Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 maja 2019

Karaluch i Troll, czyli krótka baśń o tym, co najważniejsze

Rzecz działa się nie tak dawno temu, w nieodległej krainie. Być może nawet blisko twojego domu. Możliwe, że za ścianą twoich przyzwyczajeń albo pod notesem spraw do załatwienia... Niewykluczone, że takie historie obecne są w zacisznym kącie twojej sypialni albo w cieniu pobliskiego parku. Kto jest w stanie zostawić swoje problemy, by odkryć inne światy, które są w nas i wokół nas? Miałem przyjaciela, który opowiedział mi kiedyś pewną historię...

Troll. Wysoki. Olbrzym. Dla ludzi, którzy mieszkają w miastach, w dużych domach, którzy uczą się pilnie i chodzą do pracy – Troll wygląda naprawdę okropnie. Jest wielki. Ma obwisły brzuch, wielkie nogi i potężne łapy. Troll ma wielkie oczyska, bo trudno to nazwać oczami. Z daleka wydaje się być gburowaty i nieprzyjemny. Jednak gdy zbliżysz się do niego zobaczysz, że nosi w sobie wiele ciepła i spokoju. Ponadto w jego oczach często przeskakują małe iskierki, które zauważą każde piękno. Dla Trolla wszystko jest wspaniałe. Gdy siedzi w swojej niezbyt ładnie pachnącej norze, często głaszcze się po brzuchu z niemałą przyjemnością. Musisz wiedzieć, że ciała trolli wydają brzydki zapach. Tak przynajmniej twierdzą dzieci, które nigdy nie grały w piłkę bądź nie bawiły się w błocie. Troll uwielbia siebie i świat, w którym żyje. Przeważnie traktowany jest przez innych z dużym dystansem. Nieliczni znający naszego przyjaciela żyją z nim w głębokiej więzi. Większość jednak boi się go, nie lubi jego wyglądu i nie przepada za jego zapachem. Troll wydaje się być kochającym buntownikiem, który nie potrzebuje innych do szczęścia. Być może właśnie dlatego inni nie wiedzą jak się do niego odnosić. Drogi czytelniku, jeśli go spotkasz i zapomnisz o swoim lęku, zobaczysz absolutnie niezwykłe rzeczy. Troll bowiem zna wiele fantastycznych miejsc i jego głowa jest pełna świetnych pomysłów, które prowadzą do niewiarygodnych przygód.

Karaluch. Malutki. Krótkie nóżki i nieco dłuższe czułki. Jego małe i giętkie kończyny sprawiają, że biega niezwykle szybko. Niektórzy twierdzą, że czasem słychać ciche tupanie, gdy siedzą swoim mieszkaniu. Możliwe, że to właśnie on biega po budynkach w miejskich osiedlach. Dla wykształconych i czystych ludzi Karaluch jest naprawdę obrzydliwy. Większość ludzi, którzy zauważyli Karalucha, zaczyna krzyczeć i wołać o pomoc. On nie rozumie takiego zachowania. Jest bowiem zupełnie niegroźny. Nie ma jadu ani szczypiec. Musisz wiedzieć kochany czytelniku, że Karaluch uwielbia samego siebie. Jest cały czarny i ma piękne ciemne oczy. Gdybyś mógł zobaczyć z jaką radością się rusza, odkrywa nowe tereny i cieszy się tym, co jest... Byłbyś zachwycony! Karaluch biega po całym świecie, choć donikąd nie dąży. Cieszy się przygodą. Nie ma żadnego, jedynego marzenia. Ma wiele pomysłów i pragnień. Jeśli jeden zamiar mu nie wyjdzie, zabiera się za inny. Gdy tylko się budzi w swojej małej norce rozpoczyna radosną przygodę odkrywania świata. Biega jak oszalały. Podobnie jak w wypadku Trolla, ludzie nie kwapią się na spotkanie z tą małą istotą. Jednak jeśli potrafisz cieszyć się zabawą, przyjaciółmi czy przyrodą może któregoś dnia wyruszysz razem z nim w niezwykłą przygodę odkrywania świata. Kto wie... Karaluch jak mało kto potrafi słuchać i rozumieć. Często zadaje niezwykle trafne pytania. Mimo swojego ruchliwego trybu życia, gdy słucha ludzi, muzyki czy szumu morza cały zamienia się w słuch.

Był piękny wiosenny dzień, gdy Karaluch z właściwą sobie zwinnością przebiegał po parku z lekkością serca, nucąc pod nosem wesołe piosenki. Gdy biegł czuł przyjemny, ciepły opór powietrza. Pod swoimi nóżkami wyczuwał miękką trawę. Wewnątrz doświadczał, że wspaniale jest żyć. Przeżywał całą gamę pozytywnych uczuć, myśląc o swoim prostym życiu. 

- Życie ech... - pomyślał - Wspaniała darmowa przygoda... Ile tu zapachów, kolorów, dźwięków.

Nagle Karaluch musiał przerwać swój zachwyt, ponieważ grupka małych dzieci zaczęła wołać w jego kierunku:
- Mamo! Mamo! – dzieci krzyczały pokazując palcami na Karalucha. – Spójrz! Jakie piękne stworzonko!

Dzieci zaczęły biec w stronę naszego małego przyjaciela prawie z tak wielką radością, jak Karaluch biega po całym świecie. Gdy zbliżyły się do niego, zatrzymały się i w niewielkiej odległości podziwiały swoje nowe odkrycie.
- Ale piękny – powiedział jeden z chłopców.
- Aaaaaa… - zza pleców dzieci nagle rozległ się krzyk przestraszonej kobiety. – Dzieci! Uciekajmy. Zostawcie tego karalucha. Chodźcie tu.

Dzieci poczuły lęk. Ich pierwotny zachwyt szybko zamienił się w strach. Mama dała jasno do zrozumienia – źródło zachwytu dzieci jest brzydkie i trzeba się trzymać od niego z daleka. Karaluch nie zdziwił się zbytnio całym zdarzeniem. Nieraz już był w podobnej sytuacji i wiedział, że nie wszystkie istoty znają smak Życia. Gdy patrzył na oddalające się dzieci z ich przerażoną mamą, przemknęła mu po głowie przedziwna myśl: 
- Są istoty, które nie znają smaku Życia i nie wiedzą, co znaczy prawdziwa wolność...

