Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca ze światem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca ze światem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 maja 2021

Utopia, jej ideały i historia wciąż żywotnego Karola

Był sobie pewien młodzieniec. Karol miał na imię.

Mieszkał w niewielkiej miejscowości wraz z swoimi rodzicami. Nie interesowała go ani szkoła ani praca. Lubił rozmyślać i snuć marzenia na temat tego, jak powinien wyglądać świat. Zdarzało się, że siadał w ogrodzie pod jabłonką, wyobrażał sobie jak prowadzi małą grupkę znajomych na barykady rewolucji. Rewolucja… To byłoby coś. Rozmyślał. Miał w sobie wiele osobistego powabu. Jego urok sprawiał, że gromadził wokół siebie ludzi, którzy podobnie jak on nie zgadzali się z dotychczasową sytuacją lokalnej społeczności, miasta czy całej ludzkości.

Nie przyznawał się do tego, ale szczerze nie znosił swojego życia. Nie chciał dorosnąć. Wolał śnić o świecie, którego nie było. Nie wiedział dokładnie jakby miał wyglądać ten „lepszy świat”. Uznawał, że sytuacja ludzkości jest nie do zniesienia. Uwielbiał postać Piotrusia Pana i marzył, jak każdy chłopiec, by uczynić coś wielkiego w świecie.

Zdarzało się, że Karolek – tak znajomi wołali do miejscowego rewolucjonisty, miał w sobie bowiem dziecięcy czar i w niektórych osobach budził instynkty opiekuńcze – przychodził na boisko szkolne i wygłaszał rówieśnikom płomienne mowy pobudzające do radykalnej rewolucji i walki z dotychczasowym światem.

Karol nie interesował się codziennością zwyczajnych ludzi. Gardził tym, co powszednie. Obiady własnej matki czy ciężka praca ojca zdawały mu się okropnie nudne i uwłaczające jego wyobrażonej wielkości. W głębi ducha odrzucał każdym system społeczny. Jednego ranka nienawidził rządu, drugiego szkoły, trzeciego rodziców. Każdego dnia znajdował w swoich myślach wroga i wyobrażał sobie jak cudownie byłoby żyć i istnieć bez szkoły, bez rodziców, bez rządu czy bez pracy. Świat bez wysiłku i bez zmagań! Kiedyś tego dokonam. Nie przyznawał się do tego, że często miewał okropne lęki i czuł się niezwykle samotny. Dlatego też widok uśmiechniętych kolegów grających w piłkę nożną wprawiał go w tęsknotę, w zażenowanie i w złość. Na tych uczuciach budował swoją filozofię: to szczęśliwe rodziny czy wszechobecna piłka nożna sprawia, że tacy ludzie jak ja są nieszczęśliwi.

Gdy Karol dorósł wybrał się pewnego dnia do opuszczonego domu, w którym żyli bezdomni, którzy skrywali się przed zimnem nocy. Kryli się tam również przed życiem, przed pracą, przed odpowiedzialnością, przed problemami dnia codziennego. Pili alkohol, który uśmierzał ich poczucie winy i bezradność.

- Drodzy bracia! Wasze życie jest nie do zniesienia! – Karol z uniesieniem głosił bezdomnym dobrą nowinę – Czy wiecie kto jest winien sytuacji, w której się znaleźliście? Czy rozumiecie?

Nastąpiła chwila ciszy. Ludzie ulicy patrzyli na siebie wzajemnie z niedowierzaniem. Poszukiwali we własnych oczach zrozumienia przyczyny swojego nieszczęścia i biedy.

- Zaraz wszystko wam wyjaśnię – kontynuował uradowany Karol – Ludzie, którzy żyją w domach uciskają was wszystkich! Ich dominacja, ich pieniądze, ich władza sprawiają, że nie możecie być szczęśliwi. Spójrzcie na nich. Ich zadarte nosy. Od wieków tłamszą was bezkarnie i zabierają wam szczęśliwe życie. Dość tego! Niech zapanuje wolność i równość. Niech podzielą się swoimi majątkami z wami. Jak można być aż tak skąpym i okropnym?! Ich domostwa, prace, kapitały, konta bankowe należą się i wam. Równość bracia! Oto wyzwolenie! Wprowadźmy nowy świat!

Bezdomni po usłyszeniu mowy Karola ruszyli w kierunku miasta z kijami i z kamieniami, by dokonać rewolucji…

Karol głosił również „równość” uczniom z pobliskich szkół. „Powinniście wziąć edukację w swoje ręce i uwolnić się z opresji dorosłych!”. Potem opowiadał dzieciom, że rodzice są źródłem ich cierpienia i zapraszał do buntu. Któregoś dnia spotkał grupę kobiet, które w zapracowaniu zajmowały się domem i swoimi dziećmi. Im ogłosił, że męski, wielowiekowy patriarchat jest przyczyną ich cierpienia. Kiedy kobiety stwierdziły, że kochają swoje życie i rodzinę, Karol obraził się i odszedł w myślach gardząc spotkanymi kobietami i ich brakiem zrozumienia własnej sytuacji. Nie są świadome miejsca, w którym są. Potrzebują oświecenia! Potrzebują świadomości swojego niewolniczego życia.

Ludziom, którzy szli na wybory, głosił, że ich problemem jest dominacja demokracji i części społeczeństwa, która ma władzę. Ludziom, którzy zmagali się z trudnościami psychicznymi powtarzał, że ich problemem jest sama medycyna, psychiatra i leki. Bez nich nie wiedzielibyście, że macie problemy! Kto tu tak naprawdę jest szalony? Ludziom, którzy nie mieli pieniędzy, prawił kazania o opresji kapitalizmu.

- Na barykady bracia – głosił wszem i wobec – oni was uciskają!

 

Myślenie życzeniowe, czarno-białe i zrzucające odpowiedzialność za stan dzisiejszy na innych jest źródłem wielu utopii. Utopia to rodzaj myślenia życzeniowego. Utopia to marzenie o świecie, którego nie ma. Utopia jak pokazuje to np. historia komunizmu, to oderwanie myśli od rzeczywistości. Myśl w  radykalnych utopiach odlatuje od bieżącej sytuacji w niebiosa marzeń i nie wraca na „ziemię rzeczywistości”. W rewolucji rozdźwięk między wizją a rzeczywistością należy pokonać. W jaki sposób radykalny utopijny rewolucjonista pokonuje owy rozdźwięk? Przemocą. Usprawiedliwia się tę przemoc dążeniem do upragnionego raju.

Utopia to dezercja z zastanej sytuacji. Utopia to ucieczka. Utopijne myślenie to rodzaj mechanizmu obronnego, który „broni” przed cierpieniem i wzięciem odpowiedzialności za własny los, za innych, za świat.

W utopijnych ideologiach znajdziesz tę samą zasadę postępowania, wyrażaną różnymi pojęciami:

To, co jest - nie może być takie, jakie jest. Jeśli nie może być, takie jest, należy z „tym” walczyć.

Pokonanie "dominacji" kultury, cywilizacji, patriarchatu, kapitalizmu, instytucji społecznych, burżuazji itd. w filozofiach podobnych do myślenia Karola utożsamiane jest z nadejściem raju. W rewolucyjnych utopiach ogłasza się: śmierć boga, śmierć państwa, śmierć podmiotu, śmierć wolnego rynku, śmierć kapitalizmu, śmierć klasy wyższej itd.

Wraz z nadejściem „owych śmierci” ma nadejść raj wolności, równości i dobrobytu dla wszystkich. Nie nadchodzi. Historia pokazuje, że zamiast raju pojawia się śmierć konkretnych ludzi, walka i różnorakie formy ucisku. Metodologia rewolucji, by znieść ucisk, cierpienie czy biedę, przynosi jeszcze więcej ucisku, cierpienia i biedy. Utopijni rewolucjoniści żądają bowiem ofiary z teraźniejszości na rzecz wyobrażonej, rajskiej, utopijnej przyszłości.

 

Pióro jest silniejsze od miecza.

Idea, którą w sobie noszę wpływa na całe działanie i na życiowy cel-intencję.

Imperatyw moralny, który budzi się we mnie na widok ideologii Karola z tej opowiastki to etyka: uważaj jakie myśli uznajesz za prawdziwe. Sprawdzaj idee, w które wierzysz jak złotnik złoto. Z nich bowiem może brać się przemoc, walka czy destrukcja bądź pokój, współpraca czy odpowiedzialne tworzenie lepszego jutra w zgodzie z tym, co jest. W tym imperatywie nie chodzi o umysłową żonglerkę, ale o praktyczną i moralną ścieżkę życia. To, co powstaje w umyśle, ma tendencje do urzeczywistniania się.

