Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 września 2019

O drodze, w którą wyruszyła pewna mrówka.

Mrówka szła już kilka dni, by znaleźć miejsce dla swojego pragnienia znalezienia siebie. Zgubiła mrowisko, w którym żyła całe swoje mrówcze życie a z nim straciła wszystkie obowiązki i przywiązania, które wiązały ją z całym mrowiem. Koleżanki, przyjaciele, ciotki, pracodawcy... Wszystkich ich zostawiła. Zgubiłam czy zostawiłam? Już właściwie nie wiedziała, co pognało ją w świat. Jedno wiedziała: jej życie stadne skończyło się. I choć w mrowisku była częścią wielkiej rodziny i kawałkiem szczęściodajnej narracji o pracy na rzecz świata, to spełnienie, które odkrywała w samotnej drodze były jej najcudowniejszym skarbem. Czuła jakby stawała się sobą. Czy w mrowisku naprawdę nie mogłam znaleźć siebie?

Nie odeszła z mrowiu pełnego sensu stadnego, by komuś zrobić na złość. Odeszła, by znaleźć siebie. Tam nie mogła. Za ciasno jej było. Musiała bowiem ciągle dostosowywać się, dopasowywać, udawać.

Droga dawała jej poczucie spełnienia. Jednak owo poczucie bycia u siebie miało swoją cenę. Odtąd sama musiała zmagać się z ciężarem drogi, z brakiem zakorzenienia, z pustką po wielkiej narracji. Im dłużej wędrowała, tym mniej była podatna na sugestie, manipulacje czy przywiązania w stosunku do innych istot. Była piękna i wolna. W tym wszystkim niezwykle prosta. Inne istoty podziwiały jej przejrzystość, dobroć i zwyczajność. Już nie musiała od niczego uciekać, gdy zostawiła fałszywą część samej siebie.

Droga ciosała ją. Odpadały kolejne kawałki, które nie były nią. Jakże ciężka to praca! Czasem nawiedzały ją myśli czarnokształtne. Po co mi to było? W mrowisku przecież miałam wszystko. Jednak szybko zyskiwała świadomość. Nie ma powrotu. Muszę iść, by odkryć to, co wezwało mnie do drogi. I szła kolejne dni...




Indywiduacja, która jest drogą samopoznania, posiada w sobie element odejścia od tego, co nazywam stadnim przywiązaniem. Nie jest alienacją, ucieczką czy buntem. Tłum może tłumić jednostkę i jej niepowtarzalność. Zdaje się, że każda zdrowa jednostka, by rozwinąć w pełni swój potencjał musi odejść od tego, co zna i wie od swojej rodziny, plemienia, narodu. Wzrost świadomość w obrębie tego kim jestem, wiąże się z rozpoznaniem tego, co we mnie samym pochodzi ze stada, a co jest moją własną niepowtarzalnością. Paradoksalnie: odejście jest jednocześnie zakorzenieniem psychicznym. Człowiek, która odważa się zostawić, co zna, odkrywa w sobie nowość, która daje poczucie zakorzenienia i sensu. Dlatego tak często stoi w Piśmie: zostawili wszystko i poszli za Nim. By odnaleźć trzeba zdecydować się na odwagę eksploracji Nowego, a nic tak nie hamuje tej odwagi jak przywiązania.

środa, 26 czerwca 2019

Praca z grupami, hobbitowe wezwanie i ogień, który może przemienić świat

W ostatnim roku życie postawiło mnie oko w oko z grupami. Znalazłem pracę i stałem się trenerem zajęć profilaktycznych dla dzieci i młodzieży w szkołach. Jednocześnie czułem się wypychany w kierunku zaangażowania i refleksji w obszarze społecznym. To nowa część mnie, bowiem przez ostatnich kilka lat byłem bardziej zaangażowany w życie wewnętrzne, w pracę nad sobą, w medytację. Pływałem we własnym wnętrzu i rzadko z dużym zaangażowaniem wchodziłem w kryzysy czy konflikty społeczne. Nie interesowało mnie zbytnio, by zajmować się światem i tym, co się w nim dzieje. Impuls w postaci wewnętrznego odczucia i splot dziwnie ze sobą powiązanych sytuacji (Jung takie powiązanie zdarzeń bez ciągu przyczynowo-skutkowego nazywa synchronicznością) spowodował, że otworzyłem się na grupy i procesy społeczne, pragnąc świadomie pracować z nimi i wspierać dobre zmiany.

I tak w przeciągu roku miałem okazję: widzieć dziesiątki czy setki grup dzieci i młodzieży, prowadzić projekt teatralno-rozwojowy dla osób z trudnościami psychicznymi (grupa spychana społecznie na margines) czy rozmawiać z przeróżnymi osobami na temat współczesnej sytuacji społecznej. Miałem również okazję widzieć jak może przebiegać trudny kryzys rozwojowy w pewnej grupie, a także współodczuwałem, bacznie obserwowałem zmiany i trudności zachodzące w zbiorowości polskiej. W międzyczasie czytywałem trochę i reflektowałem nad sytuacją Polaków (trauma narodowa, sytuacja polityczna, marsze, pedofilia w Kościele itd.) czy rozmyślałem nad trudnościami w obszarze integracji europejskiej. Zgłębiałem idę pracy ze światem A. Mindella i psychologię kultury W.Z. Dudka. Potrzebowałem zgłębić intelektualnie i emocjonalnie ideę psychiki zbiorowej (wg C.G. Junga) przez wykłady, czytanie i wyczuwanie pola grupy na warsztatach w szkołach czy na warszawskiej patelni (swoisty tygiel procesów zbiorowych w Polsce). Oglądałem filmy i baśnie z wrażliwością, co mówią one z głębi psychiki zbiorowej o współczesnym człowieku. Musiałem również wewnętrznie odnieść się do religii moich ojców i w sposób pogłębiony odnaleźć swoje miejsce w rodzinie, w której przyszło mi żyć. Wszystko to działo się jakby niechcący. Moje świadome ja chciało raczej wieść żywot domowego kota, który szczęśliwy jest samym swoim istnieniem, pyszną strawą i nie martwi się o to, co na zewnątrz. Jednak rzeczywistość stawiała mnie w nieco innej sytuacji. Kot musiał opuszczać, co jakiś czas dom i stawać się Kotem w Butach, by przemierzać ten świat, ucząc się go i współodczuwając z nim we wszystkim, co się dzieje. To wszystko złożyło się na narodziny nowego aspektu mojej osobowości. Zdaje się, że poród jeszcze trwa...

Nauczyłem się kilku rzeczy w tym czasie, którymi chcę się podzielić. Przede wszystkim dotknąłem po raz kolejny jak wielką siłę ma grupa. Ilość nieświadomych procesów dziejących się w społecznościach to nie lada wyzwanie dla zwykłego, hobbitowego introwertyka z jakim dotąd się utożsamiałem. Pykanie fajki, ukochana kobieta, pyszna strawa, dobra lektura, gra komputerowa... Oto menu codzienności tego osobnika. Opowieść o Bilbo Baginsie w tej materii jest mi niezwykle bliska. Oto hobbit z Shire zostaje wezwany do trudnej i niebezpiecznej wyprawy, w której będzie musiał zmierzyć się ze smokiem i z masą niebezpieczeństw. Musi opuścić przyjemny domek i wygodną codzienność, by oddać się wezwaniu. 

Praca z dziećmi, z młodzieżą, z grupami w formie procesu grupowego czy zajęć otwartych to prawdziwa wyprawa w nieznanie (nieraz smok potrafi dać ostro w kość). Grupa może nieść w sobie wiele złości, oburzenia, chaosu, trudności rozwojowych itd. Wiedzą o tym dobrze pedagodzy, psycholodzy, działacze społeczni wchodzący autentycznie i asertywnie w trudne sytuacje grupowe. Spotkałem wielu takich bohaterów. Nauczyciele, pedagodzy, ludzie walczący o dobro, o sprawiedliwość w swoich firmach i organizacjach. Bilbo spotkał smoka, ja zaś spotykałem rozhulane, dynamiczne i nieświadome procesy grupowe. Czasem czułem się jak Bilbo w konfrontacji z potężnym smokiem. Praca z grupą przypomina siedzenie w tyglu, którym ciągle coś skwierczy, syczy czy żarzy się. Ogień ten jest dla rozwoju, jednak nieumiejętne korzystanie z jego mocy może spowodować spalenie. Oddajmy na chwilę głos A. Mindellowi:

"Ogień, który trawi ludzkość w jej społecznym, psychologicznym i duchowym aspekcie, może zniszczyć świat. Ale może też przemienić problemy w poczucie wspólnoty. To zależy od nas. Możemy unikać sporów, ale możemy również bez lęku "siedzieć w ogniu", działać, zapobiegać powtarzaniu się najboleśniejszych pomyłek historii." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu : Wykorzystanie konfliktów i różnic między ludźmi dla transformacji dużych grup")

Społeczności mają swoje własne cienie, własne smoki. Osoba, która chce pracować i wspomagać grupy musi nauczyć się wielu rzeczy, by radzić sobie z całą złożonością praca z konfliktami i z rozwojem. Oto krótka lista rzeczy, których nauczyłem się i ciągle się uczę w pracy z grupami:

1. Grupa jest jakby jednym organizmem psychicznym. Spotykam pojedyncze osoby i jednocześnie wchodzę w relację z "osobowością grupy". Poznanie smaku, zapachu, temperamentu, charakteru grupy jest niezwykle ważne.

2. Konflikty są częścią życia grup i społeczności. Na tym etapie ewolucji ludzkiej świadomości musimy nauczyć się "konfliktowania" i otwartej komunikacji.