Po chwili usłyszał za sobą głośny szloch. Odwrócił się za siebie, przewrócił kilkakrotnie nóżkami i już widział pod drzewem potężnego Trolla zalanego łzami. Karaluch podbiegł szybciutko. Okrążył trzykrotnie drzewo przy którym siedział wielki Troll. Olbrzym płakał i szlochał. Ilość wody wylewająca się z jego ciała mogłaby zalać Karalucha. Na szczęście dzięki swojej zwinności odskakiwał on od słonych, wielkich łez spadających na ziemię. Z perspektywy Karalucha wyglądało to niczym wielki wodospad.
Po chwili Karaluch zagaił do Trolla:
- Ej duży! Strasznie dużo wody leci z Ciebie.
- Co? Co? Kto to mówi? Skąd? Gdzie? – Troll rozglądał się dookoła, szukając źródła dźwięku. – Kto to mówi?
- Tu. Na dole. Tu jestem. – wołał Karaluch. – Co cię tak strasznie smuci, wielki przyjacielu?
- Płaczę, bo mam gorszy dzień… - powiedział spokojniej olbrzym. – Zaraz mi przejdzie.
Troll zaczął wycierać swoją twarz z łez i przecierał oczy.
- Jesteś bardzo miły, mój mały przyjacielu. – spokojnym, głębokim głosem stwierdził Troll, pochylając się w stronę Karalucha – czy masz chwilę, żeby spędzić ze mną czas?
- Pewnie. – odpowiedział Karaluch.

Karaluch i Troll ruszyli razem na spacer po wielkim parku. Olbrzym bardzo szybko zapomniał o swoich smutkach. Wspinał się po drzewach, zrywał liście. Robił z wisy na wielkich gałęziach. Czasem drzewo załamywało się pod ciężarem olbrzyma, przez co spadał z hukiem na ziemię. Karaluch zanosił się wtedy cichym śmiechem, widząc swojego nowego znajomego leżącego na trawie. Potem śmiali się razem w niebogłosy. Karaluch biegał tu i ówdzie. Już to wdrapywał się na płot, już to obiegał dookoła drzewa. Wszystko działo się w prostej, niewymuszonej radości. Ludzie przechodzący po parku nie zauważali tej dziwnej zabawy. 

- Trollu! Czy to nie dziwne? – zatrzymał się na chwilę Karaluch, stojąc na niskiej jabłonce. – Oni nas kompletnie nie widzą.
- Oni nic nie widzą. Spójrz tylko na ich oczy, na ich ciała… 
Wpatrywali się w ludzi biegnących w pośpiechu i w dużym napięciu. Przechodnie wyglądali jakby mieli do wykonania miliony zadań. Inni byli smutni i przybici. Jeszcze inni nerwowi i wyraźnie niezadowoleni z życia.
- Czy to możliwe? Świat jest taki piękny. A oni go nie widzą. Przez to nie widzą i nas. – mówił z zadumą Troll.
- Może kiedyś, przyjdzie dzień, że zauważą zielone liście, ciepłe słońce, słony deszcz, miękką trawę czy twarze innych… - dodał Karaluch, wystawiając swoje czułki na ciepłe promienie słońca.

Przez chwilę patrzyli jeszcze zdumieni i zadziwieni zabieganymi ludźmi. Troll z Karaluchem wiedzieli, że stali się przyjaciółmi, którzy dzielą wspólną radość Życia. Jednocześnie w Trollu i w Karaluchu pojawiła się przedziwna więź. "Oddałbym swoje życie za mojego przyjaciela". Myśl ta płynęła między nimi wśród traw, drzew, obłoków...

Następnie zaczęli ponownie biegać to tu, to tam roznosząc po całym świecie prostą radość Istnienia. Żyli tym, co najważniejsze, jednak nie potrafili nazwać, co to jest. Nie umieli wyjaśnić skąd pochodzi i dokąd zmierza cała prosta radość i miłość, która promieniowała wokół nich. 

Jedyną drogą poznania owego-najważniejszego było stać się tym.

sobota, 9 marca 2019

Chrześcijaństwo, pomysł na grzech i moc akceptacji

Odkrycie w tym, życiu, że jestem w swej istocie bezgrzeszny było prawdziwym cudem. Jednocześnie owo rozpoznanie poprowadziło do wyjścia z religii moich ojców. Będąc zanurzony po uszy w chrześcijańskim micie nie wiedziałem nawet jak bardzo przesiąknięty jestem moralnością, a raczej moralizmem. Moralność bowiem to przepiękny świat cnót i zasobów ludzkich. Przez wybory, przez ćwiczenia duszy, przez przyjaźń, przez służbę itd. człowiek hartuje swą duszę, by płynąć w otchłanie samego nie-dualnego Ducha. Moralizm zaś to spłaszczona moralność, quasi-moralność, widząca świat czarno-biało. W tanim moralizmie istnieje prosty podział nagroda-kara, niebo-piekło, dobry-zły, cnota- wada. Nie istnieje żaden środek, żadne pomiędzy... Etyka sytuacyjna nie jest mile widziana przez bastion moralizmu. Wyuczyłem się moralizmu od dzieciaka we wspólnocie katolickiej, choć im starszy byłem, tym bardziej kwestionowałem zastany system. Wieść moralizmu brzmiała: "za dobro-nagroda, za zło-kara", "Bóg albo zło", "albo jesteś czysty, dobry, poprawny przez swoje uczynki albo brudny i zasługujesz na odrzucenie, obrzydzenie, odepchnięcie", "albo chodzisz do kościoła, modlisz się, przyjmujesz sakramenty albo czeka cię piekło, cierpienie, odrzucenie". Zdaje się, że nawet nie wiedziałem jak bardzo żyłem w moralizmie, który blokował, tłumił, więził. Jednocześnie żeglowałem duszą po przecudnych terenach archetypowego świata, kąpałem się w miłosierdziu Stwórcy, oddychałem Biblią i pracowałem nad zmianą siebie, jednak publicznie nie mogłem być autentycznie sobą. Groziło to bowiem ostracyzmem i niechęcią innych.

Dziś trudno mi rozumieć grzech na sposób moralny. Grzech (grec. hamartia -chybienie celu) nie kojarzy mi się już jako odstępstwo od prawa, przykazań czy kodeksu. Właściwie to słowo wyprane jest współcześnie ze znaczenia. Ludzie na ulicach nie używają już tego pojęcia. Podobnie zresztą jak zbawienie. Dlaczego trudno rozumieć i żyć mi sensownie w terminach grzech-zbawienie? Odkryłem bowiem, że w rdzeniu swojego istnienia jestem czysty, bezgrzeszny, nietknięty przez oceny moralne. Inaczej mówiąc w czasie studiów z teologii: im więcej wykładano mi moralizm, zbawienie w konkretnej wspólnocie religijnej jako fundament, nakazy i zakazy, kapłańskie kulty, tym bardziej i głębiej odkrywałem, że jest to niezwykle powierzchowne i stworzone dla utrzymania instytucji religijnej. Utrzymanie instytucji jest w porządku, jednak jeśli w religijnej wspólnocie nie ma miejsca na doświadczenie głębi, ducha, trans-racjonalności, wtedy staje się ona pusta, sztuczna i nieprzemieniająca. 

W głębi jestem piękny taki, jaki jestem. Tak brzmiała wiadomość z duszy. Szedłem do kościoła, a tam słyszałem przesłanie: taki jaki jesteś, nie jesteś w porządku. Napraw się, nawróć, przemień, oddaj bogu, przestań grzeszyć. Dusza zaś miała inną wiadomość: mogę cieszyć się życiem i przestać się starać, by być kimś innym niż jestem. Tak brzmiało zbawienie, które odkryłem. Jakże inne to było zbawienie, od wizji, którą wykładała mi teologia i kościelni kaznodzieje.