„Komunizm to potężny ruch zmieniający zły stan obecny”. (Karol Marks)

„Utopia nieuchronnie prowadzi do przemocy, ponieważ kiedy staje się utopią; z czegoś trzeba zrezygnować: albo z części utopii, albo z części społeczeństwa.” (Karl Popper)

„Możesz pomóc przekierować pędzący świat troszeczkę w stronę Nieba i troszeczkę dalej od Piekła.” (Jordan Peterson)

"Jeśli chcesz zmienić świat, idź do domu i kochaj swoją rodzinę." (Matka Teresa z Kalkuty)


niedziela, 22 listopada 2020

Nowoczesność, jej blaski i cienie

Lubię pisać o świecie, o tym, co się dzieje i jakie to ma znaczenie dla człowieka i dla ludzkości. Zadziwia mnie to. Na codzień utożsamiam się z postawą introspekcyjną - bycia w sobie. Świat myśli, uczuć, mechanizmów psychicznych, głębin nieświadomości jest dla mnie jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń codzienności. Uwielbiam być w kontakcie jeden na jeden z innymi. Kocham świat medytacji, snów i odśrodkowych olśnień. Zadziwia mnie więc jak bardzo ciągnie mnie do pisania o procesach w świecie, o przemianach w dziejach, o rozwoju ducha w kosmicznym tańcu ewolucji. Introwersja pisząca o ekstrawersji. A jednak... Możliwe, że von Franz, pisząc o wielkim Freudzie, napisała coś trafnego o prostym Rafale i o każdym, kto lubi w różny sposób tworzyć. Osobowość, która na codzień jest introwertyczna, w swoich dziełach staje się ekstrawertyczna. Nie od dziś wiadomo, że psychika dąży do równowagi (fachowo nazywa się to kompensacją). Część naszych nieświadomych pomyłek, kłopotów czy nawet chorób to wezwanie do równowagi. Mądrość płynącego i żywego procesu psyche wzywa nas do zauważenia innej części naszych osobowości. Natura naszej psychiki jest dynamicznym procesem homeostatycznym. W związku z tym dam się porwać indywidualnym procesom mojego wnętrza i napiszę kilka słów refleksji o współczesności i jej córce nowoczesności. Obie zachwycają mnie nowością, którą wnoszą w świat. Jednocześnie zaś jak to bywa z młodością - nie znosi ona kompromisów i nie pyta o wczoraj, dlatego też ważne, żeby otoczyć ją dorosłą refleksją, która widzi nie tylko, co można zrobić, ale i to czego nie można albo i nawet nie wolno robić. Dla młodości granice nie istnieją, dlatego też potrzebuje ona mądrej dorosłości, która ujmie w ramy to, co energicznie nowe i dążące do zmian. W procesie dziejowym możliwe jest objęcie nowoczesności i jej nowości. Zdaje się, że wszystko, co do tej pory wypracowaliśmy nie może zostać odrzucone. Mądrość dziada i pradziada, baby i prababy nie może zostać odrzucona. Ryzykujemy w ten sposób zachwianie granic w jednostce i w społeczności, co możemy dobitnie zauważyć w rodzinach, w których granice nie są uznawane.

Współczesność kojarzy się z przyśpieszeniem, z wielozadaniowością, z rozwojem technologii i z komunikacją internetową 24 godziny na dobę. Możemy napisać czy zadzwonić do przyjaciół na drugim krańcu świata, studiować on-line, zrobić zakupy czy spotkać miłość swojego życia w social mediach czy na portalach randkowych. Świat przyśpieszył. Jasną stroną tego przyśpieszenia jest to, iż mamy więcej czasu niż ludzie żyjący setki lat temu. Dziś czas staje się większym zasobem niż pieniądz. Nie musimy walczyć o byt, o przetrwanie jak nasi przodkowie. Oczywiście dysproporcje społeczne istnieją i nie wszyscy w równym stopniu są aż tak uprzywilejowani. Mimo to współczesność daje możliwości. Mamy potencjały, o których sto lat temu mogliśmy jedynie śnić. Możliwe, że owe sny-marzenia wprowadzają nas w jeszcze szybszy świat informacji czy też postinformacji. Jednocześnie dzięki większej ilości czasu dla siebie, współcześni ludzie nieustannie studiują, uczą się, rozwijają. Psychoterapia czy treningi mentalne nie są już dziś wyłącznie dla osób zaburzonych czy chorych. Chcemy rozwijać się i poprawiać jakość naszego świata. Do niedawna w meandry rodzicielstwa wprowadzała matka, babka i rodzinna społeczność. Dziś sposób rodzicielstwa to wybór rodziców, którego dokonują na bazie obserwacji własnej rodziny, swoich preferencji, wiedzy internetowej i kursów on-line.

Jednocześnie przyśpieszenie odrywa nas od ziemi. Żyjemy w rzeczywistości chmury internetowej, w której spotykamy się z innymi, gratulujemy zaręczyn czy zachwycamy się zdjęciami nowonarodzonych dzieci przez komunikatory. Mogą dzielić nas setki kilometrów, a jednak jesteśmy w ciągłym kontakcie. Ostatnio z przyjacielem, który mieszka w innym mieście niż ja, pisaliśmy wspólny tomik poezji. Połączenie, uczucia, wizje były prawdziwe. Krytycy wirtualnego świata nie rozumieją, że choć nie jest on fizyczny, związany z doświadczeniem cielesności, to jest prawdziwy. Świat Internetu jest realny w tym sensie, że wpływa bezpośrednio na nas i umożliwia konkretną twórczość czy doświadczenia. 

Oderwanie od ziemi i do materii jest jakby drugą stroną nowoczesności. Wiem, co mówię. Mieszkam w stolicy, na drugim piętrze pewnej starej kamienicy, spędzając wiele czasu w Internecie na konsultacjach, zajęciach, pisaniu i tworzeniu. Gdy jadę na wieś do rodziny dotykam ziemię z dreszczykiem, z czcią i z przyjemnością. Robię to jakbym spotykał zapomnianą przeze mnie mityczną matkę. Na codzień nie oram ziemi, nie pracuję w materii. Dla homoostazy potrzebuję wyjść z facebooka, z zooma czy z książki czytanej na tablecie. Ponownie objawia się tu mądrość samej pyche. Nowoczesność w dużej mierze płynie na fali Internetu. Dziś mamy już do czynienia z  web 3.0, który nie tylko jest przestrzenią biernego czytania czy oglądania, ale i  aktywnego udziału przez użytkownika w dzieleniu się informacjami, sprzedażą, marketingiem. Można powiedzieć, że mamy tu do czynienie z kolejnym dobrodziejstwem, które musi być jednak uzupełniane kontaktem z naturą, z ziemią, z dotykalnymi relacjami, z archaicznymi uczuciami mitów, baśni czy religii i bezpośrednim, fizycznym kontaktem.

Nowoczesność ma wiele kolorów. Niedawno z jednym z uczniów z liceum, w którym pracuję, w ramach konsultacji filozoficznych, rozmawialiśmy o współczesności. W którymś momencie mój młody przyjaciel stwierdził, że współczesność to w dużej mierze indywidualizm. Możemy żyć, jak chcemy. Właściwie to dzisiejsze wezwanie rzucane młodemu człowiekowi wyraża się w maksymie: wybierz swoją ścieżkę i nią podążaj. Musisz wybrać sam. Jesteś odpowiedzialny za swoje życie. Indywidualizm to ścieżka współczesności, to swoisty imperatyw moralny czy etyczna podstawa. Indywidualizm na naszej planecie nie był oczywistością. Przedziwne połączenie zachodnich podstaw cywilizacji: chrześcijaństwa, greckiej filozofii, rzymskiego prawa i oświeconego rozumu (wraz z nim rozwoju nauki, medycyny, technologii) przyniosły rozkwit indywidualizmu. Ludzie przez dziesiątki tysięcy lat żyli stadnie i żeby przetrwać trzymali sztamę z własnym rodem, z plemieniem. Rodzina i jej prawo, zwyczaje, totem wartości i sensów były centralnym prawem i osią życia. Dziś na skutek nabrania osobistej mocy wielu ludzi nie boi się chodzić własnymi drogami, nawet jeśli oznacza to niechęć rodziny czy społeczności. Dziś chodzenie własną ścieżką jest nakazem i obowiązkiem moralnym. Wyzwań i problemów z rozwojem indywidualistycznych społeczeństw jest co niemiara, jednak samo poszanowanie dla praw jednostki i uznanie autonomii jest wielkim osiągnięciem cywilizacji Zachodu.