3. Złość, gniew, rozgoryczenie, smutek mogą stać się atutem i wspomaganiem dla rozwoju grup. Nie da się od nich uciec. Im bardziej się je wypiera, tym więcej neurotycznego cierpienia się pojawia. Na poziomie społecznym: im mniej przyzwolenia na inność, na głos mniejszości, tym większe ryzyko rozruchów, ostrych manifestacji i protestów (patrz: nauczyciele w Polsce)

4. Istnieją hierarchie i siły związane z władzą w grupach. Moim zadaniem jest objąć uwagą to, co nienazwane, wypychane i niekochane. Np. w obrębie współczesnych grup osoby wyciszone, niechętne do ekspresji, zabawy, kariery, zarabiania pieniędzy czy osoby nieheteronormatywne, osoby niepełnosprawne, osoby religijne są spychane na margines społeczny. Powoduje to cierpienie. Sam doświadczyłem w swoim życiu, co znaczy siła głównego nurtu, gdy własne doświadczenie wewnętrzne kwestionowało główny system religijny. 
Trzeba objąć uwagą mniejszość, bowiem nieświadoma większość używa siły wobec innych, jeśli nie ma samoświadomości w zakresie własnej przewagi materialnej, psychicznej czy duchowej.

5. Poszczególne osoby mają różne rangi w grupach. Ranga wg. Psychologii Procesu to zespół zasobów, które posiada jednostka czy grupa. Szef w pracy, biskup w Polsce (do emisji filmu Sekielskiego), biały heteroseksualny mężczyzna na Zachodzie to przykładowe jednostki z wysoką rangą. Uświadamianie pozycji w grupach i oświetlanie atmosfery emocjonalnej związanej z nierównością to ważne zadanie w pracy z grupą.

6. Siła grup i nieświadomych procesów może zniszczyć świat, ale może również zmienić i transformować społeczeństwo.

Na koniec chciałbym zaproponować fragment książki "Siedząc w ogniu", który pokazuje jak piękna i głęboka może być praca w obrębie grup. Fragment opowiada historię autora, który doświadczył ostrej krytyki i otworzył się na to doświadczenie:


"Ale ja byłem nieszczęśliwy. Poszedłem do domu zraniony i przygnębiony. Usiadłem w fotelu, głowa zaczęła mi opadać. Wiele razy krytykowano mnie podobnie w grupach, ale teraz coś, czego nie potrafiłem zidentyfikować wywołało we mnie taki smutek, iż poprosiłem Amy, by mi pomogła w pracy z mymi uczuciami. Czy stłumiłem złość na tego mężczyznę, złość spowodowaną jego raniącymi opiniami na temat kobiet? Wiedziałem, że jego poglądy zdenerwowały mnie, ale było w tym coś jeszcze. Amy zaproponowała następującą pracę wewnętrzną.

PRACA WEWNĘTRZNA - ĆWICZENIE NA WYJAŚNIENIE NASTROJU

Amy powiedziała:
- Wyobraź sobie jakąś trudną sytuację. Jakąkolwiek sytuację, która wywołuje bolesne uczucia. Spróbuj zobaczyć siebie w tym stanie, ze wszystkimi szczegółami.
Zobaczyłem obraz siebie w scenie z dzisiejszego popołudnia, kiedy krytykował mnie ten mężczyzna.
- Teraz przyjrzyj się tej części swego ciała, która przyciąga twoją uwagę.
Okiem wyobraźni zobaczyłem siebie w depresji. Skupiłem się na mojej głowie, która zdawała się zwieszać bardzo nisko.
- Bądź cierpliwy. Postaraj się zauważyć coś nowego w tej części swego ciała, coś, czego nigdy
przedtem nie widziałeś. Może to zabrać minutę albo nawet dwie.

Ku memu zaskoczeniu, ujrzałem zwieszającą się nad moją głową gilotynę, jakiej używano kilka wieków temu w Europie do ścinania ludziom głów.
- Pozwól, by historia tego czegoś nowego rozwinęła się - powiedziała Amy.
Zastygłem w bezruchu. Niemal nie mogłem na to patrzeć. Zobaczyłem spadające ostrze gilotyny. W mojej wyobraźni zostałem pozbawiony głowy za to, że byłem aktywnym działaczem społecznym, pracującym na rzecz demokracji, a przeciwko monarchii. Ale co obcięło mi głowę? Nie król, tylko wielki duch. Pomyślałem, że ta historia robi się bardzo dziwna. Rozwijała się dalej. Zobaczyłem siebie odrodzonego w nowym ciele. W wyobraźni nie była to już Europa sprzed kilku wieków, lecz Rewolucja Amerykańska. Miałem nową osobowość. Znów byłem działaczem społecznym, tylko o wiele starszym. Jako ta starsza osoba, pracowałem nie tylko na rzecz uciśnionych, ale uważałem wszystkich, uciśnionych i uciskających, za swoje dzieci.
Nagle zrozumiałem swoje uczucia. Dzięki mężczyźnie, który krytykował mnie tego popołudnia, skontaktowałem się ze swoim niezadowoleniem z bycia jednostronnym. Jakaś moja najgłębsza część chciała obciąć mi głowę lub zmienić moje zdanie. Innymi słowy, byłem nieświadomie zły na samego siebie, że w sekrecie do tego stopnia staję po stronie problemów ludzi ciemiężonych, że nie mogę już współodczuwać z nikim innym. Ten problem istniał w moim życiu społecznie uciskanego. Teraz usilnie pracowałem nad swoim rozwojem, tak bym nie musiał już stawiać oporu ludziom reprezentującym główny nurt kultury. Chciałem widzieć wszystkich ludzi, włącznie z mężczyzną, który mnie zaatakował, jako moje dzieci.
Ten wgląd sprawił, że zacząłem szlochać z radości. Amy i ja objęliśmy się. Mój nastrój zmienił się natychmiast. W wyobraźni nie obciął mi głowy jakiś stary król, który mógłby reprezentować wewnętrzną dominację nade mną. To był duch, coś bardziej znaczącego, co chciało, bym się zmienił. Poruszyło mnie to, że mogę dalej się rozwijać. Ten popołudniowy, trudny proces grupowy przemienił się w niezwykłe doświadczenie, które czegoś mnie nauczyło. Nie mogłem się doczekać, by dokończyć naszą pracę z grupą.
Kiedy zaczęliśmy następnego ranka, byłem gotów na wszystko. Mężczyzna, który mnie skrytykował wstał, zanim otworzyłem usta i powiedział wszystkim, jak wspaniale się czuje i jak wiele się wczoraj nauczył. Zdumiało mnie to, rozpłakałem się z radości. Opowiedziałem grupie, czego też się nauczyłem." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu")

sobota, 9 marca 2019

Chrześcijaństwo, pomysł na grzech i moc akceptacji

Odkrycie w tym, życiu, że jestem w swej istocie bezgrzeszny było prawdziwym cudem. Jednocześnie owo rozpoznanie poprowadziło do wyjścia z religii moich ojców. Będąc zanurzony po uszy w chrześcijańskim micie nie wiedziałem nawet jak bardzo przesiąknięty jestem moralnością, a raczej moralizmem. Moralność bowiem to przepiękny świat cnót i zasobów ludzkich. Przez wybory, przez ćwiczenia duszy, przez przyjaźń, przez służbę itd. człowiek hartuje swą duszę, by płynąć w otchłanie samego nie-dualnego Ducha. Moralizm zaś to spłaszczona moralność, quasi-moralność, widząca świat czarno-biało. W tanim moralizmie istnieje prosty podział nagroda-kara, niebo-piekło, dobry-zły, cnota- wada. Nie istnieje żaden środek, żadne pomiędzy... Etyka sytuacyjna nie jest mile widziana przez bastion moralizmu. Wyuczyłem się moralizmu od dzieciaka we wspólnocie katolickiej, choć im starszy byłem, tym bardziej kwestionowałem zastany system. Wieść moralizmu brzmiała: "za dobro-nagroda, za zło-kara", "Bóg albo zło", "albo jesteś czysty, dobry, poprawny przez swoje uczynki albo brudny i zasługujesz na odrzucenie, obrzydzenie, odepchnięcie", "albo chodzisz do kościoła, modlisz się, przyjmujesz sakramenty albo czeka cię piekło, cierpienie, odrzucenie". Zdaje się, że nawet nie wiedziałem jak bardzo żyłem w moralizmie, który blokował, tłumił, więził. Jednocześnie żeglowałem duszą po przecudnych terenach archetypowego świata, kąpałem się w miłosierdziu Stwórcy, oddychałem Biblią i pracowałem nad zmianą siebie, jednak publicznie nie mogłem być autentycznie sobą. Groziło to bowiem ostracyzmem i niechęcią innych.

Dziś trudno mi rozumieć grzech na sposób moralny. Grzech (grec. hamartia -chybienie celu) nie kojarzy mi się już jako odstępstwo od prawa, przykazań czy kodeksu. Właściwie to słowo wyprane jest współcześnie ze znaczenia. Ludzie na ulicach nie używają już tego pojęcia. Podobnie zresztą jak zbawienie. Dlaczego trudno rozumieć i żyć mi sensownie w terminach grzech-zbawienie? Odkryłem bowiem, że w rdzeniu swojego istnienia jestem czysty, bezgrzeszny, nietknięty przez oceny moralne. Inaczej mówiąc w czasie studiów z teologii: im więcej wykładano mi moralizm, zbawienie w konkretnej wspólnocie religijnej jako fundament, nakazy i zakazy, kapłańskie kulty, tym bardziej i głębiej odkrywałem, że jest to niezwykle powierzchowne i stworzone dla utrzymania instytucji religijnej. Utrzymanie instytucji jest w porządku, jednak jeśli w religijnej wspólnocie nie ma miejsca na doświadczenie głębi, ducha, trans-racjonalności, wtedy staje się ona pusta, sztuczna i nieprzemieniająca. 

W głębi jestem piękny taki, jaki jestem. Tak brzmiała wiadomość z duszy. Szedłem do kościoła, a tam słyszałem przesłanie: taki jaki jesteś, nie jesteś w porządku. Napraw się, nawróć, przemień, oddaj bogu, przestań grzeszyć. Dusza zaś miała inną wiadomość: mogę cieszyć się życiem i przestać się starać, by być kimś innym niż jestem. Tak brzmiało zbawienie, które odkryłem. Jakże inne to było zbawienie, od wizji, którą wykładała mi teologia i kościelni kaznodzieje.

