niedziela, 14 października 2018

Religia, (nie)wygodne pytania i paschalna przemiana

Od czasu do czasu ludzie zadają mi pytanie: "czy jesteś wierzący?", "czy wierzysz w Boga?", "jaki jest twój stosunek do kościoła katolickiego?". Pytanie te wiążą się bezpośrednio z historią mojego życia, którą znają osoby zadające pytanie. 

Od wczesnych lat dzieciństwa interesował mnie absolutny sens, pytanie o przyczynę istnienia świata i mnie samego. Gdy byłem małym chłopcem patrzyłem z pełnym zachwytem w gwieździste niebo nocą, przeczuwając, że istnieje coś nieskończonego. Nieskończone żyło mnie. W pewnym momencie moje rodzące się ja (ego) bardzo przeraziło się owej nieskończoności. Dorastając, zainteresowałem się religią i poszukiwaniem Boga. Droga poprowadziła mnie do Towarzystwa Jezusowego, w którym spędziłem dziewięć lat życia. Przez ten czas medytowałem, poznawałem Pismo Święte, studiowałem filozofię czy teologię, brałem udział w dłuższych czasach milczenia, miałem wiele głębokich doświadczeń i wglądów, modliłem się ludźmi, dyskutowałem poszukując zrozumienia świata, afirmowałem swoją osobowość, robiłem różne warsztaty, prowadziłem grupy, służąc ludziom itd. 

Około szóstego roku bycia w zakonie zaczął się we mnie poważny kryzys, który zmusił mnie do zobaczenia, że wiele z tego, w co wierzyłem było jedynie wykrzywionym wyobrażeniem. Oto miałem zostać księdzem katolickim. Zauważyłem, że oczekiwania w stosunku do tej roli społecznej stoją w sprzeczności z moim młodzieńczym pragnieniem poznawania świata i poszukiwania Prawdy. Interesowało mnie wiele: psychologia, psychoanaliza, filozofia, religie wschodu, doświadczenia szamańskie, struktura poznania itd. Jednocześnie coraz wyraźniej widziałem, że religia, której jestem częścią, nie przepada za "innością". Teologia, którą studiowałem nie tylko zdawała mi się być nudną i oderwaną od codziennego życia nauką, ale nie odpowiadała też na głębokie pytania i nie niosła życiodajnego sensu. 

Czułem, że niebawem zostanę urzędnikiem kultu i muszę nauczyć się prawa kanonicznego, musztry świątynnej i szablonowych odpowiedzi na ludzkie cierpienie. Wraz z tym zrozumiałem, że zostając księdzem, który ciągle ma jeszcze w miarę wysoką pozycję społeczną w Polsce (tak! księża są jeszcze traktowani w niektórych środowiskach jako jednostki wyjątkowe), nie będę mógł w swoim życiu doświadczać i poznawać świata. Religia bowiem w subtelny sposób zabrania doświadczać pewnych aspektów życia. Było to potężne zdziwienie! Do tej bowiem pory myślałem, że zakon pozwala mi eksplorować i zgłębiać z otwartością rzeczywistość. Po dwuletnim mroku, śmierci religijnego "Boga" i niemożności zrozumienia o co chodzi w chrześcijańskiej wizji świata postanowiłem opuścić szeregi zakonu i pójść ścieżką, która byłaby bliższa mojemu wewnętrznemu głosowi. Teraz opowiadam o tym spokojnie. Wtedy panowała we mnie burza, sztorm i przedziwny kopernikański przewrót. Interpretacja mojego odejścia była różna. Niektórzy twierdzili, że się zagubiłem. Inni, że zwątpiłem. Jeszcze inni twierdzili, że chodzi tylko o to, że pokochałem kobietę (to też się wydarzyło!). Piękną rzecz napisał mi jeden z moich przyjaciół jezuitów, gdy odchodziłem: "mam wrażenie, że odnalazłeś siebie".

"Czy jesteś wierzący?" To pytanie sprawia, że nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Jeśli ktoś ma kilka godzin na przyjazną rozmowę, opowiadam o tym, co myślę i czuję w tym temacie.

"Czy jesteś wierzący?" I tak, i nie. Nie jestem wierzący, bowiem nie podpisuję się pod żadnym z istniejących wyznań chrześcijańskich. Nie korzystam z sakramentów, nie odnajduję siebie w całym mistagogiczno-katechetycznym gmachu religii. Nie wyznaję jedyności zbawienia w Chrystusie. Z drugiej strony symbole chrześcijańskie i całe zaplecze etyczno-inicjacyjne jest mi niebywale bliskie. Chrystus pozostał dla mnie jednym z wzorów, symboli i żywotnych sił, które przemieniają moje widzenie świata. Nie walczę z religią. Mam serdecznych przyjaciół w Kościele i szanuję tradycję kościołów chrześcijańskich. Jednak jeśli mam być uczciwym, nie mogę znaleźć swej drogi w tym, co chrześcijanie określają: wiarą. Jestem wierzący, bowiem wiem, że materia nie jest jedynym światem. Jest powłoką, pod którą kryje się coś więcej. Świat jest jak cebula. Albo jak filmowy ogr. Ma warstwy. Znaczy to, że pod postacią materii, świata widzialnego, osób, rzeczy i procesów, istnieje Niewidzialne, Nieuwarunkowane, Nieskończone. Widzialne z niewidzialnym istnieje w głębokiej tajemniczej jedności. Owo Niewidzialne żyje ten świat.

Tak trudno mi określić własną tożsamość religijną, tak samo jak trudno określić mi kim lub czym jest Bóg, ostateczna rzeczywistość czy najgłębszy sens życia. Teologia, a z nią religia katolicka, tak bardzo określiła czym/kim jest Bóg, że niewielu ludzi może zmieścić się w tej wizji świata. To kim był Jezus, a czym jest religia dziś, to dwie różne sprawy. Kilka lat temu po powrocie z jakiejś liturgii napisałem następujące słowa:

"Coś tam trzeba.
Odkleja się chrześcijaństwo od mojego serca tak jak odkleja się plaster od rany, która się zagoiła. Naturalnie. Bez okrzyków i haseł propagandowych. Bez rewolucji i zamieszek. Tak jak po dniu przychodzi noc, tak wyrastam z wiary moich ojców. Nie odcinam się od korzeni, niczego absolutnie nie neguję. Po prostu nie wiem o co chodzi. Odpada to wszystko, czego nie rozumiem i w czym nie ma życia. Zmartwychwstanie, umartwianie siebie, sąd, liturgie, starania się, posty, modły, medytacje, spowiadania regularne, ciało co z grobu powstanie… Koncepcji i idei multum. Jak na targu. Tyle, że wybierać nie mogę. Mam wierzyć i już. I tak dużo strachu. Kapłan na podwyższeniu sprawuje ofiarę. Lud z dala patrzy i błaga „Boga” o zlitowanie nad „grzechami” swoimi i świata całego.
Miałem nadzieję znaleźć w chrześcijaństwie zbawienie. Nie znalazłem. Niczego nie znalazłem w niczym. I oto o dziwo zbawionym okazałem się być. Taki jaki jestem. Mama i tata kochali mnie takim, jakim jestem. Kawa co ją rano piłem kochała mnie, takim jakim jestem. Wiatr, słońce, deszcz… Kochało mnie życie, takim jakim jestem. Tylko ty religio jakoś nie umiesz kochać tak po prostu za nic. Zawsze czegoś chcesz. Ofiar, wyrzeczeń, postanowień, cnót, uwielbień, zaświadczeń, orzeczeń, wyznań, oświeceń, czystego sumienia... Nie walczę z tobą. Po prostu widzę jak rozpadasz się w drobny mak. Skoro sama egzystencja taka piękna, czemu mam ci składać hołd?
Coś tam trzeba. Tego nauczyła mnie chrześcijaństwo. Dziś już nawet nie wiem, co miałbym zrobić. Nawet nie wiem, jaki jest cel tego wszystkiego. Niebo? Piekło? Miłość bliźniego? Doskonałość? Przemiana wewnętrzna? Wszystko to już jest tu i teraz. Obecne.
Dziś widzę do głębi – Jezus – nie jest takim jak mi opowiedziano. Chrystus to wolność. I kto wie, być może wzywasz mnie Nieznany do pozostawienia…"