Nowoczesność to ekstrawertyczny rozwój, wyrażający się nie tylko w internetowych streamach komunikacyjnych czy sprzedażowych, ale również w sposobie życia. Przyśpieszenie może wiązać się z utkwieniem w jednostronności. Ekstrawertyczna postawa nie uwzględniająca introwersji dysharmonizuje człowieka i często woła przez nerwicowe, kompulsywne myśli czy gwałtowne afekty. Sytuacja izolacji pandemicznej sprzyja Zachodowi w wyrównaniu postawy psychicznej. Izolacja może być sytuacją rozwojową. Może pozwolić nam na rozwinięcie w nas i w naszych rodzinach jakości, które do tej pory nie miały możliwości na zaistnienie. O pandemicznych szansach rozwojowych mówiłem w live'ie, którego link podaję poniżej:

https://fb.watch/1ULCQ4NBCv/

Refleksja, którą snuję w ramach tego tekstu nie zamyka tematu, otwiera go raczej i stwarza nowe pytania. Nowoczesność jak nastolatek budzi w ludziach dorosłych przeróżne odczucia. Jedni zachwycają się energią tej siły, drudzy niepokoją się przyśpieszającą zmianą, trzeci demonizują nowoczesność jako córkę zamętu i destrukcji. Pewnym jest, że asymilacja nowoczesności zależy od każdego z nas. Możemy być ofiarami zmian cywilizacyjnych albo twórcami nowych czasów, którzy wnoszą świadomość i miłość w przemiany dziejowe. Decyzja zależy od nas.

poniedziałek, 9 listopada 2020

Co wrze pod pokrywą? O procesach społecznych końca 2020 roku w Polsce

2020 rok, październik. Strajk kobiet i masy ludzi wychodzące na ulicę wzbudzają we mnie pewną dozę konsternacji, przekonania "można było się tego spodziewać" i fascynacji procesami społecznymi. Sytuacja otwiera we mnie pytanie: co właściwie dzieje się w przestrzeni publicznej? 
Z perspektywy faktów chodzi o decyzję Trybunału Konstytucyjnego w kwestii prawnych aspektów zakazu aborcji przy wadach letalnych płodu matki. Sprawa dotyczy więc etyki, prawa i różnicy światopoglądowej. Tam, gdzie pojawiają się tłumne demonstracje, tam też można spodziewać się, że sprawa nie dotyczy jedynie poziomu faktów. Istnieją procesy społeczne, których nie widać 'gołym okiem', ale przy zastosowaniu zdobyczy psychologii głębi czy psychologii procesu można zauważyć, o co chodzi na głębszym poziomie. Tak jak dwie osoby, które kłócą się o racje czy poglądy, zanurzone są w złożone afekty i procesy, tak dwie społeczne polaryzacje pływają w czymś bardziej złożonym niż jednopunktowe racje. Nie w każdym konflikcie chodzi o przedmiot sporu, a prawie zawsze konflikt ma w sobie wiele, różnych wymiarów. Warstwa deklaratywna konfliktu jest jedynie jak pokrywka na garnku, w którym wrze woda. Słowa mówią wiele, ale to, co nie jest mówione, jest równie istotne. W wypadku konfliktu wrzenie jest rodzajem starcia sił czy też energii społecznych, wchodzących ze sobą w interakcję.

Strajk kobiet. Mieszkam na Żoliborzu. Kilka dni po rozpętaniu społecznej burzy, słyszałem ze swojego cichego mieszkanka, dobiegające z ulicy syreny policyjnych radiowozów. Sygnały wołały mnie: dzieje się,  pali się, ogień... Rozhulany proces społeczny jest jak ogień. Żywy, energiczny, czasem zagrażający i niebezpieczny. Proces społeczny jest jak buchający ogień.

Wyszedłem na spacer, by z ciekawością przyjrzeć się, co dzieje się pod domem pewnego posła, którego sprawa w dużej mierze dotyczyła. Policja opatrzona w tarcze obstawiała całą ulicę. Do kordonu policyjnego podchodzili głównie młodzi ludzie. Niektórzy krzyczeli, inni podnosili kartonowe napisy. Stanąłem i przypatrywałem się temu, co się dzieje. Po chwili poczułem, że na miejscu tego procesu, unosi się "duch dyktatury". Duch w procesach grupowych to rodzaj roli, postaci czy energii, która nie jest świadomie przez nikogo obstawiana. Dyktator to rozkazująca siła, nieznosząca sprzeciwu. Ludzie podchodzą, krzyczą wulgaryzmy, bo nie chcą moralnej czy religijnej dyktatury. Zresztą Polacy mają wielowiekowe tradycje walki z dyktatorską siłą okupanta.

Protesty społeczne posiadają, oprócz mechanizmu uwolnienia nadmiaru frustracji i niezadowolenia, siłę, by zmieniać porządek społeczny.
 
Złość może pełnić rolę punktu zwrotnego, za sprawą którego osoby uciskane w końcu chcą się uwolnić. Gniew na niesprawiedliwość społeczną, na represje czy nierówność spowodował w historii ludzkości wielkie rozruchy społeczne, które doprowadziły do poważnych zmian struktur społecznych. (David R. Hawkins "Siła czy moc")

Inną sprawą jest to, iż proces ten zwie się "strajkiem kobiet". Siła z jaką kobiety występują w tej sytuacji zdumiewa wszystkich. Słynne "wypierdalać" jednych oburza, drugich dziwi, trzecich wzywa do protestu. Jednak jeśli przyjrzymy się bliżej owej energii, możemy zauważyć proste, mocne i stanowcze "nie", które bierze się z tego, iż kobiecość doszła do jakiejś granicy. Aspekt kobiecy naszego społeczeństwa przez kilka ostatnich wieków jest w mniejszym lub większym stopniu represjonowany czy marginalizowany. Nie trzeba być feministą/ką, żeby to zauważyć. Energia męska, a więc sprawczość, siła, zdobywanie, przekształcanie świata jest dominującym kawałkiem naszej cywilizacji. Energia żeńska kojarzona bardziej z relacyjnością, z naturą, z ziemią domaga się w procesie dziejowym uznania i równowagi. Daleko mi do neomarskistowskiej idei, iż świat to ścieranie się dwóch odmiennych płci, jednak by oddać sprawiedliwość owej wrzącej kobiecości nie można zamykać oczu na dominującą społecznie rolę mężczyzn. Nierównowaga w świecie objawia się przez zmieszanie i uliczne protesty. 

Inną stroną całej sytuacji jest objawiająca się słabość religii. Gdy religia kostnieje i zamiera - staja się jak pusta studnia - zamiast czerpać ze Źródła, od którego ma swój początek, zaczyna posiłkować się prawem i układem z władzą, by ustanowić siłą swoją rację moralną. Poza tym następuje tu jeszcze inny proces - prawo staje się ważniejsze od żywego doświadczenia. W ten sposób religia kostnieje. Nie daje już żywego doświadczenia. Nie inicjuje w misterium, w wewnętrzne olśnienie, w dojrzewanie moralne. Zajmuje się obroną wypracowanego prawa i wyobrażenia na temat świata. Opowiada jedynie jak powinien wyglądać świat przez okulary własnego systemu moralności. Co ciekawe ponad dwudziestu księży wystosowało pewien list, a dwudziestu innych odpowiedziało na ich list. Spór. Katolicyzm, opowiadając się w pewnym momencie dziejów, przeciwko aborcji w sposób absolutystyczny, ukręcił sobie na siebie samego bicz, którym sam siebie rozwali. Jeśli podejdziemy do sprawy wnikliwie i badawczo, okaże się, że współczesna nauka ma ogromną trudność w określeniu, kiedy możemy mówić o istnieniu człowieka i co definiuje człowieczeństwo. Ostateczny osąd moralny nie jest więc tak oczywisty i prosty.

Jeden z symboli protestów, czyli piorun uderzający w krzyż, dobitnie pokazuje nieświadomą energię procesów społecznych. Część społeczeństwa ma dość panowania christianitas, które dyktuje reszcie społeczeństwa swoje warunki, nie słysząc głosu kobiet. Symbol ten pokazuje również, że proces laicyzacji w państwie może zajść szybciej i głębiej niż to się wydaje na pierwszy rzut oka. Piorun z błyskiem w tle. Oby nie niszczył, a przemieniał naszą społeczną macierz. 

