Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2020

O pewnym mistrzu, który mieszka wewnątrz nas

Chodził po lasach i dolinach. Samotnie. Wygnaniec. Ludzie odrzucili go i zakazali mu bycia w ramach swoich miast i wsi. Człowiek ten zadawał pytania, których nikt nie chciał słuchać. Mówił rzeczy niewygodne dla tych, którzy uwięzieni zostali we własnych umysłach. Wędrowiec wzywał innych, by nauczyli się żyć bez lęku, bez gniewu, bez przywiązania. Nie robił tego nachalnie. Po prostu tam, gdzie się pojawiał, od razu wyłaziły wszystkie najgorsze cholery i dziadostwa z ludzkich wnętrz. Miał nawet ksywę "Chrystus", bo podobnie jak starożytny nauczyciel z Palestyny, swoją obecnością cichą i spokojną budził legionów demonów. Niektórzy tak bardzo nie znosili jego piękna, dobra i prawdy, że chcieli go skreślić. Byli tacy, którzy chcieli postawić na nim krzyżyk, pokrzyżować jego istnienie. W tym również podobny był do Palestyńczyka. Inni mówili na niego "Budda", bo miał w zwyczaju siadać w zachwycie pod drzewami, a poza tym głosił, że źródłem cierpienia jest przywiązanie.


W swoim zamiłowaniu do Prawdy nie pasował do większości ludzi, którzy zakochali się w materii. Jednocześnie nie zauważyli, że przywiązali się do czegoś co przemija. Bohater był zbyt odległy od powszechnego stylu myślenia i bycia. Głosił wolność i miłość. Ludzie nie znają natury miłości i wolności. Nazywają miłością to, co jest rządzą, władzą, emocjami, przywiązaniem, lękiem ubranym w odpowiedzialność itd. Nasz tułacz nie znał się na tym wszystkim. Zgubił bowiem wszystkie uwarunkowania przez poszukiwanie we własnym wnętrzu Prawdy. Z osobowości ludzkiej był dziwakiem. Bóg w nim to czysta Prawda, a osobowość miał dziwaczną. Chodził gdzie chciał, śpiewał co chciał i przyjaźnił się z dziećmi, z ubogimi i z zaburzonymi. Oni wszyscy jakby wyczuwali jego wewnętrzny ogień i wspólnie przy nim rozpalali humor, pogodę ducha i miłość do wszystkiego. Nasz wędrowiec był przyjacielem wiewiórek, borsuków i wszelkiej maści ptaków. Niektórzy mówią, że w jego chatkach, które stawiał w lasach na jakiś czas, schodziły się sarny i jelenie. Inni mówią, że podkarmiał zwierzęta i każde drzewo kochał w lesie jak swoją matkę. W każdej plotce jest ponoć garść prawdy.

Pewnego razu tułacz stanął na skrzynkach targowych i przemawiał do ptaków:

- Kochane! Śpiewajcie nam swoje pieśni wolności. Możliwe, że zostawimy nasze urazy, lęki i iluzje. Śpiewajcie.

Możecie się domyślać, jaka była reakcja ludzi. Człowiek ten nie zabiegał o pieniądze, o dach nad głową, o zaskarbienie sobie przyjaciół. Rodzina dawno wygnała go ze swoich granic. Przyjaciół miewał. Jego główną miłością pozostawała Prawda i jej wewnętrzne poznanie.

Niczego się nie bał, bo niczego nie posiadał na własność. Czuł się absolutnie bezpieczny. Kim był? Co takiego żyło w nim?

Gdy spotkasz taką istotę w swoim życiu wtul się nią mocno. Wsłuchaj się... Taki Ogień może spalić setki kłamstw. Gdy spotkasz "taką istotę" w sobie samym - zginie twoje małe nieszczęśliwe i wąskie ja.  Bóg jest bliżej niż cokolwiek innego. W drogę, w głąb...