Gorzka to opinia. Niestety. Czy prawdziwa? To jedynie hipotezy, choć wydają się być niezwykle trafne. Poprowadziły mnie w świat, gdzie napięcie i wymagania zniknęły we wnętrzu, w zmęczonej moralizmem psyche. Pozostała ochota na życie, na rozwój, na miłość, na poznawanie, na wyjście z oceniania i szufladkowania innych.

Ważna rzecz! To, co nazywam tu chrześcijaństwem, teologią, katolicyzmem to świat wnętrza, w którym się urodziłem. On zaś przejawia się w kościołach, w kapłanach, w religijnych teoriach. Kiedy świat wnętrza obumarł ze znaczenia chrześcijańskiego, religijny świat chrześcijańskiego mitu prysł. Znikł rafał, znikła religia. Były chęci i próby powrotu do wiary z nowym rozumieniem religii i świata, jednak nie udało się tego dokonać. Przepaść dzieląca sumienie z arsenałem nakazów, powinności i ciężkości polskiego katolicyzmu sprawiła, że w uczciwości i w odwadze trzeba było iść inną drogą. Struktura nie była w stanie objąć tej zmiany, która zaszła we mnie. Zresztą osobowość rafała również nie była w stanie tego dokonać. Zbyt duża nowość rozrywa stary system. I tak stałem się duchowym samotnikiem, wędrowcą bez wspólnoty, pustelnikiem bez pustelni...


Grzech w ramach wspólnoty religijnej to odstępstwo. Grzesznik to ktoś zły, odrzucony, nie pasujący do wspólnoty świętych. W zwyczajnym życiu umysł człowieka działa podobnie: określa swojego-dobrego od nieswojego-złego. W ten sposób społeczeństwo rozwija się przez poszanowanie dla tego, co życie rozwija, a odrzuca to, co je niszczy. Święty zmienia świat i niesie życie, rozwój, pokój, grzesznik zaś niszczy świat. W obszarze moralności myślenie tego typu jest korzystne i dobre dla ludzi, jednak w wymiarze głębszym zdaje się być niewystarczające, zbyt płaskie i uproszczone. W szkole np. często używa się określenia, że dziecko, które sprawia problemy jest tym złym. Samo stwierdzenie czy wskazanie takiego dziecka czy złego zachowania jest modelujące w wychowaniu, jednak autentyczna przemiana w młodym człowieku nie dzieje się przez wyłożenie moralności, a przez przykład i przez niewidzialne oddziaływanie duszy. I tu wkrada się również ludzka chęć etykietowania, by sprawić świat idealny (nazwijmy złe zachowania czy złego człowieka, a zniknie zło), który nomen omen nie istnieje. Idealny świat to świat, który jest w tym teraz, nie zaś świat umysłowej projekcji. Akceptacja jest siłą niezwykle pouczającą i przemieniającą. Ona potrafi przemienić "to, co złe" w siłę życia, która rozwija i przemienia, bez odrzucania, bez osądzania, bez szukania winy w sobie czy w innych. 

Pamiętam jak dziś. Czas ciszy rekolekcyjnej. Starania, by odnaleźć się na nowo w chrześcijaństwie. Już od dawna nieświadomość przez wyobraźnię nie przynosiła wiadomości, znaczeń, wskazówek. I tu nagle pytanie jednego z duchowych braci: co na to wszystko powiedziałby Chrystus? Co by powiedział? I nagle - po dłuższej duchowej pustyni i pustce umysłu - pojawiło się wyobrażenie Jezusa, który mówi z wielkim współczuciem i zrozumieniem: "nie chcę, żebyś cierpiał, nie chcę żebyś cierpiał, nie chcę...". Popłynęły łzy. Łzy szczęścia i ulgi. Jestem ważniejszy niż cały religijny system. Jestem piękniejszy niż wszelkie przekonania. Bez grzechu na samym dnie duszy. W Ciszy Istnienia nie ma żadnego rozróżnienia na dobro-zło, znikają moralne rozróżnienia, znika grzech i pomysł na bycie grzesznym. I teraz, gdy piszę ten tekst na samo wspomnienie tego wydarzenia wzruszam się.

Nie ma możliwości, by w samym Twoim rdzeniu było z Tobą coś nie tak. Niemożliwe jest naprawienie siebie, bowiem nigdy nic się nie popsuło. Jedynie na powierzchni świat ewoluuje, by stać się tym, czym jest - boską Iskrą Życia, tańczącym stworzeniem, więc nie jest z nim nic nie tak. Poddać wszystko Bogu, oto droga. Odrzucić kogokolwiek czy cokolwiek oznacza odszczepienie, nowy konflikt, nie zaś życiodajną przemianę.

sobota, 5 stycznia 2019

Źródło przyjemności

Przyjemność i przykrość to dwa odczucia czy nawet stany egzystencjalne, które kołyszą naszym codziennym życiem. I choć góra wraz z dołem geometrycznie są wyraziste i jasne, to w życiu psychicznym kołyszemy się między przyjemnością a przykrością doznań. Freud w genialny sposób zauważył tą dynamikę psychiczną. Energiczne id, kontrolujące superego i tożsamościowe ja we wspólnym tańcu tworzą życie jednostki i życie kultury. Przynajmniej na powierzchni...

Nie będę jednak w tym wpisie próbował opisywać dynamiki psychicznej. Zadam proste pytanie: skąd bierze się przyjemność życia? Odpowiem z własnego doświadczenia, wspartego studiowaniem pism i ścieżek duchowych. Odpowiedź jest jasna, prosta i oczywista. Wszelka przyjemność w życiu człowieka wypływa z wnętrza, z jaźni, z wewnętrznej Obecności.

Dlaczego więc występuje tak wiele przykrości, cierpienia i poczucia braku w życiu jednostki i społeczeństwa? Jest to związane z poszukiwaniem spełnienia, szczęścia, przyjemności w rzeczach, w ideach, w osobach, w stanach. Człowiek nie jest w swej istocie człowiekiem. Homo sapiens to jedynie powłoka. Pod nią mieszka duch, jaźń, serce istnienia. Człowiek, który wychodzi ze świata natury zmierza bezpośrednio do odkrycia, że w swej esencji jest prawdziwie niewysłowioną Obecnością. Ewolucja świadomości jest drogą do poznania samego siebie, wraz z nią cierpienie do pewnego czasu jawi się jako Trud Istnienia, który jest motorem do budzenia ludzkości do Tego, Co Jest.