Tak nam dopomóż Ojcze nasz. I matko nasza dopomóż też! 
Ponad płcią i ponad wszelkim wrzeniem - bądź pochwalon - Bezimienny!

niedziela, 12 kwietnia 2020

Zaraza, jej archetypy i mądrość nieświadomości

Ostatnie tygodnie dla sporej części ludzkości są intensywnym czasem zmiany orientacji życiowej. Wirus i pandemia destabilizują życie społeczne i psychiczne. W poniższym tekście stawiam hipotezę, iż działalność polityczna i naukowa została opanowana w dużej mierze przez nieświadomość zbiorową. Co to oznacza? Zostaliśmy opanowali przez irracjonalne siły, o których nasza świadomość ma nikłe pojęcie. W pierwszych dniach doniesień o nowym wirusie sądziłem, że sprawa rozejdzie się po kościach (podobnie jak w przypadku sars czy ptasiej grypy). Myliłem się. Działanie tego wirusa wywołało w psychice obiektywnej głębokie poruszenie. Świat jakby zaczynał wariować. Szaleństwo, czyli intensywne działanie pod wpływem irracjonalnych, popędowych czynników wskazuje nam zgodnie z mapą psychologii głębi na zbiorową nieświadomość (nastąpiło poruszenie oceanu irracjonalnych i zbiorowych warstw psyche). Z perspektywy moralnej rzecz nie jest dobra ani zła, dopiero nasze działania wobec tych poruszeń można oceniać moralnie. Pamiętam dokładnie moment zamykania pierwszej szkoły w Warszawie, pustych półek w sklepach (brak papieru toaletowego i mięsa), wiadomości od znajomych o wojsku, które lada moment ma zamykać miasta. Na poziomie racjonalnego umysłu - wszystkie wieści widziane były jako irracjonalne lęki i zachowania powodowane troską o przetrwanie. Głębiej zaczynałem zauważać, że chodzi o archetypy i ich przemożne działanie.

W całym tym zamieszaniu poczułem w pewnym momencie napływ niebywałej paniki. Nagle wewnątrz mojej psychiki pojawił się koncept, iż świat ten zmierza ku końcowi. Pojawiły się znane z sytuacji granicznych odczucia: lęk, panika i złość. Wszedłem w to doświadczenie albo raczej nieświadomie zostałem porwany. Dopiero po jakimś czasie uzyskałem spokój i trzeźwe spojrzenie, z jednoczesnym wchodzeniem i obserwacją tego, co się dzieje we mnie i w zbiorowości. Z perspektywy psychologi głębi nieświadomość zbiorowa posiada dużą siłę, by wciągnąć ego człowieka w dane znaczenie, które często okraszone jest działaniem instynktownym. Dla przykładu impulsywne zakochanie czy marsz w pochodzie politycznym mają znamiona pochwycenia archetypowego. Może się zdarzyć, że choć nie sprawdziłeś do końca programu politycznego danej partii (nawet świadomie możesz się z nim nie zgadzać) czy nie dowiedziałeś się o obiekcie swojego zakochania nic więcej, prócz podążania za pociągiem ku niej - to z jakichś powodów robisz to, co robisz. Siła nieświadomości jest ogromna. Epoka rozwiniętej techniki, medycyny i nauki zastąpiła już jakiś czas temu świat religijnego zbawienia czy siłę mitów, symboli i popędowych energii.  Tylko pozornie. Nieświadomość przemawia i wpływa na nas. Ona żyje nas. Im mniej uznajemy jej obecność, tym bardziej zostajemy opanowani przez jej działanie. W szkole nie uczymy się o nieświadomości, o irracjonalnych popędach czy o wszystkim, co w nas samych nieustannie "gada swoje" i "robi swoje", a my udajemy, że tego nie ma.

Sytuacja wokół covid-19 jest wzorcowym działaniem psychiki zbiorowej. Całe narody zostały porwane przez lęk i panikę. Politycy i część nauki została zainfekowana treścią praobrazów epidemii. Nie oceniam tego moralnie w tym miejscu. Tak po prostu jest. To fakt.  Ludzkość nieraz zmagała się już z zarazami, z chorobami, z kataklizmami. Nasi przodkowie wypracowali całe mnóstwo zachowań, oddziaływań i postaw wobec zagrożeń. Zarazy nie należą jedynie do zamierzchła przeszłości. Myśli, emocje, reakcje wszystko to w pewnym stopniu "dziedziczymy" od przodków. Wszystko to odzywa się dziś, a my sami możemy nie poznawać własnych postaw, odczuć i reakcji - "jak mogliśmy tak panikować? jak mogłem kupić tyle papieru?" To nie nasza codzienna ego-świadomość reaguje na wydarzenie pandemii, a przynajmniej nie w takiej mierze jak sądziliśmy. Nieświadomość, która nie ma choć małego światełka ludzkiej świadomości działa w szaleńczym tempie.

Z powstałej epidemii można wyciągnąć jeszcze inne wnioski. Mimo rozwoju nauki i techniki ludzkość może dziś na nowo odkryć, że kruchość egzystencji człowieka i tej planety nie jest jedynie teorią. Pamiętam ten moment, gdy po moich plecach przebiegł dreszcz na wieść wiadomości o dziesiątkach zmarłych. Zgodnie z psychologią procesu wszedłem w ten symptom, by sprawdzić jakie znaczenie ze sobą niesie. Im dłużej przebywałem z tym dreszczem, tym bardziej zauważałem, że jest to kruchość, na której stoi ten świat. Przyjęcie tej kruchości pozwala na zwiększenie pola akceptacji i spokoju. Ten świat nie jest ostateczny - to jedno z mądrych wiadomości, które śle nam nieświadoma psyche.

Archetypowe obrazy i odczucia są matrycą tego, w jaki sposób nasi przodkowie radzili sobie z zarazami. Pierwsze prawo biologiczne prowadzi nas w kierunku przetrwania za wszelką cenę. Dostaliśmy to w spadku po zwierzętach. Duża część świata podąża dziś wyłącznie za owym popędem obrony przed śmiercią. Choć teorie naukowe i interpretacje statystyk mówią o wielkim niebezpieczeństwie, na ten moment liczby nie wskazują na to, iż ludzkość miałaby być zagrożona w sposób absolutny. Oczywiście musimy chronić innych i szukać sposobów radzenia sobie z kryzysem, jednak aktualny program masowej kwarantanny nie wydaje mi się być słusznym (nie będę kontynuował tego wątku, bowiem zajmuję się tu bardziej nieświadomym aspektom całego wydarzenia niż krytyką masowej kwarantanny). Pandemia paniki wrzuca ludzi w bieganie do lekarzy i do wyjazdów do szpitali, nawet z niewielkimi przeziębieniami, albo do postawy przeciwnej - unikania lekarzy za wszelką cenę. Snuję tu przypuszczenie, iż na poziomie racjonalnym całe zamieszanie z masowymi kwarantannami jest przesadzone i oparte o prawdopodobieństwa, które wyliczane są w archetypowej panice.

Dzięki temu, co się teraz dzieje, możemy również sporo dowiedzieć się o cieniu zbiorowym, który często powstaje w sytuacjach zagrożenia. W pierwszych dniach ogłoszenia pandemii wszystkie głosy, które kwestionowały zasadność masowej kwarantanny były uciszane i atakowane. Sam usłyszałem na swój temat, iż chcę po prostu być zauważonym, że jestem kanapowym specjalistą i że powinienem przestać chrzanić, bo nie jest to czas na filozofowanie, tylko na działanie. Ostatnia wypowiedź dokładnie pokazuje jak działa archetypowa zaraza - gna do instynktowego działania, które w wypadku większości krajów oznaczało zamknięcie w domach. Myślenie, które jest refleksją nad tym, co się dzieje, jest w gruncie rzeczy niebywale ważne. Uspokaja, pokazuje alternatywy i możliwości w działaniu, hamuje popęd przed natychmiastowym, totalnym i irracjonalnym działaniem. Nie chodzi tu o to, kto ma rację, a raczej o bycie w kontakcie z wszystkimi głosami, które zjawiają się w przestrzeni społecznej i wewnątrzpsychicznej. Inaczej mówiąc; im nasz kontakt z nieświadomością jest bardziej świadomy, zaangażowany i pełen zrozumienia, tym mniej nami miota i rzuca. Stajemy się w ten sposób indywiduum i pełnią życia psychicznego. Nie rządzi już nami ślepy los czy fatum. Stajemy się świadomi i mamy dostęp do mądrości. Jak to powiedział Jung: „dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem."


Na przykładzie Polski, w której zabroniono wchodzić ludziom do lasu, dało się zauważyć, iż reakcja rządzących nie ma za wiele wspólnego z racjonalną, przemyślaną decyzją. Las jest miejscem zdrowia, ale archetypowa panika widzi wirusy wszędzie. Stacje telewizyjne na swoich banerach pokazywały latającego wirusa, który staje się jakby ikoną medialną i wzmacnia stres. Wiele poglądów polityków i naukowców zmieniało się w krótkim czasie. Maseczki w jednym momencie miały nam bardziej szkodzić niż pomagać, dwa tygodnie później stały się obowiązkiem. Co ciekawe pojawiło się wiele głosów ze świata nauki kwestionujących działania rządów i głównego prądu naukowego. Epidemiolodzy, lekarze, naukowcy mówili, iż strategia masowej kwarantanny nie jest dobrym rozwiązaniem. Część z nich została zagłuszana. Oczerniano ich, niektórym znikały konta internetowe czy społecznościowe. W taki sposób tworzy się kolektywny cień.