Opowieść ta dotyczyć by mogła Chrystusa czy Buddy. Dotyczy ona też w sposób metaforyczny Twojego wnętrza. Czy o tym wiesz czy też nie - twoje prawdziwe JA jest dokładnie takie, jak bohater powyższej opowiastki. Żyjąc zanurzeni w lękach, w pragnieniach, w myślotworach nie znamy prawdziwych siebie. Ono jest naszym prawdziwym JA.

Bądź uważny! Może właśnie dziś JAŹŃ zbudzi się w Twoim wnętrzu.

niedziela, 19 stycznia 2020

Staś i leśna przygoda

Biegł, ile miał tylko sił w nogach. Droga w lesie wydawała się nie mieć końca. „Gdzie ten dom? Zawsze wydawało mi się, że jest bliżej.” Myśl za myślą uderzały w jego rozpędzony umysł. Z drugiej strony czuł jak delikatny wiatr muska go po twarzy i prowadzi do domu. Totalnie nie rozumiał co się przed chwilą stało. On, prawie już przecież dorosły- dwunastoletni naukowiec, rozmawiał właśnie z drzewem? Czy on zwariował? Czuł lekkie przerażenie, ale głębiej w sobie słyszał znany mu nie wiadomo skąd zachwyt i cudowną melodię radości. A był już przecież taki mądry i wykształcony? Co powie rodzicom? „Moi kochani właśnie rozmawiałem z drzewem…” Gdy usłyszał własne myśli poczuł ucisk w żołądku. W tej samej chwili przypomniał sobie, że ma przecież wspaniałych rodziców, którzy nie raz opowiadali mu przedziwne historie. Może i tym razem go zrozumieją?



- Mamo! Tato! – Staś wbiegł z ogromną prędkością na swoje podwórko. – Muszę coś… Wam… Opo… Opo… wiedzieć.

Cały zdyszany zatrzymał się nagle przy dużej werandzie swojego rodzinnego domu. Rodzice swoim codziennym zwyczajem siedzieli sobie spokojnie w wygodnych fotelach na szerokim tarasie u wejścia do domu. Popijali spokojnie herbatę.

- Stasiek. Aleś Ty zdyszany. – stwierdziła mama – Chciałeś chyba pobić nowy rekord.

- Nie… Nie. – mówił z przerwami na głębsze oddechy – Byłem w lesie… Spacerowałem. Myślałem sobie. I nagle zapatrzyłem się na drzewo… i…

Staś usłyszał w swojej głowie jak niedorzecznie brzmi, to co chce powiedzieć. Zawahał się i zatrzymał. Popatrzył na tatę. Jego ciepłe oczy i pogodne oblicze zdawało się przyjmować wszystko, co się działo. Wiedział, że tata go zrozumie. A jednak trochę się bał.

- Skarbie. Napij się z nami herbaty. – mama zaprosiła Stasia do stołu. – Chodź do nas.

Stasiek powoli, ale z dużą ochotą usiadł na wygodnym fotelu. Wziął do ręki swój ulubiony zielony kubek i zamilkł na jakiś czas. Przez kilka minut siedzieli razem na tarasie. Słońce zachodziło gdzieś w dali. Cichy wiatr i szum liści dodawały uroku tej chwili. Staś znał swoich rodziców i wiedział, że często w taki właśnie sposób spędzają wolny czas. Siedzą na tarasie. Piją herbatę. Czasem rozmawiają, a czasem milczą. Zawsze go dziwiło jak to możliwe, że ludzie są razem w zupełnym milczeniu i są przy tym tak przepełnieni szczęściem. Nagle przypomniało mu się jak w zeszłym tygodniu przyjechał rowerem na podwórko z bandą swoich znajomych. Narobili dużo hałasu, wdrapując się na domek na drzewie, który tata zbudował kilka lat temu. Rodzice nic nie powiedzieli. Siedzieli i uśmiechali się. Jakby cisza i spokój, którym się tak delektowali nie pochodziła z tego świata. Dziwne. Zauważył, że i jemu jest spokojnie w tej sytuacji. Poczuł na policzku ciepły promień słońca. Popił herbatę. Wszystko było tak ciche, bezpieczne i piękne. Na moment zapomniał nawet o przygodzie w lesie.