Przez wieki nielicznym jednostkom dane było dojść do kresu ludzkiej, duchowej ewolucji. Jezus, Budda, Kryszna są po dziś dzień dla wielu ludzi postaciami duchowych szczytów. Współczesna nauka widzi w religijności albo przejaw nerwicy albo pozostałości po ewolucji biologicznej. Szkiełko i oko to domena umysłu, a myśl nie jest w stanie objąć Tajemnicy Istnienia. Nauka więc, choć tak pożyteczna, nie odpowie na najgłębsze pytania ani nie odkryje Sensu Istnienia. Chrystus, Budda i inni odkryli, iż świat doznań, spostrzeżeń, myśli ma swoje źródło w wewnętrznym, subiektywnym świecie jaźni, która jest niewysłowioną Obecnością. Różnie ją nazywali. Jednak w gruncie rzeczy mówili o tym samym doświadczeniu.

Przyjemność w swej naturze wypływa z ludzkiego wnętrza. Wracałem sobie któregoś dnia z pracy i wszedłem do sklepu, by zrobić codzienne zakupy. Popatrzyłem na półki sklepowe. I poczułem nieodpartą chęć, by zjeść chipsy. Taka ochota nachodzi mnie od czasu do czasu. Wcześniej zauważyłem, że brak dobrego nastroju, czyli poczucie przykrości generuje we mnie pragnienie przyjemności. Ono zaś pobudza mnie do poszukiwań czegoś, co mogłoby zaspokoić wewnętrzny głód. Od czasu, gdy głęboko wszedłem w siebie, odkrywałem, że jest coś niebywale przyjemnego w BYCIU. Po prostu. I oto stojąc przed półką w sklepie, nagle odczułem, że jest mi przyjemnie BĘDĄC. Przyjemność płynęła z mojego wnętrza i w mgnieniu oka poczułem, że nie potrzebuję chipsów, by poczuć się lepiej. Właściwie to niczego nie potrzebuję, by czuć przyjemność. Oto źródło mojego szczęścia znalazłem w sobie samym, w jaźni mojego istnienia. Zaraz... Jak ja mogłem w ogóle szukać szczęścia? Przecież to absurd: poszukiwać coś, czym się jest.
Moje imię, zawód, nazwisko, relacje, ukochana kobieta, pieniądze, doświadczenia i przygody, uczucia erotyczne czy inne wzniosłe, pokarm, doznania estetyczne nie są źródłem przyjemności. Wszystko to jest dobre i piękne, jednak rzeczy nie tworzą i nie dają przyjemności. Przyjemność tego wszystkiego mieszka we mnie, nie zaś w tym, co przejawione i nietrwałe. Całe nieszczęście ludzkiej egzystencji tkwi w oczekiwaniu, że wrażenia, rzeczy, stany mogą dać szczęście. Rozczarowanie - oto efekt próby znalezienia przyjemności w tym, co przejawione.

Chrystus miał powiedzieć: "królestwo niebieskie w was jest" i zdaje się, że tych, których spotykał dotykał mocą przebudzonego w sobie Ducha. Nagle grzesznik mógł odkryć, że nie jest tym z czym się utożsamia.

Proste ćwiczenie, któregoś dnia przywiodło mnie do Jaźni, którą w esencji jestem: co jest świadome tego wszystkiego, co widzę, tego co myślę? Co to jest to, co widzi wszelkie rzeczy, myśli czy uczucia? Akt świadomości! Jakie jest źródło tego aktu? Co znajduje się "pod spojrzeniem"? Co jest ekranem całego tego filmu życia? Te intelektualne pytania paradoksalnie zmroziły mój umysł i poczułem prostą przezroczystość istnienia, cichy spokój i prostą błogość Tego, Co Jest.

Przyjemność, która płynie z Jaźni... Mogę iść w świat smakować i cieszyć się wszystkim, co jest. Bez potrzeby zaspokajania głodu. Głód bowiem znikł. A nie, przepraszam... Nigdy się nie pojawił. Nienasycenie było iluzją, nieistniejącą senną marą. Tylko Bóg jest realny! Przyjemność niewysłowionej Obecności nie jest żadną rzeczą czy oddzielnym, mieszkającym w chmurach bogiem. Jest raczej wewnętrznym, subiektywnym nie-czymś. Rozciąga się ponad czymś i nie-czymś, a drogą do rozpoznania Tego jest własne, wewnętrzne, doświadczenie, szczerość, uwielbienie czy miłość.

Pięknie mówił o tym indyjski mistrz duchowy Ramana Maharihi:

"Łaska jest początkiem, środkiem i kresem: ŁASKA jest JAŹNIĄ! Z powodu fałszywej identyfikacji z ciałem, ŁASKA przypisywana jest ciału. Jednak punktem widzenia Guru jest JAŹŃ. JAŹŃ jest tylko jedna! On mówi ci, że tylko JAŹŃ istnieje, czy więc JAŹŃ nie jest dla ciebie łaską? Skąd stan łaski wypływa? Tylko z JAŹNI. Manifestacja JAŹNI jest manifestacją łaski i odwrotnie. Wszystkie błędy powstają z powodu złego punktu widzenia, a w konsekwencji oczekiwania zewnętrznych dóbr dla odseparowanego JA. Nic nie jest zewnętrzne dla JAŹNI!"

niedziela, 14 października 2018

Religia, (nie)wygodne pytania i paschalna przemiana

Od czasu do czasu ludzie zadają mi pytanie: "czy jesteś wierzący?", "czy wierzysz w Boga?", "jaki jest twój stosunek do kościoła katolickiego?". Pytanie te wiążą się bezpośrednio z historią mojego życia, którą znają osoby zadające pytanie. 

Od wczesnych lat dzieciństwa interesował mnie absolutny sens, pytanie o przyczynę istnienia świata i mnie samego. Gdy byłem małym chłopcem patrzyłem z pełnym zachwytem w gwieździste niebo nocą, przeczuwając, że istnieje coś nieskończonego. Nieskończone żyło mnie. W pewnym momencie moje rodzące się ja (ego) bardzo przeraziło się owej nieskończoności. Dorastając, zainteresowałem się religią i poszukiwaniem Boga. Droga poprowadziła mnie do Towarzystwa Jezusowego, w którym spędziłem dziewięć lat życia. Przez ten czas medytowałem, poznawałem Pismo Święte, studiowałem filozofię czy teologię, brałem udział w dłuższych czasach milczenia, miałem wiele głębokich doświadczeń i wglądów, modliłem się ludźmi, dyskutowałem poszukując zrozumienia świata, afirmowałem swoją osobowość, robiłem różne warsztaty, prowadziłem grupy, służąc ludziom itd. 

Około szóstego roku bycia w zakonie zaczął się we mnie poważny kryzys, który zmusił mnie do zobaczenia, że wiele z tego, w co wierzyłem było jedynie wykrzywionym wyobrażeniem. Oto miałem zostać księdzem katolickim. Zauważyłem, że oczekiwania w stosunku do tej roli społecznej stoją w sprzeczności z moim młodzieńczym pragnieniem poznawania świata i poszukiwania Prawdy. Interesowało mnie wiele: psychologia, psychoanaliza, filozofia, religie wschodu, doświadczenia szamańskie, struktura poznania itd. Jednocześnie coraz wyraźniej widziałem, że religia, której jestem częścią, nie przepada za "innością". Teologia, którą studiowałem nie tylko zdawała mi się być nudną i oderwaną od codziennego życia nauką, ale nie odpowiadała też na głębokie pytania i nie niosła życiodajnego sensu. 