Gorzka to opinia. Niestety. Czy prawdziwa? To jedynie hipotezy, choć wydają się być niezwykle trafne. Poprowadziły mnie w świat, gdzie napięcie i wymagania zniknęły we wnętrzu, w zmęczonej moralizmem psyche. Pozostała ochota na życie, na rozwój, na miłość, na poznawanie, na wyjście z oceniania i szufladkowania innych.

Ważna rzecz! To, co nazywam tu chrześcijaństwem, teologią, katolicyzmem to świat wnętrza, w którym się urodziłem. On zaś przejawia się w kościołach, w kapłanach, w religijnych teoriach. Kiedy świat wnętrza obumarł ze znaczenia chrześcijańskiego, religijny świat chrześcijańskiego mitu prysł. Znikł rafał, znikła religia. Były chęci i próby powrotu do wiary z nowym rozumieniem religii i świata, jednak nie udało się tego dokonać. Przepaść dzieląca sumienie z arsenałem nakazów, powinności i ciężkości polskiego katolicyzmu sprawiła, że w uczciwości i w odwadze trzeba było iść inną drogą. Struktura nie była w stanie objąć tej zmiany, która zaszła we mnie. Zresztą osobowość rafała również nie była w stanie tego dokonać. Zbyt duża nowość rozrywa stary system. I tak stałem się duchowym samotnikiem, wędrowcą bez wspólnoty, pustelnikiem bez pustelni...


Grzech w ramach wspólnoty religijnej to odstępstwo. Grzesznik to ktoś zły, odrzucony, nie pasujący do wspólnoty świętych. W zwyczajnym życiu umysł człowieka działa podobnie: określa swojego-dobrego od nieswojego-złego. W ten sposób społeczeństwo rozwija się przez poszanowanie dla tego, co życie rozwija, a odrzuca to, co je niszczy. Święty zmienia świat i niesie życie, rozwój, pokój, grzesznik zaś niszczy świat. W obszarze moralności myślenie tego typu jest korzystne i dobre dla ludzi, jednak w wymiarze głębszym zdaje się być niewystarczające, zbyt płaskie i uproszczone. W szkole np. często używa się określenia, że dziecko, które sprawia problemy jest tym złym. Samo stwierdzenie czy wskazanie takiego dziecka czy złego zachowania jest modelujące w wychowaniu, jednak autentyczna przemiana w młodym człowieku nie dzieje się przez wyłożenie moralności, a przez przykład i przez niewidzialne oddziaływanie duszy. I tu wkrada się również ludzka chęć etykietowania, by sprawić świat idealny (nazwijmy złe zachowania czy złego człowieka, a zniknie zło), który nomen omen nie istnieje. Idealny świat to świat, który jest w tym teraz, nie zaś świat umysłowej projekcji. Akceptacja jest siłą niezwykle pouczającą i przemieniającą. Ona potrafi przemienić "to, co złe" w siłę życia, która rozwija i przemienia, bez odrzucania, bez osądzania, bez szukania winy w sobie czy w innych. 

Pamiętam jak dziś. Czas ciszy rekolekcyjnej. Starania, by odnaleźć się na nowo w chrześcijaństwie. Już od dawna nieświadomość przez wyobraźnię nie przynosiła wiadomości, znaczeń, wskazówek. I tu nagle pytanie jednego z duchowych braci: co na to wszystko powiedziałby Chrystus? Co by powiedział? I nagle - po dłuższej duchowej pustyni i pustce umysłu - pojawiło się wyobrażenie Jezusa, który mówi z wielkim współczuciem i zrozumieniem: "nie chcę, żebyś cierpiał, nie chcę żebyś cierpiał, nie chcę...". Popłynęły łzy. Łzy szczęścia i ulgi. Jestem ważniejszy niż cały religijny system. Jestem piękniejszy niż wszelkie przekonania. Bez grzechu na samym dnie duszy. W Ciszy Istnienia nie ma żadnego rozróżnienia na dobro-zło, znikają moralne rozróżnienia, znika grzech i pomysł na bycie grzesznym. I teraz, gdy piszę ten tekst na samo wspomnienie tego wydarzenia wzruszam się.

Nie ma możliwości, by w samym Twoim rdzeniu było z Tobą coś nie tak. Niemożliwe jest naprawienie siebie, bowiem nigdy nic się nie popsuło. Jedynie na powierzchni świat ewoluuje, by stać się tym, czym jest - boską Iskrą Życia, tańczącym stworzeniem, więc nie jest z nim nic nie tak. Poddać wszystko Bogu, oto droga. Odrzucić kogokolwiek czy cokolwiek oznacza odszczepienie, nowy konflikt, nie zaś życiodajną przemianę.

sobota, 5 stycznia 2019

Źródło przyjemności

Przyjemność i przykrość to dwa odczucia czy nawet stany egzystencjalne, które kołyszą naszym codziennym życiem. I choć góra wraz z dołem geometrycznie są wyraziste i jasne, to w życiu psychicznym kołyszemy się między przyjemnością a przykrością doznań. Freud w genialny sposób zauważył tą dynamikę psychiczną. Energiczne id, kontrolujące superego i tożsamościowe ja we wspólnym tańcu tworzą życie jednostki i życie kultury. Przynajmniej na powierzchni...

Nie będę jednak w tym wpisie próbował opisywać dynamiki psychicznej. Zadam proste pytanie: skąd bierze się przyjemność życia? Odpowiem z własnego doświadczenia, wspartego studiowaniem pism i ścieżek duchowych. Odpowiedź jest jasna, prosta i oczywista. Wszelka przyjemność w życiu człowieka wypływa z wnętrza, z jaźni, z wewnętrznej Obecności.

Dlaczego więc występuje tak wiele przykrości, cierpienia i poczucia braku w życiu jednostki i społeczeństwa? Jest to związane z poszukiwaniem spełnienia, szczęścia, przyjemności w rzeczach, w ideach, w osobach, w stanach. Człowiek nie jest w swej istocie człowiekiem. Homo sapiens to jedynie powłoka. Pod nią mieszka duch, jaźń, serce istnienia. Człowiek, który wychodzi ze świata natury zmierza bezpośrednio do odkrycia, że w swej esencji jest prawdziwie niewysłowioną Obecnością. Ewolucja świadomości jest drogą do poznania samego siebie, wraz z nią cierpienie do pewnego czasu jawi się jako Trud Istnienia, który jest motorem do budzenia ludzkości do Tego, Co Jest.

Przez wieki nielicznym jednostkom dane było dojść do kresu ludzkiej, duchowej ewolucji. Jezus, Budda, Kryszna są po dziś dzień dla wielu ludzi postaciami duchowych szczytów. Współczesna nauka widzi w religijności albo przejaw nerwicy albo pozostałości po ewolucji biologicznej. Szkiełko i oko to domena umysłu, a myśl nie jest w stanie objąć Tajemnicy Istnienia. Nauka więc, choć tak pożyteczna, nie odpowie na najgłębsze pytania ani nie odkryje Sensu Istnienia. Chrystus, Budda i inni odkryli, iż świat doznań, spostrzeżeń, myśli ma swoje źródło w wewnętrznym, subiektywnym świecie jaźni, która jest niewysłowioną Obecnością. Różnie ją nazywali. Jednak w gruncie rzeczy mówili o tym samym doświadczeniu.

Przyjemność w swej naturze wypływa z ludzkiego wnętrza. Wracałem sobie któregoś dnia z pracy i wszedłem do sklepu, by zrobić codzienne zakupy. Popatrzyłem na półki sklepowe. I poczułem nieodpartą chęć, by zjeść chipsy. Taka ochota nachodzi mnie od czasu do czasu. Wcześniej zauważyłem, że brak dobrego nastroju, czyli poczucie przykrości generuje we mnie pragnienie przyjemności. Ono zaś pobudza mnie do poszukiwań czegoś, co mogłoby zaspokoić wewnętrzny głód. Od czasu, gdy głęboko wszedłem w siebie, odkrywałem, że jest coś niebywale przyjemnego w BYCIU. Po prostu. I oto stojąc przed półką w sklepie, nagle odczułem, że jest mi przyjemnie BĘDĄC. Przyjemność płynęła z mojego wnętrza i w mgnieniu oka poczułem, że nie potrzebuję chipsów, by poczuć się lepiej. Właściwie to niczego nie potrzebuję, by czuć przyjemność. Oto źródło mojego szczęścia znalazłem w sobie samym, w jaźni mojego istnienia. Zaraz... Jak ja mogłem w ogóle szukać szczęścia? Przecież to absurd: poszukiwać coś, czym się jest.
Moje imię, zawód, nazwisko, relacje, ukochana kobieta, pieniądze, doświadczenia i przygody, uczucia erotyczne czy inne wzniosłe, pokarm, doznania estetyczne nie są źródłem przyjemności. Wszystko to jest dobre i piękne, jednak rzeczy nie tworzą i nie dają przyjemności. Przyjemność tego wszystkiego mieszka we mnie, nie zaś w tym, co przejawione i nietrwałe. Całe nieszczęście ludzkiej egzystencji tkwi w oczekiwaniu, że wrażenia, rzeczy, stany mogą dać szczęście. Rozczarowanie - oto efekt próby znalezienia przyjemności w tym, co przejawione.

Chrystus miał powiedzieć: "królestwo niebieskie w was jest" i zdaje się, że tych, których spotykał dotykał mocą przebudzonego w sobie Ducha. Nagle grzesznik mógł odkryć, że nie jest tym z czym się utożsamia.

Proste ćwiczenie, któregoś dnia przywiodło mnie do Jaźni, którą w esencji jestem: co jest świadome tego wszystkiego, co widzę, tego co myślę? Co to jest to, co widzi wszelkie rzeczy, myśli czy uczucia? Akt świadomości! Jakie jest źródło tego aktu? Co znajduje się "pod spojrzeniem"? Co jest ekranem całego tego filmu życia? Te intelektualne pytania paradoksalnie zmroziły mój umysł i poczułem prostą przezroczystość istnienia, cichy spokój i prostą błogość Tego, Co Jest.