Po chwili nie wytrzymał i zadał pytanie swoim rodzicom:

- Czy jest możliwe, że człowiek może rozmawiać ze zwierzętami albo z roślinami? 

- Tak kochanie. Wszystko co jest życiem może do nas mówić. – stwierdził spokojnie tato. – Wszystko wokół jest święte i cudowne. Wielu ludzi tego nie widzi. A przecież szum drzew, szczekanie psa, burczenie w brzuchu… Wszystko to opowiada nam, że życie jest piękne.

Staś poczuł ciepło i radość. Tata był przedziwny. Zawsze potrafił dać mu to czego potrzebował. Podziwiał go. Nosił w sobie coś co sprawiało, że czuł się niebywale ważny i dobry. Jednak było to tak normalne i zwyczajne, że nie nadawało się do pokazywania w telewizji.

- Tato, bo widzisz… - Staś zawahał się – Dziś byłem w lesie. Patrzyłem na drzewo i poczułem, że jest niebywale piękne. Stałem i patrzyłem na nie. Nie myślałem o nim. I nagle poczułem jakby mówiło do mnie… Mówiło, że wszystko jest piękne i dobre. Mówiło tak jakby bez słów. Było takie jak mama, kiedy mnie przytula…

Mama uśmiechnęła się w stronę Stasia. Tata jeszcze pogodniej niż przed paroma chwilami stwierdził:

- Stasiek! To normalne. Nie bój się. Wszystko kocha Ciebie. Wszystko co widzisz jest radością. Nawet drzewo ma w sobie radość, bo wszystko co żyje ma duszę, swoją głębię. Nie jesteś sam, nie jesteś oddzielony. Jesteś połączony radością ze wszystkim, co jest.

- Ale to jest takie niezrozumiałe. – wtrącił Staś.- W szkole mówili, że tylko ludzie mogą…

- Wiem, synu. – tata patrząc w dal spokojnie odpowiadał. – W szkole się tego nie dowiesz. Szkoła zna tylko to, co da się zmierzyć, zbadać, wykorzystać. W szkole chodzi o oceny, o wyniki, o osiągnięcia. To co widziałeś w drzewie niczego nie osiąga, prawda? Pełna radość. Istnieje radość, o której nie da się powiedzieć. To drzewo ją miało, no nie?

- Tak, tato. Masz rację. Ono całe tam było radością.

Zamilkli. Siedzieli w totalnej ciszy. Robiło się już ciemno. Mama wtuliła się w tatę, a świerszcze rozpoczęły wieczorne koncerty. Staś czuł w sobie niebywały spokój i radość. W tym dniu chyba po raz pierwszy tak bezpośrednio poznał to, czego nie da się poznać.

Tak, świat jest radością. Tata miał rację.


czwartek, 16 maja 2019

Karaluch i Troll, czyli krótka baśń o tym, co najważniejsze

Rzecz działa się nie tak dawno temu, w nieodległej krainie. Być może nawet blisko twojego domu. Możliwe, że za ścianą twoich przyzwyczajeń albo pod notesem spraw do załatwienia... Niewykluczone, że takie historie obecne są w zacisznym kącie twojej sypialni albo w cieniu pobliskiego parku. Kto jest w stanie zostawić swoje problemy, by odkryć inne światy, które są w nas i wokół nas? Miałem przyjaciela, który opowiedział mi kiedyś pewną historię...