Nie jestem teistą. Nie jestem agnostykiem. Nie jestem ateistą. Kim więc jestem? A może nie muszę odpowiadać na te pytania. Słodka niewiedza i proste życie. Pływam w tym, co chrześcijanie określają "Bogiem". Ocean ten jednak nie ma płci, woli i miliona pozytywnych atrybutów. Nie jest Ojcem ani Matką. Jest samym istnieniem, które przekracza wszystkie antynomie, przeciwności. Jest więc ponad dobrem i złem, ponad pięknem i brzydotą, ponad osobą i nie-osobą, a nawet ponad istnieniem i nieistnieniem. Wszystko otacza. Wszystko w nim istnieje, przez niego i dla niego. Jest wszystkim i ponad wszystkim.

"Wtedy można by powiedzieć wraz z Nietzschem: „Bóg umarł”.
Postąpilibyśmy jednak słuszniej, mówiąc: „Bóg usunął swój obraz; gdzież go znajdziemy?” (Carl Gustaw Jung)
Mam przedziwne doświadczenie bliskości z panem Jungiem. Rozumiem jego ambiwalentne podejście do religii. Czytając jego "Wspomnienia, myśli, sny" czułem tajemniczą więź doświadczeń. On odszedł od praktykowania chrześcijaństwa, choć całe życie spędził w bliskości z głębokim doświadczeniem religijnym. Jung, cytując Nietzschego, wiedział, że nie tylko w nim samym, ale i w kulturze następuje swoista "śmierć Boga". Wraz z nią znikają wyobrażenia, religijne projekcje, obwinianie siebie samego czy Stwórcę za zło w świecie. Oto współcześnie pojawia się duchowość, w której sam Stwórca usuwa wszelkie obrazy siebie samego. Koniec teologii, koniec historii, koniec opowieści na temat religii. A jeśli istnieją nadal, wiemy, że to tylko opowieści. Dziś, tak jak mistycy wszystkich czasów, możemy iść w samo doświadczenie. Poza słowami. Poza obrazami. Następuje swoisty ruch w ponad-doświadczanie... Tam w głębi nas samych, możemy poznać tego, o którym opowiadają religie. Otchłań duszy, iskierka czy nieskończona jaźń. Imion tysiące.

Obraz Boga może dziś znikać. Czyż religijnie nasza cywilizacja nie jest dziś w neurotycznym stanie lęku. Na czym mamy oprzeć nasze kruche życie? W czym nasze małe ja ma znaleźć oparcie? Jest tak wiele potężnych sił, które pracują w człowieku... Religia przez wieki chroniła i chroni nadal człowieka przed potężnymi nieświadomymi siłami, osłaniając słabe, małe ego. Religie pomagały w kontakcie z tymi potężnymi mocami. Dziś jakby się kończyły... A może się mylę? 

Być może to sam Niewidzialny zabrał wszelkie obrazy siebie samego, jak pisze pan Jung.

Dynamika Paschy. Śmierć na krzyżu. Pusty grób. Zmartwychwstanie.
Po śmierci religijnych obrazów Boga pozostała święta pustka (jakże ceniona w buddyjskich ścieżkach inicjacyjnych), janowe nic na górze Karmel czy mistrza Eckharta odosobnienie. Kto zanurzył się w ciszy, w pustce i umiłowaniu Obecności, ten wie jak TO smakuje. A symboliczne zmartwychwstanie... Cóż. Zmartwychwstanie ukazuje mi, że Bóg jest tym, który jest wszędzie i nigdzie. Obecność roztacza się wszędzie, obejmuje każde stworzenie... i nie wymaga niczego. Zamiast świątynnego oddawania czci - kult w Duchu i w Prawdzie.

We mnie samym dokonała się Pascha. Wszystko się zmieniło. Nic się nie zmieniło. Tak trudno powiedzieć coś o tym cudzie.

Czy religia jest zbędna dziś? Na pewno nie. Religia przez wieki dawała człowiekowi bezpieczeństwo, ochronę i moc do sensownego życia. A dziś? Jaką przemianę może czekać chrześcijaństwo, jeśli chce dać współczesnemu człowiekowi ścieżkę do Prawdy? Co musi zrozumieć religijny dyskurs, aby propozycje duchowe były ogniem, które przemienia ludzkie życie? Czy istnieje coś takiego jak ewolucja religii? To już temat na inny wpis.

Napisałem to, bo chciałem się podzielić. Nikogo nie chcę przekonywać do niczego. Niczego nie chcę udowodnić. Być może ktoś tak jak ja, czy wspomniany Jung, wie co to znaczy samotność pójścia własną ścieżką i poczuje wsparcie, bez względu na wyznawaną religię, światopogląd czy system wartości. Każdy ma swoją własną ścieżkę w drodze ku Prawdy. Pokój!

sobota, 29 września 2018

Sen(s), tunel, ego i... porządek istnienia!


Śnienie to rzecz ważna. A nie przepraszam! Śnienie to nie jest statyczna rzecz. To tańczący, pełen znaczeń proces. Wbrew pozorom sny mają swoją realność. Świat współczesny zakochany jest w materii, w osiąganiu, w realizmie, w naukowości. Nie interesują go sny, fantazje, wizje i wglądy. Zostały one przeniesione do sfery subiektywnej i nazwane zwykłą mrzonką, iluzją, fanaberią. Schizofrenik, jak i mistyk, to osoby zwyczajnie chore dla takiego światopoglądu. Świat wewnętrznych sensów, odczuć, struktur i treści psychicznych nie jest ani ceniony ani nawet zauważany. Głębokie życie psychiczne zostało w większej części społeczeństwa zepchnięte na bok i odzywa się jedynie przez nieprzyjemne symptomy, takie jak: lęki, pragnienia, neurotyzmy czy psychotyzmy. Leczy się je głównie lekami wspomagającymi biologicznie. Jednak człowiek to nie tylko ciało czy osobowość. Odradzanie co rusz psychoterapii czy religii świadczy o tęsknocie człowieka za własnym wnętrzem.
Człowiek bez sensu ubożeje. Victor Frankl i jego terapia  z egzystencjalnym sensem w roli głównej daje nam taki oto paradygmat pełni życia: człowiek jest w stanie przejść największe cierpienie, jeśli w jego horyzoncie poznawczym jest obecny sens. Daje on siłę do życia, napełnia codzienność miłością, spokojem i zdolnością do pokonywania trudności czy progów rozwojowych. Sens jest tajemnicą, która jest podstawą egzystencji spełnionej. "Nie mam po co żyć" to stwierdzenie pochodzące z głębi życia pozbawionego sensu. Sens nie jest tylko i wyłącznie jakimś bliżej określonym celem. Może oczywiście przejawiać się w jakichś sprecyzowanych celach (typu: życie zawodowe, założenie rodziny, zdobycie jakiejś góry). Jednak w swej istocie sens jest egzystencją pełną znaczeń i symboli, w których człowiek-pełen-sensu żyje, porusza się i jest obdarzany mocą ich odczytywania i asymilowania. Świat w tej narracji jawi się jako liturgia swoistych sensów, które czekają na odkrycie i podróż w kierunku Nieznanego. Jest to życie swoiście religijne, choć wcale nie musi być związane z jakimś konkretnych kościołem, wspólnotą czy wyznaniem.