Przyjemność, która płynie z Jaźni... Mogę iść w świat smakować i cieszyć się wszystkim, co jest. Bez potrzeby zaspokajania głodu. Głód bowiem znikł. A nie, przepraszam... Nigdy się nie pojawił. Nienasycenie było iluzją, nieistniejącą senną marą. Tylko Bóg jest realny! Przyjemność niewysłowionej Obecności nie jest żadną rzeczą czy oddzielnym, mieszkającym w chmurach bogiem. Jest raczej wewnętrznym, subiektywnym nie-czymś. Rozciąga się ponad czymś i nie-czymś, a drogą do rozpoznania Tego jest własne, wewnętrzne, doświadczenie, szczerość, uwielbienie czy miłość.

Pięknie mówił o tym indyjski mistrz duchowy Ramana Maharihi:

"Łaska jest początkiem, środkiem i kresem: ŁASKA jest JAŹNIĄ! Z powodu fałszywej identyfikacji z ciałem, ŁASKA przypisywana jest ciału. Jednak punktem widzenia Guru jest JAŹŃ. JAŹŃ jest tylko jedna! On mówi ci, że tylko JAŹŃ istnieje, czy więc JAŹŃ nie jest dla ciebie łaską? Skąd stan łaski wypływa? Tylko z JAŹNI. Manifestacja JAŹNI jest manifestacją łaski i odwrotnie. Wszystkie błędy powstają z powodu złego punktu widzenia, a w konsekwencji oczekiwania zewnętrznych dóbr dla odseparowanego JA. Nic nie jest zewnętrzne dla JAŹNI!"

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Co świętujemy w Boże Narodzenie?

Boże Narodzenie. Przedziwny czas. Budzi mnie do namysłu, do zdziwienia, do bliżej nieokreślonej wewnętrznej czci dla tego wyjątkowego czasu.

Od kilku dni rozmyślam nad symbolami, które narzucają się tu i ówdzie. Choinka, kolędy, rodzinny czas, światło, przesilenie zimowe, rodzący się Chrystus, opłatek... Nieświadomość z niebywałą odwagą i delikatnością dotyka mojej świadomej uwagi w tym czasie i zaprasza nie tylko do refleksji, ale i to pewnej formy uczestnictwa w tej magicznej liturgii. Co mówią mi te święta? O co w nich chodzi? Dlaczego tak wielu ludzi świętuje w tym czasie? 


Pytanie "dlaczego" z jednej strony kieruje mnie w poszukiwanie historyczno-społecznych przyczyn tych świąt. Oto kilkanaście wieków temu wczesne chrześcijaństwo spotkało się z kulturą rzymską. Jeśli chcielibyśmy tu powiedzieć językiem relacyjnym, co wydarzyło się między nimi to zaiskrzenie wydaje się być odpowiednim słowem. Rzym i chrześcijaństwo splotło się ze sobą i położyło podwaliny (razem z Grekami) dla rodzącej się cywilizacji europejskiej. Prawdopodobnie koło III/IV wieku rozpoczyna się chrześcijańskie świętowanie narodzin Jezusa Chrystusa. Zdaje się, że 25 grudnia był świętowany przez Rzymian jako święto boga słońca. Chrześcijaństwo, które w czwartym wieku naszej ery stawało się coraz bardziej powszechne w cesarstwie ochrzciło solarne bóstwo, które od wtedy "stało się" Chrystusem - wschodzącym słońcem, które przez wcielenie zamieszkało pośród ludzi, by pokonać ciemność ludzkiego życia. Symbol ten, choć w duchu chrześcijańskim ma swoją własną teologię, przyjął się w kulturze europejskiej i po dziś dzień w różnych formach żyje w świadomości zachodnich społeczeństw. Współcześnie Boże Narodzenie niekoniecznie musi oznaczać osobistego związku jednostki z jakimkolwiek wyznaniem chrześcijańskim. Przedziwne jest, że świętowanie Bożego Narodzenia to swoisty taniec różnych metafor, które splatają się ze sobą, asymilują bądź ścierają się wzajemnie. Kultury przenikając się ze sobą dokładały coraz to nowe symbole czy zmieniały ich znaczenie. I w ten sposób np. w Polsce mamy na święta choinkę, która prawdopodobnie pochodzi z XII wieku od germańskich ludów.

Na pytanie: "dlaczego" tak wielu ludzi świętuje w tym czasie, można odpowiedź w jeszcze inny sposób. Mianowicie można postawić pytanie o cel tego świętowania. Dla czego ludzie świętują? Co świętują? Co jest celem obchodzenia tych świąt? Jakie wartości uwidaczniają się w czasie świąt? Jakie postawy w tym czasie człowiek kultywuje i wzmacnia?


Jeśli przyjmiemy postawę empiryczno-fenomenologiczną, czyli będziemy badać to, co widać we współczesnej kulturze, zauważymy bogactwo symboli i znaczeń, które pulsują w naszych domach. Przystrojenie choinki, składanie sobie życzeń, gotowanie potraw, spotkania wśród bliskich, śpiewanie kolęd, przebaczanie sobie wzajemnie dawnych urazów i win, puste miejsce przy stole, łamany opłatek... Wszystko to niesie ogrom znaczeń i sensów! Żyjemy w nich, oddychamy nimi, jednak nie zawsze jesteśmy świadomi, co tak naprawdę robimy. Zadziwiające jest to, że końcówka grudnia to czas zimowego przesilenia. Dzień od tego momentu staje się coraz dłuższy, noc będzie się skracać. Wigilijny stół, w którym zbierają się bliscy, światło lampek na choince, rozświetlone twarze ludzi, którzy zajadają przepyszne potrawy... Światło w ten dzień zwycięża nad wszechogarniającą ciemnością. Ciemność ta wcale nie musi oznaczać jedynie moralnego zła. Może oznaczać np. nieokreśloność, chaos, nierozróżnioną jednię, nudę szarej egzystencji czy pustkę związaną z brakiem głębokich relacji czy z brakiem kontaktu z własnym wnętrzem. Przy stole może rodzić się nowa jakość bycia. Więc... Symbol ten przemawia do mnie, iż jeśli wejdę w to, co proponuje mi tu wydarzająca się nieświadomość, mogę zostać przemieniony. Symbol zwyciężania światła nad ciemnością oznacza zwycięstwo duchowych wartości tj. rodzinne więzy, pokój, uczciwość, bliskość, bycie-dla-innych, hojność (podarunki), radość nad szarością i nudą nie-urodzonej egzystencji.

Carl Gustaw Jung wyróżniał trzy momenty czy też rodzaje narodzin, które występują w życiu jednostki. Po pierwsze człowiek rodzi się cieleśnie. Ciało niemowlęcia staje się odrębne od matki i przez jakiś czas wzrasta. Następnie człowiek rodzi się jako ego, jako ja, jako konkretna tożsamość. Jung opisuje swoje własne doświadczenie związane z narodzinami ja. Oto jako dwunastoletni chłopiec nagle doświadczył odkrycia, że jest odrębny. Odkrył, że on to on. Ja to ja. Zdziwienie istnienia. Sam pamiętam swoje wczesnomłodzieńcze doświadczenie, gdy nagle dotknąłem tego, że jestem sobą. Przedziwne! Trzecie narodziny w życiu człowieka, to czas budzenia się, odkrywania w sobie Źródła, Boskości, wewnętrznej Jaźni. Jung twierdził, że większość ludzi ma możliwość doświadczenia narodzin Ducha w drugiej połowie życia. Wtedy też człowiek zauważa, że nie jest tylko swoim własnym ja. Przy odrobinie szczęścia, jakiejś duchowej praktyce czy przy sprzyjających okolicznościach dorosły człowiek może odkryć własną Głębię, duchową naturę swojego życia, cel i początek egzystencji.

Myślę, że Boże Narodzenie dotyka trzech rodzajów narodzin. Po pierwsze świętujemy narodziny konkretnego człowieka - Jezusa Chrystusa. Cielesne narodziny to rzecz niebywała. Ci, którzy doświadczyli narodzin dziecka we własnej rodzinie wiedzą jaka radość i świeżość dotyka ludzi w związku z narodzinami. Drugie narodziny, czyli powstanie tożsamości (ego) to w perspektywie konfesyjnej; narodziny wielkiego człowieka - Jezusa Chrystusa - osobowości, która wniosła sobą do świata niebywałą ekspresję duchową i wartości, na której zbudowana jest nasza cywilizacja. Każdy z nas na swój niepowtarzalny sposób nosi w sobie tęsknotę i pragnienie pozostawienia po sobie śladu czy też zbudowaniu czegoś dobrego w świecie. Narodziny duchowe pokazują, iż ten narodzony Jezus przynosi ze sobą Obecność, która jest Obecnością w każdym człowieku. Paradoksalnie! Człowiek pokazuje, iż Bóg mieszka w człowieku. Oto radość tej nocy! Człowiek nie jest tylko i wyłącznie swoim ciałem, swoim imieniem, swoją historią, swoją osobowością, swoimi osiągnięciami itd.. Człowiek pochodzi od Boskiej Obecności i nią jest w swojej Esencji. Religia, która zapomina o tym doświadczeniu i o tym, że służy samemu wnętrzu człowieka, przenosi, projektuje własną duchową naturę na konkretną jedną osobę, rytuał czy sposób świętowania. Moc Chrystusa to nie tyle moc osoby, a raczej moc wewnętrznej boskiej natury każdego człowieka, który w niej żyje, porusza się i jest. Znaczy to, że poznanie swojej wewnętrznej jaźni, wewnętrznego Chrystusa (w języku chrześcijan), samego rdzenia boskości to istota i serce tych świąt.

Świętowanie narodzin napawa mnie podziwem i przedziwnym zdumieniem. Narodziny z ciała, narodziny ego, narodziny Ducha... Dziwy same.

Boże Narodzenie niesie jeszcze wiele wspaniałych treści i symboli, ale idę już przygotować się do wigilii. Gloria in excelsis Deo!