Troll. Wysoki. Olbrzym. Dla ludzi, którzy mieszkają w miastach, w dużych domach, którzy uczą się pilnie i chodzą do pracy – Troll wygląda naprawdę okropnie. Jest wielki. Ma obwisły brzuch, wielkie nogi i potężne łapy. Troll ma wielkie oczyska, bo trudno to nazwać oczami. Z daleka wydaje się być gburowaty i nieprzyjemny. Jednak gdy zbliżysz się do niego zobaczysz, że nosi w sobie wiele ciepła i spokoju. Ponadto w jego oczach często przeskakują małe iskierki, które zauważą każde piękno. Dla Trolla wszystko jest wspaniałe. Gdy siedzi w swojej niezbyt ładnie pachnącej norze, często głaszcze się po brzuchu z niemałą przyjemnością. Musisz wiedzieć, że ciała trolli wydają brzydki zapach. Tak przynajmniej twierdzą dzieci, które nigdy nie grały w piłkę bądź nie bawiły się w błocie. Troll uwielbia siebie i świat, w którym żyje. Przeważnie traktowany jest przez innych z dużym dystansem. Nieliczni znający naszego przyjaciela żyją z nim w głębokiej więzi. Większość jednak boi się go, nie lubi jego wyglądu i nie przepada za jego zapachem. Troll wydaje się być kochającym buntownikiem, który nie potrzebuje innych do szczęścia. Być może właśnie dlatego inni nie wiedzą jak się do niego odnosić. Drogi czytelniku, jeśli go spotkasz i zapomnisz o swoim lęku, zobaczysz absolutnie niezwykłe rzeczy. Troll bowiem zna wiele fantastycznych miejsc i jego głowa jest pełna świetnych pomysłów, które prowadzą do niewiarygodnych przygód.

Karaluch. Malutki. Krótkie nóżki i nieco dłuższe czułki. Jego małe i giętkie kończyny sprawiają, że biega niezwykle szybko. Niektórzy twierdzą, że czasem słychać ciche tupanie, gdy siedzą swoim mieszkaniu. Możliwe, że to właśnie on biega po budynkach w miejskich osiedlach. Dla wykształconych i czystych ludzi Karaluch jest naprawdę obrzydliwy. Większość ludzi, którzy zauważyli Karalucha, zaczyna krzyczeć i wołać o pomoc. On nie rozumie takiego zachowania. Jest bowiem zupełnie niegroźny. Nie ma jadu ani szczypiec. Musisz wiedzieć kochany czytelniku, że Karaluch uwielbia samego siebie. Jest cały czarny i ma piękne ciemne oczy. Gdybyś mógł zobaczyć z jaką radością się rusza, odkrywa nowe tereny i cieszy się tym, co jest... Byłbyś zachwycony! Karaluch biega po całym świecie, choć donikąd nie dąży. Cieszy się przygodą. Nie ma żadnego, jedynego marzenia. Ma wiele pomysłów i pragnień. Jeśli jeden zamiar mu nie wyjdzie, zabiera się za inny. Gdy tylko się budzi w swojej małej norce rozpoczyna radosną przygodę odkrywania świata. Biega jak oszalały. Podobnie jak w wypadku Trolla, ludzie nie kwapią się na spotkanie z tą małą istotą. Jednak jeśli potrafisz cieszyć się zabawą, przyjaciółmi czy przyrodą może któregoś dnia wyruszysz razem z nim w niezwykłą przygodę odkrywania świata. Kto wie... Karaluch jak mało kto potrafi słuchać i rozumieć. Często zadaje niezwykle trafne pytania. Mimo swojego ruchliwego trybu życia, gdy słucha ludzi, muzyki czy szumu morza cały zamienia się w słuch.

Był piękny wiosenny dzień, gdy Karaluch z właściwą sobie zwinnością przebiegał po parku z lekkością serca, nucąc pod nosem wesołe piosenki. Gdy biegł czuł przyjemny, ciepły opór powietrza. Pod swoimi nóżkami wyczuwał miękką trawę. Wewnątrz doświadczał, że wspaniale jest żyć. Przeżywał całą gamę pozytywnych uczuć, myśląc o swoim prostym życiu. 

