Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawdziwe Ja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawdziwe Ja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2020

Sen o umierającej nieszczęśliwej, religijnej świadomości



Miałem sen. W nocnych obrazach widziałem znajomego kapłana, który rzewnie płakał nad umierającą religią. Płacz jego wzbudzał we mnie współczucie i przedziwne pocieszenie. Miałem w sobie pewną ujmującą myśl: "nareszcie, koniec niewoli". Jednocześnie wiedziałem, że proces ten jest trudny i wymagający. Następnie sen poprowadził mnie na cmentarz - miejsce, w którym ludzie wspominają to, co minione i prowadzą namysł nad umieraniem. W tym śnie, na tym właśnie cmentarzu razem z płaczącym kapłanem odczuwałem, iż religia umiera. Sen wzmocnił we mnie pragnienie, by napisać ten tekst. Chodził on za mną już od jakiegoś czasu.  

Znaczenie, które rozpoznaję w tym śnie, we własnym samobadaniu i studiowaniu psyche pokazuje mi, że procesy prowadzą mnie coraz głębiej do szczerości przed sobą i innymi. Szczerość ta wyraża się w tezie: spora część masowej i instytucjonalnej religii, jaką znam, opiera się na niedojrzałej religijności albo na strukturach, które nie mają wiele wspólnego z duchowością. Teza wcale nie jest nowa w dziejach ludzkości. Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że nie uważam, iż nowy ateizm albo zupełne odrzucenie religii - w sposób ideowy - ma jakikolwiek sens rozwojowy. Śmierć religii z powyższego snu nie wyraża końca instytucji czy wspólnoty konfesyjnej w sposób bezpośredni (choć i to dzieje się dziś na Zachodzie). Owy kres jest obumarciem mitu, którym świat zachodni żył przez wieki. Mit o wielkim upadku i wygnaniu z raju znajduje się dziś w agonii i choć tradycyjne religie ciągle opierają się na grzeszności człowieka i gniewie boga, który uśmierzany jest przez zbawiciela/i, to większa część świata zachodniego odrzuciła już myślenie o sobie w kategoriach grzechu jako skazy czy zranionej natury. Bardziej dojrzałą formę mit ten przybiera, gdy mówi o miłości Boga do upadłej ludzkości. Wspólne jednak dla obu form pozostaje przekonanie o zepsuciu czy też zranieniu ludzkości po grzechu pierworodnym.

Chciałbym objaśnić podstawowe pojęcia, których używam w tekście: religia i duchowość. Duchowość rozumiem jako najgłębszą ścieżkę, w której człowiek doświadcza i rozpoznaje źródło swojego istnienia. Terminu religia używam w przeróżnych kontekstach znaczeniowych: od fałszywych, niosących cierpienie struktur niedojrzałej psyche i jej przejawów w świecie zorganizowanych wierzeń, przez codzienne poszukiwanie połączenia z tym co głębokie, po konkretne "religie", które uformowane są przez doktryny, wierzenia, moralność, kult. Używam ich w sposób raczej mało ścisły. Zdaje mi się jednak, że podstawowa myśl zawarta w tych kilku akapitach będzie zrozumiała.

Zanim zacznę krok po kroku opisywać w jaki sposób mit o upadku ze Starego Testamentu przestaje dziś nieść znaczenie człowiekowi, chciałbym przytoczyć wierszotwór, który napisałem, będąc pod intensywnym wpływem snu:

PLĄSY NA GROBACH PRZODKÓW

śniłem
kapłan płaczący z żalu po religii

płacz, szloch, żałoba

to mój przyjaciel
religia jaką znał

przeminęła

ta religia, w której

przyjemność to grzech
kobieta to podrzędna forma życia
masturbacja otwiera piekło
a nie-modlenie wprawia boga w gniew

religia, w której

śmiech, zabawa i bycie sobą to grzech
lęk przed piekłem popycha do kościoła
nauka to narzędzie szatana
a rację ma tylko jedno credo


cmentarz
jestem tam z przyjacielem

żegnamy się z opresyjną religią
jak dzieci płaczące po ojcu, który bił
z radością i z ulgą

cisza cmentarna
po śmierci religii, 
zostaje tylko ona

miłość

znana od wieków

cierpliwa
łagodna
nie unosi się pychą
nie pamięta złego

wyznawana czy nie - pełna
z człowiekiem czy bez - otwarta
z kościołami czy bez - wszędobylska
z modłami czy bez - wewnętrzna


przecieramy łzę
jesteśmy wolni



Mit o wielkim upadku można interpretować z perspektywy: teologii, socjologii historycznej, badań nad mitami, kulturoznawstwa, gnostycyzmu itd. Adam, Ewa, wąż i przechodzący po ogrodzie bóg doczekali się już wielu przeróżnych interpretacji. Od strony dominującej teologii w ramach chrześcijaństwa mit opowiada o tym, iż u zarania dziejów pierwsi ludzie zgrzeszyli nieposłuszeństwem wobec boga i od tego momentu na świecie pojawił się znój ciężkiej pracy i bóle rodzenia (trud i cierpienie). W sensie literalnym mit ten kilka wieków temu został obalony przez naukowy empiryzm, a nawet przez dojrzałą teologię. Patrząc na ewoluujący wszechświat trudno bowiem sobie wyobrazić, iż sens literalny mógł wydarzyć się realnie w konkretnym czasie i w konkretnej przestrzeni. Dlatego też wielcy myśliciele w katolicyzmie pokazywali, iż znaczeniowy sens "wydarzeń z ogrodu Eden" jest jedynie ograniczoną metaforą. Jednak co ciekawe, jeśli przysłuchasz się kapłanom czy chrześcijańskim misjonarzom, zawsze usłyszysz tę prawdę; człowiek u zarania dziejów zgrzeszył, okazał nieposłuszeństwo przez zakazany czyn; zerwał owoc z drzewa poznania dobra i zła. Od strony psychologicznej taka interpretacja tego mitu rodzi poczucie winy i pewne niezrozumienie. C.G. Jung, dziecko protestanckiej rodziny teologicznej, zadając pytania pełne empirycznego myślenia, dostawał odpowiedź od ojca: Karl, ty chciałbyś tylko wiedzieć, tu trzeba wierzyć. Współczesny człowiek nie wierzy na słowo, musi mieć potwierdzenie od strony doświadczenia czy empirii naukowej. Mowa tu oczywiście o człowieku, który na poważnie i z zaangażowaniem chce poznać daną prawdę. Pewna bliska osoba opowiadała mi ostatnio jak nie mogła zrozumieć jako dziecko literalnego sensu mitu o upadku. "Jak odpowiedzialność Adama i Ewy może wpływać na to, co jest teraz? Dlaczego oni to zrobili? Świat bez ich nieposłuszeństwa byłby rajem?" Zdziwiłem się, bowiem okazało się, że wiele dzieci, pochodzących ze środowisk religijnych ma podobne myśli. W podobny sposób młody Jung mierzył się z tematem grzechu pierworodnego:

W myśli przebiegłem długi rząd nieznanych przodków, by w końcu dojść do Adama i Ewy. Tu nasunęła mi się decydująca myśl: Adam i Ewa to pierwsi ludzie, oni już nie mieli rodziców, lecz zostali stworzeni przez samego Boga takimi, jakimi byli - stworzeni w określonym, Bogu znanym celu. Nawet nie przyszłoby im do głowy, że mogliby być inni, niż byli, albowiem byli doskonałymi stworzeniami Bożymi - Bóg stwarza przecież jedynie same doskonałości. A jednak popełnili grzech pierworodny, ponieważ uczynili to, czego Bóg chciał. Jak to było możliwe? (C. G. Jung "Wspomnienia, myśli, sny...")

Tradycyjna teologia broni się w tym miejscu "wolną wolą" pierwszego człowieka. Wyjaśnienie to jest sensowne w ramach teologicznego dyskursu. Jednak sam fakt "istnienia pierwszych, grzeszących rodziców" jest nie do przyjęcia w ramach dzisiejszej wiedzy o świecie. Po prostu hipoteza ewolucji i rozwój jaki obserwujemy w świecie dekonstruuje przekonanie, iż człowiek został "wsadzony" w świat jako jednostka wyizolowana od reszty natury. Dziś rozumiemy, że proces wyodrębniania się ludzkiej świadomości musiał trwać w dłuższym czasowo procesie. Jung zwracał również uwagę na fakt, iż u początków świadomość musiała być nikła i wątła. Możliwe, że świadomość człowieka na przestrzeni setek lat wyodrębniała się z nieświadomej jedni jak człowiek budzący się powoli z głębokiego snu.