"Wielkie zdziwienie: wszelkie stworzenie,
Cały świat orzeźwiony;
Mądrość Mądrości, Światłość Światłości,
Bóg-Człowiek tu wcielony."


niedziela, 16 grudnia 2018

Peryferie, ewolucja i przebóstwionie człowieczeństwo!

Od czasów młodości ciągnęło mnie w kierunku ludzkich peryferiów. Patrzyłem na ludzką biedę, na choroby, na ułomności... Patrzyłem na to, co marginalne i czułem przedziwne przyciąganie. Czułem ciekawość i pragnienie by poznać odrzucone rejony ludzkiej psyche i jej przejawów w świecie materii.

Któregoś dnia, gdy miałem naście lat, w pieszej, samotnej wędrówce w pewnej małej wiosce spotkałem pewnego pana, który siedział na ławeczce pod sklepem i prosił o parę groszy na wino. Miał w sobie coś takiego, co mnie przyciągało. Potem z przyjaciółmi często odgrywaliśmy pijanych mężczyzn, mając przy tym ubaw po pachy. Zdaje mi się, że w owej zabawie nie chodziło tylko i wyłącznie o śmiech. Coś w tym było...

Innego dnia pracowałem w szpitalu jako wolontariusz. Kręciłem się przy łóżku pewnego pacjenta, gdy ten poprosił mnie bym poprawił mu nogę. Wsadziłem ręce pod kołdrę, by pomóc częściowo sparaliżowanemu mężczyźnie. Poczułem, że jest tam tylko jedna noga. Był to pierwszy dzień pracy w szpitalu. Przeżyłem szok. Pacjentów po przeróżnych urazach, udarach, chorobach były dziesiątki. Jeszcze większym szokiem było spotkać tak wielu ludzi, którzy opiekują się tymi peryferyjnymi trudami ludzkiego życia.

W innym czasie pracowałem na sortowni poczty w jednym z miast holenderskich. Praca była ciężka. Wokół młodsi i starsi mężczyźni wrzucali ciężkie paczki na taśmy produkcyjne. Pot, ciężka praca i siarczyste wulgaryzmy. I ten świat daje mi do myślenia i pociąga, by starać się rozumieć człowieka i jego konteksty.

Jest piątek. Jadę do pracy do jednej ze szkół, by poprowadzić warsztaty z grupą uczniów. Przejeżdżam autobusem przez pewną dzielnicę, która wyraźne różni się od innych w mieście. Zaniedbane podwórka, brud, nieład i widoczna wokół bieda. Takie dzielnice słyną z większej przestępczości niż w innych miejscach. Często są one pełne dysfunkcyjnych rodzin, uzależnień i agresji. Coś mnie tu przyciąga. Coś we mnie marzy by zwyczajnie zamieszkać wśród tych ludzi.


Peryferie. Miejsca i czasy, w człowieku i w społeczeństwach, w których brak wysokiej kultury, ochoty do twórczości, subtelnego świata wartości czy piękna odczuć. Przestrzenie, gdzie ubóstwo nie dotyczy jedynie portfela. Na peryferiach obce są głębokie więzy i siła uczuć. Króluje jedynie prawo zachowania życia i gatunku. Dlatego też walka i przetrwanie są najwyższą wartością. W tym miejscu piszę o peryferiach, w których brakuje ludzkiego współczucia i mocy miłości. Czy jest coś w tym złego, że tak się dzieje? Nie sądzę. Po prostu człowiek jest w jakiejś mierze częścią natury i świata zwierzęcego, a brak wzorców i przestrzeni do rozwoju sprawia niemożność wyrwania się z egotycznego kontekstu egzystencji.

Jestem gorącym zwolennikiem ewolucyjnego myślenia i patrzenia na to, co dzieje się wokół właśnie w kluczu mądrych procesów ewolucyjnych. Świat, który zastałem jawi mi się jako wielka przestrzeń, w której toczą się tysiące zespolonych ze sobą procesów. Wszystkie tworzą jeden ogromny ewolucyjny proces. I choć słowo "ewolucja" kojarzy się raczej z biologią, to używam go w sensie szerszym. Świat wraz z człowiekiem ewoluuje. To nie tylko ewolucja biologiczna, psychiczna czy kulturowa. Ewolucja ma swój wymiar duchowy. Bóg przypomina sobie samego siebie. We wszystkim, co się przejawia. Współczesność nie przepada za tego typu myśleniem. Upadek wielkich narracji filozoficznych i religijnych spowodował, że wielu ludzi Zachodu alergicznie reaguje na stwierdzenia o jedności świata, o wielkim procesie czy o metafizycznym sensie życia. Mimo to wizja de Chardain (jezuity i paleontologa) wydaje mi się jedną z narracji, opisów, map, które bliskie są prawdziwości. Teoria ewolucyjna łączy zmysł religijny z naukowym badaniem świata, integruje duchowy zachwyt z naukową ścisłością, a także sensownie opisuje świat. Jak ewolucyjny ruch tego, co jest ma się z peryferyjną ciągotą w peryferia ludzkiej biedy?

Zdaje mi się, że Plotyn mógł mieć rację, gdy mówił o ludziach: "jeszcze nie bogowie, już nie zwierzęta". Ewolucja biologiczna wskazuje na przemiany w poszczególnych gatunkach w kontekście tego, co widać pod przysłowiową lupą czy mikroskopem. Ewolucja rozumiana szerzej byłaby drogą w kierunku tego, co boskie. Człowiek wedle wielu tradycji duchowych stoi na rozdrożu. Jedną nogą w całej pełni jest zwierzęciem z całym zestawem potrzeb i walki o przetrwanie, drugą zaś również w całej pełni interesuje się tym, co transcendentne, wzniosłe, tym co ponad nim samym. Homo spiritus to człowiek przyszłości, który głęboko akceptując swoją zwierzęcą część, będzie wychylał swoją naturę do własnego Źródła. Przez naukę, humanistykę, psychologię, wrażliwość społeczną, opiekę nad najsłabszymi człowiek zmierza ku byciu boskim. Boskość ta to nie jest jakimś ideałem etycznym czy religijnym. Jest to raczej odnalezienie domu, znalezienie Jaźni swojego Istnienia, która zawsze była na wyciągnięcie ręki. To najgłębsze bycie sobą - wolne od egotyzmu i zwierzęcych instynktownych przymusów.

Peryferia w tym kontekście to dla mnie droga do samego centrum Jaźni, do Domu Istnienia, do Ukochania Boga. Wtedy gdy uśmiecham się do depresyjnych myśli, przytulam płaczące dziecko, przybijam piątkę z rozrabiaką z podstawówki czy słucham z uwagą młodego człowieka, który walczy o przetrwanie w niełatwym środowisku - idę wraz z przemianą świata wzwyż. Owo wzwyż oznacza "budowanie królestwa niebieskiego", które nie jest zaświatowym miejscem, a codziennością przepełnioną przestrzenią wolności. Patrząc w niebo, widzę bezkres. Bezkres kojarzy się z wolnością. Bezkresne serce przyjmuje i kocha to, co się zjawia. Peryferia są zaś w pewnej mierze w samym sercu Bezkresu, Boga, ewolucyjnej przemiany. Pięknie wskazuje na to papież Franciszek, wskazując na ubóstwo jako na skarb, o który należy się zatroszczyć, zaś Kościół Katolicki miał w zwyczaju mówić, że ubodzy i biedni są bogactwem Kościoła.

Na ścianie w moim pokoju wisi pewne zdjęcie. Na nim dwie dziewczyny i garstka indyjskich dzieci. Zdjęcie symbol. Budzi we mnie prostą chęć, by być tam gdzie jest człowiek z jego milionem wymiarów. Peryferia nie istnieją gdzieś daleko - w Indiach czy w Afryce. One są we mnie, w moim domu, w pracy, na ulicy. Jednak wrażenie odległych krain, takich jak Indie, wzmacnia psychologiczne pragnienie, by wybrać się w podróż do wnętrza siebie i wnętrza świata, by przyjąć, przytulić i wzmocnić wszystkie te części, które zostały zepchnięte, odcięte, odrzucone. Ostatecznie zaś by stać się tym, czy jestem w swoim rdzeniu: Miłością, przekraczającą nawet same peryferia.

sobota, 1 grudnia 2018

Pogaduchy z Wojtasem, duchowość i... Źródło Istnienia!

Są ludzie z którymi można rozmawiać godzinami. Czytałem kiedyś opowieść o tym jak Freud z Jungiem rozmawiali ze sobą ponad dziesięć godzin. Nie dziwi mnie to. Znam osoby, z którymi mogę rozmawiać po kilka godzin. Rozmowę przerywają potrzeby życia codziennego: fizjologia (tzw. siku), głód, obowiązki domowe czy sprawy do załatwienia. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, którzy cenią świat wewnętrznych sensów, odczuć, metafor. Filozoficzne stawianie hipotez na temat życia, człowieka i świata, przedstawianie poglądów i wychylanie całej swej istoty w kierunku Prawdy jest dla mnie pyszną duchową ucztą. Od lat!

Sobotnia rozmowa z Wojtasem. Gadamy trzy godziny przez neta, aż do momentu, gdy trzeba coś zjeść i iść do łazienki. Duchowość, religia, kultura... Opowiadamy o własnych doświadczeniach. Próbujemy nazwać to, czego doświadczamy. Dzielimy się autorami i tekstami, które miały na nas wpływ. Opowiadamy, przywołujemy baśnie i mity, stawiamy logiczne hipotezy. Wszystko to dla wspólnej uciechy dzielenia się i poznawania. Dialog prowadzi nas poza nas samych. Paradoksalnie! W samo sedno. Do Źródła. Pod koniec Wojtek podsumowuje nasze rozkminy na temat duchowości:

"Duchowość jest dla odważnych... albo się rzucisz... w samo Źródło, w Ostateczną Rzeczywistość, w Boga... albo zabraknie ci odwagi i zostaniesz w tym, co znasz."