Czułem, że niebawem zostanę urzędnikiem kultu i muszę nauczyć się prawa kanonicznego, musztry świątynnej i szablonowych odpowiedzi na ludzkie cierpienie. Wraz z tym zrozumiałem, że zostając księdzem, który ciągle ma jeszcze w miarę wysoką pozycję społeczną w Polsce (tak! księża są jeszcze traktowani w niektórych środowiskach jako jednostki wyjątkowe), nie będę mógł w swoim życiu doświadczać i poznawać świata. Religia bowiem w subtelny sposób zabrania doświadczać pewnych aspektów życia. Było to potężne zdziwienie! Do tej bowiem pory myślałem, że zakon pozwala mi eksplorować i zgłębiać z otwartością rzeczywistość. Po dwuletnim mroku, śmierci religijnego "Boga" i niemożności zrozumienia o co chodzi w chrześcijańskiej wizji świata postanowiłem opuścić szeregi zakonu i pójść ścieżką, która byłaby bliższa mojemu wewnętrznemu głosowi. Teraz opowiadam o tym spokojnie. Wtedy panowała we mnie burza, sztorm i przedziwny kopernikański przewrót. Interpretacja mojego odejścia była różna. Niektórzy twierdzili, że się zagubiłem. Inni, że zwątpiłem. Jeszcze inni twierdzili, że chodzi tylko o to, że pokochałem kobietę (to też się wydarzyło!). Piękną rzecz napisał mi jeden z moich przyjaciół jezuitów, gdy odchodziłem: "mam wrażenie, że odnalazłeś siebie".

"Czy jesteś wierzący?" To pytanie sprawia, że nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Jeśli ktoś ma kilka godzin na przyjazną rozmowę, opowiadam o tym, co myślę i czuję w tym temacie.

"Czy jesteś wierzący?" I tak, i nie. Nie jestem wierzący, bowiem nie podpisuję się pod żadnym z istniejących wyznań chrześcijańskich. Nie korzystam z sakramentów, nie odnajduję siebie w całym mistagogiczno-katechetycznym gmachu religii. Nie wyznaję jedyności zbawienia w Chrystusie. Z drugiej strony symbole chrześcijańskie i całe zaplecze etyczno-inicjacyjne jest mi niebywale bliskie. Chrystus pozostał dla mnie jednym z wzorów, symboli i żywotnych sił, które przemieniają moje widzenie świata. Nie walczę z religią. Mam serdecznych przyjaciół w Kościele i szanuję tradycję kościołów chrześcijańskich. Jednak jeśli mam być uczciwym, nie mogę znaleźć swej drogi w tym, co chrześcijanie określają: wiarą. Jestem wierzący, bowiem wiem, że materia nie jest jedynym światem. Jest powłoką, pod którą kryje się coś więcej. Świat jest jak cebula. Albo jak filmowy ogr. Ma warstwy. Znaczy to, że pod postacią materii, świata widzialnego, osób, rzeczy i procesów, istnieje Niewidzialne, Nieuwarunkowane, Nieskończone. Widzialne z niewidzialnym istnieje w głębokiej tajemniczej jedności. Owo Niewidzialne żyje ten świat.

Tak trudno mi określić własną tożsamość religijną, tak samo jak trudno określić mi kim lub czym jest Bóg, ostateczna rzeczywistość czy najgłębszy sens życia. Teologia, a z nią religia katolicka, tak bardzo określiła czym/kim jest Bóg, że niewielu ludzi może zmieścić się w tej wizji świata. To kim był Jezus, a czym jest religia dziś, to dwie różne sprawy. Kilka lat temu po powrocie z jakiejś liturgii napisałem następujące słowa:

"Coś tam trzeba.
Odkleja się chrześcijaństwo od mojego serca tak jak odkleja się plaster od rany, która się zagoiła. Naturalnie. Bez okrzyków i haseł propagandowych. Bez rewolucji i zamieszek. Tak jak po dniu przychodzi noc, tak wyrastam z wiary moich ojców. Nie odcinam się od korzeni, niczego absolutnie nie neguję. Po prostu nie wiem o co chodzi. Odpada to wszystko, czego nie rozumiem i w czym nie ma życia. Zmartwychwstanie, umartwianie siebie, sąd, liturgie, starania się, posty, modły, medytacje, spowiadania regularne, ciało co z grobu powstanie… Koncepcji i idei multum. Jak na targu. Tyle, że wybierać nie mogę. Mam wierzyć i już. I tak dużo strachu. Kapłan na podwyższeniu sprawuje ofiarę. Lud z dala patrzy i błaga „Boga” o zlitowanie nad „grzechami” swoimi i świata całego.
Miałem nadzieję znaleźć w chrześcijaństwie zbawienie. Nie znalazłem. Niczego nie znalazłem w niczym. I oto o dziwo zbawionym okazałem się być. Taki jaki jestem. Mama i tata kochali mnie takim, jakim jestem. Kawa co ją rano piłem kochała mnie, takim jakim jestem. Wiatr, słońce, deszcz… Kochało mnie życie, takim jakim jestem. Tylko ty religio jakoś nie umiesz kochać tak po prostu za nic. Zawsze czegoś chcesz. Ofiar, wyrzeczeń, postanowień, cnót, uwielbień, zaświadczeń, orzeczeń, wyznań, oświeceń, czystego sumienia... Nie walczę z tobą. Po prostu widzę jak rozpadasz się w drobny mak. Skoro sama egzystencja taka piękna, czemu mam ci składać hołd?
Coś tam trzeba. Tego nauczyła mnie chrześcijaństwo. Dziś już nawet nie wiem, co miałbym zrobić. Nawet nie wiem, jaki jest cel tego wszystkiego. Niebo? Piekło? Miłość bliźniego? Doskonałość? Przemiana wewnętrzna? Wszystko to już jest tu i teraz. Obecne.
Dziś widzę do głębi – Jezus – nie jest takim jak mi opowiedziano. Chrystus to wolność. I kto wie, być może wzywasz mnie Nieznany do pozostawienia…"

Nie jestem teistą. Nie jestem agnostykiem. Nie jestem ateistą. Kim więc jestem? A może nie muszę odpowiadać na te pytania. Słodka niewiedza i proste życie. Pływam w tym, co chrześcijanie określają "Bogiem". Ocean ten jednak nie ma płci, woli i miliona pozytywnych atrybutów. Nie jest Ojcem ani Matką. Jest samym istnieniem, które przekracza wszystkie antynomie, przeciwności. Jest więc ponad dobrem i złem, ponad pięknem i brzydotą, ponad osobą i nie-osobą, a nawet ponad istnieniem i nieistnieniem. Wszystko otacza. Wszystko w nim istnieje, przez niego i dla niego. Jest wszystkim i ponad wszystkim.