Cała struktura powyższego mitu, pokazuje jak "grzeszne" są kobieta i wąż, a z nimi życie i seks (zauważ jak duże znaczenie seksualności i jej obostrzeń istnieje w ramach religii z poziomu mitycznego). Oczywiście przeciętny wierzący chrześcijanin powie, iż seks jest dobry, ale jedynie w ramach małżeństwa. Owo "ale jedynie" zdradza nam jak bardzo wierzący ludzie utożsamiają bóstwo z jego obrazem istniejącym w psychice człowieka. Jeśli przestudiujesz wnikliwie Pismo Święte zauważysz, że obrazy boga w nim zawarte są paletą tego, w co wierzyli ludzie na temat danego boga i bóstw; bóg w księdze Rodzaju, bóg w księdze Samuela, bóg w księdze Ozeasza itd. Każdy z tych obrazów pokazuje nam boga jako antropomorficzną postać, która nieustannie interweniuje w losy świata.  Dla przykładu bóg w ST jest niebywale kapryśny i zmienny. Często bywa rządny krwi i walki, następnie przebacza i przytula. Dziś taki bóg nadawałby się idealnie na porządną psychoanalizę (chrześcijański obraz boga z poziomu mitycznego wymaga ascezy seksualnej i uznaje popędy za sferę grzeszną). Interwencje Jahwe są pełne nakazów moralnych i kultycznych. Sposób komunikacji boga jest jednocześnie zapośredniczony przez kapłanów i proroków. Bóg tych ludów to pewien obraz, który niezbędnie formułował społeczeństwo, wierzenia, moralność, a ostatecznie tworzył sens więzi i porządek społeczny. Współczesny bóg chrześcijan również wypowiada się na przeróżne moralne tematy tj. aborcja, antykoncepcja, homoseksualizm itd. przez doktryny czy kapłanów, powołując się często na asystencję ducha świętego (o zgrozo współcześnie większość tych tematów dotyczy seksualności czy płodności). Te przeróżne obrazy są w istocie impresjami pochodzącymi z psychiki człowieka i są odbiciem tego, jaki jest człowiek. Psychologia głęboka odkryła bowiem, iż ludzie noszą w sobie różne obrazy boga. One zaś oddziałują na rozumienie życia i konkretne działania. Duchowość nie zajmuje się jedynie doświadczeniem owych obrazów, choć i to dzieje się w praktykowaniu ścieżek kontemplacyjnych i jogicznych, ale jej główne zadanie to prowadzenie do empirycznego, wewnętrznego rozpoznania boskiej rzeczywistości. Droga ta jest mozolna i wąska. Oznacza bowiem spotkanie się człowieka z nieświadomymi siłami, które przekraczają ego jednostki. Głębokie ścieżki duchowe stronią od mówienia o bogu, a zapraszają do inicjacji, czyli konkretnej ścieżki praktykowania medytacji czy kontemplacji, albo mówią też apofatycznie - kim lub czym bóg nie jest - co może poprowadzić do bezpośredniego rozpoznania "rzeczywistości, którą nazywamy Bogiem". Prawdziwe niepoznawalne zmysłami czy rozumem bóstwo poznaje się od wewnątrz w doświadczeniu mistycznym, które przekracza wszelkie religie i dyskursy - a z nimi transcenduje wszelkie obrazy bogów i bóstw. Sam rdzeń boskości jest w istocie poza imieniem i poza religią jak głoszą to nam mistycy wszystkich czasów. Podstawowe rozróżnienie między bogiem jako obrazem, który w projekcji interweniuje i moralnie ogłasza ludziom, co mają robić, a bóstwem jako wewnętrzną iskrą życia, jest w moim odczuciu fundamentalną kwestią w całym dyskursie. Fanatyzm religijny to psychologicznie przywiązanie do jednego obrazu z wiarą i z odczuciem (z pasją), iż on jest jedyną, niepodważalną prawdą. W tej sytuacji mamy do czynienia z inflacją ego - nie liczy się już ja człowieka, który wierzy w danego boga, ale jedynie samo żarliwe odczucie płynące z boskiego obrazu, a z nim konkretne działanie w imieniu danego boga. Droga ta może prowadzić nawet do gotowości, by zabić innowierców, wysadzić wieżowiec czy klinikę aborcyjną ze względu na napływ intensywnych treści nieświadomych na ego-świadomość. Oczywiście można by w tym miejscu przedstawić linie rozwojowe psyche w kontekście obrazów boga i bóstw. Jednak wykracza to poza ramy tego krótkiego tekstu.

Joseph Campbell, amerykański mitoznawca, w książce "Potęga mitu" pokazuje w sposób dobitny jak mit o upadku wpływa na rozumienie świata:

Główna idea biblijnej tradycji Upadku mówi, że natura, jaką znamy jest zepsuta, seks sam w sobie jest zepsuty, kobieta, jako ucieleśnienie seksu, jest szerzycielką zepsucia. Dlaczego Adamowi i Ewie została wzbroniona wiedza o dobru i złu? Bez tej wiedzy bylibyśmy gromadą dzieciaków nadal bawiących się w Edeńskim Ogrodzie i niemających żadnego udziału w życiu.

(...)
W odziedziczonej przez nas tradycji biblijnej życie jest zepsute, a każdy naturalny impuls - grzeszny, o ile nie zostanie obrzezany albo ochrzczony. Tym, który przyniósł grzech na świat, był wąż, jabłko zaś dała mężczyźnie kobieta. Utożsamienie kobiety z grzechem i węża z grzechem, a więc i życia z grzechem - oto splot, który określił cały mit biblijny i naukę o Upadku.

Zdaje mi się, że współczesny chrześcijanin nie zgodziłby się z powyższymi tezami. Jednak poczucie winy w ramach głoszonej nauki pozostaje podstawowym, nieuświadomionym kawałkiem kerygmatu chrześcijańskiego. Kapłan zaczynający misterium wielkiej nocy opowiada o tym jak Chrystus pokonał zło i grzech, który uczynił człowiek. Bez owego poczucia, że robię coś nie tak albo że jest ze mną coś nie w porządku, bardzo trudno praktykować dziś chrześcijaństwo. Znam to z własnego doświadczenia. Kiedyś bliska osoba powiedziała mi, że trudno jej odnaleźć się nawet wśród kaznodziejów polskiego katolicyzmu z racji na to, iż nauka, którą słyszy zaczyna się od niedoskonałości, grzeszności i ułomności człowieka. Następnym zaś krokiem jest mowa o działającym i miłosiernym bogu. Oczywiście psychologiczny cień jest częścią naszej natury, jednak ludzie, którzy nie rozumieją swoich ludzkich impulsów w kontekście grzeszności nie są w stanie odnaleźć się w religii chrześcijańskiej. Jakiś czas temu znajoma opowiadała mi o tym, iż przestała chodzić do kościoła ze względu na to, iż bez poczucia winy uprawia seks poza instytucją małżeństwa. To zaś dyskwalifikuje ją jako uczestniczącą w pełni liturgii. Musiałaby być w ramach wspólnoty grzesznicą, a sumienie nie wyrzucało jej, iż to, co robi jest złe i wymaga bożego przebaczenia.


Mity nowoczesne, które uwzględniają nie tylko naukowe hipotezy (np. ewolucję) ale też mistykę, która zawsze miała trudności we współbyciu z religijnym establishmentem, pokazują, że świat się rozwija. Cierpienie więc, a z nim wszystko, co nazywamy złem, jest częścią procesu stwórczego. Mistyk widzi wszędzie Boga, więc grzech, choroba, śmierć są tak samo uprawnione jak wszystko inne. Grzech rozumiany w tej dynamice jest jako część egzystencji. Odrzucanie życia i jej przejawów w mig rozwija neurotyczne cierpienie. Dlatego też, jak pięknie to pokazał C.G. Jung w Aion. Przyczynki do symboliki jaźni, dawny symbol walczących ryb (ciągłe ścieranie się życia ze śmiercią, cnoty z grzechem, boga z diabłem, człowieka z naturą) zostaje dziś zastąpione przez postać wodnika, który zamiast walki - wybiera świadomość i rozumienie, zamiast zadawania sobie bólu samoagresji i bolesnego podziału. Z dużą ciekawością przyglądam się współczesnym ruchom kontemplacyjnym chrześcijaństwa, które reprezentują wodnikowy styl duchowości. Duchowość nie tworzy poczucia winy w ramach struktur wprowadzających i objaśniających. Raczej daje możliwości uwalniania człowieka z poczucia niedoskonałości.

David R. Hawkins w taki sposób ujął współczesny ruch odchodzenia ludzi od tradycyjnych form religijnych na Zachodzie:

W toku wieloletnich obserwacji klinicznych poczucie winy okazywało się najczęstszym powodem odchodzenia od religii. To dlatego, że spełnienie wymagań religii wydawało się nieosiągalne. Zadaj sobie pytanie: Dlaczego? Zawsze chodzi o rozdźwięk między tym, jacy w swoim mniemaniu powinniśmy być, a tym, za jakich w rzeczywistości się uważamy. Zamiast czuć się winna, wypróbuj uwalnianie i odpuszczanie wszystkich negatywnych uczuć, jakie się pojawiają. Poczekaj i sama zobacz, jak zmieni się twoja postawa. (D. Hawkins "Technika Uwalniania")


W czasie pisania tegoż tekstu wychodzi kolejny film "Zabawa w chowanego". Obie produkcje braci Sekielskich, oprócz konkretnej krzywdy ludzi i mechanizmów wypierania przez instytucje kościoła problemu pedofili, pokazuje poziom dojrzałości polskiej religii. Można powiedzieć, za teoretykiem systemów religijnych i duchowych Kenem Wilberem, iż większa część polskiego katolicyzmu jest na poziomie mitycznym w rozwoju religii. Poziom ten charakteryzuje się brakiem racjonalności i integralności. Mityczna optyka widzi cały świat jedynie w perspektywie religii. Wszystko jest sakralne i wpisane w dany mit religijny. Nie istnieje nic poza bogiem czy diabłem. Zauważ, że kapłan molestujący dzieci stwierdza, że diabeł go skusił. Nie widzi racjonalnych przyczyn psychoseksulanych swojego zachowania. Nie potrafi widzieć rzeczywistości w perspektywie racjonalnej, np. używając psychologii czy nawet zdrowego rozsądku. Wszystkie rzeczy są otoczone sztywną sakralnością, co jest owocem niedojrzałości psychicznej. Na wysokich poziomach duchowych człowiek potrafi rozróżniać, badać moralnie samego siebie, a także rozumieć świat w sposób złożony. Inaczej mówiąc; doświadczenie religijne musi uwzględniać psychologię, etykę i własne uwarunkowania.


Sen, o którym pisałem na początku tekstu jest rodzajem pragnienia czy marzenia w stosunku do rozwoju religii. Kilka lat temu praktykując katolicyzm odkryłem, że sam system strukturalny religii opiera się na fałszywych założeniach, co do natury człowieka. Człowiek nie jest zepsutym przez grzech pierworodny stworzeniem, a rozwijającą się naturą, która nosi w sobie boskie Źródło, które dalekie jest od antropomorficznych bogów, uwarunkowanych kulturowo. Jak to trafnie zauważył Hegel - wielu chrześcijan wyobraża sobie boga jako "kręgowca o gazowym ciele". Eteryczny bóg jest tu istotą oddzielną, żyjącą w niebie albo chodzącym po ziemi interweniującym super-bohaterem typu avengers. Wszystko to jest pewnym ważnym etapem rozwoju świadomości, jednak nie jest to samym Esencją Istnienia. Mój sen jest marzeniem o upadku dualistycznego i neurotycznego religijnego mitu. Marzenie to powstało po doświadczeniu uwolnienia od mitu o upadku i dotknięciu w sobie miejsca, które nieskażone jest nieszczęśliwą świadomością, o której czytamy w Fenomenologii Ducha Hegla, która jest w istocie oddzielonym ja, której ustawia siebie naprzeciwko boga, który widziany jest jako oddzielna rzeczywistość. Mistyka pokazuje, że jest to jedynie błąd poznawczy, maja, nieświadomy, niezbudzony stan świadomości. Etap tej wędrówki jest konieczny w rozwoju ludzkiej świadomości, jednak wielu współczesnych doświadcza dziś "śmierci boga" i zaniku owej dualistycznej struktury. Dalej droga może prowadzić albo do nihilizmu i rozpaczy egzystencjalnej albo do duchowego doświadczenia jedności z boską rzeczywistością (piekło nihilizmu jest etapem przejściowym w duchowych ścieżkach przybierająca postać doświadczeń nocy i pustki).

Oby kolaps fałszywej i niedojrzałej religii stał się udziałem jak największej ilości ludzi i wspólnot. Duchowość, a z nią miłość, jako ścieżka jednocząca i afirmująca życie, może być kolejnym etapem w drodze ewolucji świadomości człowieka. Możliwe, że konfesyjne ścieżki wielu religii zmienią się nie do poznania pod wpływem tej transformującej przemiany. Jednak w najbliższym czasie zdaje się to, z wielu racji, jeszcze niemożliwe. Owo "jeszcze" jest tym, co wymaga zaangażowania i pracy poznawczej, a co jednocześnie budzi nadzieję, iż ewoluująca boskość dokonuje transformującej przemiany przez setki czy tysiące lat istnienia tego wszechświata.

piątek, 27 marca 2020

O pewnym mistrzu, który mieszka wewnątrz nas

Chodził po lasach i dolinach. Samotnie. Wygnaniec. Ludzie odrzucili go i zakazali mu bycia w ramach swoich miast i wsi. Człowiek ten zadawał pytania, których nikt nie chciał słuchać. Mówił rzeczy niewygodne dla tych, którzy uwięzieni zostali we własnych umysłach. Wędrowiec wzywał innych, by nauczyli się żyć bez lęku, bez gniewu, bez przywiązania. Nie robił tego nachalnie. Po prostu tam, gdzie się pojawiał, od razu wyłaziły wszystkie najgorsze cholery i dziadostwa z ludzkich wnętrz. Miał nawet ksywę "Chrystus", bo podobnie jak starożytny nauczyciel z Palestyny, swoją obecnością cichą i spokojną budził legionów demonów. Niektórzy tak bardzo nie znosili jego piękna, dobra i prawdy, że chcieli go skreślić. Byli tacy, którzy chcieli postawić na nim krzyżyk, pokrzyżować jego istnienie. W tym również podobny był do Palestyńczyka. Inni mówili na niego "Budda", bo miał w zwyczaju siadać w zachwycie pod drzewami, a poza tym głosił, że źródłem cierpienia jest przywiązanie.


W swoim zamiłowaniu do Prawdy nie pasował do większości ludzi, którzy zakochali się w materii. Jednocześnie nie zauważyli, że przywiązali się do czegoś co przemija. Bohater był zbyt odległy od powszechnego stylu myślenia i bycia. Głosił wolność i miłość. Ludzie nie znają natury miłości i wolności. Nazywają miłością to, co jest rządzą, władzą, emocjami, przywiązaniem, lękiem ubranym w odpowiedzialność itd. Nasz tułacz nie znał się na tym wszystkim. Zgubił bowiem wszystkie uwarunkowania przez poszukiwanie we własnym wnętrzu Prawdy. Z osobowości ludzkiej był dziwakiem. Bóg w nim to czysta Prawda, a osobowość miał dziwaczną. Chodził gdzie chciał, śpiewał co chciał i przyjaźnił się z dziećmi, z ubogimi i z zaburzonymi. Oni wszyscy jakby wyczuwali jego wewnętrzny ogień i wspólnie przy nim rozpalali humor, pogodę ducha i miłość do wszystkiego. Nasz wędrowiec był przyjacielem wiewiórek, borsuków i wszelkiej maści ptaków. Niektórzy mówią, że w jego chatkach, które stawiał w lasach na jakiś czas, schodziły się sarny i jelenie. Inni mówią, że podkarmiał zwierzęta i każde drzewo kochał w lesie jak swoją matkę. W każdej plotce jest ponoć garść prawdy.

Pewnego razu tułacz stanął na skrzynkach targowych i przemawiał do ptaków:

- Kochane! Śpiewajcie nam swoje pieśni wolności. Możliwe, że zostawimy nasze urazy, lęki i iluzje. Śpiewajcie.

Możecie się domyślać, jaka była reakcja ludzi. Człowiek ten nie zabiegał o pieniądze, o dach nad głową, o zaskarbienie sobie przyjaciół. Rodzina dawno wygnała go ze swoich granic. Przyjaciół miewał. Jego główną miłością pozostawała Prawda i jej wewnętrzne poznanie.

Niczego się nie bał, bo niczego nie posiadał na własność. Czuł się absolutnie bezpieczny. Kim był? Co takiego żyło w nim?

Gdy spotkasz taką istotę w swoim życiu wtul się nią mocno. Wsłuchaj się... Taki Ogień może spalić setki kłamstw. Gdy spotkasz "taką istotę" w sobie samym - zginie twoje małe nieszczęśliwe i wąskie ja.  Bóg jest bliżej niż cokolwiek innego. W drogę, w głąb...


Opowieść ta dotyczyć by mogła Chrystusa czy Buddy. Dotyczy ona też w sposób metaforyczny Twojego wnętrza. Czy o tym wiesz czy też nie - twoje prawdziwe JA jest dokładnie takie, jak bohater powyższej opowiastki. Żyjąc zanurzeni w lękach, w pragnieniach, w myślotworach nie znamy prawdziwych siebie. Ono jest naszym prawdziwym JA.

Bądź uważny! Może właśnie dziś JAŹŃ zbudzi się w Twoim wnętrzu.

niedziela, 10 listopada 2019

Traktat o duchowej istocie piękna

1. Piękno jest wszystkim, co jest.

   1.1. Wszystkość oznacza absolutność i transcendencję.
   1.2. Nie ma rzeczy, obiektu czy podmiotu, który byłby wyłączony z piękna.
   1.3. Wszystko jest piękne.
       1.3.1. Wszystko nie wyklucza nicości.
       1.3.2. Wszystko i nicość są zespolonymi aspektami piękna.
       1.3.3. Piękno jest absolutnym przekraczaniem pozornych przeciwieństw.

2. Piękno pochodzi z niewidzialnego pola, które jest stwórczą mocą.

   2.1. Widzialny świat pochodzi bezpośrednio z niewidzialnego.
   2.2. Widzialne i niewidzialne są ze sobą istotowo i niedualnie zespolone.
   2.3. Każda idea, rzecz, osoba jest piękna.
  2.4. Percepcja duchowa istoty piękna jest możliwa dzięki duchowi, który jest najgłębszym,                        niezniszczalnym rdzeniem istoty człowieka (niewidzialny porządek).
       2.4.1. Piękno oznacza umiłowanie dla tego, co jest.
       2.4.2. Na szczycie ewolucji duchowej człowieka piękno, boskość, duch to pojęcia tożsame.
   2.5. Piękno wypływa z najwyższego atraktorowego, niewidzialnego pola o potężnej mocy.
       2.5.1 Świętość jest blaskiem i mocą energii niewidzialnych pól o wysokiej energii.
            2.5.1.1. Prawdziwe piękno jest samą świętością. 

3. Estetyczne czy intelektualne doznanie piękna jest możliwe, bowiem zasadza się na metafizycznym ugruntowaniu w pięknie.

   3.1. Rozum i zmysły dotykają widzialnego obszaru piękna.
   3.2. Piękno jest czymś głębszym niż zjawiska.
   3.3. Metafizyczne piękno jest ostatecznie czystą immanentną transcendencją.
       3.3.1. Możliwość poznania piękna otwiera się w człowieku przez doświadczenie ducha.
       3.3.2. Immanentność oznacza tu, że piękna można doświadczyć jedynie we własnym wnętrzu                       przez poznanie.
       3.3.3. Transcendencja oznacza tu, iż niemożliwe jest objęcie pojęciem czy uczuciem całej                             głębokości i szerokości piękna.
           3.3.3.1. Transcendencja nie oznacza tu przestrzennego przemieszczania się.
           3.3.3.2. Transcendencja nie oznacza tu czasowego zmieniania się. 
                3.3.3.2.1. Piękno nie podlega zmianom.
           3.3.3.3. Transcendencja w sensie najgłębszym jest czystym pięknem bez stawania się.    

 4. Dla rozwiniętych duchowo ludzi wszystko jest piękne.

   4.1. Piękno można poznać przez stanie się nim.
   4.2. Uczestnictwo dokonuje się przez ewolucyjną ścieżkę wzrastania w kierunku pełni piękna.
   4.3. Stanie się najczystszym pięknem nie leży jedynie w możliwościach człowieka.
       4.3.1. W procesie stania się pięknem niezbędna jest rzeczywistość Łaski.
            4.3.1.1. Łaska jest pojęciem chrześcijańskim. Bez względu na kulturowe uwarunkowania                                 tego pojęcia "łaska" oznacza tu moc stwórczą.
            4.3.1.2. Łaska oznacza tu moc pochodzącą z rdzenia boskości, która wszystko czyni tym,                                 czym jest, czyli pięknym.
       4.3.2. Decyzja, która oznacza, podążanie za pragnieniem Piękna jest niezbędną częścią Procesu.
            4.3.2.1. Człowiek przy całym swym uwarunkowaniu ma możliwość odraczania stania się                                 tym, czym już jest.
                4.3.2.1.1. Intensywne odraczanie i zaprzeczanie oznacza neurotyczne cierpienie.
                      4.4.2.1.1.1. Wzrastanie duchowe dokonuje się przez zaangażowane odpuszczanie.
                4.3.2.1.2. Cierpienie jest niezbędną częścią Procesu.  
            4.3.2.2. Człowiek istnieje w świecie wolności w takim samym stopniu jak w świecie                                         konieczności.
                4.3.2.2.1. Wolna wola człowieka i wolna wola Boga na najgłębszym poziomie są jednym.

5. Ewolucja duchowa człowieka jest faktem na poziomie względnych zjawisk.
   
   5.1. Cały świat istnieje w creatio continua (w stwórczym Procesie uprzytamniania piękna).
       5.1.1. Stwarzanie jest Procesem, w którym człowiek i wszechświat uświadamiają sobie swoje                       Źródło.
       5.1.2. Proces stwarzania jest nieustanną obecnością Piękna, które szuka możliwości, by                                 uprzytomnić sobie, iż wszystkość jest samym Źródłem.
   5.2. W esencji wszystko jest już pełnią Piękna.
   5.3. Na poziomie zjawiskowym człowiek rozwija się przez określanie dobre - złe, piękne -brzydkie, prawdziwe - fałszywe. Rozwój ten dokonuje się przez moralność.
       5.3.1. W świecie zjawisk wybieranie tego, co moralne; dobre, piękne i prawdziwe jest niezbędną                   drogą ku Pięknu.
       5.3.2. Ostateczny skok w Piękno dokonuje się przez przekroczenie par przeciwieństw: dobre -złe, piękne - brzydkie, prawdziwe - fałszywe.

6. Niewidzialne piękno, boskość, sam rdzeń można poznać jedynie na ścieżce duchowej.

   6.1. Nauki przyrodnicze, humanistyczne same z siebie nie są w stanie wprowadzić w transformację w Piękno.
   6.2. Wszelka moralność, psychologia, rozwój osobisty są etapami w drodze stania się pięknem.
   6.3. Głębokie tradycje medytacyjne, kontemplatywne i mistyczne dają możliwość duchowych wglądów i ostatecznego zjednoczenia z Pięknem.

7. Duch jest pięknem.

   7.1. Metafizycznie nieprzejawiony duch jest całym pięknem.   
   7.2. Percepcja duchowa człowieka widzi aspekt piękna w niewidzialnym duchu i we wszystkich                stworzeniach, które z niego wypływają.
   
8. Piękno, dobro i prawda to jakości samego ducha.

9. Piękno przekracza pozorny konflikt między istnieniem a nieistnieniem.

   9.1. Piękno widzi narodziny i śmierć jako fale na oceanie boskości, nie zaś jako ostateczności.
   9.2. Istnienie i nieistnienie jest możliwe jedynie w ramach duchowego ego, który jest etapem Procesu stwórczego.
   9.3. Poddanie swojego ja/duchowego ego Bogu oznacza koniec istnienia pozornych przeciwieństw.
       9.3.1. Ty jesteś Tym. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. To klasyczne twierdzenia dojrzałości duchowej.
       9.3.2. Zjednoczenie jest szczytem ewolucji duchowej, które oznacza brak podziału między                            podmiotem a przedmiotem, człowiekiem a Bogiem itd.
       9.3.3. Brak poznawczego podziału na podmiot-przedmiot jest szczytem piękna i niedualnym                         zjednoczeniem.

10. Piękno jest pięknem. (święta tautologia)

    10.1. O czym (nie) można mówić, o tym trzeba milczeć.
        10.1.1. Milczenie jest głębią mówienia o Pięknie. 
               10.1.1.1. Cisza jest domostwem Piękna.


poniedziałek, 4 marca 2019

Stadność, odosobnienie i diament samotności

Człowiek ma w sobie potrzebę życia w stadzie. Trudno się z tym nie zgodzić. Psychologia nazwała ten fakt w sposób naukowy, choć zdaje się, że ludzie żyją tym faktem i wiedzą o nim od wieków. Stadność to charakterystyczna cecha zwierząt i człowieka, który zresztą pochodzi ze świata natury. Mówi się, że "w kupie siła" i jest w tym powiedzeniu zawarte ludzkie doświadczenie, ale i pewna mądrość.


Człowiek w minionych wiekach, aby przeżyć musiał żyć stadnie. Wspólnota pozwalała przetrwać trudne warunki życia, tj. zdobywanie pokarmu, najazdy wrogów, trudności z pogodą. Człowiek samotny albo uznawany był za wariata albo za odmieńca. Dziś świat zachodni nie ma trudności z przetrwaniem w sensie fizycznym. Rozwijająca się nauka i medycyna sprawiają, że mamy się coraz lepiej. Do tego trzeba zauważyć, że kultura Zachodu w sposób unikatowy na skalę dziejową odkryła autonomię i wolność jednostki. Stąd współcześni nie muszą, tak jak jeszcze do niedawna to było, zakładać rodzin ani żyć w strukturach rodzinnych, aby przetrwać. Wcześniej rodzina pozwalała człowiekowi przetrwać, jeśli nawet nie w sensie fizycznym, to na pewno w aspekcie psychicznym. Kobiety w ostatnim czasie doświadczyły czegoś, co nazywamy emancypacją i dziś nie muszą już (przynajmniej na poziomie ekonomiczno-społecznym) żyć w związku z mężczyzną. Mogą wybrać związek jako drogę dla siebie, ale coraz mniej jest w tym przymusu biologicznego. Bycie singlem wcale nie musi dziś być przekleństwem, choć nasza biologiczno-psychologiczna struktura niechętnie żyje wbrew logice naturalnych więzi.

Dla jasności:w kwestii rodziny pozostaję konserwatystą. Mianowicie uważam, że nic tak człowieka nie rozwija jak zdrowe, pełne ciepła więzi rodzinne. Z mlekiem matki wyssaliśmy relacyjność i odcinanie się od sił natury i jej relacyjnego blasku grozi zbiorową depresją. To z kolei inne oblicze współczesnego świata - odcięcie od więzi niesie poczucie separacji i egzystencjalnego smutku. Jednocześnie wiem z doświadczenia towarzyszenia innym ludziom i obserwacji świata, że relacyjność funkcjonuje w dużej mierze jako przynależność, zaspokajanie potrzeb i przemoc w walce o posiadanie innego dla siebie. Wraz z potrzebą bycia z kimś pojawia się silne pragnienie, a także może pojawić się wewnętrzna pustka, która wydaje się, że może zostać zaspokojona jedynie przez więzi z innymi. Nic bardziej mylnego! Zdrowe głębokie relacje nie są możliwe bez wolności wewnątrz człowieka. Znaczy to, że miłość w rodzinie czy w grupie jest możliwa jedynie, gdy poszczególne jednostki wewnętrznie są wolne bądź są świadome faktu istnienia własnego wnętrza (sama świadomość własnego wnętrza to już krok milowy). Im więcej wolności wewnątrz, tym mniej manipulacji, kontroli, oskarżeń i ocen w relacjach.

Stadność. Co rozumiem przez ten termin? Chodzi mi o ślepą zależność, o nieświadome przywiązanie. Stadność to pewien aksjomat, wyrażający się w zdaniu: "bez was nie ma mnie, nie istnieję, nie jestem sobą". Chodzi o lęk, że nie przetrwam bez relacji z innymi. Instynkt nie myli się tu. Jednak nam chodzi o wzniesienie się na wyższy poziom rozwoju. Mianowicie o poznanie pewnej prawdy: im bardziej wolny jestem, tym bardziej kochający. Im bardziej niezależny, tym głębiej zależny. Cudowny paradoks! Dlatego też zapewne wielcy mistycy i nauczyciele zalecali samotność jako drogę wyzwolenia z okowów ślepego przywiązania. Paradoksy bowiem można poznać jedynie w zaciszu medytacji i refleksji. Zapewne na potrzeby tej analizy można rozróżnić dwie ścieżki duchowe:  droga poznania i droga współczucia. Pierwsza jest zapewne bardziej introwertyczna, druga zaś ekstrawertyczna (a w związku z tym bardziej relacyjna). Jednak zdaje się, że jedna bez drugiej istnieć nie może, a samotność jako stan wewnętrzny jest niezbędny dla podążania każdą ze ścieżek duchowych.
Samotnego człowieka nie można kontrolować. Ktoś, kto jest prawdziwie samotny, nie podlega grom i manipulacjom w relacjach. Jednym ze wspaniałych odkryć w tym życiu było rozpoznanie, że nie muszę nigdzie przynależeć. Tradycje duchowe pokazały mi, że mój dom to nie zewnętrzne obiekty, posiadana ziemia czy euforyczne przywiązanie do ziomków. Dom jest wnętrzem świadomości. Z niego zaś powstał cały wszechświat. Innymi słowy to, co niewidzialne wyprzedza widzialne. Mistrz Eckhart głosił, że odosobnienie jest istotą życia duchowego. W owym odosobnieniu poznajemy wspomniane wyżej Niewidzialne. Oddajmy głos Eckhartowi:

"Ponad wszelką miłość sławię odosobnienie. (…) Wynoszę je ponad miłość dlatego, że ta nakłania mnie do znoszenia wszystkiego ze względu na Boga, odosobnienie natomiast daje mi zdolność przyjmowania samego tylko Boga. Otóż ze zdolności przyjmowania wyłącznie Jego płynie korzyść znacznie większa, aniżeli ze znoszenia wszystkiego ze względu na Niego. W cierpieniu bowiem zawiera się jeszcze jakieś odniesienie człowieka do stworzeń, one są przecież jego źródłem, odosobnienie natomiast jest od nich wszystkich całkowicie oddzielone."
 Eckhart samotność odnosi do poznania Boga, który jest Źródłem wszystkich stworzeń. Mistycy od zarania dziejów głoszą tezy o charakterze introwertycznym: "poznaj samego siebie", "królestwo boże w was jest", "droga do nieba jest wewnątrz nas." C.G. Jung świetnie zauważył, że druga połowa życia człowieka jest znacznie częściej niż pierwsza drogą do wnętrza, drogą pytań egzystencjalnych i zwróceniem się w świat Ducha. Początek bowiem życia z perspektywy psychologicznej jawi się jako formowanie się ego przez kontakt najpierw z matką i z ojcem, a potem ze społecznością. To wszystko jest wspaniałym i pięknym procesem życia. Sam pracuję warsztatowo z grupami, gdzie zauważam, iż pozytywne doświadczenie więzi daje dziecku czy młodemu człowiekowi rozpoznanie, że kontakt z innymi może być niebywale przyjemny, a jednocześnie można odnaleźć siebie w innym (więź jako podstawa dla formowania się tożsamości). W drugiej zaś połowie życia człowiek sięga w głąb siebie, by odnaleźć istotniejsze znaczenie swojego życia. Tu otwiera się przestrzeń na religię, duchowość, sztukę, głęboką psychologię, sens itd. Stawiam hipotezę, że obie "jungowskie połowy życia" mogą się przenikać w różnych etapach życia.


Człowiek samotny to człowiek duchowy. Samotność nie oznacza braku relacji z ludźmi. Owy brak odniesień do innych nazwijmy tu osamotnieniem. Gdy człowiek zamyka się w pokoju, by nie być z innymi to oznacza osamotnienie. Samotność zaś oznacza stan wewnętrzny. Osamotnienie zdaje się jedną z dróg do odkrycia wewnętrznego skarbu samotności. Stan ten to bycie niezależnym i głębokie życie w kontakcie z samym Istnieniem (Bogiem, Jaźnią, Boskością). Tradycje religijne nie bez przyczyny mają w swym arsenale duchowym: pustelnie, czasy milczenia czy samotne medytacje, modlitwy. Nie jest możliwe odnaleźć siebie w tłumie. Tłum zawsze tłumi. Grupy mają niski poziom świadomości, bowiem ilość nieświadomych procesów w grupach jest nie do ogarnięcia przez światło świadomości. Wiem, co mówię z doświadczenia pracy z grupami. Praca ze zbiorowością na głębszym poziomie przynajmniej na razie zdaje mi się niemożliwa. Związane to jest z tym, że wspólne spotkanie z czymś głębokim, duchowym, numiotycznym zdaje mi się sprawą nieosiągalną w rozgadanej grupie. W milczącej obecności, gdzie wszyscy kierują się do wnętrza, gdzie każdy jest prawdziwie pięknie samotny jest to możliwe. Nie znaczy to, że odrzucam więzi z innymi jako nieistotne. Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że akt świadomości jest jeden i jest on w rdzeniu jednego człowieka, tego konkretnego, którym jestem i trudno na ścieżce poznania dotknąć owej tajemnicy razem z grupą. Możliwe, że ścieżka współczucia, która widzi innych ludzi i stworzenia jako oblicza boskości jest odpowiedniejszą metodą dla wspólnotowego odkrywania tego, kim jest człowiek. Proszę pamiętać: snuję tu hipotezy.

Kiedyś napisałem niezwykły tekst. Miałem sen, że jestem w ciąży, a następnie moja świadomość żyła w przeświadczeniu, że zbliża się we mnie jakiś wewnętrzny poród. Było to związane z życiową zmianą (czułem, że muszę opuścić bezpieczeństwo wspólnoty religijnej), a jednocześnie ukazało mi na czym polega piękno duchowego stanu samotności:

"Dojrzałem. Czuję, że coś we mnie dojrzało. A nie przepraszam – NIC we mnie dojrzało.

Znany mistyk mawiał: brzemienny nicością. Oto ja – mężczyzna w ciąży. Noszę w sobie czyste Życie, które niebawem urodzę. Wypełniony jestem cały świętą miłością. Pełen łaski. Zroszony świętą Obecnością. Umysł czysty jak tafla jeziora. Niczego nie brakuje, wszystko jest. Niebawem porodzę córkę nicości, która nie zaspokoi żadnej z moich potrzeb. Po prostu, jak w przyrodzie samica rodzi młode i zajmuje się nimi, by przetrwał gatunek, tak ja porodzę nicość i nic nie przetrwa. Bezcelowo to robię. Właściwie samo się dzieje, ja tylko czekam w chwili obecnej na piękną nie-moją córeczkę…

Dojrzałem. Rozdaję na prawo i na lewo święte Życie. Niczego już nie oczekuję od nikogo. Pływam w tym wielkim oceanie brzemienny w niego samego. Cóż za absurdalna sprawa!

Rozdaję siebie wszędzie. I wszędzie siebie otrzymuję.

Idę na spacer."

Samotność jako poznanie Boga to doświadczenie, które rozbija fałszywą stadność zbudowaną na manipulacji i przemocy uwięzienia w brakach. W kontakcie z czymś głębszym okazuje się być ona jedynie iluzją; poszukiwaniem siebie na zewnątrz w świecie przedmiotów i odniesień z innymi. Po wejściu zaś w dom Istnienia, w serce Boga wszystko staje się przemienione. Bóg po takim porodzie jaśnieje wszędzie i nigdzie, nic nie trzeba już szukać. Nie trzeba łapczywie rzucać się na innych, by znaleźć samego siebie. Się znalazło, to co nigdy się nie zgubiło. Się :) 

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Co świętujemy w Boże Narodzenie?

Boże Narodzenie. Przedziwny czas. Budzi mnie do namysłu, do zdziwienia, do bliżej nieokreślonej wewnętrznej czci dla tego wyjątkowego czasu.

Od kilku dni rozmyślam nad symbolami, które narzucają się tu i ówdzie. Choinka, kolędy, rodzinny czas, światło, przesilenie zimowe, rodzący się Chrystus, opłatek... Nieświadomość z niebywałą odwagą i delikatnością dotyka mojej świadomej uwagi w tym czasie i zaprasza nie tylko do refleksji, ale i to pewnej formy uczestnictwa w tej magicznej liturgii. Co mówią mi te święta? O co w nich chodzi? Dlaczego tak wielu ludzi świętuje w tym czasie? 


Pytanie "dlaczego" z jednej strony kieruje mnie w poszukiwanie historyczno-społecznych przyczyn tych świąt. Oto kilkanaście wieków temu wczesne chrześcijaństwo spotkało się z kulturą rzymską. Jeśli chcielibyśmy tu powiedzieć językiem relacyjnym, co wydarzyło się między nimi to zaiskrzenie wydaje się być odpowiednim słowem. Rzym i chrześcijaństwo splotło się ze sobą i położyło podwaliny (razem z Grekami) dla rodzącej się cywilizacji europejskiej. Prawdopodobnie koło III/IV wieku rozpoczyna się chrześcijańskie świętowanie narodzin Jezusa Chrystusa. Zdaje się, że 25 grudnia był świętowany przez Rzymian jako święto boga słońca. Chrześcijaństwo, które w czwartym wieku naszej ery stawało się coraz bardziej powszechne w cesarstwie ochrzciło solarne bóstwo, które od wtedy "stało się" Chrystusem - wschodzącym słońcem, które przez wcielenie zamieszkało pośród ludzi, by pokonać ciemność ludzkiego życia. Symbol ten, choć w duchu chrześcijańskim ma swoją własną teologię, przyjął się w kulturze europejskiej i po dziś dzień w różnych formach żyje w świadomości zachodnich społeczeństw. Współcześnie Boże Narodzenie niekoniecznie musi oznaczać osobistego związku jednostki z jakimkolwiek wyznaniem chrześcijańskim. Przedziwne jest, że świętowanie Bożego Narodzenia to swoisty taniec różnych metafor, które splatają się ze sobą, asymilują bądź ścierają się wzajemnie. Kultury przenikając się ze sobą dokładały coraz to nowe symbole czy zmieniały ich znaczenie. I w ten sposób np. w Polsce mamy na święta choinkę, która prawdopodobnie pochodzi z XII wieku od germańskich ludów.

Na pytanie: "dlaczego" tak wielu ludzi świętuje w tym czasie, można odpowiedź w jeszcze inny sposób. Mianowicie można postawić pytanie o cel tego świętowania. Dla czego ludzie świętują? Co świętują? Co jest celem obchodzenia tych świąt? Jakie wartości uwidaczniają się w czasie świąt? Jakie postawy w tym czasie człowiek kultywuje i wzmacnia?


Jeśli przyjmiemy postawę empiryczno-fenomenologiczną, czyli będziemy badać to, co widać we współczesnej kulturze, zauważymy bogactwo symboli i znaczeń, które pulsują w naszych domach. Przystrojenie choinki, składanie sobie życzeń, gotowanie potraw, spotkania wśród bliskich, śpiewanie kolęd, przebaczanie sobie wzajemnie dawnych urazów i win, puste miejsce przy stole, łamany opłatek... Wszystko to niesie ogrom znaczeń i sensów! Żyjemy w nich, oddychamy nimi, jednak nie zawsze jesteśmy świadomi, co tak naprawdę robimy. Zadziwiające jest to, że końcówka grudnia to czas zimowego przesilenia. Dzień od tego momentu staje się coraz dłuższy, noc będzie się skracać. Wigilijny stół, w którym zbierają się bliscy, światło lampek na choince, rozświetlone twarze ludzi, którzy zajadają przepyszne potrawy... Światło w ten dzień zwycięża nad wszechogarniającą ciemnością. Ciemność ta wcale nie musi oznaczać jedynie moralnego zła. Może oznaczać np. nieokreśloność, chaos, nierozróżnioną jednię, nudę szarej egzystencji czy pustkę związaną z brakiem głębokich relacji czy z brakiem kontaktu z własnym wnętrzem. Przy stole może rodzić się nowa jakość bycia. Więc... Symbol ten przemawia do mnie, iż jeśli wejdę w to, co proponuje mi tu wydarzająca się nieświadomość, mogę zostać przemieniony. Symbol zwyciężania światła nad ciemnością oznacza zwycięstwo duchowych wartości tj. rodzinne więzy, pokój, uczciwość, bliskość, bycie-dla-innych, hojność (podarunki), radość nad szarością i nudą nie-urodzonej egzystencji.

Carl Gustaw Jung wyróżniał trzy momenty czy też rodzaje narodzin, które występują w życiu jednostki. Po pierwsze człowiek rodzi się cieleśnie. Ciało niemowlęcia staje się odrębne od matki i przez jakiś czas wzrasta. Następnie człowiek rodzi się jako ego, jako ja, jako konkretna tożsamość. Jung opisuje swoje własne doświadczenie związane z narodzinami ja. Oto jako dwunastoletni chłopiec nagle doświadczył odkrycia, że jest odrębny. Odkrył, że on to on. Ja to ja. Zdziwienie istnienia. Sam pamiętam swoje wczesnomłodzieńcze doświadczenie, gdy nagle dotknąłem tego, że jestem sobą. Przedziwne! Trzecie narodziny w życiu człowieka, to czas budzenia się, odkrywania w sobie Źródła, Boskości, wewnętrznej Jaźni. Jung twierdził, że większość ludzi ma możliwość doświadczenia narodzin Ducha w drugiej połowie życia. Wtedy też człowiek zauważa, że nie jest tylko swoim własnym ja. Przy odrobinie szczęścia, jakiejś duchowej praktyce czy przy sprzyjających okolicznościach dorosły człowiek może odkryć własną Głębię, duchową naturę swojego życia, cel i początek egzystencji.

Myślę, że Boże Narodzenie dotyka trzech rodzajów narodzin. Po pierwsze świętujemy narodziny konkretnego człowieka - Jezusa Chrystusa. Cielesne narodziny to rzecz niebywała. Ci, którzy doświadczyli narodzin dziecka we własnej rodzinie wiedzą jaka radość i świeżość dotyka ludzi w związku z narodzinami. Drugie narodziny, czyli powstanie tożsamości (ego) to w perspektywie konfesyjnej; narodziny wielkiego człowieka - Jezusa Chrystusa - osobowości, która wniosła sobą do świata niebywałą ekspresję duchową i wartości, na której zbudowana jest nasza cywilizacja. Każdy z nas na swój niepowtarzalny sposób nosi w sobie tęsknotę i pragnienie pozostawienia po sobie śladu czy też zbudowaniu czegoś dobrego w świecie. Narodziny duchowe pokazują, iż ten narodzony Jezus przynosi ze sobą Obecność, która jest Obecnością w każdym człowieku. Paradoksalnie! Człowiek pokazuje, iż Bóg mieszka w człowieku. Oto radość tej nocy! Człowiek nie jest tylko i wyłącznie swoim ciałem, swoim imieniem, swoją historią, swoją osobowością, swoimi osiągnięciami itd.. Człowiek pochodzi od Boskiej Obecności i nią jest w swojej Esencji. Religia, która zapomina o tym doświadczeniu i o tym, że służy samemu wnętrzu człowieka, przenosi, projektuje własną duchową naturę na konkretną jedną osobę, rytuał czy sposób świętowania. Moc Chrystusa to nie tyle moc osoby, a raczej moc wewnętrznej boskiej natury każdego człowieka, który w niej żyje, porusza się i jest. Znaczy to, że poznanie swojej wewnętrznej jaźni, wewnętrznego Chrystusa (w języku chrześcijan), samego rdzenia boskości to istota i serce tych świąt.

Świętowanie narodzin napawa mnie podziwem i przedziwnym zdumieniem. Narodziny z ciała, narodziny ego, narodziny Ducha... Dziwy same.

Boże Narodzenie niesie jeszcze wiele wspaniałych treści i symboli, ale idę już przygotować się do wigilii. Gloria in excelsis Deo!

"Wielkie zdziwienie: wszelkie stworzenie,
Cały świat orzeźwiony;
Mądrość Mądrości, Światłość Światłości,
Bóg-Człowiek tu wcielony."


sobota, 29 września 2018

Sen(s), tunel, ego i... porządek istnienia!


Śnienie to rzecz ważna. A nie przepraszam! Śnienie to nie jest statyczna rzecz. To tańczący, pełen znaczeń proces. Wbrew pozorom sny mają swoją realność. Świat współczesny zakochany jest w materii, w osiąganiu, w realizmie, w naukowości. Nie interesują go sny, fantazje, wizje i wglądy. Zostały one przeniesione do sfery subiektywnej i nazwane zwykłą mrzonką, iluzją, fanaberią. Schizofrenik, jak i mistyk, to osoby zwyczajnie chore dla takiego światopoglądu. Świat wewnętrznych sensów, odczuć, struktur i treści psychicznych nie jest ani ceniony ani nawet zauważany. Głębokie życie psychiczne zostało w większej części społeczeństwa zepchnięte na bok i odzywa się jedynie przez nieprzyjemne symptomy, takie jak: lęki, pragnienia, neurotyzmy czy psychotyzmy. Leczy się je głównie lekami wspomagającymi biologicznie. Jednak człowiek to nie tylko ciało czy osobowość. Odradzanie co rusz psychoterapii czy religii świadczy o tęsknocie człowieka za własnym wnętrzem.
Człowiek bez sensu ubożeje. Victor Frankl i jego terapia  z egzystencjalnym sensem w roli głównej daje nam taki oto paradygmat pełni życia: człowiek jest w stanie przejść największe cierpienie, jeśli w jego horyzoncie poznawczym jest obecny sens. Daje on siłę do życia, napełnia codzienność miłością, spokojem i zdolnością do pokonywania trudności czy progów rozwojowych. Sens jest tajemnicą, która jest podstawą egzystencji spełnionej. "Nie mam po co żyć" to stwierdzenie pochodzące z głębi życia pozbawionego sensu. Sens nie jest tylko i wyłącznie jakimś bliżej określonym celem. Może oczywiście przejawiać się w jakichś sprecyzowanych celach (typu: życie zawodowe, założenie rodziny, zdobycie jakiejś góry). Jednak w swej istocie sens jest egzystencją pełną znaczeń i symboli, w których człowiek-pełen-sensu żyje, porusza się i jest obdarzany mocą ich odczytywania i asymilowania. Świat w tej narracji jawi się jako liturgia swoistych sensów, które czekają na odkrycie i podróż w kierunku Nieznanego. Jest to życie swoiście religijne, choć wcale nie musi być związane z jakimś konkretnych kościołem, wspólnotą czy wyznaniem.

Wracając do śnienia. W snach objawiają się "sensowne znaczenia". Sen jest jakby listem, który wysyłany jest z nieświadomości do świadomości człowieka. Gdy zasypiamy zanurzamy się w przedziwną ciszę istnienia. To, że w czasie snu nie mamy świadomości istnienia własnego ja, nie oznacza, że nie istniejemy. Istniejemy! W tej ciszy bycia przytrafiają się nam przeróżne sny. Czasem ludzie, którzy nie mają kontaktu z sobą nie śnią w ogóle bądź ich sny są jedynie chwilowymi, niezauważonymi plamami na ekranie życia. Jednak sen może stać się drogą do siebie samego. Sen może pomóc nam w odkryciu sensu o którym się nam nie śniło :)

Chcę się tu podzielić jednym z ostatnich moich snów. Analizy snów uczę się od dawna. Sny w pewnej mierze prowadziły mnie przez życie. Były sny, które pokazywały mi moje kompleksy, wyparte emocje czy destrukcyjne mechanizmy. Śniłem również znaczenia, które pomagały mi podejmować decyzje. Sen jest jak mędrzec, który prowadzi przez życie. Gdy byłem dzieckiem śniłem, że staję naprzeciwko jakiegoś pięknego drzewa, którego strzeże potężny lew. Czułem, że muszę doświadczyć "tego drzewa", ale muszę pokonać tego lwa czy też stać się nim. To był sen istotny i głęboki, w pewnej mierze dany mi na całe życie. Określał bowiem mit życiowy, który żyje mnie od wielu lat.

Teraz przytoczę sen z ostatniego czasu, a z nim swoisty sens. Śniłem, że stoję na jakiejś powierzchni i zostaję zaproszony przez jakąś tajemniczą postać do wskoczenia do tunelu. Wyglądał on jak rura czy bardzo długa zjeżdżalnia, którą można spotkać w basenach. Wszedłem w niego niepewnie. Nagle zacząłem spadać czy też zjeżdżać z dużą prędkością w dół. Po drodze minąłem jakiegoś człowieka, który próbował wrócić na powierzchnie, ale bez skutku. Wypadłem ze zjeżdżalni w wielkie pomieszczenie pełne rozmaitych przedmiotów. Było to miejsce, które wyglądało jak ogromny sklep albo magazyn. Wokół kręciło się wiele osób, ale żadnego z nich nie mogłem rozpoznać. Wszystkie wydawały mi się tak przyjazne, dobre, pełne ciepła. Pracowały z radością. Ustawiały przedmioty, dbały o porządek. Nagle ze mnie samego pojawiła się ni stąd, ni zowąd chęć niszczenia tego miejsca. Ze splotu słonecznego wylatywała w kierunku półek i regałów moc niszczenia, agresja, gniew. Przewracała ona półki i rozrzucała ustawiane tam rzeczy. Postaci z magazynu spokojnie, bez niepokoju i lęku porządkowały niszczone przeze mnie przestrzenie. Było w nich tyle ciepłe i miłości! Po chwili zrozumiałem, że nie mam takiej siły, żeby zniszczyć cały ten "podziemny świat". Poddałem się. Sen się skończył.

Gdy szedłem wczesnym rankiem do pracy analizowałem ten sen. Na początku wyobraziłem sobie, że mam terapeutę (bądź też nawiązałem kontakt ze swoim wewnętrznym terapeutą) i zacząłem opowiadać mu własny sen. Po kilku minutach znalazłem sensowną interpretację tego snu. Oto moje własne ja (ego) przez tunel dostało się do "podziemnego świata" (nieświadomości), który jest nieznany dla powierzchowności ego. Moje ja mogło przez chwilę zobaczyć, że jest jedynie małą wysepką na tym świecie. Świat podziemny to świat sensów, które pracują we dnie w nocy. Głęboko pod moim ja istnieją struktury, postaci ze snu, treści, które żyją i są realne! Mówi mi to, że jestem czymś więcej niż ja (ego). Ten podziemny świat również jest "mną" czy też żyje we mnie. Drugą uderzającą rzeczą w tej interpretacji było odkrycie, że istnieje we mnie siła, która niszczy, która lubi pławić się w nieszczęściu i w niedoli. Jednak "pod spodem mojej zdolności rozumienia" żyje miłość, która prowadzi cały świat. Harmonia i ład świata przekracza moją zdolność rozumienia. Śmierć, huragany czy wojny zdają się mówić, że świat nie ma ani sensu ani prowadzenia ani niczego, co go spaja! Jednak myśl ta przy bliższym spotkaniu wydaje się być ograniczona i wąska. Dla mnie ten sen(s) dał mi doświadczenie i zrozumienie, że jestem niesiony przez Większą Siłę niż moje ja i jego nawykowe schematy. Tak jak w doświadczeniu Pawła z Tarsu: "Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. (Rz 8, 28)". Można to przetłumaczyć inaczej: "Wiemy zaś, że z miłującymi Boga wszystko wspópracuje ku dobru, z tymi będącymi powołanymi z wcześniejszego postanowienia" (tłum. własne, druga część zdania jest niepoprawna stylistycznie). Tłumacząc to z języka chrześcijan można powiedzieć, że istnieje tajemnicza Siła (w religiach nazywana Bogiem), która niesie Dobro (agathon) i pracuje mając w objęciach czas (przyszłość-"będącymi", teraźniejszość- "współpracuje", przeszłość- "wcześniejszego postanowienia"). Jednak owa współpraca/współdziałanie jest większa niż nasz mały, wąski, codzienny umysł.

Nowy sen(s) dał mi powiew spokoju. Wraz z nim zrozumiałem, że sytuacja, w której się znalazłem teraz, to nie przypadek. "Coś" dba o wszystko. Mogę spokojnie żyć i nie martwić się o jutro. Zaś niszczące mechanizmy wewnątrz mnie nie mają siły, żeby zniszczyć sen(s) i jego przychodzenie. Sens jest niezniszczalny w swej istocie.

poniedziałek, 24 września 2018

Szczerość

Nic bardziej wyzwalającego niż możliwość uwolnienia emocji... Nic bardziej odświeżającego niż szczera rozmowa, w której bezpieczeństwo i otwartość pozwalają na swobodę bycia... Nic bardziej czułego niż widzenie nawykowych reakcji jako nie-swoich...

Od kilku tygodni porusza mnie temat szczerości. Nie chodzi mi tu o czynność mówienia tego, co się myśli i czuje w każdej chwili czy tendencja do nieustannego i nawykowego artykułowania swojej opinii. Raczej chodzi o pewien wewnętrzny stan. Zauważam, że gdy zwyczajnie jestem uważny na to, co się dzieje się we mnie i wokół  mnie, pojawia się jakaś tajemnicza jakość bycia. Po prostu jestem. Tak sobie jestem. Widzę wszystkie moje tendencje, stare nawyki, powtarzające się od lat reakcje emocjonalne... Słyszę głos w mojej głowie, który opowiada dziesiątki historii. Czasem rozmawiam w myślach z bliskimi, przechodniami, osobami z przeszłości. Gdy tylko na moment SZCZERZE widzę te wszystkie stany, ruchy czy pozycje, pojawia się we mnie przestrzeń i cisza, która nie jest jednak żadną formą odrealnienia czy ucieczki. Nagła przerwa w myślach i w działaniach. Przerwa. Przerwa, w której mieszka boskość. Odpoczynek. Jednocześnie świadomość przeróżnych stanów mentalno-uczuciowych niesie świadomość tego, że jestem świadomy. Paradoksy! Jest we mnie coś, co to wszystko widzi. Czym to jest? Widzenie. Wiedzenie. Świadek. Obserwujący w spokoju cichy przyjaciel. Miłująca Obecność. I oto odkrywam siebie. Jestem świadomością. Żadne imię, żadna opowieść, żadna nazwa nie oddaje mojej istoty. I choć używam imienia, badam swoją przeszłość czy szukam znaczenia dla swojej codzienność, to w gruncie rzeczy zawsze wracam do tego prostego punktu. Jestem BYCIEM, samą świadomością. Żadna rzecz nie wypowie tego, kim jestem. Żadne słowo nie odda istoty tożsamości. JESTEM.

Szczerość! Mogę być tym, kim jestem na tym świecie. Nie muszę być sobą czy nie-sobą. Nie muszę również zmieniać siebie, by być kimś innym. Rafał. Ta historia, ten człowiek, to uwarunkowanie... Niech służy czemuś większemu, szerszemu i głębszemu! Nie muszę zajmować się naprawianiem siebie, innych, świata. Gdy bowiem jestem "widzącą Obecnością" nic nie musi się już zdarzyć ani nic nie musi się dziać. Jest, co jest. Boskość tańcząca wszystko i wszystkich. Spełnienie. Akceptacja. Czystość.

Rafała łatwo zranić, rozdrażnić, zdenerwować. Rafał posiada wiele uwarunkowań, masek, lęków. Ten Rafał ma również wiele zalet, cnót czy zdolności. Składa się z wielu czynników, zasłyszanych opinii , komórek, genów, myśli, zachowań i decyzji, że tym będę, a tym zaś nie chcę być. Jednak tak SZCZERZE w gruncie rzeczy istnieje "coś" głębszego niż ten Rafał. Poza czasem. Poza jutro, dziś i wczoraj.
Nauczono mnie, że moje ciało to ja. Później nauczono mnie, że moje myśli, moja historia, moje pasje to ja. Następnie uczono mnie, że im więcej zdobędę i osiągnę tym bardziej będę.
Czy na pewno?
A może wystarczy zupełnie to, co jest? Tak zwyczajnie... I pod tą rolą, osobą, zasłoną dostrzegę Nieuwarunkowane, którym jestem.

Przyszła jesień. Pora roku, którą Rafał bardzo lubi. Ciepła herbata, chłód i wiatr. A pod tym, co ten cudowny Rafał lubi czy nie lubi, żyje Życie. Bez podziału, bez tęsknoty, bez oddzielenia.

ja i ojciec jedno jesteśmy

niedziela, 24 czerwca 2018

O uwalnianiu

Istnieje dość powszechne przekonanie, a nawet sposób życia, który opiera się o percepcję siebie samego jako niedoskonałej istoty. Dominujące uczucia na tym poziomie świadomości to: smutek, lęk, złość, apatia, niechęć i poczucie winy. Widzenie siebie jako grzesznika, nieudacznika czy słabego człowieka wzmacnia poczucie niekompletności. Niższe poziomy świadomości człowieka obarczone są lękiem, gniewem i niskim poczuciem własnej wartości.
Niedostatek stoi w centrum takiej egzystencji. Przez chcenie, oczekiwania i zdobywanie człowiek stara się zagłuszyć czy też zapełnić tę iluzoryczną dziurę. Osoba ma poczucie, że musi zaspokajać i dopełniać siebie przez ludzi, rzeczy, osiągnięcia.

Oczywiście nic nie jest w stanie zagłuszyć żarłocznych pragnień, a rozczarowania z powodu niespełnienia prowadzą do rozgoryczenia i depresji. O depresji można powiedzieć, że jest swoistym deep pression. Wewnątrz niespełnienia istnieje silna i tłumiona agresja (pression) na siebie samego i na świat. Dlatego też wielu ludzi dzięki pracy wewnętrznej, uważności i akceptacji w czasie depresji odkrywa, że pod rozległym smutkiem istnieje wiele stłumionej złości. Złość ta jest niechęcią do siebie, świata i rzeczywistości. Opis, który tu kreślę jest opisem stanu i percepcji, która wydaje się prawdziwa. Jednak wraz z rozwojem świadomości cały ten negatywizm okazuje się być iluzją. Wyzwolenie spod panowania "małego ja", czyli całego aparatu fałszu na temat siebie i rzeczywistości, to droga nie tylko dla wybranych. Dziś wiedza i środki do drogi wolności są dostępne dla każdego (przynajmniej na tej szerokości geograficznej).

Jedna z dróg wyzwolenia prowadzi przez uwalnianie negatywizmu i fałszywych przekonań do rozpoznania, że nasze prawdziwe Ja jest radosne, pełne i obfite. Bez braku. Nie ma potrzeby niczego udowadniać ani zdobywać. Można po prostu cieszyć się Życiem. Jednak zanim rozpoznamy tę prostą prawdę musimy "uporać się" z negatywizmem. Szczerość wobec tego, co jest w nas to pierwszy krok w tej drodze.
Takim "dokopywaniem się" do głębi zajmuje się żywa religia, autentyczna mistyka i głęboka psychologia. Chciałbym polecić w tym miejscu jedną z lepszych książek w rozwijaniu świadomości, jakie czytałem. Technika uwalniania Davida Hawkinsa wprowadza w bardzo prostą praktykę uwalniania, która obecna jest w pewnej części w niektórych szkołach psychoterapeutycznych czy medytacyjnych. Oddajmy głos amerykańskiemu psychiatrze:

"Podczas wieloletniej praktyki w psychiatrii klinicznej moim nadrzędnym celem było poszukiwanie najskuteczniejszych sposobów usuwania ludzkiego cierpienia przejawiającego się w tak wielu formach. Aby położyć mu kres, zgłębiałem liczne dyscypliny medyczne, psychologiczne i psychiatryczne – psychoanalizę, terapię behawioralną, biofeedback, akupunkturę, żywienie i neurologię. Poza metodami klinicznymi studiowałem systemy filozoficzne, metafizykę, różnorakie metody uzdrawiania holistycznego, brałem udział w kursach samorozwoju, próbowałem różnych ścieżek duchowych, technik medytacyjnych i innych sposobów poszerzania własnej świadomości.
Odkryłem podczas wszystkich tych poszukiwań, że bardzo mi pomaga uwalnianie i odpuszczanie. Jego rola jest tak doniosła, że poczułem konieczność napisania książki, w której będę mógł podzielić się z innymi tym, co zaobserwowałem jako klinicysta, i tym, czego doświadczyłem osobiście.
Chcę się więc podzielić tą praktyczną i pomocną techniką, ułatwiającą radzenie sobie ze zmiennością
codziennego życia – z codziennymi stratami, rozczarowaniami, stresami i kryzysami. Z jej pomocą uwolnisz się od negatywnych emocji i ich wpływu na zdrowie, relacje i pracę; poradzisz sobie z niechcianymi uczuciami. Niniejsza książka opisuje prosty i skuteczny sposób, dzięki któremu można uwolnić się od negatywnych uczuć i stać się wolnym. Technika Uwalniania, która wykorzystuje „mechanizm poddania”, to praktyczna metoda usuwania przeszkód i przywiązań."

Nie jestem tylko teoretykiem tej metody. Praktykowałem przez wiele lat medytację ignacjańską, po której rozsmakowałem się w kontemplacji metodą Jalicsa. Kontemplacja chrześcijańska w swoim rdzeniu posługuje się podobnym schematem poddania. Polega ona na postawie otwartego serca, na przyjęciu tego, co się dzieje i nie przywiązywaniu się do treści, które pojawiają się w świadomości medytującego. Wielokrotnie przekonywałem się jak wielką moc posiada zwykłe pozwolenie na przeżywanie tego, co jest. Negatywne uczucia nie znikają mimo tłumienia ich, ucieczki przed nimi czy nawet przez wyrażanie ich. Żadna z tych strategii na dłuższą metę nie działa. Uwalnianie, czyli pozwolenie i odpuszczanie uczuć niesie wolność wewnętrzną. Gdy dokarmiamy uczucia przez nieustanne "mentalne przeżuwanie" porażek, braków i zdarzeń obudowujemy siebie fałszem. Okrajanie siebie z wszystkich programowań umysłu, którymi byliśmy poddawani od dzieciństwa przez społeczeństwo, to właśnie Technika Uwalniania. Wraz z praktyką uwalniania odkrywamy, że nasze prawdziwe Ja (głębsza Jaźń) nie jest dotknięta przez grzech, strach i winę.

Z czasem okazuje się, że najgłębiej jesteśmy niewinni, piękni i wspaniali. Na niższych poziomach świadomości poczucie winy i lęk są potrzebne do nieustannego karania i poniżania siebie. Gdy "dorastamy w świadomości" uwalniamy się od negatywizmu. Nie musimy już  karać siebie i innych, bo wiemy, że żadna myśl nie wyraża wspaniałości tego, kim jesteśmy. Widzimy świat jako kochającego rodzica, który obficie nas obdarowuje. Stajemy się wspierający, dzielimy się z innymi miłością i obecnością. Nie musimy już "żebrać" o uwagę i miłość. Nie wiemy co to wewnętrzny brak, więc dzielimy się z innymi obfitością istnienia, którymi jesteśmy. Odchodzi krytyka, przywiązanie, zaborczość i kłótliwość...
Opis prawdziwego Ja nie jest utopią ani megalomanią. Nie należy jednak wierzyć na słowo owemu opisowi, który proponuję w tym tekście. Przyjęcie nowych przekonań nie niesie głębokiej przemiany. Jeśli pojawia się sceptycyzm wobec tej narracji, jest on uzasadniony. Lepiej nie oczekiwać zbyt wiele i potem się nie rozczarować. Jeśli ktoś czuję się pociągnięty przez owy uwalniający sposób bycia, niech wypróbuje go na samym sobie.


Utwór, który gra we mnie jakoś tekstem i muzyką, zgodą i spokojem... "Nie chcę iść pod wiatr, gdy wieje w dobrą stronę..." https://www.youtube.com/watch?v=QRxH-II0OsA