Duchowość prowadzi w samo sedno Życia. Kto doświadczył mocy Nienazywalnego ten wie, dlaczego różne tradycje nazywają ją ogniem. Duchowość jest procesem niebezpiecznym dla potocznego życia człowieka. Możesz zostać przemieniony w całości. Przestaniesz być, tym kim myślisz, że jesteś, a staniesz się sobą. Jak Szaweł idący do Damaszku doświadczył nagłego zwrotu. Światło zrzuciło Szawła z dotychczasowych poglądów i przekonań.

Religia wydarza się raczej jako mniej lub bardziej ścisły system wierzeń. Każde ludzie ego ma  przekonania, poglądy, sądy. Religia tworzy sensy i znaczenia dla self człowieka. Samo w sobie jest to naturalnym procesem. Religijność jest w porządku. Daje znaczenie, bezpieczeństwo, schronienie. Pozwala rozumieć otaczający świat. Gdy człowiek spotyka się z ogromem Wszechświata, z Tajemnicą Życia - religia daje mu oparcie, bezpieczną przystań, by pomieścić w głowie to, co spotyka, czego doświadcza. Religia to taka opowieść o Nieskończoności w skończony sposób. Jakby chcieć opowiedzieć widok górskich szczytów, samymi kropkami. Religijny dyskurs jest w pewnym sensie konieczny. I choć mistyk uśmiecha się z rozbawieniem i z pokorą do ludzkiej, narkotycznej skłonności do nazywania, a co za tym idzie do próby panowania i kontroli, to religijne budowanie świątyń zrozumienia własnego istnienia jest zwykłą częścią człowieczego losu. Opowieści o znaczeniu świata i człowieka są różne. Tak samo różne są religie. W zależności od kultury, czasów, osobistego uwarunkowania jednostki itd.
Niektórzy po pewnym czasie zakotwiczenia w religii odczuwają, zauważają i doświadczają ciasności religijnych dogmatów i osądów. Nie musi to oczywiście oznaczać odejścia od danej grupy religijnej, ale czasem zdarza się i tak. Inni w samej religii odnajdują kontemplacyjne ścieżki przemiany i idą w sam Ogień Istnienia. Gdy człowiek odkrywa, że myśl jest wąska, uwarunkowana i nie wyraża Całości i Wszystkości tego, co Jest, może doświadczyć niezwykłego przebudzenia. Oświecenie tego typu jest odświeżające i piękne, a jednocześnie przerażające dla ego. Człowiek staje się prawdziwie samotny. Już nie podpiera się o innych, nie szuka swej wartości w ludziach, nie podążą za modą. Wraz z tym pojawia się współczucie i bliskość z innymi. Nie jest to bliskość z myślami czy wiedzą innych. To raczej odkrycie, że Wszystkość mieszka w każdym. Wraz z owym ocknięciem "zjawia się" duchowość jako serce prawdziwej i głębokiej religijności. Chrześcijańska metanoia czy buddyjskie satori to doświadczenie odkrywające najbardziej realny poziom życia. Poziom ten jest esencją, sednem i sercem Życia. Po takim doświadczeniu kocha się wszystkich jak swoich. Etykiety społeczne, polityczne, religijne blakną, bowiem w każdej osobie spotyka się Oblicze Jedynego.

Istnieją różne opowieści, różne religie, różne języki. Jednak duchowość istnieje jako jedna rzeczywistość. Religie mogą kłócić się która jest ważniejsza. Religia może ruszać na krucjaty czy pisać traktaty dlaczego jej opowieść jest bardziej prawdziwa od innych opowieści. Ludzie religijni bez doświadczenia Ducha kochają swoich ziomków, innych najwyżej szanują. Duchowość nie ma granic, nie zna więc również konfliktów i walki. W duchowości wszyscy stają się braćmi. Jezus i Budda siedzący przy jednym stole, w jednym Istnieniu.

Wielu ludzi, którzy zaufali Sile większej niż oni sami lub doświadczyli czegoś niebywale trudnego (śmierć bliskich, kataklizm, choroba) odkryli Prawdę. Dróg do Jedynego istnieje wiele. Cierpienie, intelektualne poszukiwanie, wdzięczność i zachwyt nad tym, co jest, kochanie kogoś/czegoś głęboko czy bezinteresowna służba innym to proste drogi, aby poznać to o czym próbuję się tu opowiedzieć. Wpis na tym blogu jest jak religijny dyskurs czy opowieść. Nie o niego w nim chodzi. On zaprasza do drogi, do wydarzenia się tego, co nigdy się nie dzieje, co nie jest dotknięte przez czas i dzianie się, do tego, co przekracza wszelkie antynomie i konflikty.


"Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli" (Łk 10, 23-24)



I na koniec coś, co o poranku napisałem z serca:


Gdy się zatrzymam...
w punkcie
w bezruchu

bycie rozpuszcza wszystko

przestrzeń
oto ona
ukochana
umiłowana

A jednak
w byciu czy w nie-byciu
też mnie nie ma

przekraczam wszystkie pozorne przeciwieństwa

milknie słowo
znika świat

słowo ciałem się stało

ciało znika
słowo znika
świat znika

co zostaje?

poniedziałek, 12 listopada 2018

Dezintegracja pozytywna, czyli gdy wewnątrz jest nie tak jak miało być

Nerwowość, apatyczny nastrój, gorzkie poczucie "jest nie tak", głęboki smutek, niechęć do życia, strach, osamotnienie, nadpobudliwość, niekontrolowane odruchy wewnątrz psychiczne, rozwinięty krytyk wewnętrzny, pragnienie nieistnienia... Te i inne stany dotykają w różnym stopniu ludzkość od zawsze. Różne są interpretacje i sposoby radzenia sobie z "cienistą krainą ludzkiego cierpienia". Religie, psychologie, psychoterapie rozwijają własne systemy rozumienia bólu psychicznego. Czasem prowadzą w wyzwalaniu i integracji cienia, czasem przez skostniałe i wąskie systemy przekonań zatrzymują człowieka w rozwoju i przywiązują nieświadomie do cierpienia.  

Zdaje się, że wraz z narodzinami świadomości, narodziło się cierpienie w człowieku. Wraz z samoświadomością ("ja jestem ja") pojawiło się tajemnicze, osobnicze i zbiorowe nie-ja, a z nim cały świat nie-ja (nieświadomości, niewiedzy czy treści psychicznych nieznanych dla "ja"). W tej podstawowej dychotomii "ja" - "nie-ja" pojawiło się rozbicie, cierpienie i trud. Czy to pesymistyczne? Raczej nie. Zdaje się, że to realistyczne. Wraz z cierpieniem pojawiła się możliwość rozwoju czy też ewolucji człowieka, aby mógł poznać samego siebie, aby mógł pokochać i poznać również "nie-ja", całą przestrzeń tego, co nieświadome. I od tego należałoby zacząć: człowiek i ludzkość dotyka rozwój, a jego skutkiem ubocznym w pewnej mierze jest cierpienie.

Chcę w tym tekście zaproponować pewną metodę rozumienia i pracy wewnętrznej, która w moim odczuciu może wnieść wiele życiodajnego sensu do egzystencji człowieka. Cierpienie rozumiem jako wewnątrz psychiczną nadpobudliwość i dezintegrację jakiegoś poziomu życia psychicznego. Jednak owo cierpienie rozumiem jako głęboko sensowne i ważne w drodze do pełni bycia człowiekiem. Cierpienie to tylko szczebel w drabinie ewolucji człowieka, który trzeba przejść, aby iść wyżej. Nie będę więc tu gloryfikował udręk, bólu i zmagań. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że w dużej mierze cierpienie jest zwyczajnie potrzebne, by zrobić swoją pracę i odejść. Tekst zawiera osobiste przemyślenia na temat cierpienia, które zawdzięczam inspirującym tekstom i badaniom wielkich ludzi, tj. Victor Frankl, Abraham Maslow, Ken Wilber, Pierre Teilhard de Chardain czy Carl Gustaw Jung. Tytułowy termin "dezintegracja pozytywna" zaczerpnięty jest z teorii słynnego polskiego psychologa i filozofa Kazimierza Dąbrowskiego. Jego rozumienie rozbicia wewnątrz psychicznego postaram się wyjaśnić i wpisać w rozwój człowieka. Rozumienie cierpienia i jego sensu w największej mierze zawdzięczam dwóm założycielom wielkich religii: Jezusowi Chrystusowi i Gautamie Buddzie. Mimo trudności w dotarciu do esencji nauczań tych wielkich ludzi (doktryny religijne i przekaz ustny osłabiają moc tych przesłań) zdaje mi się, że obaj dali mi wiele intuicyjnego i wewnętrznego poznania (przez odczytywanie tekstów spisanych przez ich uczniów, a także z samego osobistego doświadczenia medytacyjnego i wglądowego).

Przejdźmy do sedna tematu. Dezintegracja pozytywna. Zdaje się, że w samym sformułowaniu spotykamy paradoks. Dezintegracja bowiem kojarzy się z czymś negatywnym, rozbijającym, kwestionującym zastany porządek i rozumienie. Integracja, pełnia, porządek, harmonia - oto cechy pozytywne, chciane i lubiane przez człowieka. Światowa organizacja zdrowia (WHO) podaje definicję zdrowia psychicznego jako pełnego dobrostanu fizycznego, psychicznego i społecznego człowieka. Sama w sobie jest ona niezwykle pozytywna i kreśli niebywale piękny ideał. Jednak życie codzienne milionów ludzi jest i dziś opatrzone zmaganiem i trudem istnienia. Dlatego też K. Dąbrowski i inni zaproponowali, że drogą do pełni i integracji jest również dezintegracja, a z nią niedojrzałość, nadpobudliwość i zmagania. Dezintegracja pozytywna oznacza więc pewne stany lękowe czy depresyjne, które pracują w człowieku dla jego dobra. Zdolność rozumienia tych stanów, odczytywania ich informacji w wyzwalaniu człowieka stanowi zasadniczą kwestię. Nurt psychologii humanistycznej wskazuje na to, iż nadpobudliwość psychiczna nie jest procesem chaotycznym, bezsensownym i zbędnym. Istnieje szerokie podejście wskazujące na to, iż cierpienie psychiczne jest nie tylko pełne znaczeń i informacji, ale prowadzi do odkrywania sensu życia (V. Frankl, C.G. Jung, A. Mindell).