Ostatnio obejrzałem po raz drugi film "Istota serca" o C.G. Jungu. Dotknęła mnie tam zwłaszcza jedna wypowiedź tego znakomitego analityka, która dobrze oddaje o co toczy się gra:

"Współczesny świat wisi na włosku. Tym włoskiem jest psychika człowieka. Współcześnie nie zagrażają nam klęski żywiołowe. W naturze nie ma czegoś takiego jak bomba wodorowa - to wszystko jest dziełem człowieka. Jesteśmy wielkim zagrożeniem. Psychika jest wielkim zagrożeniem. Co, jeśli pójdzie coś nie tak z psychiką? Widzieliśmy już jaką siłą jest psychika. Jakże ważne jest coś o niej wiedzieć. Ale nie wiemy o niej nic. Nikt nie docenia już idei, według której procesy psychiczne zwykłego człowieka mają jakieś znaczenie. Ludzie myślą:' Och, on w swojej głowie ma tylko to, co pochodzi z jego otoczenia.' Został nauczony określonych rzeczy i wierzy w określone rzeczy. A w szczególności, jeśli jest dobrze wychowany i wykarmiony - nie ma żadnych idei. To wielki błąd, ponieważ człowiek nie jest tym, kim się rodzi. Nie rodzi się jako niezapisana tablica, ale jako rzeczywistość" (C.G. Jung)

Statystyki, rozum, nauka, wykresy, granty naukowe, pragnienie bycia ważnym, lęk, panika, duma intelektualna, słupki wyborcze, a przede wszystkim dumne i wystraszone ego, są bazą dla działań w obliczu obecnego kryzysu. Psychika człowieka jest w moim przekonaniu włoskiem całej sprawy. Mądrość nie płynie jedynie z dedukcyjno-indukcyjnych matematycznych modeli zarządzania kryzysem. Mądrość nie opiera się na szczepionkach i aparaturze medycznej, choć wszystko to wzmacnia komfort życia na tej ziemi. Mądrość nie jest opinią większości, jeśli ona mija się z prawdą. Mądrość to przede wszystkim bycie w kontakcie z tym, co wewnętrzne, z całym znaczeniem i siłami nieświadomości, które pragną być poznane. Nieświadomość nie musi być rozumiana jako wróg czy intruz, ale jako przyjaciel, wspierający nasz świat i będący równoprawnym obywatelem naszej psyche. Byleby dać tej mądrości trochę więcej miejsca...

niedziela, 24 listopada 2019

Utulone, czyli opowieść o mocy przyjęcia

Warsztaty profilaktyczne w jednej ze szkół gdzieś w Polsce. Klasa siódma. Uczniowie dobrze się znają, spędzają czas ze sobą. Można wyczuć atmosferę przyjaźni. Chętnie biorą udział w rozmowie i w odgrywaniu scenek. Mają dryg aktorski i są otwarci, by rozmawiać o uczuciach, o relacjach, o radzeniu sobie z sytuacjami trudnymi w życiu.

Pod koniec zajęć uczniowie mówią do siebie komplementy. Każda osoba słyszy o sobie pozytywne rzeczy bez udawania i bez naciągania. Chłopcy i dziewczyny mają na swoich twarzach uśmiechy czy łzy wzruszenia. Wyczuwa się atmosferę prostej, niesztucznej radości. W pewnym momencie chłopiec, który ma trudności w zachowaniu, którego tata był jakiś w więzieniu, a teraz tęskni za nim, bo jest za granicą, siada na krześle dobrego słowa. Uczniowie mówią miłe rzeczy na jego temat, a on zaczyna płakać. Pół klasy wstaje żeby go przytulić. Naturalnie, bez jakiejkolwiek instrukcji czy zachęty z mojej strony. Dobroć kolegów i koleżanek rozbraja go do końca. Łzy płyną strumieniami. Kilka osób zaczyna ze wzruszenia płakać, a ja płaczę razem z nimi.

Przytulili coś co niesamowicie potrzebuje miłości, akceptacji i wsparcia. Poczułem jakbyśmy razem przytulili-przyjęli zranioną część świata. Po warsztatach chłopak podchodzi do mnie. Przytulam go, a on mówi: bardzo pana polubiłem. Wracam do domu i zastanawiam się jak potężna moc przepłynęła przez grupę.

Przytulanie odrzuconych części w człowieku, w grupie, w świecie nie oznacza zawsze cudownych przeżyć, choć bez wątpienia często  mogą się pojawić. Przytulanie jest przyjęciem. Tam gdzie jest przyjęcie, tam jest integracja. Każdy kto pracował nad własnym wnętrzem wie, że im więcej przyjmie tego, czego nie lubi, nie akceptuje; tego, co odrzuca czy wypiera, tym bardziej odczuje siebie jako pełnego, przeżytego i będącego na swoim miejscu. Bardzo zwyczajnie zaczyna się wtedy żyć bez oczekiwań, bez wielkich presji czy bez blichtru kłamstw.

Czasem zdarzają się warsztaty jak te, o których piszę w tym tekście. Młodzi byli gotowi wejść głęboko i zabrali mnie tam ze sobą. Piękne i wzruszające. Wracam z radością i z wdzięcznością. Wiem, że to co zdarzyło się w tej grupie oddziałuje na wszystko. Jedno przytulenie tych części w nas, które potępiliśmy, wzmacnia wszystkie procesy przebaczenia w świecie. Nie jesteśmy wyizolowanym jednostkami. Oddzielenie jest iluzyjną percepcją. Wszystko, co robię oddziałuje na Całość.

Idę swobodnie. Oddycham głęboko. Zimny wiatr wieje intensywnie. Ostatnia łza wypływa z mych oczu. Radość. Spokój. Chcę tulić wszystkie części odrzucone w sobie, w grupach, w świecie. Odnawiam intencję niesienia pokoju i radości, a następnie idę wzmocnić głodne ciało pyszną strawą. Wiatr wieje. Szare niebo pachnie spokojem i ciszą umiłowania.

czwartek, 11 lipca 2019

Heretyk, płonący stos i wolność bycia tym, kim się jest!

To był czas, w którym pojawiło się kwestionowanie. Bardzo silne. Człowiek, którym byłem prowadził intensywne życie duchowe i religijne w zakonie. Modlitwa, służba innym, studiowanie teologii, filozofii, samego siebie, medytacja, praca wewnętrzna... Wszystko to stanowiło trzon tego, co nazywałem wiarą. Budowane solidnie. Krok po kroku. Najpierw w odcięciu od świata w ciszy kaplicy, lasu, pokoju. Potem w samym świecie, wśród wielu ludzi. Słyszałem przekazy wiary, poznawałem wtajemniczenie w sakramenty, w rozumienie Boga i świata. Uczyłem się wizji chrześcijańskiej do samych kości. Rozwijałem się. Wszystko niosło ogrom piękna i dobra, przemieniało od środka, transformowało osobowość i pozwalało odkryć sens życia, jednocześnie zaś przeczuwałem, że jest w tym coś jeszcze... I przyszedł czas. Dojrzało.

Kwestionowanie. Ostry kryzys związał mnie jeszcze bardziej z rzeczywistością, którą w religiach nazywano Bogiem. Ciemność przybliża do Niewidzialnego. Zresztą ludzie, którzy sporo w życiu przeżyli mogą albo skostnieć, zamieszkać w depresji, pogrążyć się w  upadku, kąpać się w beznadziei albo wyjść z tego odmienieni Światłem Prawdy.

Kwestionowanie. Wątpienie. Doszedłem do punktu, gdy musiałem opuścić katolicki świat, bowiem przestał odpowiadać na ważne pytania, a nawet więcej - stawiał pytania tak nieadekwatne i dziwne, że trudno było się w tym odnaleźć. Dwa lata próbowałem odbudować wewnętrzną, chrześcijańską budowlę. Bezskutecznie. Wielu światłych ojców i matek duchowych próbowało mi pomóc. Jednak żadne próby korekty we mnie czy wskazówki odnośnie tego, co powinienem zrobić, nie pomagały. Jedynie jeden ojciec jezuita otarł się o sedno subiektywnej, wewnętrznej prawdy, która budziła się we mnie: odkryłeś wolność, to dobrze. No tak. Przełożeni chcieli, żebym z tą wolnością wrócił na dawne tory. Jednak coś wewnątrz nie potrafiło się na to zgodzić. Odpuściłem. Stąd pojawiła się droga samotna. Hairesis.