Wracając do śnienia. W snach objawiają się "sensowne znaczenia". Sen jest jakby listem, który wysyłany jest z nieświadomości do świadomości człowieka. Gdy zasypiamy zanurzamy się w przedziwną ciszę istnienia. To, że w czasie snu nie mamy świadomości istnienia własnego ja, nie oznacza, że nie istniejemy. Istniejemy! W tej ciszy bycia przytrafiają się nam przeróżne sny. Czasem ludzie, którzy nie mają kontaktu z sobą nie śnią w ogóle bądź ich sny są jedynie chwilowymi, niezauważonymi plamami na ekranie życia. Jednak sen może stać się drogą do siebie samego. Sen może pomóc nam w odkryciu sensu o którym się nam nie śniło :)

Chcę się tu podzielić jednym z ostatnich moich snów. Analizy snów uczę się od dawna. Sny w pewnej mierze prowadziły mnie przez życie. Były sny, które pokazywały mi moje kompleksy, wyparte emocje czy destrukcyjne mechanizmy. Śniłem również znaczenia, które pomagały mi podejmować decyzje. Sen jest jak mędrzec, który prowadzi przez życie. Gdy byłem dzieckiem śniłem, że staję naprzeciwko jakiegoś pięknego drzewa, którego strzeże potężny lew. Czułem, że muszę doświadczyć "tego drzewa", ale muszę pokonać tego lwa czy też stać się nim. To był sen istotny i głęboki, w pewnej mierze dany mi na całe życie. Określał bowiem mit życiowy, który żyje mnie od wielu lat.

Teraz przytoczę sen z ostatniego czasu, a z nim swoisty sens. Śniłem, że stoję na jakiejś powierzchni i zostaję zaproszony przez jakąś tajemniczą postać do wskoczenia do tunelu. Wyglądał on jak rura czy bardzo długa zjeżdżalnia, którą można spotkać w basenach. Wszedłem w niego niepewnie. Nagle zacząłem spadać czy też zjeżdżać z dużą prędkością w dół. Po drodze minąłem jakiegoś człowieka, który próbował wrócić na powierzchnie, ale bez skutku. Wypadłem ze zjeżdżalni w wielkie pomieszczenie pełne rozmaitych przedmiotów. Było to miejsce, które wyglądało jak ogromny sklep albo magazyn. Wokół kręciło się wiele osób, ale żadnego z nich nie mogłem rozpoznać. Wszystkie wydawały mi się tak przyjazne, dobre, pełne ciepła. Pracowały z radością. Ustawiały przedmioty, dbały o porządek. Nagle ze mnie samego pojawiła się ni stąd, ni zowąd chęć niszczenia tego miejsca. Ze splotu słonecznego wylatywała w kierunku półek i regałów moc niszczenia, agresja, gniew. Przewracała ona półki i rozrzucała ustawiane tam rzeczy. Postaci z magazynu spokojnie, bez niepokoju i lęku porządkowały niszczone przeze mnie przestrzenie. Było w nich tyle ciepłe i miłości! Po chwili zrozumiałem, że nie mam takiej siły, żeby zniszczyć cały ten "podziemny świat". Poddałem się. Sen się skończył.

Gdy szedłem wczesnym rankiem do pracy analizowałem ten sen. Na początku wyobraziłem sobie, że mam terapeutę (bądź też nawiązałem kontakt ze swoim wewnętrznym terapeutą) i zacząłem opowiadać mu własny sen. Po kilku minutach znalazłem sensowną interpretację tego snu. Oto moje własne ja (ego) przez tunel dostało się do "podziemnego świata" (nieświadomości), który jest nieznany dla powierzchowności ego. Moje ja mogło przez chwilę zobaczyć, że jest jedynie małą wysepką na tym świecie. Świat podziemny to świat sensów, które pracują we dnie w nocy. Głęboko pod moim ja istnieją struktury, postaci ze snu, treści, które żyją i są realne! Mówi mi to, że jestem czymś więcej niż ja (ego). Ten podziemny świat również jest "mną" czy też żyje we mnie. Drugą uderzającą rzeczą w tej interpretacji było odkrycie, że istnieje we mnie siła, która niszczy, która lubi pławić się w nieszczęściu i w niedoli. Jednak "pod spodem mojej zdolności rozumienia" żyje miłość, która prowadzi cały świat. Harmonia i ład świata przekracza moją zdolność rozumienia. Śmierć, huragany czy wojny zdają się mówić, że świat nie ma ani sensu ani prowadzenia ani niczego, co go spaja! Jednak myśl ta przy bliższym spotkaniu wydaje się być ograniczona i wąska. Dla mnie ten sen(s) dał mi doświadczenie i zrozumienie, że jestem niesiony przez Większą Siłę niż moje ja i jego nawykowe schematy. Tak jak w doświadczeniu Pawła z Tarsu: "Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. (Rz 8, 28)". Można to przetłumaczyć inaczej: "Wiemy zaś, że z miłującymi Boga wszystko wspópracuje ku dobru, z tymi będącymi powołanymi z wcześniejszego postanowienia" (tłum. własne, druga część zdania jest niepoprawna stylistycznie). Tłumacząc to z języka chrześcijan można powiedzieć, że istnieje tajemnicza Siła (w religiach nazywana Bogiem), która niesie Dobro (agathon) i pracuje mając w objęciach czas (przyszłość-"będącymi", teraźniejszość- "współpracuje", przeszłość- "wcześniejszego postanowienia"). Jednak owa współpraca/współdziałanie jest większa niż nasz mały, wąski, codzienny umysł.

Nowy sen(s) dał mi powiew spokoju. Wraz z nim zrozumiałem, że sytuacja, w której się znalazłem teraz, to nie przypadek. "Coś" dba o wszystko. Mogę spokojnie żyć i nie martwić się o jutro. Zaś niszczące mechanizmy wewnątrz mnie nie mają siły, żeby zniszczyć sen(s) i jego przychodzenie. Sens jest niezniszczalny w swej istocie.

poniedziałek, 24 września 2018

Szczerość

Nic bardziej wyzwalającego niż możliwość uwolnienia emocji... Nic bardziej odświeżającego niż szczera rozmowa, w której bezpieczeństwo i otwartość pozwalają na swobodę bycia... Nic bardziej czułego niż widzenie nawykowych reakcji jako nie-swoich...

Od kilku tygodni porusza mnie temat szczerości. Nie chodzi mi tu o czynność mówienia tego, co się myśli i czuje w każdej chwili czy tendencja do nieustannego i nawykowego artykułowania swojej opinii. Raczej chodzi o pewien wewnętrzny stan. Zauważam, że gdy zwyczajnie jestem uważny na to, co się dzieje się we mnie i wokół  mnie, pojawia się jakaś tajemnicza jakość bycia. Po prostu jestem. Tak sobie jestem. Widzę wszystkie moje tendencje, stare nawyki, powtarzające się od lat reakcje emocjonalne... Słyszę głos w mojej głowie, który opowiada dziesiątki historii. Czasem rozmawiam w myślach z bliskimi, przechodniami, osobami z przeszłości. Gdy tylko na moment SZCZERZE widzę te wszystkie stany, ruchy czy pozycje, pojawia się we mnie przestrzeń i cisza, która nie jest jednak żadną formą odrealnienia czy ucieczki. Nagła przerwa w myślach i w działaniach. Przerwa. Przerwa, w której mieszka boskość. Odpoczynek. Jednocześnie świadomość przeróżnych stanów mentalno-uczuciowych niesie świadomość tego, że jestem świadomy. Paradoksy! Jest we mnie coś, co to wszystko widzi. Czym to jest? Widzenie. Wiedzenie. Świadek. Obserwujący w spokoju cichy przyjaciel. Miłująca Obecność. I oto odkrywam siebie. Jestem świadomością. Żadne imię, żadna opowieść, żadna nazwa nie oddaje mojej istoty. I choć używam imienia, badam swoją przeszłość czy szukam znaczenia dla swojej codzienność, to w gruncie rzeczy zawsze wracam do tego prostego punktu. Jestem BYCIEM, samą świadomością. Żadna rzecz nie wypowie tego, kim jestem. Żadne słowo nie odda istoty tożsamości. JESTEM.