Jak możliwa jest dezintegracja pozytywna? Otóż K. Dąbrowski  w swojej książce "Trud istnienia" ukuwa pojęcie wielopoziomowości rzeczywistości psychicznej. Oznacza to, że człowiek z jednopoziomowej istoty staje się zróżnicowaną, wielopoziomową jednostką, a wraz z nią przejawia bogactwo uczuciowe, myślowo-ideowe i twórcze. K. Dąbrowski przebadał wielkich artystów, badaczy, ludzi twórczych i zauważył pewien znaczący związek między nadpobudliwością psychonerwicową a życiem twórczym. Wielopoziomowość wzrasta wraz z rozwojem człowieka dzięki tajemniczemu procesowi transcendencji. Pojęcie to oznacza, iż w człowieku istnieje zdolność rozwoju przez przekraczanie kolejnych poziomów percepcji, poznania czy adaptacji społecznej. Przyjrzyjmy się teraz fenomenowi narodzin człowieka. Pobieżna obserwacja noworodka wychodzącego z łona kobiety pozwala nam stwierdzić, iż krzyk dziecka spowodowany jest prawdopodobnie niebywałym szokiem i skokiem rozwojowym. Jakiś czas temu w jednej z konferencji na youtubie słuchałem o tym, iż badania mówią o niebywałym wzroście połączeń nerwowych w mózgu nowo narodzonego. Z jednopoziomowej jedni noworodek-matka powstaje oddzielny człowiek. Oczywiście na potrzeby tekstu dokonujemy tu uproszczenia. Życie niemowlęce a potem wczesnodziecięce to szereg procesów usamodzielniania się i rodzenia się ego małego człowieka.
Powszechnie wiadomo, że ludzie nierozwinięci psychicznie (jednopoziomowość psychiki) nie są w stanie zrozumieć innych, mają trudności z empatią, mogą zadawać ból innym bez doświadczenia poczucia winy i wstydu. Psychotyk-egotysta nie widzi w świecie żadnej głębi, dlatego też za wszelką cenę zaspokaja jedynie najprostsze potrzeby samozachowawcze (pożywienie, seks, zachowanie życia), nawet za cenę życia innych. Im wyższy poziom rozwój tym człowiek szerszej i głębiej widzi rzeczywistość, potrafi indywidualnie podchodzić do każdej relacji, a więzi, które buduje posiadają bogactwo przeżyć, sensu i wzajemnego szacunku. V. Frankl zauważył, że w obozach zagłady były jednostki, które przejawiały zachowania prospołeczne i empatyczne; potrafili dzielić się z innymi kawałkiem chleba czy dobrym słowem za cenę własnego zdrowia czy życia. Oznacza to, że w obrębie ich świata psychicznego istniały "wartości wyższe" takie jak samorealizacja, potrzeby estetyczne: piękna, harmonii, pokoju między ludźmi czy poznawcze: wiedzy, rozumienia. 

Rozwój człowieka dokonuje się więc również dzięki cierpieniu. Ono nie pozwala zostać nam na danym poziomie rozwojowym i choć marzeniem człowieka pozostaje rajski eden wewnątrz psychiki i w świecie, to drogą do niego nie jest ucieczka, konsumpcjonizm czy zaspokajanie podstaw egzystencji (tzw. samozachowawcze potrzeby: seks, jedzenie, przetrwanie), a pójście za zjawiającym się w psyche doświadczeniem cierpienia. które prowadzi wyżej. Nie trzeba go szukać. Przychodzi samo z siebie. W doświadczeniu człowieka bezradność, ból, brak sensu czy depresyjny nastrój sam w sobie jest bezsensu. Jednak w perspektywie przejścia przez niego, staje się on sensowny, konieczny i z gruntu rzeczy oczywisty. Z dystansu możemy zobaczyć sens tego, co nam się przydarzyło.

Podstawowym sposobem pracy z dezintegracyjnym cierpieniem w człowieku pozostaje dialog, szacunek i bliskość z nim samym. Homo sapiens ucieka od "ostrza bólu i zmagań". Jednak mechanizm obronny w postaci ucieczki, odwleka i wzmacnia jedynie nieproszonego gościa, który puka do drzwi świadomości psyche. Warto więc zatrzymać się nad codziennym złym nastrojem, złością czy głębokim smutkiem. Co mówi to doświadczenie? Jaką pracę ma do wykonania? Współczesny rozwój szkół psychoterapeutycznych i wzmożonej praktyki klinicznej pokazują pragnienie człowieka, by poznać i zrozumieć siebie. Przestrzeń dla "dezintegracji pozytywnej" to również przestrzeń na twórczość. K. Dąbrowski badając życie psychiczne różnych artystów ukazuje niebywałą wartość nadpobudliwości psychicznej w pracy twórczej. Wiele wspaniałych dzieł powstało dzięki ciemnym nocom psyche. A. Storr w "Samotność. Powrót do jaźni" pokazuje jak istotną rolę w twórczej pracy wybitnych jednostek ogrywa samotność i czas w którym człowiek spotyka się z wewnętrznym światem subiektywnych odniesień i wartości.

Tabletki, leki i środki otępiające cierpienie niosą ulgę i same w sobie są dobrym odkryciem ludzkości. Jednak nie one poniosą nas na wyżyny ewolucji ludzkiej świadomości. Jeśli człowiek chce iść do przodu w poznaniu siebie i w zrozumieniu swej wielkiej roli w świecie niezbędnym jest, żeby afirmował, przyjął i przytulił cierpienie własne i innych. Tak jak Matka Teresa tuliła chore i cierpiące dzieci z pełną czułością i oddaniem, tak i my ludzie XXI wieku musimy przytulić ból, osamotnienie i trud własnego życia i innych. Wszystko by się rozwijać. Masochizm czy duma z cierpienia jest zatrzymaniem w drodze.

W tym miejscu przypominają mi się momenty z przeszłości, gdy karmiłem niepełnosprawnych, przewijałem chorych w szpitalu czy wycierałem łzy cierpiącego człowieka. Wszystkie te chwile uczą mnie, że szacunek, akceptacja i wyjście z własnego ja przyczyniają się do rozwoju siebie i świata, w którym żyję. W drogę przyjaciele! Życie samo prowadzi nas w górę!

Zakończmy pięknym tekstem K. Dąbrowskiego "Przesłanie do nadwrażliwych":

Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi 
za waszą czułość w nieczułości świata 
za niepewność wśród jego pewności
Bądźcie pozdrowieni 
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że odczuwacie niepokój świata 
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie

Bądźcie pozdrowieni 
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata 
za wasz lęk przed bezsensem istnienia

Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym 
i praktyczność w nieznanym 
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich 
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą twórczość i ekstazę 
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno

Bądźcie pozdrowieni 
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane 
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości 
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że jesteście leczeni 
zamiast leczyć innych

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana 
przez siłę brutalną i zwierzęcą

za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego

za samotność i niezwykłość waszych dróg

bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi




niedziela, 14 października 2018

Religia, (nie)wygodne pytania i paschalna przemiana

Od czasu do czasu ludzie zadają mi pytanie: "czy jesteś wierzący?", "czy wierzysz w Boga?", "jaki jest twój stosunek do kościoła katolickiego?". Pytanie te wiążą się bezpośrednio z historią mojego życia, którą znają osoby zadające pytanie. 

Od wczesnych lat dzieciństwa interesował mnie absolutny sens, pytanie o przyczynę istnienia świata i mnie samego. Gdy byłem małym chłopcem patrzyłem z pełnym zachwytem w gwieździste niebo nocą, przeczuwając, że istnieje coś nieskończonego. Nieskończone żyło mnie. W pewnym momencie moje rodzące się ja (ego) bardzo przeraziło się owej nieskończoności. Dorastając, zainteresowałem się religią i poszukiwaniem Boga. Droga poprowadziła mnie do Towarzystwa Jezusowego, w którym spędziłem dziewięć lat życia. Przez ten czas medytowałem, poznawałem Pismo Święte, studiowałem filozofię czy teologię, brałem udział w dłuższych czasach milczenia, miałem wiele głębokich doświadczeń i wglądów, modliłem się ludźmi, dyskutowałem poszukując zrozumienia świata, afirmowałem swoją osobowość, robiłem różne warsztaty, prowadziłem grupy, służąc ludziom itd. 

Około szóstego roku bycia w zakonie zaczął się we mnie poważny kryzys, który zmusił mnie do zobaczenia, że wiele z tego, w co wierzyłem było jedynie wykrzywionym wyobrażeniem. Oto miałem zostać księdzem katolickim. Zauważyłem, że oczekiwania w stosunku do tej roli społecznej stoją w sprzeczności z moim młodzieńczym pragnieniem poznawania świata i poszukiwania Prawdy. Interesowało mnie wiele: psychologia, psychoanaliza, filozofia, religie wschodu, doświadczenia szamańskie, struktura poznania itd. Jednocześnie coraz wyraźniej widziałem, że religia, której jestem częścią, nie przepada za "innością". Teologia, którą studiowałem nie tylko zdawała mi się być nudną i oderwaną od codziennego życia nauką, ale nie odpowiadała też na głębokie pytania i nie niosła życiodajnego sensu. 