- Życie ech... - pomyślał - Wspaniała darmowa przygoda... Ile tu zapachów, kolorów, dźwięków.

Nagle Karaluch musiał przerwać swój zachwyt, ponieważ grupka małych dzieci zaczęła wołać w jego kierunku:
- Mamo! Mamo! – dzieci krzyczały pokazując palcami na Karalucha. – Spójrz! Jakie piękne stworzonko!

Dzieci zaczęły biec w stronę naszego małego przyjaciela prawie z tak wielką radością, jak Karaluch biega po całym świecie. Gdy zbliżyły się do niego, zatrzymały się i w niewielkiej odległości podziwiały swoje nowe odkrycie.
- Ale piękny – powiedział jeden z chłopców.
- Aaaaaa… - zza pleców dzieci nagle rozległ się krzyk przestraszonej kobiety. – Dzieci! Uciekajmy. Zostawcie tego karalucha. Chodźcie tu.

Dzieci poczuły lęk. Ich pierwotny zachwyt szybko zamienił się w strach. Mama dała jasno do zrozumienia – źródło zachwytu dzieci jest brzydkie i trzeba się trzymać od niego z daleka. Karaluch nie zdziwił się zbytnio całym zdarzeniem. Nieraz już był w podobnej sytuacji i wiedział, że nie wszystkie istoty znają smak Życia. Gdy patrzył na oddalające się dzieci z ich przerażoną mamą, przemknęła mu po głowie przedziwna myśl: 
- Są istoty, które nie znają smaku Życia i nie wiedzą, co znaczy prawdziwa wolność...

Po chwili usłyszał za sobą głośny szloch. Odwrócił się za siebie, przewrócił kilkakrotnie nóżkami i już widział pod drzewem potężnego Trolla zalanego łzami. Karaluch podbiegł szybciutko. Okrążył trzykrotnie drzewo przy którym siedział wielki Troll. Olbrzym płakał i szlochał. Ilość wody wylewająca się z jego ciała mogłaby zalać Karalucha. Na szczęście dzięki swojej zwinności odskakiwał on od słonych, wielkich łez spadających na ziemię. Z perspektywy Karalucha wyglądało to niczym wielki wodospad.
Po chwili Karaluch zagaił do Trolla:
- Ej duży! Strasznie dużo wody leci z Ciebie.
- Co? Co? Kto to mówi? Skąd? Gdzie? – Troll rozglądał się dookoła, szukając źródła dźwięku. – Kto to mówi?
- Tu. Na dole. Tu jestem. – wołał Karaluch. – Co cię tak strasznie smuci, wielki przyjacielu?
- Płaczę, bo mam gorszy dzień… - powiedział spokojniej olbrzym. – Zaraz mi przejdzie.
Troll zaczął wycierać swoją twarz z łez i przecierał oczy.
- Jesteś bardzo miły, mój mały przyjacielu. – spokojnym, głębokim głosem stwierdził Troll, pochylając się w stronę Karalucha – czy masz chwilę, żeby spędzić ze mną czas?
- Pewnie. – odpowiedział Karaluch.

Karaluch i Troll ruszyli razem na spacer po wielkim parku. Olbrzym bardzo szybko zapomniał o swoich smutkach. Wspinał się po drzewach, zrywał liście. Robił z wisy na wielkich gałęziach. Czasem drzewo załamywało się pod ciężarem olbrzyma, przez co spadał z hukiem na ziemię. Karaluch zanosił się wtedy cichym śmiechem, widząc swojego nowego znajomego leżącego na trawie. Potem śmiali się razem w niebogłosy. Karaluch biegał tu i ówdzie. Już to wdrapywał się na płot, już to obiegał dookoła drzewa. Wszystko działo się w prostej, niewymuszonej radości. Ludzie przechodzący po parku nie zauważali tej dziwnej zabawy. 