Szczerość! Mogę być tym, kim jestem na tym świecie. Nie muszę być sobą czy nie-sobą. Nie muszę również zmieniać siebie, by być kimś innym. Rafał. Ta historia, ten człowiek, to uwarunkowanie... Niech służy czemuś większemu, szerszemu i głębszemu! Nie muszę zajmować się naprawianiem siebie, innych, świata. Gdy bowiem jestem "widzącą Obecnością" nic nie musi się już zdarzyć ani nic nie musi się dziać. Jest, co jest. Boskość tańcząca wszystko i wszystkich. Spełnienie. Akceptacja. Czystość.

Rafała łatwo zranić, rozdrażnić, zdenerwować. Rafał posiada wiele uwarunkowań, masek, lęków. Ten Rafał ma również wiele zalet, cnót czy zdolności. Składa się z wielu czynników, zasłyszanych opinii , komórek, genów, myśli, zachowań i decyzji, że tym będę, a tym zaś nie chcę być. Jednak tak SZCZERZE w gruncie rzeczy istnieje "coś" głębszego niż ten Rafał. Poza czasem. Poza jutro, dziś i wczoraj.
Nauczono mnie, że moje ciało to ja. Później nauczono mnie, że moje myśli, moja historia, moje pasje to ja. Następnie uczono mnie, że im więcej zdobędę i osiągnę tym bardziej będę.
Czy na pewno?
A może wystarczy zupełnie to, co jest? Tak zwyczajnie... I pod tą rolą, osobą, zasłoną dostrzegę Nieuwarunkowane, którym jestem.

Przyszła jesień. Pora roku, którą Rafał bardzo lubi. Ciepła herbata, chłód i wiatr. A pod tym, co ten cudowny Rafał lubi czy nie lubi, żyje Życie. Bez podziału, bez tęsknoty, bez oddzielenia.

ja i ojciec jedno jesteśmy

piątek, 24 sierpnia 2018

Kubuś Puchatek, archetypowa struktura baśni... i beztroska miłość!


Siedzę w sali kinowej. Czekam na film. "Krzysiu, gdzie jesteś?" Świat Kubusia Puchatka i jego przyjaciół to dla mnie nie tylko źródło zwyczajnej zabawy, ale i przyczynek do małej "rozkminy" nad egzystencjalną strukturą i treścią baśni. Nie bez przyczyny ludzkość przez całe wieki tworzyła, opowiadała i odnajdywała się w metaforach, w baśniach, w przypowieściach, w sentencjach...

Siedzę. Na wielkim ekranie pojawiają się reklamy. Pośród przeróżnych produktów i usług pojawią się zwiastuny filmowe. Moją uwagę przykuwają współczesne filmy animowane. Od razu zauważam znaną mi strukturę wielu opowieści baśniowych. Główny bohater, który żyje w zwyczajnym, ludzkim świecie, w materialnych prawach fizyki Newtona, z prostą i szarą codziennością, nagle odkrywa bądź zostaje porwany do innego świata. Droga do niego może prowadzić przez starą szafę, wielkie drzewo w ogrodzie czy peron 9 i 3/4. Bohater musi zmierzyć się z własną małością bądź słabością, pokonać potwory czy odbyć daleką, niebezpieczną podróż. Rozwiązanie historii następuje przez zwycięstwo bohatera wraz z jego autentyczną, wewnętrzną przemianą. Staje się on często odważny, dobry i zintegrowany. Świat za drzwiami szafy, w starym drzewie czy za ścianą peronu wzywa bohatera, ale i samego czytelnika/widza w przestrzeń, w której możliwe jest pogodzenie sprzeczności i rozwój własnej osobowości.

Siedzę. Oglądam film. Ciepło bohaterów Stumilowego Lasu dotyka mnie do żywego. Prosiaczek, Kubuś, Tygrysek, Kłapouchy... Postaci w filmie oddają magiczny świat książek A.A. Milne dość wiernie. Właściwe to mam wrażenie, że prostota i charaktery postaci są bardzo podobne do tych, które znajdujemy w książkach. To olbrzymi plus filmu. Zalękniony Prosiaczek, ekstrawertyczny  i energiczny Tygrys, depresyjny Kłapouchy, mądra Sowa...

"Krzysiu, gdzie jesteś?" to opowieść o dorastającym i  chłopcu, który staje się mężczyzną. Jednak wraz z dorosłością Krzysztof traci ważną część samego siebie, jaką jest jego wewnętrzne dziecko. Z perspektywy psychologicznej Krzysztof odrzuca Krzysia, a wraz z nim: zabawę, beztroskę, bycie z rodziną,  ciepło więzi. Można powiedzieć, że znana nam dobrze baśń o Kubusiu Puchatku przez ten film staje się nową baśnią, opowiadającą o utraconym dzieciństwie. Film jest jakby nową baśnią, inną od tej napisanej przez A.A. Milnego, choć bazującej na książkowej poprzedniczce. Wprowadza nas w świat, z którym współczesny człowiek może z łatwością się utożsamić. Zabieganie, praca, pieniądze, konsumpcja i zapomnienie o własnym wewnętrznym dziecku to znamiona współczesnej kultury. Poniżej zamieszczam rysunek z książki "Miłość, seks i serce" amerykańskiego psychiatry i psychoterapeuty A. Lowena, które pięknie pokazuje czym jest dojrzała i zintegrowana osobowość dorosłego człowieka. 

Widzimy tu wyraźnie, że rozwój człowieka nie odbywa się na zasadzie zaprzeczeń wcześniejszym fazom. Dorosły to  nie ten, który odrzucił doświadczenie i świat niemowlęcia, dziecka. Dojrzałość w dorosłości polega na przekroczeniu poprzednich faz wraz z integracją tego, co zostało przekroczone. Znaczy to, że każdy nosi w sobie beztroskie dziecko, które nie znika wraz z upływem lat (zmienia się jedynie jego sposób wyrazu). W przedstawionym rysunku niemowlę ukazuje bezradność i absolutną zależnością, dziecko zaś popędliwą sferą id, witalną i beztroską stroną życia. Pełne życie to takie, w którym jest przestrzeń na wszystkie te aspekty. Osobowość człowieka karłowacieje, gdy tłumiona jest jakaś sfera życia. Dokładnie tak jest w przypadku filmowego Krzysztofa. Zapomina on o magii dzieciństwa i jej beztroskim charakterze. To droga wielu współczesnych ludzi, którzy uwierzyli w realność materialnego świata. "Liczy się to, co widoczne dla oka, reszta to wymysły". Tak brzmi manifest Zachodniej cywilizacji. Skądinąd ciekawe czy nie chyli się ona ku upadkowi właśnie przez materialistyczną wizję świata...