Miałem wrażenie jakby ogień płonął we mnie. Gdy pojawiałem się wśród ortodoksyjnych chrześcijan (strzegących swoich przekonań jak warownej twierdzy) widziałem jak bardzo nie lubią tego, co się ze mną dzieje. Jednego razu zrozumiałem, że ów ogień jest żarem stosów płonących w dawnych czasach. Tam, gdzie w ramach systemu religijnego zjawiał się ktoś, kto był inny, wierzył inaczej, miał inne poglądy, inne doświadczenie, tam musiał liczyć się z wykluczeniem. W pewnych czasach wykluczenie dotyczyło wygnania, torturowania, spalenia czy po prostu zszargania dobrego imienia tego-kogoś-innego. Wraz z rozwojem demokracji i dobrodziejstwem modernizmu (moralność, sztuka, religia zostały rozdzielone, co przyniosło wolność jednostce) taki układ przestał być powszechny. Jednak wśród dużych religii ciągle istnieje schemat myślenia my-oni, który zresztą jest naturalnym dorobkiem ewolucji stadnej homo sapiens. Wyobraźmy sobie, że jeszcze nie tak dawno - kilka tysięcy lat temu - do przetrwania konieczne było, by trzymać się grupy, jej przekonań i  jej zwyczajów. Wygnanie oznaczało niechybną śmierć. Dziś wygnanie z danej grupy nie oznacza bezpośredniej śmierci biologicznej. Jednak zdecydowanie może dotknąć śmiercią psychiczną. Wystarczy popatrzeć na dzieci odrzucane przez własne rodziny, jak zniszczone jest doświadczenie self i jak sporo czasu, energii i mądrości potrzeba, by odnalazły dom we własnej psyche.

Dziś kocham i podziwiam Lutra, Kalwina, Giordano Bruno, katarów, gnostyków itd. Oni wszyscy niosą mi pociechę wolności. Mówią o tym, że pluralizm może być wartością i INNY nie jest gorszy. Augustyn z Lutrem połączeni węzłem małżeńskim. Ortodoksja nie może istnieć bez herezji, i odwrotnie. Dobra religia ma dobre herezje. Religia zaś, która daje przestrzeń na doświadczenia subtelne i transpersonalne to taka, która potrafi wytrzymać napięcie na linii ortodoksja-herezja. Weźmy dla przykładu religię judaizmu ze Starego Testamentu. Kapłani kontra prorocy, a dojrzalej - kapłani i prorocy we wspólnej drodze. Kapłaństwo utrzymywało tradycję, stabilność, porządek społeczny, zaś prorocy nieśli doświadczenie żywej zmiany i autentyczności. Jedno nie istnieje bez drugiego. Jak 'długość' istnieje tylko dlatego, że egzystuje też 'krótkość', tak: ortodoksja istnieje, bo jest możliwa herezja.

Heretyk. Otrzymałem taką łatkę. I niedługo trwało nim odczułem, co znaczy dla głównego nurtu, iż ktoś nim jest. Jeśli miałem odwagę, żeby iść taką drogą to musiałem się liczyć z tym, iż stracę powszechnie dobre imię, akceptację i miłość u wielu ludzi. Tak było. Jaka to była ulga! Okazało się bowiem, że wielu ludzi religijnych nie kochało mnie takim, jakim jestem. Oni kochali rolę społeczną, którą nosiłem na sobie. Kochali personę. W religii, która nie lubi żywego doświadczenia i inności, pozory są bardzo istotne. Strój kapłana to on. Jego modlitwy na oczach ludu to on. Jego słowa pobożne w świątyni to on. Odkryłem, że dla wielu ludzi byłem ważny jako przedstawiciel religii, w którą wierzyli. Oczywiście nie dla wszystkich. Jednak niebywałe jest jak współcześni wierzący ciągle potrzebują projekcyjnych wzorców w zakonnikach, w kapłanach, w "wyjątkowych postaciach". W sumie rzecz jest naturalna, jednak zaskoczyło mnie to mocno. Jung kiedyś miał powiedzieć: "Psychologicznie rzecz biorąc, ludzkość w gruncie rzeczy znajduje się jeszcze ciągle w okresie dzieciństwa. Ogromna większość ludzi potrzebuje autorytetu, przywództwa i prawa." (C.G. Jung Archetypy i symbole).

Heretyk. Greckie słowo hairesis oznacza wybór. Wybrałem. Z wyborem wiąże się wolna wola, czyli możliwość decydowania, a to samo w sobie jest już pewną formą wolnością. Bycie wolnym to przepiękny ideał i stan ducha. Możliwe, że w tym kontekście bycie tzw. heretykiem to motor napędowy do zmian dla religii. Heretycy wszystkich wieków mieli niebywałą siłę, by iść za własnym doświadczeniem. Uczą mnie wolności. Dlatego tak bardzo ciągnęło mnie np. do Lutra i jego mądrego podążania za innością i pragnieniem, by odmienić świat. Odwaga i wolność.

Na studiach z teologii przyciągnął mnie temat dogmatu katolickiego o piekle. Zbadałem go wnikliwie, również w ramach pracy magisterskiej. Oczywiście w wymiarze egzystencjalnym (motyw cierpienia) czy etycznym (możliwość wyboru zła) ten religijny pogląd ma swoje znaczenie i dużą wartość. Odkryłem jednak coś jeszcze. W wyniku wnikliwego badania siebie, ludzi, którym towarzyszyłem i tradycji chrześcijańskich zauważyłem niebywały lęk, który kryje się za tą ideą. Piekło jako kara to bardzo mocne karzące superego religijne, które nieświadomie zabrania cieszyć się życiem, seksem, przyjemnością, wolnomyślicielstwem, swobodnym badaniem świata itd. Gdy supeł tej idei zawiązany w mojej psyche w młodości, rozwiązał się w czasie studiów - otworzyłem się na świat, na nowe idee, na inności i na nowe doświadczenia. Od tego czasu obawiano się w ramach chrześcijaństwa tej inności, choć jednocześnie czułem szacunek i proszono mnie, by wybrał czy zostaję w ramach zastanego systemu czy odchodzę. Usłyszałem któregoś dnia, gdy zastanawiano się czy powinienem został kapłanem katolickim: "jak chcesz być sługą jedności z tym wszystkim, co czytasz i co mówisz?". Hmm... Kilka lat temu napisałem w ciszy swojego pokoju taki tekst:


"Bezpieczeństwo kontra wolność.

Mam wierzyć w co mi każą. Mam. I koniec. Nie jestem sługą jedności, gdy kwestionuję w co ludzie wierzą. Mam siedzieć cicho. Patrzeć jak ludzie się męczą ze swoimi religijnymi, dogmatycznymi pomysłami. Przedziwne. Nauczani nieszczęścia. Ślepo, na pamięć. Wiedzą, co robić. Cierpią, ale idą w to, bo przedstawiono im sens tego wszystkiego.
Badam sprawę jak mogę wnikliwie. Rozpadają się we mnie wszystkie struktury myślowe, zbitki toż-samości. Ból to niewyobrażalny. Tracę grunt pod wszystkim. I co się okazuje? Nie zginąłem. Nie przepadłem w nicości. Wręcz przeciwnie. Jestem tak wolny, współczujący i samotny. Nic mnie nie definiuje. Jestem, w którym nie ma żadnego ja. Wszechświat nie kręci się wokół mnie. Nie jestem słońcem wokół, którego fruwają planety.

Mam wierzyć w co mi każą. Odkrywam bezkres i wolność od definicji, którą jestem najpierwotniej. Ale mam siedzieć cicho. Pojawiam się, a ludzie czują zagrożenie. Diabeł się zjawia przed ich oczyma.

Kwestionuję. Świątynia, kult, kapłani, pieniądze. Masz za to pełną miskę jedzenia. Słyszę w odpowiedzi. I dociera do mnie głębiej: nie prawda się tu liczy, a organizacja, porządek, stabilność.

Wykład. Mowa o Jezusie. Wątpliwości jakiegoś rabina. Wykładowca. Jeśli ma się dach nad głową i miskę pełną jedzenia nie tak łatwo szukać prawdy. Po raz kolejny uderza.

Niebezpieczne to  całe kwestionowanie jak cholera. Inaczej nie umiem. Wolności niezmierzona!"


Heretyk dojrzewał aż dorósł. I musiał iść inną drogą. Bezpieczeństwo, które gwarantowała mi instytucja religijna zastąpiłem Życiem i jej tysiącem smaków. Mogłem wybierać, stałem się wolny. Dziś nie jestem wrogiem religii. Wręcz przeciwnie. Uważam, że dla wielu ludzi może być wspaniałą drogą do rozwoju, do przebudzenia, do prawdziwego życia. Jednak religia bardzo opornie reaguje na procesy zmian, a jeśli chce stać się dla współczesnego człowieka motorem rozwoju, musi poddać się przemianom.

