienie: wszelkie stworzenie,
Cały świat orzeźwiony;
Mądrość Mądrości, Światłość Światłości,
Bóg-Człowiek tu wcielony."