Siedzę. Wypowiedzi Puchatka dotykają głęboko czegoś we mnie. Jest on niezwykle prosty. Sentencje, które wypowiada brzmią jak koany wschodnich mędrców. Dla przykładu: „z nic nierobienia biorą się czasem najlepsze cosie” przywołuje w mojej pamięci chińską zasadę wu-wei, wraz z nią wartość odpoczynku, przestrzeni, oczekiwania. Zaciekawionych odsyłam do lektury Tao Kubusia Puchatka Benjamina Hoffa, w której to autor sposób życia Puchatka porównuje ze starożytną nauką Taoizmu. Oddajmy na chwilę głos naszemu misiowi, który okazuje się być niezwykłym mędrcem:

- O, Królik jest mądry - powiedział Puchatek w zamyśleniu.
- Tak - przyznał Prosiaczek - Królik jest mądry.
- I ma Rozum - rzekł Puchatek.
- Tak - zgodził się Prosiaczek - Królik ma Rozum.
Nastąpiło długie milczenie.
- I myślę - ciągnął Puchatek - że on właśnie dlatego nigdy nic nie rozumie.

Wezwanie, które kieruje do człowieka baśń, mit, religia w gruncie rzeczy odnosi się do wejścia w serce, które symbolizuje miłość. Świat dziecka, choć z perspektywy psychologii infantylny i niedojrzały, dla głębokich tradycji duchowych oznacza autentyczną miłość, otwartość i bezpieczną bliskość. Weźmy na przykład serce Chrystusa czy czakrę splotu społecznego z indyjskiej ścieżki duchowej. Niosą one znaczenie, że głębia miłości i radości znajduje się we wnętrzu człowieka. Dzięki psychologii wiemy dziś, że droga do miłości wiedzie przez uznanie i w integrację wewnętrznego dziecka i niemowlęcia do dojrzałej i odpowiedzialnej dorosłości.

"Krzysiu, gdzie jesteś?" to współczesna baśń, która pochwala rodzinne więzi, bliskość, zwyczajną radość. Mimo, że film dla wielu krytyków nie zachwyca od strony wizualnej, a akcja czasami jest nieco infantylna, to jako inicjacyjna przypowieść niesie ona współczesnemu człowiekowi wspaniałe, zbawienne znaczenie. Mówi ono: wystarczy przejść przez tajemnicze drzwi w drzewie, by odnaleźć zagubione czy wyparte aspekty własnego życia. Takie drzwi, mimo materializmu, pogoni za przyjemnością i pędem do lepszego życia, wciąż istnieją w mitach, w baśniach, w tradycjach duchowych czy na sale kinowej... 

wtorek, 7 sierpnia 2018

Ból w plecach, nocna księżycowa łuna i... zwyczajny spokój!

Każdy miewa dni przepełnione bólem czy cierpieniem. Ból w ciele z powodu kontuzji, chorób czy zwykłego starzenia się organizmu to standard w doświadczeniu życia człowieka. Ból, który jest naturalną częścią naszej egzystencji jest tylko w pewnej mierze związany z cierpieniem egotycznej świadomości. Gdy pozostajemy w uścisku ego, gdy lęk i poczucie winy są paliwem dla naszej codzienności, przeklinamy nasz los. Zupełnie inaczej człowiek radzi sobie z bólem, gdy wie, że jest czymś więcej niż ciałem, psychiką czy własną historią. Cierpienie jest w zasadzie wyborem, ból zaś nie zależy od naszej woli bezpośrednio.

Ostry ból przeszył moje plecy. Zbyt gwałtownie wykonałem kilka ruchów w ciągu dnia. Czułem nieprzyjemne ukłucie i pulsujący ucisk. Prawdopodobnie miałem lekko naciągnięty mięsień. Dzień upłynął mi w poszukiwaniu pozycji, które miały wywołać zmniejszenie bólu. Najtrudniej było nocą. W pozycji leżącej plecy bolały intensywniej. Przed godziną czwartą wybudziłem się na dobre. Leżałem spokojnie. Ból kołysał się w ciele, a ja będąc uważnym, odczuwałem spokój i wytchnienie. Nagle zorientowałem się, że bardzo często w takich sytuacjach, oprócz fizycznego bólu, pojawia się we mnie psychiczny dyskomfort. "Tego nie powinno być", "jak szybko wyeliminować to, co się dzieje?", "dlaczego mi się to przytrafiło?" itd. W tej sytuacji było inaczej. Po prostu leżałem w ciszy, w spokoju, przyglądając się poświacie księżyca. Piękny blask, cisza nocy i energia bólu. W mig zrozumiałem jak wielka jest różnica między bólem a cierpieniem. Ból to część tej egzystencji, cierpienie zaś to opcja, możliwość, wybór. Gdy jakiś czas temu przeczytałem słowa Byron Katie: "cierpienie jest kwestią wyboru", oniemiałem. Sprawę znałem od dawna z własnego doświadczenia i z towarzyszenia innym. Cierpienie egotycznego ja rozpuszcza się samo z siebie, gdy tylko przestajemy się kurczowo go trzymać i rezygnujemy z przyjemności cierpienia. Tak! Cierpienie w jakieś mierze wywołuje przyjemność i jesteśmy podświadomie przywiązani do niego. Osobie cierpiącej wydaje się, że cierpienie przychodzi na nią z zewnątrz. Egotyczne ja wyobraża sobie, że wszystko wokół powinno być inne, by człowiek mógł cieszyć się własną egzystencją...
Poświata księżyca... Ból w plecach... Akceptacja... Co za zdziwienie! Zrozumienie. Błysk.

Egotyczna świadomość przywiązana jest do apatii, poczucia winy, lęku i złości. Pamiętam swoje nagłe odkrycie, gdy kilka lat temu przechadzałem się ulicami Warszawy. Nagle zobaczyłem, że istnieje we mnie mechanizm, który potrzebuje cierpienia i jest do niego przywiązany. Inaczej mówiąc: chcę cierpienia i produkuję winę, lęk i niezgodę. Każdy kto podejmował głęboko terapię czy ma za sobą jakieś wglądy we własne wnętrze, wie, że ostatecznie nie można nikogo obarczyć winą czy odpowiedzialnością za własne życie. Dopóki cierpiący wierzy, że cały świat musi się zmienić, by on mógł żyć sensownie i w poczuciu spełnienia, dopóty trwa w beznadziei. Gdy odkryje, że to on sam jest odpowiedzialny za swoje życie, poczuje w sobie odwagę i akceptację. Przestanie wtedy stwarzać napięcie, cierpienie i bezsens. Droga się odwróci. Teraz mając w sobie siłę płynącą z odwagi, akceptacji i szacunku może uwalniać nabyte cierpienie. 

Leżałem na plecach. Ból krążył po ciele, a ja nie czułem ani niepokoju ani niechęci ani niezgody. Była we mnie jakby świadomość, że tak jak jest, jest w porządku. Jakiś czas później wziąłem tabletkę. Ból się zmniejszył, a ja zasnąłem o poranku przy wschodzącym słońcu.

Bądź czysty jak lustro, które niczego nie odbija.
Bądź oczyszczony z obrazów
i zmartwień, które przychodzą z obrazami.
Wpatruj się w to, co nie jest zawstydzone
i nie lęka się żadnej prawdy.
Zawrzyj wszystkie ludzkie twarze w twej własnej,
nie oceniając żadnej z nich.