Chciałbym oddać głos Wojtkowi. Jego doświadczenie pokazuje jak marnie wygląda religia w polskim społeczeństwie:

"Jestem heretykiem, to cena za szczerość i otwartość przed Bogiem w sakramencie pokuty i pojednania. Spowiedź generalna przed ślubem miała być wartościowym doświadczeniem miłosierdzia bożego, miałem się oczyścić i zacząć nowy etap w drodze przez życie z Bogiem. Mimo trapiących mnie od dłuższego czasu wątpliwości pragnąłem podejść do sprawy tak uczciwie jak tylko się da. Spowiednikowi zwierzyłem się z moich wątpliwości, co do wiary w świętość Kościoła (warunek wiary), nie podzielam bałwochwalczego kultu Maryi (mimo że jest dla mnie wyjątkową i świętą kobietą). Przestałem traktować Biblię jako jedynie słuszną świętą księgę, która ma mi wskazywać dokładnie co mam robić w życiu. Liczyłem na wyrozumiałość, pokrzepienie, umocnienie i wyjaśnienie niektórych kwestii. Niestety w zamian za moją szczerość otrzymałem burę od księdza. I ostrzeżenie, co prawda nie wprost, że jeśli się nie nawrócę, nie zmienię myślenia to zbawienie mnie ominie. Myśleć nie powinienem w ogóle lecz ślepo wierzyć w dogmaty inaczej zostanę poza Kościołem. Po prostu się zamknąć, nie zadawać pytań, nie wątpić, zapomnieć o tym co boli i żyć jakby nic się nie stało. Ale niestety stało się i to boli (ale to na inną rozmowę). To jednak nie było wcale ważne. W ogóle nie było ważne to z czym przyszedłem do kratek konfesjonału, jedyną słuszną rację oraz głos miał duchowny. 
Kapłan jedynej słusznej religii oczywiście udzielił rozgrzeszenia, jednak znanej mi radości i wolności, pokoju nie zaznałem. Od kratek odszedłem przybity, zdruzgotany i smutny. Zamiast uzyskać odpowiedzi zrodziło się jeszcze więcej pytań. No bo jak to w końcu jest? Możesz wyzywać, bić i gwałcić żonę, kraść, kombinować, kłamać ale jak wierzysz w dogmaty to jest wszystko w porządku? A jak szanujesz małżonkę, starasz się być dobrym człowiekiem, jesteś uczciwy, wrażliwy, wyrozumiały ale jeśli nie wierzysz w dogmaty to bój się Boga. 
Po spowiedzi mimo tego że prawo pozwalało to nie potrafiłem przystąpić do Eucharystii. Po prostu nie potrafiłem, nie miałem siły... 
Przygotowania do ślubu katolickiego też mogę podsumować jako spłycenie wszystkiego do kwestii seksu i rozmnażania się. Szacunek do kobiet, miłość, wrażliwość, dialog, komunikacja, partnerstwo, teologiczne znaczenie małżeństwa zostało ograniczone do minimum... No bo przecież to nie istotne, najważniejsze jest to aby mężczyzna miał wytrysk w drogach rodnych kobiety. No i wierzył w dogmaty.
Oczywiście seks też został ograniczony tylko do reprodukcji, a budowanie więzi, bliskości pominięte. A radość ze zbliżenia, seksualności?  Nie godna wspomnienia... 
Gdyby nie te nauki to oczywiście nie widziałbym że mam ukochanej osoby nie zdradzać, nie ranić, nie przekazywać życia... Otóż nie drodzy kapłani. To nie wynika z wiary, czy z nakazu Kościoła ale z faktu że po prostu jestem człowiekiem.
No i ostatni fakt, który coraz bardziej oddała mnie od Kościoła Katolickiego. Drugi chrzest to ekskomunika a pedofilia księży to propaganda lewicy. Ksiądz który szuka Boga jest wyrzucony i pozbawiony środków do życia, a ten który niszczy życie najmniejszych może liczyć na bezproblemowe życie, tylko miejsce zamieszkania musi zmienić." (podkreślenia R.W)


Rozwojowa linia religii napotyka w Polsce na opór przed zmianą. Kończy się społeczne władanie kościoła nad duszami ludzkimi. Traumy narodowe odzywają się co chwila. Jednak kościół nie umie z łagodnością, z mądrością i z miłosierdziem pochylać się nad sprawami w wolnej Polsce, będąc dobrym terapeutą czy duchowym przewodnikiem w sytuacji budzenia się demonów z przeszłości. Raczej zabrania, karci, wydaje teksty potępiające, osądza, gania... Brakuje duchowych przywódców na nowe czasy, gdy nie ma już okupanta i wroga na zewnątrz. I okazuje się teraz, że wrogowie są, ale wewnątrz religii. Ukrywanie pedofilii, kolesiostwo, pieniądze, zadarte nosy... Z nadzieją przyglądam się temu, co się dzieje. Oby ortodoksja otworzyła się na herezję, i odwrotnie. Małżeństwo tych dwojga rozpędzi motor zmian i wprowadzi energię w transformacje, które zajść muszą, by zinstytucjonalizowana religia mogła ostać się w społeczeństwie. A jest ona według mnie ciągle ważną częścią życia społecznego...

środa, 26 czerwca 2019

Praca z grupami, hobbitowe wezwanie i ogień, który może przemienić świat

W ostatnim roku życie postawiło mnie oko w oko z grupami. Znalazłem pracę i stałem się trenerem zajęć profilaktycznych dla dzieci i młodzieży w szkołach. Jednocześnie czułem się wypychany w kierunku zaangażowania i refleksji w obszarze społecznym. To nowa część mnie, bowiem przez ostatnich kilka lat byłem bardziej zaangażowany w życie wewnętrzne, w pracę nad sobą, w medytację. Pływałem we własnym wnętrzu i rzadko z dużym zaangażowaniem wchodziłem w kryzysy czy konflikty społeczne. Nie interesowało mnie zbytnio, by zajmować się światem i tym, co się w nim dzieje. Impuls w postaci wewnętrznego odczucia i splot dziwnie ze sobą powiązanych sytuacji (Jung takie powiązanie zdarzeń bez ciągu przyczynowo-skutkowego nazywa synchronicznością) spowodował, że otworzyłem się na grupy i procesy społeczne, pragnąc świadomie pracować z nimi i wspierać dobre zmiany.

I tak w przeciągu roku miałem okazję: widzieć dziesiątki czy setki grup dzieci i młodzieży, prowadzić projekt teatralno-rozwojowy dla osób z trudnościami psychicznymi (grupa spychana społecznie na margines) czy rozmawiać z przeróżnymi osobami na temat współczesnej sytuacji społecznej. Miałem również okazję widzieć jak może przebiegać trudny kryzys rozwojowy w pewnej grupie, a także współodczuwałem, bacznie obserwowałem zmiany i trudności zachodzące w zbiorowości polskiej. W międzyczasie czytywałem trochę i reflektowałem nad sytuacją Polaków (trauma narodowa, sytuacja polityczna, marsze, pedofilia w Kościele itd.) czy rozmyślałem nad trudnościami w obszarze integracji europejskiej. Zgłębiałem idę pracy ze światem A. Mindella i psychologię kultury W.Z. Dudka. Potrzebowałem zgłębić intelektualnie i emocjonalnie ideę psychiki zbiorowej (wg C.G. Junga) przez wykłady, czytanie i wyczuwanie pola grupy na warsztatach w szkołach czy na warszawskiej patelni (swoisty tygiel procesów zbiorowych w Polsce). Oglądałem filmy i baśnie z wrażliwością, co mówią one z głębi psychiki zbiorowej o współczesnym człowieku. Musiałem również wewnętrznie odnieść się do religii moich ojców i w sposób pogłębiony odnaleźć swoje miejsce w rodzinie, w której przyszło mi żyć. Wszystko to działo się jakby niechcący. Moje świadome ja chciało raczej wieść żywot domowego kota, który szczęśliwy jest samym swoim istnieniem, pyszną strawą i nie martwi się o to, co na zewnątrz. Jednak rzeczywistość stawiała mnie w nieco innej sytuacji. Kot musiał opuszczać, co jakiś czas dom i stawać się Kotem w Butach, by przemierzać ten świat, ucząc się go i współodczuwając z nim we wszystkim, co się dzieje. To wszystko złożyło się na narodziny nowego aspektu mojej osobowości. Zdaje się, że poród jeszcze trwa...

Nauczyłem się kilku rzeczy w tym czasie, którymi chcę się podzielić. Przede wszystkim dotknąłem po raz kolejny jak wielką siłę ma grupa. Ilość nieświadomych procesów dziejących się w społecznościach to nie lada wyzwanie dla zwykłego, hobbitowego introwertyka z jakim dotąd się utożsamiałem. Pykanie fajki, ukochana kobieta, pyszna strawa, dobra lektura, gra komputerowa... Oto menu codzienności tego osobnika. Opowieść o Bilbo Baginsie w tej materii jest mi niezwykle bliska. Oto hobbit z Shire zostaje wezwany do trudnej i niebezpiecznej wyprawy, w której będzie musiał zmierzyć się ze smokiem i z masą niebezpieczeństw. Musi opuścić przyjemny domek i wygodną codzienność, by oddać się wezwaniu. 