"Wtedy można by powiedzieć wraz z Nietzschem: „Bóg umarł”.
Postąpilibyśmy jednak słuszniej, mówiąc: „Bóg usunął swój obraz; gdzież go znajdziemy?” (Carl Gustaw Jung)
Mam przedziwne doświadczenie bliskości z panem Jungiem. Rozumiem jego ambiwalentne podejście do religii. Czytając jego "Wspomnienia, myśli, sny" czułem tajemniczą więź doświadczeń. On odszedł od praktykowania chrześcijaństwa, choć całe życie spędził w bliskości z głębokim doświadczeniem religijnym. Jung, cytując Nietzschego, wiedział, że nie tylko w nim samym, ale i w kulturze następuje swoista "śmierć Boga". Wraz z nią znikają wyobrażenia, religijne projekcje, obwinianie siebie samego czy Stwórcę za zło w świecie. Oto współcześnie pojawia się duchowość, w której sam Stwórca usuwa wszelkie obrazy siebie samego. Koniec teologii, koniec historii, koniec opowieści na temat religii. A jeśli istnieją nadal, wiemy, że to tylko opowieści. Dziś, tak jak mistycy wszystkich czasów, możemy iść w samo doświadczenie. Poza słowami. Poza obrazami. Następuje swoisty ruch w ponad-doświadczanie... Tam w głębi nas samych, możemy poznać tego, o którym opowiadają religie. Otchłań duszy, iskierka czy nieskończona jaźń. Imion tysiące.

Obraz Boga może dziś znikać. Czyż religijnie nasza cywilizacja nie jest dziś w neurotycznym stanie lęku. Na czym mamy oprzeć nasze kruche życie? W czym nasze małe ja ma znaleźć oparcie? Jest tak wiele potężnych sił, które pracują w człowieku... Religia przez wieki chroniła i chroni nadal człowieka przed potężnymi nieświadomymi siłami, osłaniając słabe, małe ego. Religie pomagały w kontakcie z tymi potężnymi mocami. Dziś jakby się kończyły... A może się mylę? 

Być może to sam Niewidzialny zabrał wszelkie obrazy siebie samego, jak pisze pan Jung.

Dynamika Paschy. Śmierć na krzyżu. Pusty grób. Zmartwychwstanie.
Po śmierci religijnych obrazów Boga pozostała święta pustka (jakże ceniona w buddyjskich ścieżkach inicjacyjnych), janowe nic na górze Karmel czy mistrza Eckharta odosobnienie. Kto zanurzył się w ciszy, w pustce i umiłowaniu Obecności, ten wie jak TO smakuje. A symboliczne zmartwychwstanie... Cóż. Zmartwychwstanie ukazuje mi, że Bóg jest tym, który jest wszędzie i nigdzie. Obecność roztacza się wszędzie, obejmuje każde stworzenie... i nie wymaga niczego. Zamiast świątynnego oddawania czci - kult w Duchu i w Prawdzie.

We mnie samym dokonała się Pascha. Wszystko się zmieniło. Nic się nie zmieniło. Tak trudno powiedzieć coś o tym cudzie.

Czy religia jest zbędna dziś? Na pewno nie. Religia przez wieki dawała człowiekowi bezpieczeństwo, ochronę i moc do sensownego życia. A dziś? Jaką przemianę może czekać chrześcijaństwo, jeśli chce dać współczesnemu człowiekowi ścieżkę do Prawdy? Co musi zrozumieć religijny dyskurs, aby propozycje duchowe były ogniem, które przemienia ludzkie życie? Czy istnieje coś takiego jak ewolucja religii? To już temat na inny wpis.

Napisałem to, bo chciałem się podzielić. Nikogo nie chcę przekonywać do niczego. Niczego nie chcę udowodnić. Być może ktoś tak jak ja, czy wspomniany Jung, wie co to znaczy samotność pójścia własną ścieżką i poczuje wsparcie, bez względu na wyznawaną religię, światopogląd czy system wartości. Każdy ma swoją własną ścieżkę w drodze ku Prawdy. Pokój!

poniedziałek, 24 września 2018

Szczerość

Nic bardziej wyzwalającego niż możliwość uwolnienia emocji... Nic bardziej odświeżającego niż szczera rozmowa, w której bezpieczeństwo i otwartość pozwalają na swobodę bycia... Nic bardziej czułego niż widzenie nawykowych reakcji jako nie-swoich...

Od kilku tygodni porusza mnie temat szczerości. Nie chodzi mi tu o czynność mówienia tego, co się myśli i czuje w każdej chwili czy tendencja do nieustannego i nawykowego artykułowania swojej opinii. Raczej chodzi o pewien wewnętrzny stan. Zauważam, że gdy zwyczajnie jestem uważny na to, co się dzieje się we mnie i wokół  mnie, pojawia się jakaś tajemnicza jakość bycia. Po prostu jestem. Tak sobie jestem. Widzę wszystkie moje tendencje, stare nawyki, powtarzające się od lat reakcje emocjonalne... Słyszę głos w mojej głowie, który opowiada dziesiątki historii. Czasem rozmawiam w myślach z bliskimi, przechodniami, osobami z przeszłości. Gdy tylko na moment SZCZERZE widzę te wszystkie stany, ruchy czy pozycje, pojawia się we mnie przestrzeń i cisza, która nie jest jednak żadną formą odrealnienia czy ucieczki. Nagła przerwa w myślach i w działaniach. Przerwa. Przerwa, w której mieszka boskość. Odpoczynek. Jednocześnie świadomość przeróżnych stanów mentalno-uczuciowych niesie świadomość tego, że jestem świadomy. Paradoksy! Jest we mnie coś, co to wszystko widzi. Czym to jest? Widzenie. Wiedzenie. Świadek. Obserwujący w spokoju cichy przyjaciel. Miłująca Obecność. I oto odkrywam siebie. Jestem świadomością. Żadne imię, żadna opowieść, żadna nazwa nie oddaje mojej istoty. I choć używam imienia, badam swoją przeszłość czy szukam znaczenia dla swojej codzienność, to w gruncie rzeczy zawsze wracam do tego prostego punktu. Jestem BYCIEM, samą świadomością. Żadna rzecz nie wypowie tego, kim jestem. Żadne słowo nie odda istoty tożsamości. JESTEM.

Szczerość! Mogę być tym, kim jestem na tym świecie. Nie muszę być sobą czy nie-sobą. Nie muszę również zmieniać siebie, by być kimś innym. Rafał. Ta historia, ten człowiek, to uwarunkowanie... Niech służy czemuś większemu, szerszemu i głębszemu! Nie muszę zajmować się naprawianiem siebie, innych, świata. Gdy bowiem jestem "widzącą Obecnością" nic nie musi się już zdarzyć ani nic nie musi się dziać. Jest, co jest. Boskość tańcząca wszystko i wszystkich. Spełnienie. Akceptacja. Czystość.