W ten sposób suficki mistyk Rumi wyraził to, co we mnie się działo. Wolność od obrazów, obaw, zmartwień, całego negatywizmu pozwala odkryć to, co od zawsze jest jasne. W głębi człowieka istnieje zwykły, prosty spokój. Nie jest on wyjątkowy. Każdy człowiek ma go dokładnie taki sam. "W Nim poruszamy się, żyjemy i jesteśmy..." Negatywizm jest jak chmury, które przesłaniają naszą prawdziwą jaźń - słońce istnienia. Gdy chmury odchodzą okazuje się, że słońce było tu zawsze. Jedynie zanadto wierzyliśmy chmurom i ich nietrwałości. Owo słońce jest samą miłością.

Ci, którzy nie czują tej Miłości,
przyciągającej ich jak nurt rzeki;
ci, którzy nie piją rosy
jako pucharu wiosennej wody;
ci, którzy nie przyjmują zachodu słońca jako kolacji
i ci, którzy nie chcą się zmienić...
Pozwól im dalej spać. (Rumi)

I weź tu się pochwal człowieku czymś takim... Skoro to o czym tu mowa nie jest ani widzialne, ani osobiste, ani zdobyte. Spokój, który przewyższa umysł... Spokój, który pozwala być i cieszyć się własną egzystencją jest zwyczajny i prosty. Tak prosty jak wschód i zachód słońca. Tak zwyczajny jak ciepła herbata czy bzyczący komar. Spokój ten budzi się w nas, gdy odpuszczamy cierpienie i pozwalamy rzeczom być takie, jakie są. Tradycje duchowe zalecają akceptację, powstrzymywanie się od osądów, wspieranie wszelkich przejawów życia, bycie pogodnym, otwartym i przyjacielskim, przebaczanie, poddanie, bycie w teraźniejszości itd. Wszystko to może sprawić, iż odkryjemy własną jaźń...
Coś niebywale głębszego od potocznego i tymczasowego ja...

środa, 18 lipca 2018

Iluzje, projekcje, nienasycenie... i doskonały świat!

Istnieje wielka iluzja w zagubionym umyśle. Świat i moje życie powinno wyglądać tak i tak. Tak się myśli w naszych głowach. Świat powinien być inny niż jest. Każde "ja" zbudowane z myśli ma wizję tego, jak powinno być. Wizja ta działa jak nakładka na to, co jest. Umysł projektuje swoją wizję, poszukując jakiegoś ideału, stwarza niebywałe napięcie i lęk. Na podstawie pewnych danych wytwarza on bowiem projekcję, do której chce dążyć. Projekcja ta wydaje się być prawdziwa. Chcę mieć męża o taki oto cechach. Pragnę żyć w taki i tylko w taki sposób. 

W gruncie rzeczy w tym układzie wszystko to jest jedynie wy-obrażeniem (obrażenie następuję, gdy nie dzieje się to, czego się oczekuje). Podzielony umysł działa jak projektor. Rzuca na ścianę obraz, który istnieje w nim samym. Umysł jest skonstruowany z tego, co zna. W tym co się zna zawsze istnieje niedosyt, więc szuka on czegoś, co dałoby mu zaspokojenie. Szukanie to przybiera formę pragnień, żarliwych braków, niebywałych głodów. Więcej pieniędzy, lepsze relacje, pobożniejsze modlitwy. Szukanie to jest właśnie projektowaniem. Kiedy następuje zwarcie w projektorze albo gdy sam zauważa on, że wszystko co stwarza jest prawdziwie tylko w samej strukturze projektowania, mechanizm zawiesza się. Zawieszenie to może stać się drogą ku Wolności, która istnieje głębiej i prościej niż w powierzchownym umyśle, choć czasem bywa niezwykle dramatyczna i bolesna. Chodzi bowiem o śmierć małego ja, o śmierć utożsamienia z projektorem, o śmierć iluzji. Śmierć bez samobójstwa, bez przemocy, bez krwi. Bezkrwawa ofiara. Nic nie musisz zabijać. Sam skona, gdy zobaczy, że sens, który projektuje jest bezsensu.

Dlatego Nietzsche ogłaszający śmierć Boga może być jednym z żywotniejszych energii mesjańskich. Nie żartuję. Bóg umarł. To nie tylko termin. To nie tylko bunt jakiegoś awanturnika albo frustracja nieszczęśnika, co mu życie daje w kość. To stwierdzenie wyłania się z głębi doświadczenia religijnego. Weźmy choćby chrześcijański krzyż, choć z pochodzenia swoiście rzymski. Ochrzczono go później. A Jezus? Jezus zginął. Nie ma Tego, którego wymyślili. Wyobrażenie o Jezusie, który jest mesjaszem, który wyzwoli od rzymskiego okupanta rozpadło się. Przepadło. Bóg umarł. To również głębokie doświadczenie wielu kościołów, a nawet religii. Dziś jest tłem dla religijnych credo, rytuałów i duchowych idei. Jakiś obraz, jakaś projekcja Boga odeszła. Nie ma jej. Została pustka. Święta pustka. Projektor religijny się zawiesił. Bogu dzięki. Choć szybciutko projektory chcą wy-myśleć nowe fantazyjne obrazy boskości.

Gdy projektor rozpędza się w swoich pragnieniach, stwarza niebywałe ilości obrazów, obiektów do których chce dążyć. Nowe meble, nowy samochód, nowe studia, nowa religijność... Poszukiwanie to daje ukojenie jedynie na chwilę. Po sekundzie odczuwa się jeszcze większą pustkę, więc poszukiwacz wzrasta. Ból z powodu gonitwy i niemożliwości dostania się do tego, czego się pragnie zaczyna przeszywać umysł. Nienasycenie. Człowiek jakby kurczy się w sobie. Cierpienie wynikające z tego skurczu składa się z oporu wobec tego, co jest. Opór, bunt, walka. Miało być inaczej.

A co jeśli ta chwila jest absolutnie doskonała? A co jeśli owo TERAZ to pełnia życia? Oczywiście umysł może odpowiedzieć na to jedynie coś w stylu: czysta bzdura, same wymysły, nie praktyczne, mam cierpieć całe życie? itp.

Często wydaje się, że życie jako wydarzenia, sprawy, relacje nie są takie jak powinny być. Moja dziewczyna, moja praca, moja codzienność… Wszystko to do bani. Miało być inaczej. Powinno być inaczej. Myśli te są zaporą dla Życia jako czystej obecnej chwili, która nie potrzebuje ani partnera, ani pracy, ani codzienności. A z drugiej strony wszystko co się w niej pojawia, więc również partner, praca, codzienność, zaczynają być dokładnie takie jak powinny być. Czyli jakie? 

Idealne. Niepowtarzalne. Pełne Życia. Pełne obecności, szerokości i przejrzystości. Problem przestaje być problemem, a staje się wyzwaniem, przygodą. Wróg przestaje być wrogiem, a staje się kimś kto wewnętrznie walczy, kto potrzebuje być zrozumianym i przyjętym. Niebezpieczny muzułmanin, durny sąsiad, wredna teściowa… Jedynie projekcja.


Świat taki jaki jest, jest doskonały. Ty jesteś doskonały. Nie wierz projektorowi. Nie walcz z nim. Niech projektuje. Ty nim nie jesteś.

sobota, 30 czerwca 2018

Seksu naszego powszedniego...