- Trollu! Czy to nie dziwne? – zatrzymał się na chwilę Karaluch, stojąc na niskiej jabłonce. – Oni nas kompletnie nie widzą.
- Oni nic nie widzą. Spójrz tylko na ich oczy, na ich ciała… 
Wpatrywali się w ludzi biegnących w pośpiechu i w dużym napięciu. Przechodnie wyglądali jakby mieli do wykonania miliony zadań. Inni byli smutni i przybici. Jeszcze inni nerwowi i wyraźnie niezadowoleni z życia.
- Czy to możliwe? Świat jest taki piękny. A oni go nie widzą. Przez to nie widzą i nas. – mówił z zadumą Troll.
- Może kiedyś, przyjdzie dzień, że zauważą zielone liście, ciepłe słońce, słony deszcz, miękką trawę czy twarze innych… - dodał Karaluch, wystawiając swoje czułki na ciepłe promienie słońca.

Przez chwilę patrzyli jeszcze zdumieni i zadziwieni zabieganymi ludźmi. Troll z Karaluchem wiedzieli, że stali się przyjaciółmi, którzy dzielą wspólną radość Życia. Jednocześnie w Trollu i w Karaluchu pojawiła się przedziwna więź. "Oddałbym swoje życie za mojego przyjaciela". Myśl ta płynęła między nimi wśród traw, drzew, obłoków...

Następnie zaczęli ponownie biegać to tu, to tam roznosząc po całym świecie prostą radość Istnienia. Żyli tym, co najważniejsze, jednak nie potrafili nazwać, co to jest. Nie umieli wyjaśnić skąd pochodzi i dokąd zmierza cała prosta radość i miłość, która promieniowała wokół nich. 

Jedyną drogą poznania owego-najważniejszego było stać się tym.

środa, 1 maja 2019

Nowa Era Technologiczna (NET) i krótka notka jednego z workerów koncernu Development World (DW)


Rok 2328

Wstałem rano. Głowa mi pęka. Mgła otacza umysł. Przez moment kompletnie nie wiem kim jestem i co robię w tym miejscu. Nie wiem jak się nazywam. W nocy miałem straszne sny. Na szczęście nie pamiętam ich. Leki przypisane przez medicineboot sprawiają, że nie muszę oglądać tych obrazów i niezbyt wiele czuję. Tylko ta mgła. Od czasu do czasu napływają na mnie przerażające wizje. Smoki, krwawe wojny, odloty w kosmos...  Oczywiście nic z tego nie jest prawdziwe - tak też twierdzi cybernauka. Stek bzdur. Pozostałości po zwierzętach. Ech... Gdyby można było przyśpieszyć rozwój ludzkiej rasy i raz na zawsze pozbyć się tych wszystkich ograniczeń.  

Czasem wizje o poranku są tak mocne, że tracę poczucie realności. Poza tym: co to jest realność? Wiadomo od dawna, że żadna prawda nie istnieje, a jedyna prawdziwa rzecz to wykresy, wartości i liczby, które pomagają wyzwolić się nam i stworzyć lepszy świat.

Czasem zastanawiam się. Mam wrażenie, że z tym wszystkim jest coś nie tak. Życie wydaje mi się takie miałkie, powierzchowne. Kiedy mówię o tym botom czy innym pracownikom w mojej DW, które odpowiedzialne są za równowagę psychiczną między moim ja a wzrostem produkcji w koncernie, to dostaję nowe leki. One sprawiają, że mniej czuję i więcej mogę zrobić w pracy, a dotkliwe nieprzyjemne myśli ustępują.

Jednak mimo leków ciągle wraca do mnie prosta oczywistość - coż zgubiłem w życiu. Raz na rok zdarza mi się wylecieć moim jetem 580p za nasze cybertown, jednak gdy tylko widzę te parki z drzewami, dziwnych niepracujących ludzi i tamtejszy nieład, wracam do domu z ogromnym lękiem. Nie znoszę tamtego świata. Czasem oglądam na hologramie tamten nierozwinięty świat... Widzę albo życie w oceanie albo jakiegoś zwierzęcego człowieka, który pracuje w polu. I ten ich uśmiech bezsensowny albo płaczliwie użalanie się nad sobą.