Rafała łatwo zranić, rozdrażnić, zdenerwować. Rafał posiada wiele uwarunkowań, masek, lęków. Ten Rafał ma również wiele zalet, cnót czy zdolności. Składa się z wielu czynników, zasłyszanych opinii , komórek, genów, myśli, zachowań i decyzji, że tym będę, a tym zaś nie chcę być. Jednak tak SZCZERZE w gruncie rzeczy istnieje "coś" głębszego niż ten Rafał. Poza czasem. Poza jutro, dziś i wczoraj.
Nauczono mnie, że moje ciało to ja. Później nauczono mnie, że moje myśli, moja historia, moje pasje to ja. Następnie uczono mnie, że im więcej zdobędę i osiągnę tym bardziej będę.
Czy na pewno?
A może wystarczy zupełnie to, co jest? Tak zwyczajnie... I pod tą rolą, osobą, zasłoną dostrzegę Nieuwarunkowane, którym jestem.

Przyszła jesień. Pora roku, którą Rafał bardzo lubi. Ciepła herbata, chłód i wiatr. A pod tym, co ten cudowny Rafał lubi czy nie lubi, żyje Życie. Bez podziału, bez tęsknoty, bez oddzielenia.

ja i ojciec jedno jesteśmy

środa, 18 lipca 2018

Iluzje, projekcje, nienasycenie... i doskonały świat!

Istnieje wielka iluzja w zagubionym umyśle. Świat i moje życie powinno wyglądać tak i tak. Tak się myśli w naszych głowach. Świat powinien być inny niż jest. Każde "ja" zbudowane z myśli ma wizję tego, jak powinno być. Wizja ta działa jak nakładka na to, co jest. Umysł projektuje swoją wizję, poszukując jakiegoś ideału, stwarza niebywałe napięcie i lęk. Na podstawie pewnych danych wytwarza on bowiem projekcję, do której chce dążyć. Projekcja ta wydaje się być prawdziwa. Chcę mieć męża o taki oto cechach. Pragnę żyć w taki i tylko w taki sposób. 

W gruncie rzeczy w tym układzie wszystko to jest jedynie wy-obrażeniem (obrażenie następuję, gdy nie dzieje się to, czego się oczekuje). Podzielony umysł działa jak projektor. Rzuca na ścianę obraz, który istnieje w nim samym. Umysł jest skonstruowany z tego, co zna. W tym co się zna zawsze istnieje niedosyt, więc szuka on czegoś, co dałoby mu zaspokojenie. Szukanie to przybiera formę pragnień, żarliwych braków, niebywałych głodów. Więcej pieniędzy, lepsze relacje, pobożniejsze modlitwy. Szukanie to jest właśnie projektowaniem. Kiedy następuje zwarcie w projektorze albo gdy sam zauważa on, że wszystko co stwarza jest prawdziwie tylko w samej strukturze projektowania, mechanizm zawiesza się. Zawieszenie to może stać się drogą ku Wolności, która istnieje głębiej i prościej niż w powierzchownym umyśle, choć czasem bywa niezwykle dramatyczna i bolesna. Chodzi bowiem o śmierć małego ja, o śmierć utożsamienia z projektorem, o śmierć iluzji. Śmierć bez samobójstwa, bez przemocy, bez krwi. Bezkrwawa ofiara. Nic nie musisz zabijać. Sam skona, gdy zobaczy, że sens, który projektuje jest bezsensu.

Dlatego Nietzsche ogłaszający śmierć Boga może być jednym z żywotniejszych energii mesjańskich. Nie żartuję. Bóg umarł. To nie tylko termin. To nie tylko bunt jakiegoś awanturnika albo frustracja nieszczęśnika, co mu życie daje w kość. To stwierdzenie wyłania się z głębi doświadczenia religijnego. Weźmy choćby chrześcijański krzyż, choć z pochodzenia swoiście rzymski. Ochrzczono go później. A Jezus? Jezus zginął. Nie ma Tego, którego wymyślili. Wyobrażenie o Jezusie, który jest mesjaszem, który wyzwoli od rzymskiego okupanta rozpadło się. Przepadło. Bóg umarł. To również głębokie doświadczenie wielu kościołów, a nawet religii. Dziś jest tłem dla religijnych credo, rytuałów i duchowych idei. Jakiś obraz, jakaś projekcja Boga odeszła. Nie ma jej. Została pustka. Święta pustka. Projektor religijny się zawiesił. Bogu dzięki. Choć szybciutko projektory chcą wy-myśleć nowe fantazyjne obrazy boskości.

Gdy projektor rozpędza się w swoich pragnieniach, stwarza niebywałe ilości obrazów, obiektów do których chce dążyć. Nowe meble, nowy samochód, nowe studia, nowa religijność... Poszukiwanie to daje ukojenie jedynie na chwilę. Po sekundzie odczuwa się jeszcze większą pustkę, więc poszukiwacz wzrasta. Ból z powodu gonitwy i niemożliwości dostania się do tego, czego się pragnie zaczyna przeszywać umysł. Nienasycenie. Człowiek jakby kurczy się w sobie. Cierpienie wynikające z tego skurczu składa się z oporu wobec tego, co jest. Opór, bunt, walka. Miało być inaczej.

A co jeśli ta chwila jest absolutnie doskonała? A co jeśli owo TERAZ to pełnia życia? Oczywiście umysł może odpowiedzieć na to jedynie coś w stylu: czysta bzdura, same wymysły, nie praktyczne, mam cierpieć całe życie? itp.

Często wydaje się, że życie jako wydarzenia, sprawy, relacje nie są takie jak powinny być. Moja dziewczyna, moja praca, moja codzienność… Wszystko to do bani. Miało być inaczej. Powinno być inaczej. Myśli te są zaporą dla Życia jako czystej obecnej chwili, która nie potrzebuje ani partnera, ani pracy, ani codzienności. A z drugiej strony wszystko co się w niej pojawia, więc również partner, praca, codzienność, zaczynają być dokładnie takie jak powinny być. Czyli jakie? 

Idealne. Niepowtarzalne. Pełne Życia. Pełne obecności, szerokości i przejrzystości. Problem przestaje być problemem, a staje się wyzwaniem, przygodą. Wróg przestaje być wrogiem, a staje się kimś kto wewnętrznie walczy, kto potrzebuje być zrozumianym i przyjętym. Niebezpieczny muzułmanin, durny sąsiad, wredna teściowa… Jedynie projekcja.


Świat taki jaki jest, jest doskonały. Ty jesteś doskonały. Nie wierz projektorowi. Nie walcz z nim. Niech projektuje. Ty nim nie jesteś.

niedziela, 24 czerwca 2018

O uwalnianiu

Istnieje dość powszechne przekonanie, a nawet sposób życia, który opiera się o percepcję siebie samego jako niedoskonałej istoty. Dominujące uczucia na tym poziomie świadomości to: smutek, lęk, złość, apatia, niechęć i poczucie winy. Widzenie siebie jako grzesznika, nieudacznika czy słabego człowieka wzmacnia poczucie niekompletności. Niższe poziomy świadomości człowieka obarczone są lękiem, gniewem i niskim poczuciem własnej wartości.
Niedostatek stoi w centrum takiej egzystencji. Przez chcenie, oczekiwania i zdobywanie człowiek stara się zagłuszyć czy też zapełnić tę iluzoryczną dziurę. Osoba ma poczucie, że musi zaspokajać i dopełniać siebie przez ludzi, rzeczy, osiągnięcia.