Intymność, czułość, bliskość, zmysłowość, pieszczoty... Seksualność to przepiękna siła, która zadziwia mnie od dawna. Jednocześnie wychowany zostałem w środowisku religijnym (byłem zaangażowany w życie kościoła katolickiego), które albo potępiało doznania płynące z ciała albo milczało znacząco na temat pragnień i doznań seksualnych. Seks mimo wielu zmian w naszym społecznym myśleniu nadal jest tematem tabu albo stał się "behawioralnym zluzowaniem moralnych dyb". Edukację seksualną ogranicza się jedynie do etyki bądź zabezpieczeń przed niechcianą ciążą.  W religiach wstrzemięźliwość i opanowanie są wzniosłymi ideałami. Nie rozmawia się na temat niepohamowanego erosa, który budzi się w młodych ludziach. Nie chodzi tu o potępienie wartości dziewictwa czy braku doświadczeń seksualnych przed ślubem. Inna skrajność traktuje seks jak zwykłe zaspokajanie potrzeb, w której nie istnieje żadna głębia ani duchowość.
W tym tekście chcę jedynie napisać o konieczności uwalnianiu się od lęku przed  seksem i zwróceniem uwagi na konieczność edukacji seksualnej, która pomoże zintegrować tę cudowną przestrzeń człowieczeństwa.

Kiedy będę używał tu słowa "seks" nie będzie mi chodziło o sam akt współżycia. Seks to swoisty modus egzystencji, dzięki któremu człowiek może kochać siebie, świat i innych. To nie sam orgazm, kopulacja czy rozbieranie partnera/ki. Seksualność to sposób przeżywania. Dla mnie przykładem zintegrowanej seksualności był Jan Paweł II. Sposób w jaki spotykał ludzi, jak ich dotykał, jak rozmawiał... Miłość promieniowała z tego człowieka.

Seksualność nie dotyczy jedynie związków i małżeństw. Wszyscy jesteśmy seksualni. Więcej! Cały świat skąpany jest w Erosie. Spójrz tylko na kwiaty na wiosnę, na łona zbóż w lecie, na parujące się zwierzęta, na parki i lasy pełne zakochanych, na przyjaciół we wspólnym byciu, na gotowany obiad... Seksualność jest twórczą żywotną siłą, która nikogo nie pyta czy mu się ona podoba czy nie. Jest i już. Walka w sobie samym przez tłumienie, udawanie, odwracanie uwagi czy zwykłe behawioralne "puszczanie się" nie da nam relacyjnej głębi czy przemienionej świadomości.
W pewnym sensie zamknęliśmy seks w aktach, w czynach, a w zasadzie w etyce i w moralności. Odcięcie od seksualnej siły życia widać również wyraźnie we współczesnym pędzie zawodowym czy w wielkich betonowych miastach, gdzie tysiące singli pędzi za pracą, za pieniądzem, za sukcesem. Odcięci od ciała, ziemi, relacji... Czy musimy kogoś winić za taki stan rzeczy? Nie. Świadomość wystarczy. Ona uzdrawia i prowadzi do pełniejszego życia. Im bardziej akceptujemy, że jesteśmy seksualni, tym łatwiej o integrację.

Seksualność wypierana, która nie zostaje zintegrowana z codziennością żyje własnym życiem. Objawia się w nieznośnych symptomach, w samopotępieniu, w poczuciu winy, w osamotnieniu, w lęku... Gdy jako młody chłopak na spowiedzi wyznałem księdzu o młodzieńczej, nastoletniej masturbacji usłyszałem, że męskie nasienie jest święte i nie wolno mi tego robić. Dla młodego chłopaka, wierzącego jeszcze w bezbłędność autorytetu kapłańskiego, komunikat ten oznaczał: "to, co ze mną się dzieje jest złe i muszę to jakoś powstrzymać". Opowiedział mi jeszcze historię ze starego testamentu, jakie kary czekają tych, którzy dopuszczają się onanizmu. Wraz z upływem czasu musiałem zmierzyć się z tym poglądem i uświadomić sobie, że sucha etyka jako przestrzeganie zasad kompletnie nie integruje człowieka. Nie chodzi o potępianie tego księdza, a o świadomość tego, co komunikuje taka religijność. Ta sytuacja pokazuje jak opinie etyczne i religijne bywają podszyte lękiem. Znalazłem kiedyś w pewnej książce cytat, który pięknie pokazuje "zalęknioną świadomość seksualną" :

"Absolutnie każdą rzecz klasyfikujemy jako dobrą lub złą, słuszną lub niesłuszną, podczas, gdy jest ona tym, czym jest. Ludzie gromadzą mnóstwo wiedzy. Uczymy się tych wszystkich wierzeń, przekonań, morałów i zasad od naszej rodziny, społeczeństwa, religii. Większa część naszych zachowań i uczuć opiera się na tej właśnie wiedzy. Tworzymy anioły i demony, a seks staje się oczywiście największym demonem piekieł. Seks ukazuje się jako największy grzech ludzkości, podczas gdy ludzkie ciało zostało stworzone dla seksu. Jesteś biologiczną, seksualną istotą. Jesteś i już. Twoje ciało jest bardzo mądre. Cała ta inteligencja zawarta jest w genach, w DNA. DNA nie musi niczego rozumieć ani uzasadniać. Ono po prostu wie. Nie ma żadnego problemu z seksem. (...)
Wierzymy w tak wiele kłamstw na temat seksu, że nie potrafimy się nim cieszyć. Seks jest dla zwierząt, seks jest zły. Powinniśmy się wstydzić pragnień seksualnych. Te poglądy na temat seksu całkowicie kłócą się z naturą. Tymczasem jest to tylko sen, ale my w niego wierzymy. Twoja prawdziwa natura rwie się na zewnątrz, bo nie pasuje do tych zasad. Czujesz się winny. Nie jesteś taki, jaki powinieneś być. Jesteś sądzony. Jesteś ofiarą. Wyznacz sobie karę i to jest niesprawiedliwe." (Don Miguel Ruiz "Ścieżka miłości")


Psychoanaliza i inne nurty psychologiczne z niebywałą siłą poprzez naukowe metody ukazały światu jak duża jest rola seksualności w życiu człowieka. Freud, pionier i twórca psychoanalitycznego spojrzenia na świat, widział seks jako jedną ze składowych libido. Zauważył, że w człowieku istnieje sfera popędliwa i choć nie ograniczał do niej jedynie seksu, to wydaje się, że seks pełnił w jego koncepcji nadrzędną rolę. Triada ego-superego-libido to mapa, która ukazuje jak powstają napięcia w życiu człowieka. Libido, które dąży do maksymalizacji przyjemności nie jest akceptowane w społeczeństwie. Powoduje to powstanie aparatu moralnego o nazwie superego, które "podpowiada" jednostce (ego) co wolno, a czego nie. Oczywiście przedstawiam tę teorię w wielkim uproszczeniu. Muszę przyznać, że teoria Freuda pozbawiona jest aspektu duchowego. Współpracownik  austriackiego psychoanalityka Carl Gustaw Jung poszedł nieco inną, w moim odczuciu głębszą i szerszą, drogą rozumienia tego, czym jest libido. Oto fragment z jego autobiografii:

"Problematyczny wydawał mi się przede wszystkim stosunek Freuda do ducha. Zawsze, gdy na światło dzienne wydobywał się obraz duchowości - czy to u człowieka, czy w dziele sztuki - Freud stawał się podejrzliwy, przypisując decydującą rolę "wypartej seksualności". To, co nie dawało się wprost interpretować jako seksualność, określał mianem "psychoseksualności". Podnosiłem na to zarzut, że hipoteza ta, domyślana logicznie do końca, prowadzi do druzgocącego osądu kultury, którą w takim razie należałoby postrzegać jako zwykłą farsę, chorobliwy wytwór wypartej seksualności. "Tak" - potwierdzał Freud. "Tak właśnie jest. To przekleństwo losu, wobec którego jesteśmy bezsilni". Żadną miarą nie mogłem przyznać mu racji lub poprzestać na stwierdzeniu takiego stanu rzeczy. (...)
 Jeszcze dobrze pamiętam, jak Freud rzekł do mnie: "Jung, mój drogi, niech mi pan obieca, że nigdy się pan nie wyrzeknie teorii seksualnej. To rzecz najistotniejsza. Widzi pan musimy stworzyć z tego dogmat, niewzruszony bastion". Powiedział to do mnie z taką żarliwością, tonem, jakim zwykł mawiać ojciec: "Jedno mi obiecaj, drogi synu: że co niedziela będziesz chodził do kościoła!" Nieco zdziwiony zapytałem: "Bastion... przeciw czemu? Na co odparł: "Przeciw zalewowi czarnego mułu..." - i tu zawahał się i po chwili dodał - "...okultyzmu". Co mnie zaniepokoiło najpierw, to słowa "bastion" i "dogmat"; ponieważ dogmat, czyli nie podlegający artykuł wiary, ogłasza się tylko wtedy, gdy na zawsze chce się wyrugować wszelkie wątpliwości. Nie ma to nic wspólnego z sądem naukowym; wiąże się z osobistą żądzą władzy". (Jung "Wspomnienia, sny, myśli")

Wizja Freuda i Junga ciągle pulsują w naszej kulturze. Obyśmy doszli do głębokiego pojednania i przekroczenia materializmu i pozytywizmu. Seks jest ważny, ale życie człowieka to o wiele więcej i głębiej niż wcielony eros.


Chciałbym tu polecić jeszcze jeden tekst. Jest to fragment  z Drogi Mistrzostwa, w którym to Jezus mówi o seksualności. Perspektywa tu ukazana jest swoistą "duchowością seksu", która pięknie pokazuje czym może stać się seksualność, gdy uwolnimy lęk i poczucie winy. Nie jest istotne czy wierzysz, że słowa te wypowiedział sam Jezus czy nie. Wsłuchaj się w treść tego przesłania:

"Ukochany przyjacielu, powiedziałem już wiele razy, że wszystkie wydarzenia są neutralne, wszystkie doświadczenia są neutralne. Będą więc one dokładnie tym, czym postanowisz, aby były. Seksualność… Większość umysłów w twoim świecie kojarzy ten termin ze specyficznym zestawieniem ze sobą fizycznych ciał i pewnego rodzaju obmacywaniem z użyciem dłoni, ust, języków i co tam jeszcze macie. Zaprawdę jednak jest to jedynie zewnętrzne odzwierciedlenie, symboliczny wyraz energii zawartej w umyśle.

Jak najbardziej stosowne jest stwierdzenie, że całe Stworzenie stanowi przejaw seksualności. Jest to wyraz energii, która chce przejawić się z wielką namiętnością, jaką jest Stwarzanie. I wszystkie związki zawarte między dwoma ciałami, bądź też pomiędzy księżycem i słońcem, ziemią i niebem, wszystkie formy związków z natury swej są tym samym. Zawierają w sobie obietnicę, cel i wyzwanie: odkryć jedność pomiędzy dwoma, trzema lub dziesięcioma. Ich ilość jest bez znaczenia. (...)
Drogi przyjacielu, powiedziałbym, że nie możesz wyjść ponad to, czego wpierw nie przyjmiesz. Zajrzyj zatem wgłąb duszy i sprawdź, czy znajdziesz tam ślad jakiegokolwiek lęku przed tą wielką intymnością i bezbronnością, których możesz doświadczyć w seksualności. Czy jest w tobie konflikt, który nie pozwala ci autentycznie zaczerpnąć z piękna fizycznej formy drugiej osoby, zatrzymać się na chwilę nad każdą jej krągłością i każdym zagłębieniem, a nawet na jej najdrobniejszym włosku? Czy dostrzegasz w tym ową wielką Tajemnicę? Czy jesteś w stanie zatrzymać się na chwilę wystarczająco długą, by zatracić fałszywą jaźń? Czy potrafisz uświęcić dotknięcie tego, co cielesne? Powiadam ci bowiem, ty sam stwarzasz to, czego doświadczasz.

Seksualność jest wspaniałą rzeczą! Nie pozwól sobie wmówić, że jej unikałem, będąc człowiekiem. Bo przecież w tym właśnie rzecz. Rzecz w tym, że byłem człowiekiem. Ale uświęciłem seksualność, by zachować ją świętą. Seksualności można doświadczać w jej pełni po prostu patrząc drugiej osobie w oczy, odsuwając siebie samego na bok i prosząc o to, by widzieć jedynie Oblicze Chrystusa. Seksualność bowiem jest wielką tęsknotą ludzkości, aby znaleźć jakąś metodę, jakiś sposób na przekroczenie lęku, poczucia winy, tego silnego zaciśnięcia, którym jest ego; by w jakiś sposób wymknąć się stąd i doświadczyć chwilowego błogostanu jedności, którą jest Jednia. Powiadam wam jednak: podtrzymuj w sobie Rzeczywistość swej Jedni. Odkryjesz wtedy, że dopóki trwa ciało, to wszystkie związki – czy to z jakimś ciałem, czy ze źdźbłem trawy, lub też z wiatrem muskającym twoją skórę – będą odczuwane jako doświadczenia seksualne. Pozwól więc, by ta energia cię wypełniła. Poczuj błogość, przyjemność i radość zmysłowości i seksualności. Zobacz, że to dzieje się wszędzie na twojej planecie, bo bez tego planeta ta nawet by nie istniała.

Ukochany przyjacielu, czy widziałeś kiedyś jak małe dzieci nago biegają po polu i bez żadnego zastanowienia bawią się swymi intymnymi częściami? Czerpią z tego chwilę przyjemności, a czasami mogą dotykać siebie nawzajem. Nie ma w tym osądu. Jest tylko niewinność. A dorośli, widząc to, mówią: Czyż to nie urocze? Inni zaś reagują: O mój Boże, Karolku zakryj się! Nie można tak robić! Marysiu, opuść sukienkę!
Dlaczego? Czego boi się taki dorosły, jeśli nie samego Życia?
I nie czyń z seksualności czegoś wyjątkowego, podtrzymuj ją raczej w uświęconym stanie świadomości, w którym rozmyślnie postanawiasz usunąć się z drogi i pozwolić Chrystusowi kochać Chrystusa. Seksualność jest raczej dobrą rzeczą, jeśli tylko postanowisz użyć mocy swego jestestwa, by ją uświęcić, by mogła być święta. To bowiem, co jest święte, pozwala na wyłonienie się pełni. A to, co jest rozczłonkowane poprzez lęk, winę, poczucie braku, czy zwykłe pożądanie, prowadzi tylko do rozczłonkowania świadomości.
Błogosław seksualność. Pozwól, by została uświęcona. (...)
Ciało jest tylko narzędziem służącym komunikacji. Co zatem chciałbyś komunikować poprzez swoje doświadczenie seksualności?
Pokój z tobą, ukochany przyjacielu, a moją sugestią dla ciebie jest, byś cieszył się ciałem, póki go doświadczasz!"

Cóż za wspaniałe przesłanie! Nie wymaga komentarza. Absolutnie piękny obraz Jezusa wyłania się z tego tekstu.

Ludzie! Kochajmy miłość. Bądźmy nią. Niech seksualność tańczy nas wszystkich. Niech miłość uwalnia nas od lęku i pozwala cieszyć się Życiem bez względu na to czy jesteśmy w związku, w rodzinie, w celibacie... Wszystko otacza cudowna aura erotycznej, namiętnej Pełni, która cieszy się z dawania i brania. Odrzućmy wrogość wobec energii seksualnej, uznajmy jej świętość. Wtedy po części uznamy i własną świętość.


Seksu naszego powszedniego... daj dziś nam Panie.