Nie jestem w stanie zbyt długo patrzeć na tamten dziwny świat. Wolę mój komputer, superglasses i informacje z chipów. To wszystko jest bardziej poukładane i zrównoważone. Tamten świat oprócz tego, że strasznie się go boję - ma w sobie coś przyciągającego. Inni ludzie z koncernu mówią, że to przyciąganie to pozostałości po ułomnej naturze homo sapiens - mojego ewolucyjnego przodka. Podobno był on istotą bardzo impulsywną, dającą się wodzić różnym instyntkom. Nie mogę sobie tego wyobrazić . Człowiek, który nie miał kontroli nad sobą musiał być naprawdę okropną istotą.

Czasem zwyczajenie fantazjuję: co by było, gdybym mógł sobie pozwolić na podążanie za tym, co mnie pociąga? Wiadomo! Koniec z moją pracą, z rozwojowem cyberświata i koniec z naszym gatunkiem. Na to nie można pozwolić! Zbyt wiele poświęciłem w życiu, by teraz wyjechać z cybertown w stronę tych dziwnych drzew, wód i zwierząt.

Ostatnio słyszałem o jednym z naszych z DW, że arogancko opuścił koncern i pojechał do tej dziczy. Dał się uwieść. Zwariował. Gdy wrócił zdepersonalizowany zajęły się nim boty, ale nawet one nie pomogły. Nic nie przyniosło efektu, więc zahibernowali gościa w nadziei, że po resecie świadomości wróci do pracy. Nie udało się. Jeszcze tego nie umiemy. Po pewnym czasie zmarł. DW istnieje właśnie po to, żeby któregoś dnia ostatecznie pokonać śmierć i doprowadzić ludzką rasę do pełni rozwoju.


Siadam na moich twardym łożu. Automatycznie zapala się białe światło w moim sleeproomie. Wstaję. Zmieniam chipa w mojej ręce na inny. Nocny odpowiada za wyciszenie, dzienny zaś potrzebny jest mi do mobilizacji i wzmacniania implusów, by być bardziej wydajnym. Idę do pracy. Sprawiam, że świat jutra będzie lepszy.

Nie mam imienia. Mówią na mnie XG 425.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Mruczenie bycia

Zanim zjawi się myśl, już jesteś Tym!

Kot Damian swoim codziennym zwyczajem wylegiwał się na swoim ulubionym parapecie na oknie  w domu państwa Milewskich. Słonko grzało w jego grube futerko. Oczy miał lekko przymrużone. Mruczenie pełne zadowolenia wyłaniało się z jego kociego ciała, a wąsy miały w sobie pełnię kociego kunsztu. Na pierwszy rzut oka widać, że istota ta absolutnie nie potrzebuje niczego ani nikogo by mruczeć w spokoju własne bycie. Kot Damian był jednym z tych wielu kotów, które nigdy nie poznały racjonalnych przemyśleń i ostrych jak brzytwa pojęć. Uwielbiał swoje bycie. Nigdy go nie nazwał. Może dlatego, że przyroda nie wyposażyła naszego milusińskiego w tego typu aparat poznawczy. Rozum pełen abstrakcyjnych przemyśleń jest kompletnie obcy dla tego typu strażnika istnienia. Zdaje się, że gdyby nasz kot potrafił używać ścisłej dedukcji czy indukcji, wraz z użyciem wielowartościowej logiki, to i tak mistrzostwo Obecności przekraczałoby wszelkie konstrukcje myślotworów.