Oczywiście nic nie jest w stanie zagłuszyć żarłocznych pragnień, a rozczarowania z powodu niespełnienia prowadzą do rozgoryczenia i depresji. O depresji można powiedzieć, że jest swoistym deep pression. Wewnątrz niespełnienia istnieje silna i tłumiona agresja (pression) na siebie samego i na świat. Dlatego też wielu ludzi dzięki pracy wewnętrznej, uważności i akceptacji w czasie depresji odkrywa, że pod rozległym smutkiem istnieje wiele stłumionej złości. Złość ta jest niechęcią do siebie, świata i rzeczywistości. Opis, który tu kreślę jest opisem stanu i percepcji, która wydaje się prawdziwa. Jednak wraz z rozwojem świadomości cały ten negatywizm okazuje się być iluzją. Wyzwolenie spod panowania "małego ja", czyli całego aparatu fałszu na temat siebie i rzeczywistości, to droga nie tylko dla wybranych. Dziś wiedza i środki do drogi wolności są dostępne dla każdego (przynajmniej na tej szerokości geograficznej).

Jedna z dróg wyzwolenia prowadzi przez uwalnianie negatywizmu i fałszywych przekonań do rozpoznania, że nasze prawdziwe Ja jest radosne, pełne i obfite. Bez braku. Nie ma potrzeby niczego udowadniać ani zdobywać. Można po prostu cieszyć się Życiem. Jednak zanim rozpoznamy tę prostą prawdę musimy "uporać się" z negatywizmem. Szczerość wobec tego, co jest w nas to pierwszy krok w tej drodze.
Takim "dokopywaniem się" do głębi zajmuje się żywa religia, autentyczna mistyka i głęboka psychologia. Chciałbym polecić w tym miejscu jedną z lepszych książek w rozwijaniu świadomości, jakie czytałem. Technika uwalniania Davida Hawkinsa wprowadza w bardzo prostą praktykę uwalniania, która obecna jest w pewnej części w niektórych szkołach psychoterapeutycznych czy medytacyjnych. Oddajmy głos amerykańskiemu psychiatrze:

"Podczas wieloletniej praktyki w psychiatrii klinicznej moim nadrzędnym celem było poszukiwanie najskuteczniejszych sposobów usuwania ludzkiego cierpienia przejawiającego się w tak wielu formach. Aby położyć mu kres, zgłębiałem liczne dyscypliny medyczne, psychologiczne i psychiatryczne – psychoanalizę, terapię behawioralną, biofeedback, akupunkturę, żywienie i neurologię. Poza metodami klinicznymi studiowałem systemy filozoficzne, metafizykę, różnorakie metody uzdrawiania holistycznego, brałem udział w kursach samorozwoju, próbowałem różnych ścieżek duchowych, technik medytacyjnych i innych sposobów poszerzania własnej świadomości.
Odkryłem podczas wszystkich tych poszukiwań, że bardzo mi pomaga uwalnianie i odpuszczanie. Jego rola jest tak doniosła, że poczułem konieczność napisania książki, w której będę mógł podzielić się z innymi tym, co zaobserwowałem jako klinicysta, i tym, czego doświadczyłem osobiście.
Chcę się więc podzielić tą praktyczną i pomocną techniką, ułatwiającą radzenie sobie ze zmiennością
codziennego życia – z codziennymi stratami, rozczarowaniami, stresami i kryzysami. Z jej pomocą uwolnisz się od negatywnych emocji i ich wpływu na zdrowie, relacje i pracę; poradzisz sobie z niechcianymi uczuciami. Niniejsza książka opisuje prosty i skuteczny sposób, dzięki któremu można uwolnić się od negatywnych uczuć i stać się wolnym. Technika Uwalniania, która wykorzystuje „mechanizm poddania”, to praktyczna metoda usuwania przeszkód i przywiązań."

Nie jestem tylko teoretykiem tej metody. Praktykowałem przez wiele lat medytację ignacjańską, po której rozsmakowałem się w kontemplacji metodą Jalicsa. Kontemplacja chrześcijańska w swoim rdzeniu posługuje się podobnym schematem poddania. Polega ona na postawie otwartego serca, na przyjęciu tego, co się dzieje i nie przywiązywaniu się do treści, które pojawiają się w świadomości medytującego. Wielokrotnie przekonywałem się jak wielką moc posiada zwykłe pozwolenie na przeżywanie tego, co jest. Negatywne uczucia nie znikają mimo tłumienia ich, ucieczki przed nimi czy nawet przez wyrażanie ich. Żadna z tych strategii na dłuższą metę nie działa. Uwalnianie, czyli pozwolenie i odpuszczanie uczuć niesie wolność wewnętrzną. Gdy dokarmiamy uczucia przez nieustanne "mentalne przeżuwanie" porażek, braków i zdarzeń obudowujemy siebie fałszem. Okrajanie siebie z wszystkich programowań umysłu, którymi byliśmy poddawani od dzieciństwa przez społeczeństwo, to właśnie Technika Uwalniania. Wraz z praktyką uwalniania odkrywamy, że nasze prawdziwe Ja (głębsza Jaźń) nie jest dotknięta przez grzech, strach i winę.

Z czasem okazuje się, że najgłębiej jesteśmy niewinni, piękni i wspaniali. Na niższych poziomach świadomości poczucie winy i lęk są potrzebne do nieustannego karania i poniżania siebie. Gdy "dorastamy w świadomości" uwalniamy się od negatywizmu. Nie musimy już  karać siebie i innych, bo wiemy, że żadna myśl nie wyraża wspaniałości tego, kim jesteśmy. Widzimy świat jako kochającego rodzica, który obficie nas obdarowuje. Stajemy się wspierający, dzielimy się z innymi miłością i obecnością. Nie musimy już "żebrać" o uwagę i miłość. Nie wiemy co to wewnętrzny brak, więc dzielimy się z innymi obfitością istnienia, którymi jesteśmy. Odchodzi krytyka, przywiązanie, zaborczość i kłótliwość...
Opis prawdziwego Ja nie jest utopią ani megalomanią. Nie należy jednak wierzyć na słowo owemu opisowi, który proponuję w tym tekście. Przyjęcie nowych przekonań nie niesie głębokiej przemiany. Jeśli pojawia się sceptycyzm wobec tej narracji, jest on uzasadniony. Lepiej nie oczekiwać zbyt wiele i potem się nie rozczarować. Jeśli ktoś czuję się pociągnięty przez owy uwalniający sposób bycia, niech wypróbuje go na samym sobie.


Utwór, który gra we mnie jakoś tekstem i muzyką, zgodą i spokojem... "Nie chcę iść pod wiatr, gdy wieje w dobrą stronę..." https://www.youtube.com/watch?v=QRxH-II0OsA