Czułem, że niebawem zostanę urzędnikiem kultu i muszę nauczyć się prawa kanonicznego, musztry świątynnej i szablonowych odpowiedzi na ludzkie cierpienie. Wraz z tym zrozumiałem, że zostając księdzem, który ciągle ma jeszcze w miarę wysoką pozycję społeczną w Polsce (tak! księża są jeszcze traktowani w niektórych środowiskach jako jednostki wyjątkowe), nie będę mógł w swoim życiu doświadczać i poznawać świata. Religia bowiem w subtelny sposób zabrania doświadczać pewnych aspektów życia. Było to potężne zdziwienie! Do tej bowiem pory myślałem, że zakon pozwala mi eksplorować i zgłębiać z otwartością rzeczywistość. Po dwuletnim mroku, śmierci religijnego "Boga" i niemożności zrozumienia o co chodzi w chrześcijańskiej wizji świata postanowiłem opuścić szeregi zakonu i pójść ścieżką, która byłaby bliższa mojemu wewnętrznemu głosowi. Teraz opowiadam o tym spokojnie. Wtedy panowała we mnie burza, sztorm i przedziwny kopernikański przewrót. Interpretacja mojego odejścia była różna. Niektórzy twierdzili, że się zagubiłem. Inni, że zwątpiłem. Jeszcze inni twierdzili, że chodzi tylko o to, że pokochałem kobietę (to też się wydarzyło!). Piękną rzecz napisał mi jeden z moich przyjaciół jezuitów, gdy odchodziłem: "mam wrażenie, że odnalazłeś siebie".

"Czy jesteś wierzący?" To pytanie sprawia, że nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Jeśli ktoś ma kilka godzin na przyjazną rozmowę, opowiadam o tym, co myślę i czuję w tym temacie.

"Czy jesteś wierzący?" I tak, i nie. Nie jestem wierzący, bowiem nie podpisuję się pod żadnym z istniejących wyznań chrześcijańskich. Nie korzystam z sakramentów, nie odnajduję siebie w całym mistagogiczno-katechetycznym gmachu religii. Nie wyznaję jedyności zbawienia w Chrystusie. Z drugiej strony symbole chrześcijańskie i całe zaplecze etyczno-inicjacyjne jest mi niebywale bliskie. Chrystus pozostał dla mnie jednym z wzorów, symboli i żywotnych sił, które przemieniają moje widzenie świata. Nie walczę z religią. Mam serdecznych przyjaciół w Kościele i szanuję tradycję kościołów chrześcijańskich. Jednak jeśli mam być uczciwym, nie mogę znaleźć swej drogi w tym, co chrześcijanie określają: wiarą. Jestem wierzący, bowiem wiem, że materia nie jest jedynym światem. Jest powłoką, pod którą kryje się coś więcej. Świat jest jak cebula. Albo jak filmowy ogr. Ma warstwy. Znaczy to, że pod postacią materii, świata widzialnego, osób, rzeczy i procesów, istnieje Niewidzialne, Nieuwarunkowane, Nieskończone. Widzialne z niewidzialnym istnieje w głębokiej tajemniczej jedności. Owo Niewidzialne żyje ten świat.

Tak trudno mi określić własną tożsamość religijną, tak samo jak trudno określić mi kim lub czym jest Bóg, ostateczna rzeczywistość czy najgłębszy sens życia. Teologia, a z nią religia katolicka, tak bardzo określiła czym/kim jest Bóg, że niewielu ludzi może zmieścić się w tej wizji świata. To kim był Jezus, a czym jest religia dziś, to dwie różne sprawy. Kilka lat temu po powrocie z jakiejś liturgii napisałem następujące słowa:

"Coś tam trzeba.
Odkleja się chrześcijaństwo od mojego serca tak jak odkleja się plaster od rany, która się zagoiła. Naturalnie. Bez okrzyków i haseł propagandowych. Bez rewolucji i zamieszek. Tak jak po dniu przychodzi noc, tak wyrastam z wiary moich ojców. Nie odcinam się od korzeni, niczego absolutnie nie neguję. Po prostu nie wiem o co chodzi. Odpada to wszystko, czego nie rozumiem i w czym nie ma życia. Zmartwychwstanie, umartwianie siebie, sąd, liturgie, starania się, posty, modły, medytacje, spowiadania regularne, ciało co z grobu powstanie… Koncepcji i idei multum. Jak na targu. Tyle, że wybierać nie mogę. Mam wierzyć i już. I tak dużo strachu. Kapłan na podwyższeniu sprawuje ofiarę. Lud z dala patrzy i błaga „Boga” o zlitowanie nad „grzechami” swoimi i świata całego.
Miałem nadzieję znaleźć w chrześcijaństwie zbawienie. Nie znalazłem. Niczego nie znalazłem w niczym. I oto o dziwo zbawionym okazałem się być. Taki jaki jestem. Mama i tata kochali mnie takim, jakim jestem. Kawa co ją rano piłem kochała mnie, takim jakim jestem. Wiatr, słońce, deszcz… Kochało mnie życie, takim jakim jestem. Tylko ty religio jakoś nie umiesz kochać tak po prostu za nic. Zawsze czegoś chcesz. Ofiar, wyrzeczeń, postanowień, cnót, uwielbień, zaświadczeń, orzeczeń, wyznań, oświeceń, czystego sumienia... Nie walczę z tobą. Po prostu widzę jak rozpadasz się w drobny mak. Skoro sama egzystencja taka piękna, czemu mam ci składać hołd?
Coś tam trzeba. Tego nauczyła mnie chrześcijaństwo. Dziś już nawet nie wiem, co miałbym zrobić. Nawet nie wiem, jaki jest cel tego wszystkiego. Niebo? Piekło? Miłość bliźniego? Doskonałość? Przemiana wewnętrzna? Wszystko to już jest tu i teraz. Obecne.
Dziś widzę do głębi – Jezus – nie jest takim jak mi opowiedziano. Chrystus to wolność. I kto wie, być może wzywasz mnie Nieznany do pozostawienia…"

Nie jestem teistą. Nie jestem agnostykiem. Nie jestem ateistą. Kim więc jestem? A może nie muszę odpowiadać na te pytania. Słodka niewiedza i proste życie. Pływam w tym, co chrześcijanie określają "Bogiem". Ocean ten jednak nie ma płci, woli i miliona pozytywnych atrybutów. Nie jest Ojcem ani Matką. Jest samym istnieniem, które przekracza wszystkie antynomie, przeciwności. Jest więc ponad dobrem i złem, ponad pięknem i brzydotą, ponad osobą i nie-osobą, a nawet ponad istnieniem i nieistnieniem. Wszystko otacza. Wszystko w nim istnieje, przez niego i dla niego. Jest wszystkim i ponad wszystkim.

"Wtedy można by powiedzieć wraz z Nietzschem: „Bóg umarł”.
Postąpilibyśmy jednak słuszniej, mówiąc: „Bóg usunął swój obraz; gdzież go znajdziemy?” (Carl Gustaw Jung)
Mam przedziwne doświadczenie bliskości z panem Jungiem. Rozumiem jego ambiwalentne podejście do religii. Czytając jego "Wspomnienia, myśli, sny" czułem tajemniczą więź doświadczeń. On odszedł od praktykowania chrześcijaństwa, choć całe życie spędził w bliskości z głębokim doświadczeniem religijnym. Jung, cytując Nietzschego, wiedział, że nie tylko w nim samym, ale i w kulturze następuje swoista "śmierć Boga". Wraz z nią znikają wyobrażenia, religijne projekcje, obwinianie siebie samego czy Stwórcę za zło w świecie. Oto współcześnie pojawia się duchowość, w której sam Stwórca usuwa wszelkie obrazy siebie samego. Koniec teologii, koniec historii, koniec opowieści na temat religii. A jeśli istnieją nadal, wiemy, że to tylko opowieści. Dziś, tak jak mistycy wszystkich czasów, możemy iść w samo doświadczenie. Poza słowami. Poza obrazami. Następuje swoisty ruch w ponad-doświadczanie... Tam w głębi nas samych, możemy poznać tego, o którym opowiadają religie. Otchłań duszy, iskierka czy nieskończona jaźń. Imion tysiące.

Obraz Boga może dziś znikać. Czyż religijnie nasza cywilizacja nie jest dziś w neurotycznym stanie lęku. Na czym mamy oprzeć nasze kruche życie? W czym nasze małe ja ma znaleźć oparcie? Jest tak wiele potężnych sił, które pracują w człowieku... Religia przez wieki chroniła i chroni nadal człowieka przed potężnymi nieświadomymi siłami, osłaniając słabe, małe ego. Religie pomagały w kontakcie z tymi potężnymi mocami. Dziś jakby się kończyły... A może się mylę? 

Być może to sam Niewidzialny zabrał wszelkie obrazy siebie samego, jak pisze pan Jung.

Dynamika Paschy. Śmierć na krzyżu. Pusty grób. Zmartwychwstanie.
Po śmierci religijnych obrazów Boga pozostała święta pustka (jakże ceniona w buddyjskich ścieżkach inicjacyjnych), janowe nic na górze Karmel czy mistrza Eckharta odosobnienie. Kto zanurzył się w ciszy, w pustce i umiłowaniu Obecności, ten wie jak TO smakuje. A symboliczne zmartwychwstanie... Cóż. Zmartwychwstanie ukazuje mi, że Bóg jest tym, który jest wszędzie i nigdzie. Obecność roztacza się wszędzie, obejmuje każde stworzenie... i nie wymaga niczego. Zamiast świątynnego oddawania czci - kult w Duchu i w Prawdzie.

We mnie samym dokonała się Pascha. Wszystko się zmieniło. Nic się nie zmieniło. Tak trudno powiedzieć coś o tym cudzie.

Czy religia jest zbędna dziś? Na pewno nie. Religia przez wieki dawała człowiekowi bezpieczeństwo, ochronę i moc do sensownego życia. A dziś? Jaką przemianę może czekać chrześcijaństwo, jeśli chce dać współczesnemu człowiekowi ścieżkę do Prawdy? Co musi zrozumieć religijny dyskurs, aby propozycje duchowe były ogniem, które przemienia ludzkie życie? Czy istnieje coś takiego jak ewolucja religii? To już temat na inny wpis.

Napisałem to, bo chciałem się podzielić. Nikogo nie chcę przekonywać do niczego. Niczego nie chcę udowodnić. Być może ktoś tak jak ja, czy wspomniany Jung, wie co to znaczy samotność pójścia własną ścieżką i poczuje wsparcie, bez względu na wyznawaną religię, światopogląd czy system wartości. Każdy ma swoją własną ścieżkę w drodze ku Prawdy. Pokój!