Marek, najstarszy syn państwa Milewskich, wrócił tego dnia ze szkoły do domu. Przygotowywał się do matury i był niebywale zmęczony ilością wiedzy, którą musiał pochłonąć w ostatnich dniach. Usiadł wycieńczony w fotelu. Obok siedział spokojnie kot Damian. Gdy Marek usiadł poczuł jak w jego mięśniach i w ciele pulsuje zmęczenie. Odprężył się, choć już za chwilę poczuł niepokój. „Co muszę przygotować na jutro do szkoły? Czy aby na pewno napisałem wszystko, co chciałem napisać w mojej pracy semestralnej? Gdzie są rodzice? Co jest na obiad?”. Troski zaczęły przyklejać się do jego wnętrza jak ćmy nocą do ulicznej lampy. Każda z tych troskliwych myśli chciała nasycić się wiedzą o tym, co się stanie albo zrozumieniem tego, co już się wydarzyło. Jednak żadne uspokojenie nie przybywało, więc myśli stawały się jeszcze bardziej natarczywe. Marek poczuł złość. „Wszystko jest nie tak jak powinno być. Nie znoszę szkoły. Mam dość.” Zniechęcenie i apatia ogarnęły jego zmęczone ciało. Zapragnął zniknąć. „Gdyby go nie było, nie byłoby problemu”. Dołujący smutek wirował w jego młodym ciele. Poczuł ból w głowie i ucisk w brzuchu.

Nagle kot Damian zeskoczył z parapetu. Na drewnianej podłodze wyciągnął do przodu swoje piękne łapy. Przeciągnął się. Ziewnął. Cały skąpany w świętym spokoju. Marek zauważył go. Przyglądał się mu z zadziwieniem. Kot Damian wskoczył na fotel wprost na kolana Marka. Położył się wygodnie. Miał to w zwyczaju. Nieraz gdy któryś z domowników siadał w fotelu kot wskakiwał na kolana, kładł się na brzuchu albo na szyi, grzejąc przy tym swoim kocim ciepłem. Nie wiadomo dlaczego to robił. Któż zgłębi motywacje tej istoty? W każdym razie kot Damian ze swoim głębokim mruczeniem wtulił się w Marka. Chłopak ucieszył się z tego mimowolnie. Na chwilę zapomniał o swoich dołujących myślach. Zauważył radość. Przez okno do mieszkania wlatywał ciepły promień słońca, który ogrzewał kota i samego Marka. W głębi poczuj spokój. Ponure zmęczenie pełne napięcia przemieniło się w łagodny, cichy bezruch. Myśli zwolniły. Kot mruczał. Marek czuł go. Tak bardzo go kochał. Nagle przypomniał sobie o swoich troskach. Jednak nie były już one najważniejsze. Każda z tych wcześniejszych ponurych myśli miała swój ciepły odpowiednik. „Nie dasz sobie rady” – „nie muszę dawać sobie z niczym rady”. „Nie zdasz matury” – „Nie potrzebuję ani matury ani zmartwień”. „Jestem do bani” – „Chyba nie. W końcu kot uwielbia spać na moim ciele, rodzice mnie kochają, mam kolegów…” Wszystkie myśli odpływały. Znikały jak bański mydlane. Marek niczego nie kontrolował. Promień słońca współgrał z mruczeniem kota. Przepiękny koncert. „Jak to się stało, że wcześniej tego nie widziałem?”. Nagle i to stało się oczywistym. Marek zajmował się swoim nieszczęśliwym życiem. Przynajmniej tak mu się wtedy wydawało... 

Kot Damian po raz kolejny sprawił, że ktoś poczuł się Życiem, które jest przed wszystkimi sprawami, troskami, zdarzeniami…
Życie, które pulsuje i nie zna ani dnia wczorajszego ani jutrzejszego... Życie, które nie zna początku ani końca... Życie, które jest przed każdą myślą o Nim...

Każda myśl jest spóźniona wobec Niewysłowionego.

Promień słońca, mruczenie kota, woda w kranie… Wszystko to jest Życiem, kocim mruczeniem pełnym miłości…