Praca z dziećmi, z młodzieżą, z grupami w formie procesu grupowego czy zajęć otwartych to prawdziwa wyprawa w nieznanie (nieraz smok potrafi dać ostro w kość). Grupa może nieść w sobie wiele złości, oburzenia, chaosu, trudności rozwojowych itd. Wiedzą o tym dobrze pedagodzy, psycholodzy, działacze społeczni wchodzący autentycznie i asertywnie w trudne sytuacje grupowe. Spotkałem wielu takich bohaterów. Nauczyciele, pedagodzy, ludzie walczący o dobro, o sprawiedliwość w swoich firmach i organizacjach. Bilbo spotkał smoka, ja zaś spotykałem rozhulane, dynamiczne i nieświadome procesy grupowe. Czasem czułem się jak Bilbo w konfrontacji z potężnym smokiem. Praca z grupą przypomina siedzenie w tyglu, którym ciągle coś skwierczy, syczy czy żarzy się. Ogień ten jest dla rozwoju, jednak nieumiejętne korzystanie z jego mocy może spowodować spalenie. Oddajmy na chwilę głos A. Mindellowi:

"Ogień, który trawi ludzkość w jej społecznym, psychologicznym i duchowym aspekcie, może zniszczyć świat. Ale może też przemienić problemy w poczucie wspólnoty. To zależy od nas. Możemy unikać sporów, ale możemy również bez lęku "siedzieć w ogniu", działać, zapobiegać powtarzaniu się najboleśniejszych pomyłek historii." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu : Wykorzystanie konfliktów i różnic między ludźmi dla transformacji dużych grup")

Społeczności mają swoje własne cienie, własne smoki. Osoba, która chce pracować i wspomagać grupy musi nauczyć się wielu rzeczy, by radzić sobie z całą złożonością praca z konfliktami i z rozwojem. Oto krótka lista rzeczy, których nauczyłem się i ciągle się uczę w pracy z grupami:

1. Grupa jest jakby jednym organizmem psychicznym. Spotykam pojedyncze osoby i jednocześnie wchodzę w relację z "osobowością grupy". Poznanie smaku, zapachu, temperamentu, charakteru grupy jest niezwykle ważne.

2. Konflikty są częścią życia grup i społeczności. Na tym etapie ewolucji ludzkiej świadomości musimy nauczyć się "konfliktowania" i otwartej komunikacji.

3. Złość, gniew, rozgoryczenie, smutek mogą stać się atutem i wspomaganiem dla rozwoju grup. Nie da się od nich uciec. Im bardziej się je wypiera, tym więcej neurotycznego cierpienia się pojawia. Na poziomie społecznym: im mniej przyzwolenia na inność, na głos mniejszości, tym większe ryzyko rozruchów, ostrych manifestacji i protestów (patrz: nauczyciele w Polsce)

4. Istnieją hierarchie i siły związane z władzą w grupach. Moim zadaniem jest objąć uwagą to, co nienazwane, wypychane i niekochane. Np. w obrębie współczesnych grup osoby wyciszone, niechętne do ekspresji, zabawy, kariery, zarabiania pieniędzy czy osoby nieheteronormatywne, osoby niepełnosprawne, osoby religijne są spychane na margines społeczny. Powoduje to cierpienie. Sam doświadczyłem w swoim życiu, co znaczy siła głównego nurtu, gdy własne doświadczenie wewnętrzne kwestionowało główny system religijny. 
Trzeba objąć uwagą mniejszość, bowiem nieświadoma większość używa siły wobec innych, jeśli nie ma samoświadomości w zakresie własnej przewagi materialnej, psychicznej czy duchowej.

5. Poszczególne osoby mają różne rangi w grupach. Ranga wg. Psychologii Procesu to zespół zasobów, które posiada jednostka czy grupa. Szef w pracy, biskup w Polsce (do emisji filmu Sekielskiego), biały heteroseksualny mężczyzna na Zachodzie to przykładowe jednostki z wysoką rangą. Uświadamianie pozycji w grupach i oświetlanie atmosfery emocjonalnej związanej z nierównością to ważne zadanie w pracy z grupą.

6. Siła grup i nieświadomych procesów może zniszczyć świat, ale może również zmienić i transformować społeczeństwo.

Na koniec chciałbym zaproponować fragment książki "Siedząc w ogniu", który pokazuje jak piękna i głęboka może być praca w obrębie grup. Fragment opowiada historię autora, który doświadczył ostrej krytyki i otworzył się na to doświadczenie:


"Ale ja byłem nieszczęśliwy. Poszedłem do domu zraniony i przygnębiony. Usiadłem w fotelu, głowa zaczęła mi opadać. Wiele razy krytykowano mnie podobnie w grupach, ale teraz coś, czego nie potrafiłem zidentyfikować wywołało we mnie taki smutek, iż poprosiłem Amy, by mi pomogła w pracy z mymi uczuciami. Czy stłumiłem złość na tego mężczyznę, złość spowodowaną jego raniącymi opiniami na temat kobiet? Wiedziałem, że jego poglądy zdenerwowały mnie, ale było w tym coś jeszcze. Amy zaproponowała następującą pracę wewnętrzną.

PRACA WEWNĘTRZNA - ĆWICZENIE NA WYJAŚNIENIE NASTROJU

Amy powiedziała:
- Wyobraź sobie jakąś trudną sytuację. Jakąkolwiek sytuację, która wywołuje bolesne uczucia. Spróbuj zobaczyć siebie w tym stanie, ze wszystkimi szczegółami.
Zobaczyłem obraz siebie w scenie z dzisiejszego popołudnia, kiedy krytykował mnie ten mężczyzna.
- Teraz przyjrzyj się tej części swego ciała, która przyciąga twoją uwagę.
Okiem wyobraźni zobaczyłem siebie w depresji. Skupiłem się na mojej głowie, która zdawała się zwieszać bardzo nisko.
- Bądź cierpliwy. Postaraj się zauważyć coś nowego w tej części swego ciała, coś, czego nigdy
przedtem nie widziałeś. Może to zabrać minutę albo nawet dwie.

Ku memu zaskoczeniu, ujrzałem zwieszającą się nad moją głową gilotynę, jakiej używano kilka wieków temu w Europie do ścinania ludziom głów.
- Pozwól, by historia tego czegoś nowego rozwinęła się - powiedziała Amy.
Zastygłem w bezruchu. Niemal nie mogłem na to patrzeć. Zobaczyłem spadające ostrze gilotyny. W mojej wyobraźni zostałem pozbawiony głowy za to, że byłem aktywnym działaczem społecznym, pracującym na rzecz demokracji, a przeciwko monarchii. Ale co obcięło mi głowę? Nie król, tylko wielki duch. Pomyślałem, że ta historia robi się bardzo dziwna. Rozwijała się dalej. Zobaczyłem siebie odrodzonego w nowym ciele. W wyobraźni nie była to już Europa sprzed kilku wieków, lecz Rewolucja Amerykańska. Miałem nową osobowość. Znów byłem działaczem społecznym, tylko o wiele starszym. Jako ta starsza osoba, pracowałem nie tylko na rzecz uciśnionych, ale uważałem wszystkich, uciśnionych i uciskających, za swoje dzieci.
Nagle zrozumiałem swoje uczucia. Dzięki mężczyźnie, który krytykował mnie tego popołudnia, skontaktowałem się ze swoim niezadowoleniem z bycia jednostronnym. Jakaś moja najgłębsza część chciała obciąć mi głowę lub zmienić moje zdanie. Innymi słowy, byłem nieświadomie zły na samego siebie, że w sekrecie do tego stopnia staję po stronie problemów ludzi ciemiężonych, że nie mogę już współodczuwać z nikim innym. Ten problem istniał w moim życiu społecznie uciskanego. Teraz usilnie pracowałem nad swoim rozwojem, tak bym nie musiał już stawiać oporu ludziom reprezentującym główny nurt kultury. Chciałem widzieć wszystkich ludzi, włącznie z mężczyzną, który mnie zaatakował, jako moje dzieci.
Ten wgląd sprawił, że zacząłem szlochać z radości. Amy i ja objęliśmy się. Mój nastrój zmienił się natychmiast. W wyobraźni nie obciął mi głowy jakiś stary król, który mógłby reprezentować wewnętrzną dominację nade mną. To był duch, coś bardziej znaczącego, co chciało, bym się zmienił. Poruszyło mnie to, że mogę dalej się rozwijać. Ten popołudniowy, trudny proces grupowy przemienił się w niezwykłe doświadczenie, które czegoś mnie nauczyło. Nie mogłem się doczekać, by dokończyć naszą pracę z grupą.
Kiedy zaczęliśmy następnego ranka, byłem gotów na wszystko. Mężczyzna, który mnie skrytykował wstał, zanim otworzyłem usta i powiedział wszystkim, jak wspaniale się czuje i jak wiele się wczoraj nauczył. Zdumiało mnie to, rozpłakałem się z radości. Opowiedziałem grupie, czego też się nauczyłem." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu")