poniedziałek, 9 listopada 2020

Co wrze pod pokrywą? O procesach społecznych końca 2020 roku w Polsce

2020 rok, październik. Strajk kobiet i masy ludzi wychodzące na ulicę wzbudzają we mnie pewną dozę konsternacji, przekonania "można było się tego spodziewać" i fascynacji procesami społecznymi. Sytuacja otwiera we mnie pytanie: co właściwie dzieje się w przestrzeni publicznej? 
Z perspektywy faktów chodzi o decyzję Trybunału Konstytucyjnego w kwestii prawnych aspektów zakazu aborcji przy wadach letalnych płodu matki. Sprawa dotyczy więc etyki, prawa i różnicy światopoglądowej. Tam, gdzie pojawiają się tłumne demonstracje, tam też można spodziewać się, że sprawa nie dotyczy jedynie poziomu faktów. Istnieją procesy społeczne, których nie widać 'gołym okiem', ale przy zastosowaniu zdobyczy psychologii głębi czy psychologii procesu można zauważyć, o co chodzi na głębszym poziomie. Tak jak dwie osoby, które kłócą się o racje czy poglądy, zanurzone są w złożone afekty i procesy, tak dwie społeczne polaryzacje pływają w czymś bardziej złożonym niż jednopunktowe racje. Nie w każdym konflikcie chodzi o przedmiot sporu, a prawie zawsze konflikt ma w sobie wiele, różnych wymiarów. Warstwa deklaratywna konfliktu jest jedynie jak pokrywka na garnku, w którym wrze woda. Słowa mówią wiele, ale to, co nie jest mówione, jest równie istotne. W wypadku konfliktu wrzenie jest rodzajem starcia sił czy też energii społecznych, wchodzących ze sobą w interakcję.

Strajk kobiet. Mieszkam na Żoliborzu. Kilka dni po rozpętaniu społecznej burzy, słyszałem ze swojego cichego mieszkanka, dobiegające z ulicy syreny policyjnych radiowozów. Sygnały wołały mnie: dzieje się,  pali się, ogień... Rozhulany proces społeczny jest jak ogień. Żywy, energiczny, czasem zagrażający i niebezpieczny. Proces społeczny jest jak buchający ogień.

Wyszedłem na spacer, by z ciekawością przyjrzeć się, co dzieje się pod domem pewnego posła, którego sprawa w dużej mierze dotyczyła. Policja opatrzona w tarcze obstawiała całą ulicę. Do kordonu policyjnego podchodzili głównie młodzi ludzie. Niektórzy krzyczeli, inni podnosili kartonowe napisy. Stanąłem i przypatrywałem się temu, co się dzieje. Po chwili poczułem, że na miejscu tego procesu, unosi się "duch dyktatury". Duch w procesach grupowych to rodzaj roli, postaci czy energii, która nie jest świadomie przez nikogo obstawiana. Dyktator to rozkazująca siła, nieznosząca sprzeciwu. Ludzie podchodzą, krzyczą wulgaryzmy, bo nie chcą moralnej czy religijnej dyktatury. Zresztą Polacy mają wielowiekowe tradycje walki z dyktatorską siłą okupanta.

Protesty społeczne posiadają, oprócz mechanizmu uwolnienia nadmiaru frustracji i niezadowolenia, siłę, by zmieniać porządek społeczny.
 
Złość może pełnić rolę punktu zwrotnego, za sprawą którego osoby uciskane w końcu chcą się uwolnić. Gniew na niesprawiedliwość społeczną, na represje czy nierówność spowodował w historii ludzkości wielkie rozruchy społeczne, które doprowadziły do poważnych zmian struktur społecznych. (David R. Hawkins "Siła czy moc")

Inną sprawą jest to, iż proces ten zwie się "strajkiem kobiet". Siła z jaką kobiety występują w tej sytuacji zdumiewa wszystkich. Słynne "wypierdalać" jednych oburza, drugich dziwi, trzecich wzywa do protestu. Jednak jeśli przyjrzymy się bliżej owej energii, możemy zauważyć proste, mocne i stanowcze "nie", które bierze się z tego, iż kobiecość doszła do jakiejś granicy. Aspekt kobiecy naszego społeczeństwa przez kilka ostatnich wieków jest w mniejszym lub większym stopniu represjonowany czy marginalizowany. Nie trzeba być feministą/ką, żeby to zauważyć. Energia męska, a więc sprawczość, siła, zdobywanie, przekształcanie świata jest dominującym kawałkiem naszej cywilizacji. Energia żeńska kojarzona bardziej z relacyjnością, z naturą, z ziemią domaga się w procesie dziejowym uznania i równowagi. Daleko mi do neomarskistowskiej idei, iż świat to ścieranie się dwóch odmiennych płci, jednak by oddać sprawiedliwość owej wrzącej kobiecości nie można zamykać oczu na dominującą społecznie rolę mężczyzn. Nierównowaga w świecie objawia się przez zmieszanie i uliczne protesty. 

Inną stroną całej sytuacji jest objawiająca się słabość religii. Gdy religia kostnieje i zamiera - staja się jak pusta studnia - zamiast czerpać ze Źródła, od którego ma swój początek, zaczyna posiłkować się prawem i układem z władzą, by ustanowić siłą swoją rację moralną. Poza tym następuje tu jeszcze inny proces - prawo staje się ważniejsze od żywego doświadczenia. W ten sposób religia kostnieje. Nie daje już żywego doświadczenia. Nie inicjuje w misterium, w wewnętrzne olśnienie, w dojrzewanie moralne. Zajmuje się obroną wypracowanego prawa i wyobrażenia na temat świata. Opowiada jedynie jak powinien wyglądać świat przez okulary własnego systemu moralności. Co ciekawe ponad dwudziestu księży wystosowało pewien list, a dwudziestu innych odpowiedziało na ich list. Spór. Katolicyzm, opowiadając się w pewnym momencie dziejów, przeciwko aborcji w sposób absolutystyczny, ukręcił sobie na siebie samego bicz, którym sam siebie rozwali. Jeśli podejdziemy do sprawy wnikliwie i badawczo, okaże się, że współczesna nauka ma ogromną trudność w określeniu, kiedy możemy mówić o istnieniu człowieka i co definiuje człowieczeństwo. Ostateczny osąd moralny nie jest więc tak oczywisty i prosty.

Jeden z symboli protestów, czyli piorun uderzający w krzyż, dobitnie pokazuje nieświadomą energię procesów społecznych. Część społeczeństwa ma dość panowania christianitas, które dyktuje reszcie społeczeństwa swoje warunki, nie słysząc głosu kobiet. Symbol ten pokazuje również, że proces laicyzacji w państwie może zajść szybciej i głębiej niż to się wydaje na pierwszy rzut oka. Piorun z błyskiem w tle. Oby nie niszczył, a przemieniał naszą społeczną macierz. 

Tak nam dopomóż Ojcze nasz. I matko nasza dopomóż też! 
Ponad płcią i ponad wszelkim wrzeniem - bądź pochwalon - Bezimienny!

środa, 26 sierpnia 2020

Krótka notka o świadomości

Jeden z moich ulubionych momentów we własnej introspekcji czy w pracy z ludźmi to sytuacje, gdy ktoś otwiera oczy. Przez otwarcie oczu rozumiem moment świadomości, głębokiego "aha", rozpoznanie prawdy. Uchwycenie świadomością subiektywnej prawdy, rekonstrukcja sposobów myślenia o problemie jest uwalniająca i podnosząca na duchu. Prawda, która jest pogłębioną świadomością, koi, wzmacnia i pogłębia. W tym tekście owy moment oświeconego rozumienia będę nazywał świadomością. Świadomość można pogłębiać. Odwrotnością życia świadomego jest życie nieświadome, mechaniczne, płytkie i automatyczne.

Życie automatyczne oznacza znikomy brak świadomej uwagi w życiu. Człowiek-automat nie zauważa swoich zachowań, impulsów, myśli. Żyje odruchowo w zgodzie z zaprogramowanym umysłem. Brak refleksji nad sobą, nad swoim życiem, nad sensem swojego bycia i działania skutkuje powtarzalnymi wzorcami, które zapętlają się w cyklu odczucie-myśl-zachowanie. Wiele osób dziwi się jak to możliwe, że pewne niepożądane sytuacje powtarzają się w ich życiu. Nieświadome programy, nieuwolnione emocje generują powtarzalne nawyki. Zmiana nawyków, czyli w gruncie rzeczy transformacja samego bycia-w-świecie  prawdopodobnie nie jest możliwa bez udziału świadomości.

Bycie nieświadomym może sprawić, że staniemy się ofiarami cudzych oczekiwań, wpływów czy potrzeb. Nieświadomość jako brak refleksji nad sobą jest również uwięzieniem w wewnętrznej dyktaturze przymusu powtarzalnych reakcji. W takim stanie jesteśmy zewnątrz-sterowni. Świadomość - wiedzenie, że uczucie czy myśl pojawia się w nas jest doniosłym etapem rozwoju człowieka. Zdarza się, że to co rodzic powtarzał dziecku przez pierwsze sześć lat życia nigdy nie zostało zbadane, rozpoznane i przepracowane w dorosłym życiu. W przypadku braku świadomości nasze życie może stać się spełnianiem czyiś słów, życzeń, pragnień. W takich okolicznościach nietrudno o stanie się robotem. Słyszałem historię ludzi, którzy wybierali dany zawód, bo spełniali oczekiwania środowiska czy rodzin, w których żyli. Nieświadome mechanizmy są powtarzalne i mechaniczne. Im mniej świadomości, tym mniej poczucia życia po swojemu, a więcej nudy, niskiego poczucia wartości i smutku.

Dzieci są niezwykle chłonne i w swojej niewinności wszystko, co widzą i co słyszą przyjmują za oczywistą prawdę. W ten sposób powstają programy przekonań, a wraz z nimi emocjonalne odruchy, które w dużej mierze mogą warunkować zachowania, postawy i nawyki w dorosłym życiu. Można zauważyć, iż wielu ludzi żyje utartymi schematami, wypracowanymi jeszcze w dzieciństwie. Brak możliwości zakwestionowania czy transformacji programów myślowych wzmacnia odczucie nudy, mechaniczności, tracenia życia czy bycia ofiarą. Gdy odzyskujemy świadomość, mamy większe możliwości wyboru, a wraz z tym wzmacnia się nasza wewnętrzna moc - poczucie bycia ok i akceptacja, aż do okrywania miłości i jej mocy.

Życie automatyczne i nieświadome oznacza życie w konieczności, w przeznaczeniu,w ślepym losie. Jak pięknie to pokazał C.G. Jung świadomość u swoich początków była czymś wątłym i słabym. Była jak wyspa na oceanie nieświadomości. Świadome życie nie oznacza neurotycznej kontroli. Wyraża się raczej we wzroście akceptacji, poczucia integralności czy pogłębienia miłości. Nieświadomość bez udziału świadomego czynnika jest trwaniem w ślepym losie, w automatycznym matrixie, zaś wzrost czynnika świadomego odsłania wewnętrzną wolność jako źródłowy sposób istnienia. Z perspektywy psychologii jungowskiej twórczy dialog między świadomym a nieświadomym dobrze robi drodze rozwojowej człowieka.

Praca wewnętrzna, niezależnie od nurtu, szkoły czy technik, sprawia odzyskanie mocy, wzrost poczucia żywotności i budzenie uważności. Ludzie świadomi siebie, własnego wnętrza czy osobistych uwarunkowań stają niezależni i wolni. Relacje budowane na aksjomacie rozwoju świadomości przestają być przystawaniem, dopasowywaniem czy uzależniającym, lękowym łączeniem się w pary. Zaczynają się raczej jawić jako więzi, które są świętowaniem pełni i obfitości. Na niższych poziomach świadomości związki zbudowane są na braku i na potrzebach. Im wyżej w rozwoju relacje stają się celebracją pełni, dobrobytu i szczęścia. Być świadomym siebie i posiadać możliwość podejmowania decyzji wzmacnia autonomię i poczucie szczęścia. Odpowiedzialność jest możliwością odpowiadania rzeczywistości przez własne decyzje. Odzyskanie mocy wewnątrz człowieka wpływa pozytywnie również na samopoczucie, pracę i zdrowie.

Samoświadomość jest również życiem w kontakcie z tym, co ciemne, trudne i bolesne. Każda poważna szkoła zdobywania wiedzy o ludzkim wnętrzu spotyka się na swoich ścieżkach z śmiercią, cierpieniem i bólem. Wszystkie te przystanki w ludzkim życiu mogą być rozwijające i pogłębiające. Co zrobić by cień spotkany w introspekcji nie był destruktywny to już temat na inny tekst.

Istnieje przeogromna ilość korzyści rozwojowych, które płyną ze wzmacniania i rozwijania samoświadomości. Marzę, aby psychoedukacja czy treningi samoświadomości trafiły do szkół i uczelni jako ważne komponenty edukacji. Komputery, nowoczesne metody edukacji i tony wiedzy niekoniecznie niosą sens współczesnemu człowiekowi. Według badań depresja czy trudności emocjonalne młodzieży wzrastają z roku na rok. Może zamiast kolejnych egzaminów, ksiąg do przeczytania, oczekiwań do spełnienia - lepiej, gdyby więcej ludzi miało dostęp do wiedzy o ludzkim wnętrzu i mogło nauczyć się instrukcji obsługi radzenia sobie z własnymi uczuciami, myślami, zachowaniami.

Gdy zmienia się wnętrze pojedynczego człowieka, zmienia się cały świat.

„Bez samoświadomości jesteśmy jak niemowlęta w kołyskach”. (Virginia Woolf)

Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba, jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła. (C.G. Jung)

To co sobie uświadamiasz, to też kontrolujesz, to czego, sobie nie uświadomisz, kontroluję ciebie. (Anthony de Mello)

Dopóki nie uczynisz nieświadomego – świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem” (C.G. Jung)

„Aby zmienić osobę, należy zmienić jej świadomość siebie”. (Abraham Maslow)


niedziela, 17 maja 2020

Sen o umierającej nieszczęśliwej, religijnej świadomości



Miałem sen. W nocnych obrazach widziałem znajomego kapłana, który rzewnie płakał nad umierającą religią. Płacz jego wzbudzał we mnie współczucie i przedziwne pocieszenie. Miałem w sobie pewną ujmującą myśl: "nareszcie, koniec niewoli". Jednocześnie wiedziałem, że proces ten jest trudny i wymagający. Następnie sen poprowadził mnie na cmentarz - miejsce, w którym ludzie wspominają to, co minione i prowadzą namysł nad umieraniem. W tym śnie, na tym właśnie cmentarzu razem z płaczącym kapłanem odczuwałem, iż religia umiera. Sen wzmocnił we mnie pragnienie, by napisać ten tekst. Chodził on za mną już od jakiegoś czasu.  

Znaczenie, które rozpoznaję w tym śnie, we własnym samobadaniu i studiowaniu psyche pokazuje mi, że procesy prowadzą mnie coraz głębiej do szczerości przed sobą i innymi. Szczerość ta wyraża się w tezie: spora część masowej i instytucjonalnej religii, jaką znam, opiera się na niedojrzałej religijności albo na strukturach, które nie mają wiele wspólnego z duchowością. Teza wcale nie jest nowa w dziejach ludzkości. Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że nie uważam, iż nowy ateizm albo zupełne odrzucenie religii - w sposób ideowy - ma jakikolwiek sens rozwojowy. Śmierć religii z powyższego snu nie wyraża końca instytucji czy wspólnoty konfesyjnej w sposób bezpośredni (choć i to dzieje się dziś na Zachodzie). Owy kres jest obumarciem mitu, którym świat zachodni żył przez wieki. Mit o wielkim upadku i wygnaniu z raju znajduje się dziś w agonii i choć tradycyjne religie ciągle opierają się na grzeszności człowieka i gniewie boga, który uśmierzany jest przez zbawiciela/i, to większa część świata zachodniego odrzuciła już myślenie o sobie w kategoriach grzechu jako skazy czy zranionej natury. Bardziej dojrzałą formę mit ten przybiera, gdy mówi o miłości Boga do upadłej ludzkości. Wspólne jednak dla obu form pozostaje przekonanie o zepsuciu czy też zranieniu ludzkości po grzechu pierworodnym.

Chciałbym objaśnić podstawowe pojęcia, których używam w tekście: religia i duchowość. Duchowość rozumiem jako najgłębszą ścieżkę, w której człowiek doświadcza i rozpoznaje źródło swojego istnienia. Terminu religia używam w przeróżnych kontekstach znaczeniowych: od fałszywych, niosących cierpienie struktur niedojrzałej psyche i jej przejawów w świecie zorganizowanych wierzeń, przez codzienne poszukiwanie połączenia z tym co głębokie, po konkretne "religie", które uformowane są przez doktryny, wierzenia, moralność, kult. Używam ich w sposób raczej mało ścisły. Zdaje mi się jednak, że podstawowa myśl zawarta w tych kilku akapitach będzie zrozumiała.

Zanim zacznę krok po kroku opisywać w jaki sposób mit o upadku ze Starego Testamentu przestaje dziś nieść znaczenie człowiekowi, chciałbym przytoczyć wierszotwór, który napisałem, będąc pod intensywnym wpływem snu:

PLĄSY NA GROBACH PRZODKÓW

śniłem
kapłan płaczący z żalu po religii

płacz, szloch, żałoba

to mój przyjaciel
religia jaką znał

przeminęła

ta religia, w której

przyjemność to grzech
kobieta to podrzędna forma życia
masturbacja otwiera piekło
a nie-modlenie wprawia boga w gniew

religia, w której

śmiech, zabawa i bycie sobą to grzech
lęk przed piekłem popycha do kościoła
nauka to narzędzie szatana
a rację ma tylko jedno credo


cmentarz
jestem tam z przyjacielem

żegnamy się z opresyjną religią
jak dzieci płaczące po ojcu, który bił
z radością i z ulgą

cisza cmentarna
po śmierci religii, 
zostaje tylko ona

miłość

znana od wieków

cierpliwa
łagodna
nie unosi się pychą
nie pamięta złego

wyznawana czy nie - pełna
z człowiekiem czy bez - otwarta
z kościołami czy bez - wszędobylska
z modłami czy bez - wewnętrzna


przecieramy łzę
jesteśmy wolni



Mit o wielkim upadku można interpretować z perspektywy: teologii, socjologii historycznej, badań nad mitami, kulturoznawstwa, gnostycyzmu itd. Adam, Ewa, wąż i przechodzący po ogrodzie bóg doczekali się już wielu przeróżnych interpretacji. Od strony dominującej teologii w ramach chrześcijaństwa mit opowiada o tym, iż u zarania dziejów pierwsi ludzie zgrzeszyli nieposłuszeństwem wobec boga i od tego momentu na świecie pojawił się znój ciężkiej pracy i bóle rodzenia (trud i cierpienie). W sensie literalnym mit ten kilka wieków temu został obalony przez naukowy empiryzm, a nawet przez dojrzałą teologię. Patrząc na ewoluujący wszechświat trudno bowiem sobie wyobrazić, iż sens literalny mógł wydarzyć się realnie w konkretnym czasie i w konkretnej przestrzeni. Dlatego też wielcy myśliciele w katolicyzmie pokazywali, iż znaczeniowy sens "wydarzeń z ogrodu Eden" jest jedynie ograniczoną metaforą. Jednak co ciekawe, jeśli przysłuchasz się kapłanom czy chrześcijańskim misjonarzom, zawsze usłyszysz tę prawdę; człowiek u zarania dziejów zgrzeszył, okazał nieposłuszeństwo przez zakazany czyn; zerwał owoc z drzewa poznania dobra i zła. Od strony psychologicznej taka interpretacja tego mitu rodzi poczucie winy i pewne niezrozumienie. C.G. Jung, dziecko protestanckiej rodziny teologicznej, zadając pytania pełne empirycznego myślenia, dostawał odpowiedź od ojca: Karl, ty chciałbyś tylko wiedzieć, tu trzeba wierzyć. Współczesny człowiek nie wierzy na słowo, musi mieć potwierdzenie od strony doświadczenia czy empirii naukowej. Mowa tu oczywiście o człowieku, który na poważnie i z zaangażowaniem chce poznać daną prawdę. Pewna bliska osoba opowiadała mi ostatnio jak nie mogła zrozumieć jako dziecko literalnego sensu mitu o upadku. "Jak odpowiedzialność Adama i Ewy może wpływać na to, co jest teraz? Dlaczego oni to zrobili? Świat bez ich nieposłuszeństwa byłby rajem?" Zdziwiłem się, bowiem okazało się, że wiele dzieci, pochodzących ze środowisk religijnych ma podobne myśli. W podobny sposób młody Jung mierzył się z tematem grzechu pierworodnego:

W myśli przebiegłem długi rząd nieznanych przodków, by w końcu dojść do Adama i Ewy. Tu nasunęła mi się decydująca myśl: Adam i Ewa to pierwsi ludzie, oni już nie mieli rodziców, lecz zostali stworzeni przez samego Boga takimi, jakimi byli - stworzeni w określonym, Bogu znanym celu. Nawet nie przyszłoby im do głowy, że mogliby być inni, niż byli, albowiem byli doskonałymi stworzeniami Bożymi - Bóg stwarza przecież jedynie same doskonałości. A jednak popełnili grzech pierworodny, ponieważ uczynili to, czego Bóg chciał. Jak to było możliwe? (C. G. Jung "Wspomnienia, myśli, sny...")

Tradycyjna teologia broni się w tym miejscu "wolną wolą" pierwszego człowieka. Wyjaśnienie to jest sensowne w ramach teologicznego dyskursu. Jednak sam fakt "istnienia pierwszych, grzeszących rodziców" jest nie do przyjęcia w ramach dzisiejszej wiedzy o świecie. Po prostu hipoteza ewolucji i rozwój jaki obserwujemy w świecie dekonstruuje przekonanie, iż człowiek został "wsadzony" w świat jako jednostka wyizolowana od reszty natury. Dziś rozumiemy, że proces wyodrębniania się ludzkiej świadomości musiał trwać w dłuższym czasowo procesie. Jung zwracał również uwagę na fakt, iż u początków świadomość musiała być nikła i wątła. Możliwe, że świadomość człowieka na przestrzeni setek lat wyodrębniała się z nieświadomej jedni jak człowiek budzący się powoli z głębokiego snu.

Cała struktura powyższego mitu, pokazuje jak "grzeszne" są kobieta i wąż, a z nimi życie i seks (zauważ jak duże znaczenie seksualności i jej obostrzeń istnieje w ramach religii z poziomu mitycznego). Oczywiście przeciętny wierzący chrześcijanin powie, iż seks jest dobry, ale jedynie w ramach małżeństwa. Owo "ale jedynie" zdradza nam jak bardzo wierzący ludzie utożsamiają bóstwo z jego obrazem istniejącym w psychice człowieka. Jeśli przestudiujesz wnikliwie Pismo Święte zauważysz, że obrazy boga w nim zawarte są paletą tego, w co wierzyli ludzie na temat danego boga i bóstw; bóg w księdze Rodzaju, bóg w księdze Samuela, bóg w księdze Ozeasza itd. Każdy z tych obrazów pokazuje nam boga jako antropomorficzną postać, która nieustannie interweniuje w losy świata.  Dla przykładu bóg w ST jest niebywale kapryśny i zmienny. Często bywa rządny krwi i walki, następnie przebacza i przytula. Dziś taki bóg nadawałby się idealnie na porządną psychoanalizę (chrześcijański obraz boga z poziomu mitycznego wymaga ascezy seksualnej i uznaje popędy za sferę grzeszną). Interwencje Jahwe są pełne nakazów moralnych i kultycznych. Sposób komunikacji boga jest jednocześnie zapośredniczony przez kapłanów i proroków. Bóg tych ludów to pewien obraz, który niezbędnie formułował społeczeństwo, wierzenia, moralność, a ostatecznie tworzył sens więzi i porządek społeczny. Współczesny bóg chrześcijan również wypowiada się na przeróżne moralne tematy tj. aborcja, antykoncepcja, homoseksualizm itd. przez doktryny czy kapłanów, powołując się często na asystencję ducha świętego (o zgrozo współcześnie większość tych tematów dotyczy seksualności czy płodności). Te przeróżne obrazy są w istocie impresjami pochodzącymi z psychiki człowieka i są odbiciem tego, jaki jest człowiek. Psychologia głęboka odkryła bowiem, iż ludzie noszą w sobie różne obrazy boga. One zaś oddziałują na rozumienie życia i konkretne działania. Duchowość nie zajmuje się jedynie doświadczeniem owych obrazów, choć i to dzieje się w praktykowaniu ścieżek kontemplacyjnych i jogicznych, ale jej główne zadanie to prowadzenie do empirycznego, wewnętrznego rozpoznania boskiej rzeczywistości. Droga ta jest mozolna i wąska. Oznacza bowiem spotkanie się człowieka z nieświadomymi siłami, które przekraczają ego jednostki. Głębokie ścieżki duchowe stronią od mówienia o bogu, a zapraszają do inicjacji, czyli konkretnej ścieżki praktykowania medytacji czy kontemplacji, albo mówią też apofatycznie - kim lub czym bóg nie jest - co może poprowadzić do bezpośredniego rozpoznania "rzeczywistości, którą nazywamy Bogiem". Prawdziwe niepoznawalne zmysłami czy rozumem bóstwo poznaje się od wewnątrz w doświadczeniu mistycznym, które przekracza wszelkie religie i dyskursy - a z nimi transcenduje wszelkie obrazy bogów i bóstw. Sam rdzeń boskości jest w istocie poza imieniem i poza religią jak głoszą to nam mistycy wszystkich czasów. Podstawowe rozróżnienie między bogiem jako obrazem, który w projekcji interweniuje i moralnie ogłasza ludziom, co mają robić, a bóstwem jako wewnętrzną iskrą życia, jest w moim odczuciu fundamentalną kwestią w całym dyskursie. Fanatyzm religijny to psychologicznie przywiązanie do jednego obrazu z wiarą i z odczuciem (z pasją), iż on jest jedyną, niepodważalną prawdą. W tej sytuacji mamy do czynienia z inflacją ego - nie liczy się już ja człowieka, który wierzy w danego boga, ale jedynie samo żarliwe odczucie płynące z boskiego obrazu, a z nim konkretne działanie w imieniu danego boga. Droga ta może prowadzić nawet do gotowości, by zabić innowierców, wysadzić wieżowiec czy klinikę aborcyjną ze względu na napływ intensywnych treści nieświadomych na ego-świadomość. Oczywiście można by w tym miejscu przedstawić linie rozwojowe psyche w kontekście obrazów boga i bóstw. Jednak wykracza to poza ramy tego krótkiego tekstu.

Joseph Campbell, amerykański mitoznawca, w książce "Potęga mitu" pokazuje w sposób dobitny jak mit o upadku wpływa na rozumienie świata:

Główna idea biblijnej tradycji Upadku mówi, że natura, jaką znamy jest zepsuta, seks sam w sobie jest zepsuty, kobieta, jako ucieleśnienie seksu, jest szerzycielką zepsucia. Dlaczego Adamowi i Ewie została wzbroniona wiedza o dobru i złu? Bez tej wiedzy bylibyśmy gromadą dzieciaków nadal bawiących się w Edeńskim Ogrodzie i niemających żadnego udziału w życiu.

(...)
W odziedziczonej przez nas tradycji biblijnej życie jest zepsute, a każdy naturalny impuls - grzeszny, o ile nie zostanie obrzezany albo ochrzczony. Tym, który przyniósł grzech na świat, był wąż, jabłko zaś dała mężczyźnie kobieta. Utożsamienie kobiety z grzechem i węża z grzechem, a więc i życia z grzechem - oto splot, który określił cały mit biblijny i naukę o Upadku.

Zdaje mi się, że współczesny chrześcijanin nie zgodziłby się z powyższymi tezami. Jednak poczucie winy w ramach głoszonej nauki pozostaje podstawowym, nieuświadomionym kawałkiem kerygmatu chrześcijańskiego. Kapłan zaczynający misterium wielkiej nocy opowiada o tym jak Chrystus pokonał zło i grzech, który uczynił człowiek. Bez owego poczucia, że robię coś nie tak albo że jest ze mną coś nie w porządku, bardzo trudno praktykować dziś chrześcijaństwo. Znam to z własnego doświadczenia. Kiedyś bliska osoba powiedziała mi, że trudno jej odnaleźć się nawet wśród kaznodziejów polskiego katolicyzmu z racji na to, iż nauka, którą słyszy zaczyna się od niedoskonałości, grzeszności i ułomności człowieka. Następnym zaś krokiem jest mowa o działającym i miłosiernym bogu. Oczywiście psychologiczny cień jest częścią naszej natury, jednak ludzie, którzy nie rozumieją swoich ludzkich impulsów w kontekście grzeszności nie są w stanie odnaleźć się w religii chrześcijańskiej. Jakiś czas temu znajoma opowiadała mi o tym, iż przestała chodzić do kościoła ze względu na to, iż bez poczucia winy uprawia seks poza instytucją małżeństwa. To zaś dyskwalifikuje ją jako uczestniczącą w pełni liturgii. Musiałaby być w ramach wspólnoty grzesznicą, a sumienie nie wyrzucało jej, iż to, co robi jest złe i wymaga bożego przebaczenia.


Mity nowoczesne, które uwzględniają nie tylko naukowe hipotezy (np. ewolucję) ale też mistykę, która zawsze miała trudności we współbyciu z religijnym establishmentem, pokazują, że świat się rozwija. Cierpienie więc, a z nim wszystko, co nazywamy złem, jest częścią procesu stwórczego. Mistyk widzi wszędzie Boga, więc grzech, choroba, śmierć są tak samo uprawnione jak wszystko inne. Grzech rozumiany w tej dynamice jest jako część egzystencji. Odrzucanie życia i jej przejawów w mig rozwija neurotyczne cierpienie. Dlatego też, jak pięknie to pokazał C.G. Jung w Aion. Przyczynki do symboliki jaźni, dawny symbol walczących ryb (ciągłe ścieranie się życia ze śmiercią, cnoty z grzechem, boga z diabłem, człowieka z naturą) zostaje dziś zastąpione przez postać wodnika, który zamiast walki - wybiera świadomość i rozumienie, zamiast zadawania sobie bólu samoagresji i bolesnego podziału. Z dużą ciekawością przyglądam się współczesnym ruchom kontemplacyjnym chrześcijaństwa, które reprezentują wodnikowy styl duchowości. Duchowość nie tworzy poczucia winy w ramach struktur wprowadzających i objaśniających. Raczej daje możliwości uwalniania człowieka z poczucia niedoskonałości.

David R. Hawkins w taki sposób ujął współczesny ruch odchodzenia ludzi od tradycyjnych form religijnych na Zachodzie:

W toku wieloletnich obserwacji klinicznych poczucie winy okazywało się najczęstszym powodem odchodzenia od religii. To dlatego, że spełnienie wymagań religii wydawało się nieosiągalne. Zadaj sobie pytanie: Dlaczego? Zawsze chodzi o rozdźwięk między tym, jacy w swoim mniemaniu powinniśmy być, a tym, za jakich w rzeczywistości się uważamy. Zamiast czuć się winna, wypróbuj uwalnianie i odpuszczanie wszystkich negatywnych uczuć, jakie się pojawiają. Poczekaj i sama zobacz, jak zmieni się twoja postawa. (D. Hawkins "Technika Uwalniania")


W czasie pisania tegoż tekstu wychodzi kolejny film "Zabawa w chowanego". Obie produkcje braci Sekielskich, oprócz konkretnej krzywdy ludzi i mechanizmów wypierania przez instytucje kościoła problemu pedofili, pokazuje poziom dojrzałości polskiej religii. Można powiedzieć, za teoretykiem systemów religijnych i duchowych Kenem Wilberem, iż większa część polskiego katolicyzmu jest na poziomie mitycznym w rozwoju religii. Poziom ten charakteryzuje się brakiem racjonalności i integralności. Mityczna optyka widzi cały świat jedynie w perspektywie religii. Wszystko jest sakralne i wpisane w dany mit religijny. Nie istnieje nic poza bogiem czy diabłem. Zauważ, że kapłan molestujący dzieci stwierdza, że diabeł go skusił. Nie widzi racjonalnych przyczyn psychoseksulanych swojego zachowania. Nie potrafi widzieć rzeczywistości w perspektywie racjonalnej, np. używając psychologii czy nawet zdrowego rozsądku. Wszystkie rzeczy są otoczone sztywną sakralnością, co jest owocem niedojrzałości psychicznej. Na wysokich poziomach duchowych człowiek potrafi rozróżniać, badać moralnie samego siebie, a także rozumieć świat w sposób złożony. Inaczej mówiąc; doświadczenie religijne musi uwzględniać psychologię, etykę i własne uwarunkowania.


Sen, o którym pisałem na początku tekstu jest rodzajem pragnienia czy marzenia w stosunku do rozwoju religii. Kilka lat temu praktykując katolicyzm odkryłem, że sam system strukturalny religii opiera się na fałszywych założeniach, co do natury człowieka. Człowiek nie jest zepsutym przez grzech pierworodny stworzeniem, a rozwijającą się naturą, która nosi w sobie boskie Źródło, które dalekie jest od antropomorficznych bogów, uwarunkowanych kulturowo. Jak to trafnie zauważył Hegel - wielu chrześcijan wyobraża sobie boga jako "kręgowca o gazowym ciele". Eteryczny bóg jest tu istotą oddzielną, żyjącą w niebie albo chodzącym po ziemi interweniującym super-bohaterem typu avengers. Wszystko to jest pewnym ważnym etapem rozwoju świadomości, jednak nie jest to samym Esencją Istnienia. Mój sen jest marzeniem o upadku dualistycznego i neurotycznego religijnego mitu. Marzenie to powstało po doświadczeniu uwolnienia od mitu o upadku i dotknięciu w sobie miejsca, które nieskażone jest nieszczęśliwą świadomością, o której czytamy w Fenomenologii Ducha Hegla, która jest w istocie oddzielonym ja, której ustawia siebie naprzeciwko boga, który widziany jest jako oddzielna rzeczywistość. Mistyka pokazuje, że jest to jedynie błąd poznawczy, maja, nieświadomy, niezbudzony stan świadomości. Etap tej wędrówki jest konieczny w rozwoju ludzkiej świadomości, jednak wielu współczesnych doświadcza dziś "śmierci boga" i zaniku owej dualistycznej struktury. Dalej droga może prowadzić albo do nihilizmu i rozpaczy egzystencjalnej albo do duchowego doświadczenia jedności z boską rzeczywistością (piekło nihilizmu jest etapem przejściowym w duchowych ścieżkach przybierająca postać doświadczeń nocy i pustki).

Oby kolaps fałszywej i niedojrzałej religii stał się udziałem jak największej ilości ludzi i wspólnot. Duchowość, a z nią miłość, jako ścieżka jednocząca i afirmująca życie, może być kolejnym etapem w drodze ewolucji świadomości człowieka. Możliwe, że konfesyjne ścieżki wielu religii zmienią się nie do poznania pod wpływem tej transformującej przemiany. Jednak w najbliższym czasie zdaje się to, z wielu racji, jeszcze niemożliwe. Owo "jeszcze" jest tym, co wymaga zaangażowania i pracy poznawczej, a co jednocześnie budzi nadzieję, iż ewoluująca boskość dokonuje transformującej przemiany przez setki czy tysiące lat istnienia tego wszechświata.

niedziela, 12 kwietnia 2020

Zaraza, jej archetypy i mądrość nieświadomości

Ostatnie tygodnie dla sporej części ludzkości są intensywnym czasem zmiany orientacji życiowej. Wirus i pandemia destabilizują życie społeczne i psychiczne. W poniższym tekście stawiam hipotezę, iż działalność polityczna i naukowa została opanowana w dużej mierze przez nieświadomość zbiorową. Co to oznacza? Zostaliśmy opanowali przez irracjonalne siły, o których nasza świadomość ma nikłe pojęcie. W pierwszych dniach doniesień o nowym wirusie sądziłem, że sprawa rozejdzie się po kościach (podobnie jak w przypadku sars czy ptasiej grypy). Myliłem się. Działanie tego wirusa wywołało w psychice obiektywnej głębokie poruszenie. Świat jakby zaczynał wariować. Szaleństwo, czyli intensywne działanie pod wpływem irracjonalnych, popędowych czynników wskazuje nam zgodnie z mapą psychologii głębi na zbiorową nieświadomość (nastąpiło poruszenie oceanu irracjonalnych i zbiorowych warstw psyche). Z perspektywy moralnej rzecz nie jest dobra ani zła, dopiero nasze działania wobec tych poruszeń można oceniać moralnie. Pamiętam dokładnie moment zamykania pierwszej szkoły w Warszawie, pustych półek w sklepach (brak papieru toaletowego i mięsa), wiadomości od znajomych o wojsku, które lada moment ma zamykać miasta. Na poziomie racjonalnego umysłu - wszystkie wieści widziane były jako irracjonalne lęki i zachowania powodowane troską o przetrwanie. Głębiej zaczynałem zauważać, że chodzi o archetypy i ich przemożne działanie.

W całym tym zamieszaniu poczułem w pewnym momencie napływ niebywałej paniki. Nagle wewnątrz mojej psychiki pojawił się koncept, iż świat ten zmierza ku końcowi. Pojawiły się znane z sytuacji granicznych odczucia: lęk, panika i złość. Wszedłem w to doświadczenie albo raczej nieświadomie zostałem porwany. Dopiero po jakimś czasie uzyskałem spokój i trzeźwe spojrzenie, z jednoczesnym wchodzeniem i obserwacją tego, co się dzieje we mnie i w zbiorowości. Z perspektywy psychologi głębi nieświadomość zbiorowa posiada dużą siłę, by wciągnąć ego człowieka w dane znaczenie, które często okraszone jest działaniem instynktownym. Dla przykładu impulsywne zakochanie czy marsz w pochodzie politycznym mają znamiona pochwycenia archetypowego. Może się zdarzyć, że choć nie sprawdziłeś do końca programu politycznego danej partii (nawet świadomie możesz się z nim nie zgadzać) czy nie dowiedziałeś się o obiekcie swojego zakochania nic więcej, prócz podążania za pociągiem ku niej - to z jakichś powodów robisz to, co robisz. Siła nieświadomości jest ogromna. Epoka rozwiniętej techniki, medycyny i nauki zastąpiła już jakiś czas temu świat religijnego zbawienia czy siłę mitów, symboli i popędowych energii.  Tylko pozornie. Nieświadomość przemawia i wpływa na nas. Ona żyje nas. Im mniej uznajemy jej obecność, tym bardziej zostajemy opanowani przez jej działanie. W szkole nie uczymy się o nieświadomości, o irracjonalnych popędach czy o wszystkim, co w nas samych nieustannie "gada swoje" i "robi swoje", a my udajemy, że tego nie ma.

Sytuacja wokół covid-19 jest wzorcowym działaniem psychiki zbiorowej. Całe narody zostały porwane przez lęk i panikę. Politycy i część nauki została zainfekowana treścią praobrazów epidemii. Nie oceniam tego moralnie w tym miejscu. Tak po prostu jest. To fakt.  Ludzkość nieraz zmagała się już z zarazami, z chorobami, z kataklizmami. Nasi przodkowie wypracowali całe mnóstwo zachowań, oddziaływań i postaw wobec zagrożeń. Zarazy nie należą jedynie do zamierzchła przeszłości. Myśli, emocje, reakcje wszystko to w pewnym stopniu "dziedziczymy" od przodków. Wszystko to odzywa się dziś, a my sami możemy nie poznawać własnych postaw, odczuć i reakcji - "jak mogliśmy tak panikować? jak mogłem kupić tyle papieru?" To nie nasza codzienna ego-świadomość reaguje na wydarzenie pandemii, a przynajmniej nie w takiej mierze jak sądziliśmy. Nieświadomość, która nie ma choć małego światełka ludzkiej świadomości działa w szaleńczym tempie.

Z powstałej epidemii można wyciągnąć jeszcze inne wnioski. Mimo rozwoju nauki i techniki ludzkość może dziś na nowo odkryć, że kruchość egzystencji człowieka i tej planety nie jest jedynie teorią. Pamiętam ten moment, gdy po moich plecach przebiegł dreszcz na wieść wiadomości o dziesiątkach zmarłych. Zgodnie z psychologią procesu wszedłem w ten symptom, by sprawdzić jakie znaczenie ze sobą niesie. Im dłużej przebywałem z tym dreszczem, tym bardziej zauważałem, że jest to kruchość, na której stoi ten świat. Przyjęcie tej kruchości pozwala na zwiększenie pola akceptacji i spokoju. Ten świat nie jest ostateczny - to jedno z mądrych wiadomości, które śle nam nieświadoma psyche.

Archetypowe obrazy i odczucia są matrycą tego, w jaki sposób nasi przodkowie radzili sobie z zarazami. Pierwsze prawo biologiczne prowadzi nas w kierunku przetrwania za wszelką cenę. Dostaliśmy to w spadku po zwierzętach. Duża część świata podąża dziś wyłącznie za owym popędem obrony przed śmiercią. Choć teorie naukowe i interpretacje statystyk mówią o wielkim niebezpieczeństwie, na ten moment liczby nie wskazują na to, iż ludzkość miałaby być zagrożona w sposób absolutny. Oczywiście musimy chronić innych i szukać sposobów radzenia sobie z kryzysem, jednak aktualny program masowej kwarantanny nie wydaje mi się być słusznym (nie będę kontynuował tego wątku, bowiem zajmuję się tu bardziej nieświadomym aspektom całego wydarzenia niż krytyką masowej kwarantanny). Pandemia paniki wrzuca ludzi w bieganie do lekarzy i do wyjazdów do szpitali, nawet z niewielkimi przeziębieniami, albo do postawy przeciwnej - unikania lekarzy za wszelką cenę. Snuję tu przypuszczenie, iż na poziomie racjonalnym całe zamieszanie z masowymi kwarantannami jest przesadzone i oparte o prawdopodobieństwa, które wyliczane są w archetypowej panice.

Dzięki temu, co się teraz dzieje, możemy również sporo dowiedzieć się o cieniu zbiorowym, który często powstaje w sytuacjach zagrożenia. W pierwszych dniach ogłoszenia pandemii wszystkie głosy, które kwestionowały zasadność masowej kwarantanny były uciszane i atakowane. Sam usłyszałem na swój temat, iż chcę po prostu być zauważonym, że jestem kanapowym specjalistą i że powinienem przestać chrzanić, bo nie jest to czas na filozofowanie, tylko na działanie. Ostatnia wypowiedź dokładnie pokazuje jak działa archetypowa zaraza - gna do instynktowego działania, które w wypadku większości krajów oznaczało zamknięcie w domach. Myślenie, które jest refleksją nad tym, co się dzieje, jest w gruncie rzeczy niebywale ważne. Uspokaja, pokazuje alternatywy i możliwości w działaniu, hamuje popęd przed natychmiastowym, totalnym i irracjonalnym działaniem. Nie chodzi tu o to, kto ma rację, a raczej o bycie w kontakcie z wszystkimi głosami, które zjawiają się w przestrzeni społecznej i wewnątrzpsychicznej. Inaczej mówiąc; im nasz kontakt z nieświadomością jest bardziej świadomy, zaangażowany i pełen zrozumienia, tym mniej nami miota i rzuca. Stajemy się w ten sposób indywiduum i pełnią życia psychicznego. Nie rządzi już nami ślepy los czy fatum. Stajemy się świadomi i mamy dostęp do mądrości. Jak to powiedział Jung: „dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem."


Na przykładzie Polski, w której zabroniono wchodzić ludziom do lasu, dało się zauważyć, iż reakcja rządzących nie ma za wiele wspólnego z racjonalną, przemyślaną decyzją. Las jest miejscem zdrowia, ale archetypowa panika widzi wirusy wszędzie. Stacje telewizyjne na swoich banerach pokazywały latającego wirusa, który staje się jakby ikoną medialną i wzmacnia stres. Wiele poglądów polityków i naukowców zmieniało się w krótkim czasie. Maseczki w jednym momencie miały nam bardziej szkodzić niż pomagać, dwa tygodnie później stały się obowiązkiem. Co ciekawe pojawiło się wiele głosów ze świata nauki kwestionujących działania rządów i głównego prądu naukowego. Epidemiolodzy, lekarze, naukowcy mówili, iż strategia masowej kwarantanny nie jest dobrym rozwiązaniem. Część z nich została zagłuszana. Oczerniano ich, niektórym znikały konta internetowe czy społecznościowe. W taki sposób tworzy się kolektywny cień.

Ostatnio obejrzałem po raz drugi film "Istota serca" o C.G. Jungu. Dotknęła mnie tam zwłaszcza jedna wypowiedź tego znakomitego analityka, która dobrze oddaje o co toczy się gra:

"Współczesny świat wisi na włosku. Tym włoskiem jest psychika człowieka. Współcześnie nie zagrażają nam klęski żywiołowe. W naturze nie ma czegoś takiego jak bomba wodorowa - to wszystko jest dziełem człowieka. Jesteśmy wielkim zagrożeniem. Psychika jest wielkim zagrożeniem. Co, jeśli pójdzie coś nie tak z psychiką? Widzieliśmy już jaką siłą jest psychika. Jakże ważne jest coś o niej wiedzieć. Ale nie wiemy o niej nic. Nikt nie docenia już idei, według której procesy psychiczne zwykłego człowieka mają jakieś znaczenie. Ludzie myślą:' Och, on w swojej głowie ma tylko to, co pochodzi z jego otoczenia.' Został nauczony określonych rzeczy i wierzy w określone rzeczy. A w szczególności, jeśli jest dobrze wychowany i wykarmiony - nie ma żadnych idei. To wielki błąd, ponieważ człowiek nie jest tym, kim się rodzi. Nie rodzi się jako niezapisana tablica, ale jako rzeczywistość" (C.G. Jung)

Statystyki, rozum, nauka, wykresy, granty naukowe, pragnienie bycia ważnym, lęk, panika, duma intelektualna, słupki wyborcze, a przede wszystkim dumne i wystraszone ego, są bazą dla działań w obliczu obecnego kryzysu. Psychika człowieka jest w moim przekonaniu włoskiem całej sprawy. Mądrość nie płynie jedynie z dedukcyjno-indukcyjnych matematycznych modeli zarządzania kryzysem. Mądrość nie opiera się na szczepionkach i aparaturze medycznej, choć wszystko to wzmacnia komfort życia na tej ziemi. Mądrość nie jest opinią większości, jeśli ona mija się z prawdą. Mądrość to przede wszystkim bycie w kontakcie z tym, co wewnętrzne, z całym znaczeniem i siłami nieświadomości, które pragną być poznane. Nieświadomość nie musi być rozumiana jako wróg czy intruz, ale jako przyjaciel, wspierający nasz świat i będący równoprawnym obywatelem naszej psyche. Byleby dać tej mądrości trochę więcej miejsca...

piątek, 10 kwietnia 2020

Armagedon 2020



uderzy kometa
opuchnięte oczy ministra

broń się boże
i obroń też nas

jeśliś jest tam w chmurach
boże nie pomagasz?

ten świat tak parszywie niebezpieczny
do schronu
do broni

kto się nie broni
ten niech zginie

kto nie w domu
ten do celi

Kometa jebnie
 i po nas
ratuj się kto może

krzyk, krzyk, krzyk

badam mięsień
osłabia się
prawdy nie ma w tym

o matko
sprawdzam jeszcze raz

słabnie
gdy mięsień słabnie -
- prawdy nie ma

pytam innego, co bada
też u niego mięsień słabnie

tak dużo radości mam w sobie

nie lękaj się mała trzódko
kapłani i mędrcy tego nie głoszą
bo zapomnieli o naukach Nazarejczyka

implozja religii
lękają się braku najświętszego sakramentu

a sami nim są
i ich dzieci
i lodówka
i gacie niewyprane

i korona
co na głowie ego ułożona

boga nie ma tam ani tu
wszystko w nim pływa
wirusy też

a nie
jak świat pomyślał
że my pływamy w wirusie

piątek, 27 marca 2020

O pewnym mistrzu, który mieszka wewnątrz nas

Chodził po lasach i dolinach. Samotnie. Wygnaniec. Ludzie odrzucili go i zakazali mu bycia w ramach swoich miast i wsi. Człowiek ten zadawał pytania, których nikt nie chciał słuchać. Mówił rzeczy niewygodne dla tych, którzy uwięzieni zostali we własnych umysłach. Wędrowiec wzywał innych, by nauczyli się żyć bez lęku, bez gniewu, bez przywiązania. Nie robił tego nachalnie. Po prostu tam, gdzie się pojawiał, od razu wyłaziły wszystkie najgorsze cholery i dziadostwa z ludzkich wnętrz. Miał nawet ksywę "Chrystus", bo podobnie jak starożytny nauczyciel z Palestyny, swoją obecnością cichą i spokojną budził legionów demonów. Niektórzy tak bardzo nie znosili jego piękna, dobra i prawdy, że chcieli go skreślić. Byli tacy, którzy chcieli postawić na nim krzyżyk, pokrzyżować jego istnienie. W tym również podobny był do Palestyńczyka. Inni mówili na niego "Budda", bo miał w zwyczaju siadać w zachwycie pod drzewami, a poza tym głosił, że źródłem cierpienia jest przywiązanie.


W swoim zamiłowaniu do Prawdy nie pasował do większości ludzi, którzy zakochali się w materii. Jednocześnie nie zauważyli, że przywiązali się do czegoś co przemija. Bohater był zbyt odległy od powszechnego stylu myślenia i bycia. Głosił wolność i miłość. Ludzie nie znają natury miłości i wolności. Nazywają miłością to, co jest rządzą, władzą, emocjami, przywiązaniem, lękiem ubranym w odpowiedzialność itd. Nasz tułacz nie znał się na tym wszystkim. Zgubił bowiem wszystkie uwarunkowania przez poszukiwanie we własnym wnętrzu Prawdy. Z osobowości ludzkiej był dziwakiem. Bóg w nim to czysta Prawda, a osobowość miał dziwaczną. Chodził gdzie chciał, śpiewał co chciał i przyjaźnił się z dziećmi, z ubogimi i z zaburzonymi. Oni wszyscy jakby wyczuwali jego wewnętrzny ogień i wspólnie przy nim rozpalali humor, pogodę ducha i miłość do wszystkiego. Nasz wędrowiec był przyjacielem wiewiórek, borsuków i wszelkiej maści ptaków. Niektórzy mówią, że w jego chatkach, które stawiał w lasach na jakiś czas, schodziły się sarny i jelenie. Inni mówią, że podkarmiał zwierzęta i każde drzewo kochał w lesie jak swoją matkę. W każdej plotce jest ponoć garść prawdy.

Pewnego razu tułacz stanął na skrzynkach targowych i przemawiał do ptaków:

- Kochane! Śpiewajcie nam swoje pieśni wolności. Możliwe, że zostawimy nasze urazy, lęki i iluzje. Śpiewajcie.

Możecie się domyślać, jaka była reakcja ludzi. Człowiek ten nie zabiegał o pieniądze, o dach nad głową, o zaskarbienie sobie przyjaciół. Rodzina dawno wygnała go ze swoich granic. Przyjaciół miewał. Jego główną miłością pozostawała Prawda i jej wewnętrzne poznanie.

Niczego się nie bał, bo niczego nie posiadał na własność. Czuł się absolutnie bezpieczny. Kim był? Co takiego żyło w nim?

Gdy spotkasz taką istotę w swoim życiu wtul się nią mocno. Wsłuchaj się... Taki Ogień może spalić setki kłamstw. Gdy spotkasz "taką istotę" w sobie samym - zginie twoje małe nieszczęśliwe i wąskie ja.  Bóg jest bliżej niż cokolwiek innego. W drogę, w głąb...


Opowieść ta dotyczyć by mogła Chrystusa czy Buddy. Dotyczy ona też w sposób metaforyczny Twojego wnętrza. Czy o tym wiesz czy też nie - twoje prawdziwe JA jest dokładnie takie, jak bohater powyższej opowiastki. Żyjąc zanurzeni w lękach, w pragnieniach, w myślotworach nie znamy prawdziwych siebie. Ono jest naszym prawdziwym JA.

Bądź uważny! Może właśnie dziś JAŹŃ zbudzi się w Twoim wnętrzu.

środa, 4 marca 2020

Brzuch lasu, czyli metafora miłosnej Obecności

Jest pewna piękna piosenka, choć myślę, że trafniej utwór ten należałoby nazwać pieśnią. Pieśń jest wielka i głęboka. Opowiada jakąś archetypiczną treść, wspartą głębokim i często uniwersalnym wzorcem. Pieśń niesie znaczenie i poczucie jakiegoś mniej lub bardziej wyrazistego rezonansu w tym, który słucha czy wykonuje muzykę. Pieśni mogą zmieniać nasze wnętrza, a wraz ze zmianą umysłu człowieka zmienia się świat. Zdaje się, że odwrotna droga nie jest prawdą. Pragnienie by zmieniać świat, uszczęśliwiać kogoś czy zmieniać raczej nie ma takiej energii i żaru jak kochanie od środka. Poza tym zdaje się, że gorączkowa niezgoda na świat i innych ludzi płynie z egotyzmu. Inaczej jest z miłością. Kochanie to nie jest tylko kochaniem kogoś lub czegoś. Jest samym byciem miłości. I to owy stan zmienia wszystko dookoła. Święty, mędrzec czy zbawiciel tym jaki jest, zmienia wszystko wokół. Dzieje się to samo z siebie. On tego nie robi. Gdy poddaje Sile Wyższej swoje życie, Ona zaczyna promieniować przez niego. Ów stan miłości można wyrazić się przez piękne i głębokie pieśni, płynące z Serca Istnienia.


Pieśń, o której pisałem na początku tego tekstu to utwór "Na wróble" pani Meli Koteluk. Opowiada ona w przepiękny sposób o naturze człowieka, która wolna jest iluzji przymusu pragnień. 



Kilka dni temu przeżywałem swój własny ślub i wesele. Dzień ten był dla mnie i Zosi pięknym, wzruszającym świętem miłości. Zabawa, wolność i radość kochania dały nam przaśne i urokliwe doświadczenia. W czasie składania życzeń przez rodzinę i przyjaciół nagle przyszło do mnie, że wydarzenie to jest metaforycznym siedzeniem w brzuchu lasu. Sala była cała w drewnie, na naszym stole położono mech i pieńki. Jednak brzuch lasu jest tak naprawdę pewną metaforą. Określenie to pochodzi z piosenki Meli Koteluk. Oznacza dla mnie egzystencję wolną od przymusu pragnień, pozorów szczęścia i gorączki ego. Jest w tym jakiś urok życia bez pośpiechu, bez zdobywania i bez walki o iluzoryczne zaistnienie.

Gdy siadam w "brzuchu lasu" i słucham wiatru przypominam sobie kim jestem. Wiatr opowiada o przepływie, o lekkości, o wolności... Opowiada o czymś niewidzialnym, które jest bardziej realne od widzialnego. Wiatr wieje, ale "nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża". Jest przejawem Nieprzejawionego. Wkopanie się w siebie i bycie w brzuchu lasu jest niewiarygodnie proste. Gdy tracimy złudzenia i iluzje, stan ten się odsłania. Zawsze tu był, ale chmury małego ja, przysłaniały jego blask. Gdy brzuch lasu staje się codziennym stanem, nie mam się czym pochwalić. Brakuje w tym stanie wyjątkowości ego w postaci bycia-super czy też bycia-beznadziejnym. Jest to, co jest.

Nigdy nie widziałem, żeby las chwalił się tym, czym jest. Las i jego brzuch jest przepiękny. Nie ma potrzeby niczego udowadniać ani kwestionować. Choć na poziomie roślin, zwierząt czy grzybów las rozwija się czy zwija (ewoluuje bądź inwoluuje), to w samej esencji jest święty i nie podlega zmianom. Z człowiekiem jest podobnie, jednak nieprzytomność i wygnanie z brzucha lasu w pęd konsumpcyjnego świata, sprawia, że nie dowierza on w istnienie czegoś głębszego niż to, co widać, co da się zmierzyć i to, za co można zapłacić kartą.



W brzuchu lasu nie ma nic poza radością i kochaniem, które przyjmują tysiące form. Jak to pięknie stoi w "Niekończącej się historii":

"Bo widział już, że na świecie były tysiące odmian radości, ale w gruncie rzeczy wszystkie stanowiły jedną radość kochania. Radować się i kochać to było jedno i to samo"

Metaforycznym "brzuch lasu" jest źródłem Życia i celem naszego istnienia tu na ziemi. Im bardziej poddamy się jego wpływowi, tym głębiej zaskoczy nas radość ubrana w miłość czy też miłość ubrana w radość.

Z czego tu się cieszyć?
Z wszystkiego i z niczego. To kim jestem, jest samą Radością.