sobota, 26 października 2019

Siostra śmierć i jej mali przyjaciele

Warsztaty w klasie piątej. Dzieci z niebywałą energią pracują nad rozwiązaniem pewnej dramowej historii. Grupa jest niezwykle podekscytowana i pełna radości. Siedzimy w kręgu. Rozmawiamy o tym jak jest w klasie. Tematy krążą wokół nas jak planety wokół słońca. Przyjaźń, radość, zabawa, troska. Odrzucenie, smutek, pustka. Gdy grupa zawiązała się we wspólnym zadaniu i doświadczyła sukcesu, zaczyna dotykać tego, co trudne i bolesne. Tak jak u jednostki w procesie terapeutycznym, tak też w procesie grupowym: bezpieczeństwo, akceptacja, relacja sprawiają, że cień wychodzi na wierzch, chce być poznany i przyjęty.

Wprowadzam grupę we wzajemne przepraszanie. Następuje cisza. Włączam spokojną muzykę. Uczniowie wyczekują. Nagle za oknem słychać odgłos trąbki. To trąbka pogrzebowa. Uczeń siedzący obok mnie zaczyna płakać. Zalewa się łzami. Jego ramiona opadają nisko. Chłopiec płacze do samych trzewi. Nie wiem, co się dzieje. Pytam: Antek, co się stało? (imiona uczniów zmieniono). Chłopiec odpowiada: zmarła moja babcia, właśnie jest jej pogrzeb. Nastała cisza. Grupa siedzi w kompletnym milczeniu. Cisza.

Nie wiedziałem, co zrobić. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nieraz spotykałem się ze śmiercią i z towarzyszeniem ludziom, którzy przeżywali odejście swoich bliskich. Jednak kontekst tej sytuacji sprawił, że kompletnie nie wiedziałem, co zrobić. Wybąkałem coś w stylu: jest mi bardzo przykro. Podałem chusteczkę i zająłem się całą grupą.

Po chwili ciszy uczniowie zaczęli się przepraszać. Pojawiły się łzy. Ulga, oczyszczenie, szczere żałowanie wzajemnego wyśmiewania, bicia. odrzucania. Antek otrzymał wiele słów wsparcia od kolegów i koleżanek. Grupa skończyła warsztat z doświadczeniem przebaczenia i wzmocnienia więzi. Jednak we mnie samym pozostał obraz płaczącego Antka i moja niezdolność do reakcji z głębi serca na cierpienie tego chłopaka. Wyuczyłem się, że szkoła to raczej nie miejsce, gdzie mogę przytulić płaczące dziecko czy pozwolić otwarcie na żałobę.

Po czasie pytałem siebie: co z serca chciałbym dać temu chłopcu w tamtej chwili. Przytulenie. Utulenie. Pozwolić na wszystko, co działo się w tej sytuacji.

Kilka dni później, w drugiej klasie podstawówki podchodzi do mnie chłopiec i mówi: mój wujek wczoraj umarł. Patrzy na mnie i czeka. Jakiś czas później kolejne dziecko, potem następne, i następne... Zaczynam się zastanawiać. Przedziwna synchroniczność. W krótkim czasie sytuacja się powtarza. Musi za tym stać jakaś nauka dla mnie samego. Wcześniej takie sytuacje nie przydarzały mi się wcale na warsztatach z dziećmi.

Jeszcze inna szkoła. Dzieci w drugiej klasie podstawówki mówią o swoim marzeniu. Odpowiedzi idą po kręgu. Sebastian. Patrzy na mnie i mówi: chciałbym, żeby mój tata wrócił. Okazuje się, że chłopiec stracił ojca w wypadku samochodowym. Znowu nie wiem, co powiedzieć. Tym razem pozwalam sobie na tę niewiedzę. Jestem. Pozwalam na wszystkie uczucia, które pojawiają się we mnie i w grupie. Nie oporuję, nie szukam nerwicowo wyjścia z tej sytuacji. Uczniowie odpowiadają dalej. Piotrek. W przerwie dowiaduję się, że chłopiec jest dzieckiem adoptowanym. Piotrek mówi: chciałbym oddać moje marzenie Sebastianowi. Chciałbym, żeby mógł mieć nowego tatę. Łzy napływają mi do oczu. Piotrek rozumiał Sebastiana i dał mu wsparcie, którego nikt inny w tym momencie nie mógł dać temu maluchowi. Uczę się. Otwartość na to, co jest sprawia, że pole, w którym pracuję samo odpowiada i to o wiele bardziej adekwatnie niż mądrości tego oto rafała.

Wychodzę z warsztatu poruszony. Zrozumiałem tę lekcję. Nie mogę wszystkiego kontrolować. Grupa ma w sobie wielki potencjał. Najważniejsze bym robił przestrzeń i nie przeszkadzał.


Myślę nad dziećmi i ich doświadczaniem śmierci. I czuję w sobie niebywałe pragnienie, by mogły przeżywać śmierć wokół nas naturalnie. Śmierć jest częścią tego, co nazywamy życiem człowieka. Czytam fragmenty książek Elizabeth Kübler-Ross o śmierci. Coraz więcej rozumiem i widzę. Śmierć to coś absolutnie naturalnego. Tak jak po dniu następuje noc, tak po narodzinach następuje śmierć. Przez lata śmierć towarzyszyła mi jako dzielna towarzyszka, ograbiając mnie z wszystkich nieistotności, które nosiłem w sobie. I tym razem dotykanie śmierci przez uczucia i doświadczenia moich szkolnych przyjaciół przynosi piękno, prostotę i spokój. Natrafiam na cytat kobiety, która poświęciła swoje życie, towarzysząc ludziom w "przemijaniu tego, ciała" i zachwycam się:

"Aby się rozwijać nie potrzeba szukać żadnych wyjątkowych guru czy mistrzów duchowych. Nauczyciele sami do Was przyjdą pod wszelkiego rodzaju przebraniami; jako dzieci, osoby śmiertelnie chore, sprzątaczki. Wszystkie teorie i systemy naukowe świata nie pomogą człowiekowi w potrzebie tyle, co jedna istota ludzka, która nie boi się otworzyć przed nim swojego serca" (Elizabeth Kübler-Ross)

Młodzi przyjaciele z różnych szkół dali mi lekcję życia: otwarte serce to takie, które nie broni się przed niczym. Nie ma takiej potrzeby. Gdy pojawia w rzeczywistość coś takiego jak śmierć, mogę popatrzeć głęboko w nią samą, by stracić to, co zbędne. Co pozostaje? Co zostaje gdy znika ciało, umysł, świat? Czym jest to, co nigdy nie umiera?

Ach...

niedziela, 29 września 2019

"Przytuliłabym ją...", czyli studium pewnej psychologicznej osobowości

Wracaliśmy samochodem z pracy. Mieliśmy przed sobą kilka godzin wspólnej podróży. Rozmawialiśmy. Tak wiele tematów przewinęło się między nami. W pewnym momencie pojawił się temat narodu, w którym przyszło nam żyć. Ukuliśmy metaforę Polski jako osobowości postraumatycznej i temat popłynął. Wojna, okupacja, komunizm, walka o niepodległość - wszystko to stanowi punkty węzłowe (kompleksy kulturowe) w polskiej zbiorowej psychice. Pojawiło się we mnie pytanie, które po dziś dzień przypomina o sobie: co zrobiłbyś, gdyby Polska przyszła do ciebie na terapię? Jak możemy pomóc naszemu narodowi? Jednocześnie jak możemy sami sobie pomóc? Jak rozumieć dzisiejszą sytuację?

"Pola" to najnowszy utwór Muńka Staszczyka. Od pierwszego wysłuchania utwór ten dotknął mnie głęboko. Piosenka opowiada o Poli. Zdaje się, że autor ukuł tu analogię do narodu polskiego. Wsłuchajmy się w piosenkę Muńka:

Oto fragment tekstu:

Pola, błagam obudź się
Sen o potędze skończył się
W swojej iluzji nie możesz trwać tak długo
Spiker z łapanki wciska kit
Rozbudza narodowy mit
On nic nie znaczy, jesienną jest szarugą
A ty masz swoje troski, twój świat nie jest boski
Na ulicach miast zakrywasz twarz, jak wielu z nas
Jak wielu z nas
Pola, ty musisz z kolan wstać
Bo tu już nie ma z czego brać
W pociągach czujesz swąd domowej wojny
Chociaż nie jesteś najpiękniejsza
I na wybiegach masz gorsze miejsca
Na kontynencie, czy jest ktoś tak samotny
Bo ty masz swoje troski, twój świat nie jest boski
Na ulicach miast zakrywasz twarz, jak wielu z nas
Jak wielu z nas.

W ramach psychologii głębi istnieje pomysł, iż istnieje coś takiego jak psychika zbiorowa. Idąc tym tropem, w ogromnym uproszczeniu, można mówić o osobowości psychiki kulturowej (sam ukułem ten hipotetyczny, roboczy termin).  Lubię myśleć o narodzie polskim jako o osobowości. Oczywiście jest to jedynie analogia. Podobieństwa między osobowością pojedynczego człowieka a "osobowością narodu" są mniejsze niż różnice między tymi zjawiskami. Mimo to myślenie metaforyczno-analogiczne o Polsce jako o Poli pozwala mi głębiej rozumieć procesy kulturowe i psychiczne narodu. Jednocześnie budzi to we mnie współczucie dla wszystkich narodowych kompleksów, które co jakiś czas dają o sobie znać w przestrzeni publicznej. Ostatnio przeczytałem wywiad, który pokazuje jaką Polacy muszą wykonań pracę, by wychodzić z posttraumytycznego szoku powojennego: https://www.polityka.pl/jamyoni/1770624,1,polacy--narod-z-ptsd.read?fbclid=IwAR1SVYm-L6o7iLVNEWqCzasC72Dac6rd4Xq8SI_GYvnvDNFZk6Z1B0SioUM. Tytuł artykułu "Polacy - naród z PTSD" na potrzeby metafory Poli można by przetłumaczyć "Pola - osobowość z PTSD".

Przyjrzyjmy się temu, co może oznaczać kompleks psychiczny w kontekście traumatycznych doświadczeń. Według C.G. Junga kompleks to oderwana część osobowości, który funkcjonuje oddzielenie od świadomości człowieka. Można powiedzieć, że jest to nieświadoma, odseparowana część danej osobowości. Inaczej mówiąc: kompleks to zdysocjowany aspekt człowieka, który danej sytuacji, np. pod wpływem cierpienia nie zmieścił się do tożsamości "ja" osoby. Kompleks psychiczny posiada wysoki stopień autonomii i może wpływać na świadomość wydostając się z ciemnej sfery nieświadomości, przytłumiając, codzienne "ja". Poniższy wykres, pochodzący z książki Jolande Jacobi Psychologia C.G. Junga, pokazuje w jaki sposób kompleks wpływa na świadomość; działa on jak obcy element, dlatego też świadomość człowieka staje się przytłumiona. Wchodzi ona bowiem w odmienny stan świadomości, który powstaje z racji intensyfkacji energii psychicznej, która w danej sytuacji, w określonych warunkach ujawnia się. Dla przykładu: osobowość straumatyzowana przez trudne doświadczenie "nosi" w sferze nieświadomej przeszłe wydarzenie, które nagle w odpowiednich warunkach uaktywnia się i zakłóca świadomość. W taki właśnie sposób działa kompleks. Rozumienie tego procesu wspiera proces zdrowienia, przepracowania traumy i integrację osobowości.


Powyższy wywód dotyczył jednostki. Sądzę, że kompleks psychiczny może również rozgrywać się w rodzinie, w grupie czy w narodzie. Oczywiście zjawiska zbiorowe są bardzo złożone. Na potrzeby zrozumienia "kompleksów, które nosi w sobie Pola"  powstał poniższy diagram. Zdaje się, że najnowsza historia Poli to nowy okres w jej dziejach. Czas wolności stwarza przestrzeń na odtwarzanie kompleksów, które manifestują się m.in. przez narracje o wielkiej Polsce. Pod deklarowanymi hasłami żyje nieprzepracowana trauma narodowa. Świadomość historii, odczucie jej i pogodzenie się z przeszłością jest drogą do integracji przeciwieństw i asymilację kompleksów narodowych. 

Na poziomie życia publicznego zjawiska kulturowe w Polsce do złudzenia przypominają osobowość posttraumatyczną. Wystarczy włączyć wiadomości, poczytać paski informacyjne w tv, posłuchać polityków czy rodzinę przy niedzielnym obiedzie. Stres pourazowy jest w pewnym stopniu obecny w przestrzeni publicznej. Depresyjne stany, niezdolność do przeżywania przyjemności, przeżywanie przeszłych wydarzeń na nowo (reminiscencje, tzw. flashbacks), silny lęk, niechęć do innych, poczucie wszechsiły i omnipotencji z jednoczesną ucieczką od realizmu dnia codziennego. Wszystkie te stany psychiczne obecne są w naszej Poli.


Przyjrzymy się teraz zachowaniom naszej Poli na arenie międzyosobowej/międzynarodowej w metaforycznym studium przypadku:

Pola. Dziewczynka,  która w swojej grupie rówieśniczej jest ciekawą osobowością, ma za sobą trudną przeszłość. Wyróżnia się na tle innych osób. Często wypowiada się na forum impulsywnie. Odnosi się do siebie z wyolbrzymionym poczuciem wyższości. Ma wyraźną trudność w tym, by zauważyć, iż w kręgu wokół niej jest wiele innych osób. Widzi innych przez "okulary przeszłości". Można z łatwością zauważyć, że w grupie pełni rolę ofiary. Jednocześnie inni nie rozumieją jej zachowań przez brak zrozumienia jej historii.

W grupie jest obecny Franek - wielka osobowość, która choć ma swoje własne trudności - to szuka porozumienia i wspólnoty. Jest też Andrzej, który ostatnio poczuł pragnienie zakreślenia ściślej własnych granic i oddala się nieco od grupy. Jest wielu innych: Hania, Czarek, Natalia, Piotrek. Wszyscy są tutaj, bo zapragnęli stworzyć coś razem. Spotkali się dla wspólnego dobra i dla korzyści wszystkich. Ostatnio wspólnota przeżywa kryzys istnienia społeczności.

Pola ma ogromne trudności. Jest bowiem osobowością posttraumatyczną. Chce za wszelką cenę pokazać, że istnieje. Była bowiem ofiarą przez wiele lat. Bita i gwałcona. Natalia razem z Radkiem, który notabene zawsze jest poza grupą, przez lata atakowali ją i stosowali ewidentną przemoc. Nikt z grupy nie bronił bezpośrednio Poli. Stawiała czoło oprawcom, jednak ostatecznie jej granice zostały zniszczone. Po odzyskaniu siebie samej Pola jest dumna ze swojej odwagi w walce o niezależność. Dziś uczy się wolności, jednak PTSD i nieprzepracowane traumy sprawiają, że nie umie dogadać się z innymi. Nosi zresztą w sobie po dzień dzisiejszy wstręt do Natalii i Radka. Nie mówi o tym wprost, ale jednocześnie nie przepada za Frankiem, Andrzejem i resztą, bo nie reagowali bezpośrednio na jej krzywdę. W procesie grupowym jest ewidentnie ofiarą, która potrzebuje, by inni przyznali się do winy i nie udawali, że nic się nie stało. Inni również mają własne historie i procesy do przepracowania.

Gdy wszyscy siadają w kręgu, by wspólnie budować wspólnotę, Pola bywa agresywna. Wynosi się ponad innych. Właściwie nie chce współpracować z nikim z jej otoczenia. Można zauważyć wyraźny lęk, który dotyczy przeszłych wydarzeń. Przykleja się do Antka zza dalekiego morza, bo zakochana jest w sennym marzeniu o własnej wielkości. Antek zdaje się być wielki. Przepracował swoją historię. Zdaje się, że jest najpotężniejszy na świecie. Pragnienie omnipotencji jest w Poli ogromne. Przyciemnia ono realizm. Pola jest bowiem średniakiem. W każdej grupie spotykamy kogoś, kto jest członkiem grupy i nie ma wielkich zasobów, by być jednostką wyjątkową. Pola nie potrafi zrozumieć, że taka jaka jest, jest wyjątkowa. Mnogość nie przepracowanych traum utrudnia akceptację tego, co jest. Pola więc wojuje, krzyczy i domaga się dla siebie czci. Oprócz tego wewnętrznie jest skłócona, rozdarta między przeklętą przeszłością a dzisiejszym bezpieczeństwem. Pola potrzebuje wejść w proces terapeutyczny. Sytuacja wymaga przeżycia wszystkich traum, przepłakania przeszłości i stanięcia na własnych nogach. Tylko czy znajdzie się ktoś kto da Poli zrozumienie, współczucie, fachową pomoc, mądrość, miłość? Być może w niej samej obudzi się coś/ktoś, co pomoże jej w procesie wyjścia ze stresu postraumatycznego, pozwoli ucieszyć się sobą i pogodzić z własną przeszłością.


Co zrobiłbyś, gdyby Pola/Polska przyszła do ciebie prosić o terapię, o pomoc, o wsparcie? We wspomnianej na początku tekstu rozmowie przyjaciele w sposób bardzo inspirujący odpowiadali na to pytanie. Odpowiedź, która najbardziej we mnie została dotyczyła reakcji człowieka, który spotyka się z cierpieniem. Przytuliłabym ją... Odpowiedziała jedna z kobiet, będąca w samochodzie. Dotknęło mnie to do żywego. Polska potrzebuje przytulenia. Znaczy to, że głębokie współczucie dla sytuacji Poli może stać się przestrzenią dla przeżycia kompleksów kulturowych i stopniowego wychodzenia ze stresu pourazowego. Przytulenie nie jest tylko i wyłącznie fizycznym objęciem. Może ono bowiem przybrać formę rozumienia, współczucia i trzeźwego osądu. Jedynie to, co przyjęte może wejść w proces integracji i przemiany. Czasem na warsztatach z dziećmi, które prowadzę, pojawia się "trudne dziecko". Gdy widzę złość, bezradność, smutek, konflikty w dorastającym młodym człowieku, lubię widzieć je, otaczać uwagą, spokojem, próbować rozumieć, wspierać. Dziś chcę powiedzieć do Poli: Pola! Rozumiem Cię i wspieram Twoją drogę w kierunku wolności. Ktoś, kto przeżył tyle co ty, potrzebuje bardzo dużo uwagi i miłującej obecności.

sobota, 14 września 2019

O drodze, w którą wyruszyła pewna mrówka.

Mrówka szła już kilka dni, by znaleźć miejsce dla swojego pragnienia znalezienia siebie. Zgubiła mrowisko, w którym żyła całe swoje mrówcze życie a z nim straciła wszystkie obowiązki i przywiązania, które wiązały ją z całym mrowiem. Koleżanki, przyjaciele, ciotki, pracodawcy... Wszystkich ich zostawiła. Zgubiłam czy zostawiłam? Już właściwie nie wiedziała, co pognało ją w świat. Jedno wiedziała: jej życie stadne skończyło się. I choć w mrowisku była częścią wielkiej rodziny i kawałkiem szczęściodajnej narracji o pracy na rzecz świata, to spełnienie, które odkrywała w samotnej drodze były jej najcudowniejszym skarbem. Czuła jakby stawała się sobą. Czy w mrowisku naprawdę nie mogłam znaleźć siebie?

Nie odeszła z mrowiu pełnego sensu stadnego, by komuś zrobić na złość. Odeszła, by znaleźć siebie. Tam nie mogła. Za ciasno jej było. Musiała bowiem ciągle dostosowywać się, dopasowywać, udawać.

Droga dawała jej poczucie spełnienia. Jednak owo poczucie bycia u siebie miało swoją cenę. Odtąd sama musiała zmagać się z ciężarem drogi, z brakiem zakorzenienia, z pustką po wielkiej narracji. Im dłużej wędrowała, tym mniej była podatna na sugestie, manipulacje czy przywiązania w stosunku do innych istot. Była piękna i wolna. W tym wszystkim niezwykle prosta. Inne istoty podziwiały jej przejrzystość, dobroć i zwyczajność. Już nie musiała od niczego uciekać, gdy zostawiła fałszywą część samej siebie.

Droga ciosała ją. Odpadały kolejne kawałki, które nie były nią. Jakże ciężka to praca! Czasem nawiedzały ją myśli czarnokształtne. Po co mi to było? W mrowisku przecież miałam wszystko. Jednak szybko zyskiwała świadomość. Nie ma powrotu. Muszę iść, by odkryć to, co wezwało mnie do drogi. I szła kolejne dni...




Indywiduacja, która jest drogą samopoznania, posiada w sobie element odejścia od tego, co nazywam stadnim przywiązaniem. Nie jest alienacją, ucieczką czy buntem. Tłum może tłumić jednostkę i jej niepowtarzalność. Zdaje się, że każda zdrowa jednostka, by rozwinąć w pełni swój potencjał musi odejść od tego, co zna i wie od swojej rodziny, plemienia, narodu. Wzrost świadomość w obrębie tego kim jestem, wiąże się z rozpoznaniem tego, co we mnie samym pochodzi ze stada, a co jest moją własną niepowtarzalnością. Paradoksalnie: odejście jest jednocześnie zakorzenieniem psychicznym. Człowiek, która odważa się zostawić, co zna, odkrywa w sobie nowość, która daje poczucie zakorzenienia i sensu. Dlatego tak często stoi w Piśmie: zostawili wszystko i poszli za Nim. By odnaleźć trzeba zdecydować się na odwagę eksploracji Nowego, a nic tak nie hamuje tej odwagi jak przywiązania.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Jeż, święty las i spotkanie z cieniem

Stał na skraju wielkiego i ciemnego lasu. Ścieżka zdawała się być krętą rzeką w stronę oceanu. Taką miał fantazję. Widział korony drzew kołysane chłodnym wiatrem, które w dziwny sposób wskazywały mu drogę. Zapraszały go, by wszedł. Wypłynąć? Czuł, że przyciąga go ta Cisza i jej  przedziwne szmery. Jednocześnie odczuwał lęk, który zdawał się mówić, że po wejściu w mrok tych drzew straci kontrolę nad swoim kruchym życiem. Kto wie może nic nie będzie już takie jak dawniej?


A jednak moc przyciągania wygrała z lękiem młodego jeża. Drobnymi krokami zmierzał w kierunku ciemnego lasu. W zanadrzu miał do dyspozycji ostre kolce na małym grzbiecie. Gdyby tylko ktoś chciał go zaatakowa, gotów był użyć natychmiast swojego arsenału obronnego. To dodawało mu otuchy i odwagi.


Wszedł. Wokół było dość ciemno i chłodno. Drzewa kołysały łagodnie koronami drzew. Porywisty wiatr milknął z minuty na minutę i jeż coraz wyraźniej słyszał obezwładniającą Ciszę. Przystanął na chwilę. Bezpieczeństwo Ciszy pozwalało na relaks i zatrzymanie się. Opuścił nastroszone i napięte igły, a łapkami dotykał mchu, który okazał się być niezwykle miły w dotyku. Zdawało się jakby między drzewami przepływał szmer łagodnej pieśni.

Nie musisz nigdzie już iść
przysłuchaj się uważnie

W tym lesie znajdziesz to
czego brakuje ci


Mały jeż przysłuchiwał się z pełną uwagą delikatności szmeru, który kołysał łagodnie całym lasem. W tym momencie nie miał żadnych wątpliwości. Coś przygnało go tu, by mógł poznać coś, czego mu brakowało. Przez chwilę wpadł w zadumę. Wszystkiego bowiem w swoim jeżykowym świecie miał pod dostatkiem. Pokarm, słońce, miłość... Przez jego ciało przeleciały wszystkie ciepła i ciepełka, których w życiu już doznał i które sprawiły, że cieszy się sobą. W świetle tego wszystkiego widział siebie jako niezwykle pozytywnego jeża. W ułamku sekundy poczuł zmęczenie całym tym bogactwem. Jakby ciężar dobra i ciepła przygniatał jego jeżykową duszę. Och... Gdyby można było to wszystko gdzieś zostawić... Myśl tak go zaskoczyła, że zamknął na chwilę oczy, by wsłuchać się w siebie.

Nagle coś poruszyło się między drzewami. Jeż otworzył oczy, nastroszył igły, napiął łapki. Był gotów walczyć albo uciekać. Przyglądał się drzewom i nagle zza drzew wyłonił się duży borsuk. W jednej chwili jeż podskoczył i zebrał się do ucieczki, jednak nie zauważył, że podczas przyjemnej medytacji jego nóżki zaplątały się w jakieś leśne pnącza. Padł na ziemię unieruchomiony. Borsuk spokojnie podszedł i popatrzył głęboko w oczy jeża. Nasz mały przyjaciel zobaczył przenikliwą głębię i spokój. Przestał się bać. Wiedział, że borsuk nie ma złych zamiarów. Dziwne.

- Zaplątałeś się troszkę - zagaił borsuk - pomogę Ci.

Po wydostaniu się z leśnej pułapki jeż stracił kompletnie ochotę na ucieczkę, poczuł narastającą ciekawość i chęć bycia przy swoim nowym znajomym.

Borsuk z jeżem przysiedli pod wielkim dębem i zaczęli rozmawiać. Dyskutowali na przeróżne tematy, poznając się przy okazji. Borsuk w przedziwny sposób poruszał myśli, które nie były zbytnio wygodne i przyjemne dla jeża. Sporo mówił o cierpieniu wielu leśnych istot, o tym jak drzewa obumierają, o tym jak stara się być z całą ciemną częścią natury. Jeż czuł jakby poznawał nowy świat. Nigdy wcześniej nie zwrócił dostatecznie uwagi na choroby, smutki, trudności, które są niezbywalną częścią Życia. Był pozytywnym jeżem i nie mógł się nadziwić jak to możliwe, że Życie, tak jak moneta, ma dwie strony: dobrą i złą.

Borsuk musiał być niezwykłym mędrcem. W oczach jeża jawił się jako ktoś niezwykle głęboki. Możliwe, że przeszedł wiele w swoim leśnym życiu i wiedział głębiej niż niejeden zwykły śmiertelnik. Po kilku godzinach rozmowy nie miał wątpliwości - borsuk był mędrcem tego lasu a Cisza chciała, aby to jego właśnie spotkał. Wraz z upływem czasu jeż poczuł, że w nim samym pojawia się przedziwny smutek, złość i bezradność. Zaczął płakać. Cień, który nosił w sobie stał się jawny i przejrzysty. Jego wyobraźnia wskazywała mu obrazy z przeszłości, w których doświadczył zła. Płakał. Widział śmierć swoich bliskich, wszystkie nieporozumienia, których doświadczył, własne słabości i trudy. Gdy po wielu dniach (tak! nasz jeż spędził w lesie bardzo dużo czasu) wypłakał już osobiste sprawy, poczuł jak zaczyna go dotykać ciemność całego świata. Borsuk, który mu towarzyszył w tym czasie, odchodził co jakiś czas w głębie lasu, po czym powracał, by być z jeżem. Jego obecność i przewodnictwo sprawiało, że jeż wiedział, że to, co się dzieje ważnym procesem. Borsuk niewiele mówił, wiele zaś słuchał. Jednak jego słowne czy nieme wskazówki były proste: Bądź! To wszystko jest w porządku. Wszystko co jest, może sobie być. Jesteś bezpieczny.

Jeż stał się niezwykle wrażliwy. Czuł lekkość. Odkrył w sobie nowe poczucie humoru. Stał się otwarty. Mniej uciekał od trudnych sytuacji w życiu. Wiedział, że Życie to dobro i zło, które splecione są ze sobą nierozerwalnym więzami. Wcześniej próbował żyć dobrą stroną, Dziś nauczył się, że Życie niesie, co ma nieść i w nim samym pary przeciwieństw: narodziny-śmierć, radość-smutek, przyjemność-ból, dobro-zło mają swoje miejsce.

Wdzięcznym krokiem wyszedł z ciemnego lasu i wrócił do swojej codzienności. W jego myślach zaś słyszał głos borsuka....



Życie jest doświadczaniem dobra i doświadczaniem zła. Uciekanie od tego, co człowiek nazywa złem: choroby, śmierć, trudy jest uciekaniem od samego życia. W sensie psychologicznym powiedzenie, że "Bóg jest dobry" jest dualizmem i odcięciem od Życia. Bóg jest i dobrem, i złem. Absolutne jest doświadczeniem całkowitości Życia. Rzeczywistość, którą nazywamy Bogiem jest otwartą, nieskończoną Przestrzenią, w której tańczą wszystkie doświadczenia - i dobre, i złe.
Sens teologiczny i moralny mówi, że Bóg jest dobry, czy też jak u Augustyna: Bóg jest najwyższym dobrem. Nie przeciw teologii występuje nasz borsuk i jego święty las. Psychologicznie rzecz ujmując twierdzenie "bóg jest dobry" dla wielu współczesnych wyznawców znaczy: Bóg jest w dobrobycie, w szczęściu, w uśmiechu. Nie ma go w Cieniu Życia. Jednak doświadczenie mistyków pokazuje, że to, co nazywamy boskością jest we wszystkich doświadczeniach człowieka.
Dlatego przeżyć co jest do przeżycia, choć logicznie jest tautologią, to egzystencjalnie wyraża głęboką prawdę. 

Wszystko, co jest, może sobie być.

czwartek, 11 lipca 2019

Heretyk, płonący stos i wolność bycia tym, kim się jest!

To był czas, w którym pojawiło się kwestionowanie. Bardzo silne. Człowiek, którym byłem prowadził intensywne życie duchowe i religijne w zakonie. Modlitwa, służba innym, studiowanie teologii, filozofii, samego siebie, medytacja, praca wewnętrzna... Wszystko to stanowiło trzon tego, co nazywałem wiarą. Budowane solidnie. Krok po kroku. Najpierw w odcięciu od świata w ciszy kaplicy, lasu, pokoju. Potem w samym świecie, wśród wielu ludzi. Słyszałem przekazy wiary, poznawałem wtajemniczenie w sakramenty, w rozumienie Boga i świata. Uczyłem się wizji chrześcijańskiej do samych kości. Rozwijałem się. Wszystko niosło ogrom piękna i dobra, przemieniało od środka, transformowało osobowość i pozwalało odkryć sens życia, jednocześnie zaś przeczuwałem, że jest w tym coś jeszcze... I przyszedł czas. Dojrzało.

Kwestionowanie. Ostry kryzys związał mnie jeszcze bardziej z rzeczywistością, którą w religiach nazywano Bogiem. Ciemność przybliża do Niewidzialnego. Zresztą ludzie, którzy sporo w życiu przeżyli mogą albo skostnieć, zamieszkać w depresji, pogrążyć się w  upadku, kąpać się w beznadziei albo wyjść z tego odmienieni Światłem Prawdy.

Kwestionowanie. Wątpienie. Doszedłem do punktu, gdy musiałem opuścić katolicki świat, bowiem przestał odpowiadać na ważne pytania, a nawet więcej - stawiał pytania tak nieadekwatne i dziwne, że trudno było się w tym odnaleźć. Dwa lata próbowałem odbudować wewnętrzną, chrześcijańską budowlę. Bezskutecznie. Wielu światłych ojców i matek duchowych próbowało mi pomóc. Jednak żadne próby korekty we mnie czy wskazówki odnośnie tego, co powinienem zrobić, nie pomagały. Jedynie jeden ojciec jezuita otarł się o sedno subiektywnej, wewnętrznej prawdy, która budziła się we mnie: odkryłeś wolność, to dobrze. No tak. Przełożeni chcieli, żebym z tą wolnością wrócił na dawne tory. Jednak coś wewnątrz nie potrafiło się na to zgodzić. Odpuściłem. Stąd pojawiła się droga samotna. Hairesis.

Miałem wrażenie jakby ogień płonął we mnie. Gdy pojawiałem się wśród ortodoksyjnych chrześcijan (strzegących swoich przekonań jak warownej twierdzy) widziałem jak bardzo nie lubią tego, co się ze mną dzieje. Jednego razu zrozumiałem, że ów ogień jest żarem stosów płonących w dawnych czasach. Tam, gdzie w ramach systemu religijnego zjawiał się ktoś, kto był inny, wierzył inaczej, miał inne poglądy, inne doświadczenie, tam musiał liczyć się z wykluczeniem. W pewnych czasach wykluczenie dotyczyło wygnania, torturowania, spalenia czy po prostu zszargania dobrego imienia tego-kogoś-innego. Wraz z rozwojem demokracji i dobrodziejstwem modernizmu (moralność, sztuka, religia zostały rozdzielone, co przyniosło wolność jednostce) taki układ przestał być powszechny. Jednak wśród dużych religii ciągle istnieje schemat myślenia my-oni, który zresztą jest naturalnym dorobkiem ewolucji stadnej homo sapiens. Wyobraźmy sobie, że jeszcze nie tak dawno - kilka tysięcy lat temu - do przetrwania konieczne było, by trzymać się grupy, jej przekonań i  jej zwyczajów. Wygnanie oznaczało niechybną śmierć. Dziś wygnanie z danej grupy nie oznacza bezpośredniej śmierci biologicznej. Jednak zdecydowanie może dotknąć śmiercią psychiczną. Wystarczy popatrzeć na dzieci odrzucane przez własne rodziny, jak zniszczone jest doświadczenie self i jak sporo czasu, energii i mądrości potrzeba, by odnalazły dom we własnej psyche.

Dziś kocham i podziwiam Lutra, Kalwina, Giordano Bruno, katarów, gnostyków itd. Oni wszyscy niosą mi pociechę wolności. Mówią o tym, że pluralizm może być wartością i INNY nie jest gorszy. Augustyn z Lutrem połączeni węzłem małżeńskim. Ortodoksja nie może istnieć bez herezji, i odwrotnie. Dobra religia ma dobre herezje. Religia zaś, która daje przestrzeń na doświadczenia subtelne i transpersonalne to taka, która potrafi wytrzymać napięcie na linii ortodoksja-herezja. Weźmy dla przykładu religię judaizmu ze Starego Testamentu. Kapłani kontra prorocy, a dojrzalej - kapłani i prorocy we wspólnej drodze. Kapłaństwo utrzymywało tradycję, stabilność, porządek społeczny, zaś prorocy nieśli doświadczenie żywej zmiany i autentyczności. Jedno nie istnieje bez drugiego. Jak 'długość' istnieje tylko dlatego, że egzystuje też 'krótkość', tak: ortodoksja istnieje, bo jest możliwa herezja.

Heretyk. Otrzymałem taką łatkę. I niedługo trwało nim odczułem, co znaczy dla głównego nurtu, iż ktoś nim jest. Jeśli miałem odwagę, żeby iść taką drogą to musiałem się liczyć z tym, iż stracę powszechnie dobre imię, akceptację i miłość u wielu ludzi. Tak było. Jaka to była ulga! Okazało się bowiem, że wielu ludzi religijnych nie kochało mnie takim, jakim jestem. Oni kochali rolę społeczną, którą nosiłem na sobie. Kochali personę. W religii, która nie lubi żywego doświadczenia i inności, pozory są bardzo istotne. Strój kapłana to on. Jego modlitwy na oczach ludu to on. Jego słowa pobożne w świątyni to on. Odkryłem, że dla wielu ludzi byłem ważny jako przedstawiciel religii, w którą wierzyli. Oczywiście nie dla wszystkich. Jednak niebywałe jest jak współcześni wierzący ciągle potrzebują projekcyjnych wzorców w zakonnikach, w kapłanach, w "wyjątkowych postaciach". W sumie rzecz jest naturalna, jednak zaskoczyło mnie to mocno. Jung kiedyś miał powiedzieć: "Psychologicznie rzecz biorąc, ludzkość w gruncie rzeczy znajduje się jeszcze ciągle w okresie dzieciństwa. Ogromna większość ludzi potrzebuje autorytetu, przywództwa i prawa." (C.G. Jung Archetypy i symbole).

Heretyk. Greckie słowo hairesis oznacza wybór. Wybrałem. Z wyborem wiąże się wolna wola, czyli możliwość decydowania, a to samo w sobie jest już pewną formą wolnością. Bycie wolnym to przepiękny ideał i stan ducha. Możliwe, że w tym kontekście bycie tzw. heretykiem to motor napędowy do zmian dla religii. Heretycy wszystkich wieków mieli niebywałą siłę, by iść za własnym doświadczeniem. Uczą mnie wolności. Dlatego tak bardzo ciągnęło mnie np. do Lutra i jego mądrego podążania za innością i pragnieniem, by odmienić świat. Odwaga i wolność.

Na studiach z teologii przyciągnął mnie temat dogmatu katolickiego o piekle. Zbadałem go wnikliwie, również w ramach pracy magisterskiej. Oczywiście w wymiarze egzystencjalnym (motyw cierpienia) czy etycznym (możliwość wyboru zła) ten religijny pogląd ma swoje znaczenie i dużą wartość. Odkryłem jednak coś jeszcze. W wyniku wnikliwego badania siebie, ludzi, którym towarzyszyłem i tradycji chrześcijańskich zauważyłem niebywały lęk, który kryje się za tą ideą. Piekło jako kara to bardzo mocne karzące superego religijne, które nieświadomie zabrania cieszyć się życiem, seksem, przyjemnością, wolnomyślicielstwem, swobodnym badaniem świata itd. Gdy supeł tej idei zawiązany w mojej psyche w młodości, rozwiązał się w czasie studiów - otworzyłem się na świat, na nowe idee, na inności i na nowe doświadczenia. Od tego czasu obawiano się w ramach chrześcijaństwa tej inności, choć jednocześnie czułem szacunek i proszono mnie, by wybrał czy zostaję w ramach zastanego systemu czy odchodzę. Usłyszałem któregoś dnia, gdy zastanawiano się czy powinienem został kapłanem katolickim: "jak chcesz być sługą jedności z tym wszystkim, co czytasz i co mówisz?". Hmm... Kilka lat temu napisałem w ciszy swojego pokoju taki tekst:


"Bezpieczeństwo kontra wolność.

Mam wierzyć w co mi każą. Mam. I koniec. Nie jestem sługą jedności, gdy kwestionuję w co ludzie wierzą. Mam siedzieć cicho. Patrzeć jak ludzie się męczą ze swoimi religijnymi, dogmatycznymi pomysłami. Przedziwne. Nauczani nieszczęścia. Ślepo, na pamięć. Wiedzą, co robić. Cierpią, ale idą w to, bo przedstawiono im sens tego wszystkiego.
Badam sprawę jak mogę wnikliwie. Rozpadają się we mnie wszystkie struktury myślowe, zbitki toż-samości. Ból to niewyobrażalny. Tracę grunt pod wszystkim. I co się okazuje? Nie zginąłem. Nie przepadłem w nicości. Wręcz przeciwnie. Jestem tak wolny, współczujący i samotny. Nic mnie nie definiuje. Jestem, w którym nie ma żadnego ja. Wszechświat nie kręci się wokół mnie. Nie jestem słońcem wokół, którego fruwają planety.

Mam wierzyć w co mi każą. Odkrywam bezkres i wolność od definicji, którą jestem najpierwotniej. Ale mam siedzieć cicho. Pojawiam się, a ludzie czują zagrożenie. Diabeł się zjawia przed ich oczyma.

Kwestionuję. Świątynia, kult, kapłani, pieniądze. Masz za to pełną miskę jedzenia. Słyszę w odpowiedzi. I dociera do mnie głębiej: nie prawda się tu liczy, a organizacja, porządek, stabilność.

Wykład. Mowa o Jezusie. Wątpliwości jakiegoś rabina. Wykładowca. Jeśli ma się dach nad głową i miskę pełną jedzenia nie tak łatwo szukać prawdy. Po raz kolejny uderza.

Niebezpieczne to  całe kwestionowanie jak cholera. Inaczej nie umiem. Wolności niezmierzona!"


Heretyk dojrzewał aż dorósł. I musiał iść inną drogą. Bezpieczeństwo, które gwarantowała mi instytucja religijna zastąpiłem Życiem i jej tysiącem smaków. Mogłem wybierać, stałem się wolny. Dziś nie jestem wrogiem religii. Wręcz przeciwnie. Uważam, że dla wielu ludzi może być wspaniałą drogą do rozwoju, do przebudzenia, do prawdziwego życia. Jednak religia bardzo opornie reaguje na procesy zmian, a jeśli chce stać się dla współczesnego człowieka motorem rozwoju, musi poddać się przemianom.

Chciałbym oddać głos Wojtkowi. Jego doświadczenie pokazuje jak marnie wygląda religia w polskim społeczeństwie:

"Jestem heretykiem, to cena za szczerość i otwartość przed Bogiem w sakramencie pokuty i pojednania. Spowiedź generalna przed ślubem miała być wartościowym doświadczeniem miłosierdzia bożego, miałem się oczyścić i zacząć nowy etap w drodze przez życie z Bogiem. Mimo trapiących mnie od dłuższego czasu wątpliwości pragnąłem podejść do sprawy tak uczciwie jak tylko się da. Spowiednikowi zwierzyłem się z moich wątpliwości, co do wiary w świętość Kościoła (warunek wiary), nie podzielam bałwochwalczego kultu Maryi (mimo że jest dla mnie wyjątkową i świętą kobietą). Przestałem traktować Biblię jako jedynie słuszną świętą księgę, która ma mi wskazywać dokładnie co mam robić w życiu. Liczyłem na wyrozumiałość, pokrzepienie, umocnienie i wyjaśnienie niektórych kwestii. Niestety w zamian za moją szczerość otrzymałem burę od księdza. I ostrzeżenie, co prawda nie wprost, że jeśli się nie nawrócę, nie zmienię myślenia to zbawienie mnie ominie. Myśleć nie powinienem w ogóle lecz ślepo wierzyć w dogmaty inaczej zostanę poza Kościołem. Po prostu się zamknąć, nie zadawać pytań, nie wątpić, zapomnieć o tym co boli i żyć jakby nic się nie stało. Ale niestety stało się i to boli (ale to na inną rozmowę). To jednak nie było wcale ważne. W ogóle nie było ważne to z czym przyszedłem do kratek konfesjonału, jedyną słuszną rację oraz głos miał duchowny. 
Kapłan jedynej słusznej religii oczywiście udzielił rozgrzeszenia, jednak znanej mi radości i wolności, pokoju nie zaznałem. Od kratek odszedłem przybity, zdruzgotany i smutny. Zamiast uzyskać odpowiedzi zrodziło się jeszcze więcej pytań. No bo jak to w końcu jest? Możesz wyzywać, bić i gwałcić żonę, kraść, kombinować, kłamać ale jak wierzysz w dogmaty to jest wszystko w porządku? A jak szanujesz małżonkę, starasz się być dobrym człowiekiem, jesteś uczciwy, wrażliwy, wyrozumiały ale jeśli nie wierzysz w dogmaty to bój się Boga. 
Po spowiedzi mimo tego że prawo pozwalało to nie potrafiłem przystąpić do Eucharystii. Po prostu nie potrafiłem, nie miałem siły... 
Przygotowania do ślubu katolickiego też mogę podsumować jako spłycenie wszystkiego do kwestii seksu i rozmnażania się. Szacunek do kobiet, miłość, wrażliwość, dialog, komunikacja, partnerstwo, teologiczne znaczenie małżeństwa zostało ograniczone do minimum... No bo przecież to nie istotne, najważniejsze jest to aby mężczyzna miał wytrysk w drogach rodnych kobiety. No i wierzył w dogmaty.
Oczywiście seks też został ograniczony tylko do reprodukcji, a budowanie więzi, bliskości pominięte. A radość ze zbliżenia, seksualności?  Nie godna wspomnienia... 
Gdyby nie te nauki to oczywiście nie widziałbym że mam ukochanej osoby nie zdradzać, nie ranić, nie przekazywać życia... Otóż nie drodzy kapłani. To nie wynika z wiary, czy z nakazu Kościoła ale z faktu że po prostu jestem człowiekiem.
No i ostatni fakt, który coraz bardziej oddała mnie od Kościoła Katolickiego. Drugi chrzest to ekskomunika a pedofilia księży to propaganda lewicy. Ksiądz który szuka Boga jest wyrzucony i pozbawiony środków do życia, a ten który niszczy życie najmniejszych może liczyć na bezproblemowe życie, tylko miejsce zamieszkania musi zmienić." (podkreślenia R.W)


Rozwojowa linia religii napotyka w Polsce na opór przed zmianą. Kończy się społeczne władanie kościoła nad duszami ludzkimi. Traumy narodowe odzywają się co chwila. Jednak kościół nie umie z łagodnością, z mądrością i z miłosierdziem pochylać się nad sprawami w wolnej Polsce, będąc dobrym terapeutą czy duchowym przewodnikiem w sytuacji budzenia się demonów z przeszłości. Raczej zabrania, karci, wydaje teksty potępiające, osądza, gania... Brakuje duchowych przywódców na nowe czasy, gdy nie ma już okupanta i wroga na zewnątrz. I okazuje się teraz, że wrogowie są, ale wewnątrz religii. Ukrywanie pedofilii, kolesiostwo, pieniądze, zadarte nosy... Z nadzieją przyglądam się temu, co się dzieje. Oby ortodoksja otworzyła się na herezję, i odwrotnie. Małżeństwo tych dwojga rozpędzi motor zmian i wprowadzi energię w transformacje, które zajść muszą, by zinstytucjonalizowana religia mogła ostać się w społeczeństwie. A jest ona według mnie ciągle ważną częścią życia społecznego...

środa, 26 czerwca 2019

Praca z grupami, hobbitowe wezwanie i ogień, który może przemienić świat

W ostatnim roku życie postawiło mnie oko w oko z grupami. Znalazłem pracę i stałem się trenerem zajęć profilaktycznych dla dzieci i młodzieży w szkołach. Jednocześnie czułem się wypychany w kierunku zaangażowania i refleksji w obszarze społecznym. To nowa część mnie, bowiem przez ostatnich kilka lat byłem bardziej zaangażowany w życie wewnętrzne, w pracę nad sobą, w medytację. Pływałem we własnym wnętrzu i rzadko z dużym zaangażowaniem wchodziłem w kryzysy czy konflikty społeczne. Nie interesowało mnie zbytnio, by zajmować się światem i tym, co się w nim dzieje. Impuls w postaci wewnętrznego odczucia i splot dziwnie ze sobą powiązanych sytuacji (Jung takie powiązanie zdarzeń bez ciągu przyczynowo-skutkowego nazywa synchronicznością) spowodował, że otworzyłem się na grupy i procesy społeczne, pragnąc świadomie pracować z nimi i wspierać dobre zmiany.

I tak w przeciągu roku miałem okazję: widzieć dziesiątki czy setki grup dzieci i młodzieży, prowadzić projekt teatralno-rozwojowy dla osób z trudnościami psychicznymi (grupa spychana społecznie na margines) czy rozmawiać z przeróżnymi osobami na temat współczesnej sytuacji społecznej. Miałem również okazję widzieć jak może przebiegać trudny kryzys rozwojowy w pewnej grupie, a także współodczuwałem, bacznie obserwowałem zmiany i trudności zachodzące w zbiorowości polskiej. W międzyczasie czytywałem trochę i reflektowałem nad sytuacją Polaków (trauma narodowa, sytuacja polityczna, marsze, pedofilia w Kościele itd.) czy rozmyślałem nad trudnościami w obszarze integracji europejskiej. Zgłębiałem idę pracy ze światem A. Mindella i psychologię kultury W.Z. Dudka. Potrzebowałem zgłębić intelektualnie i emocjonalnie ideę psychiki zbiorowej (wg C.G. Junga) przez wykłady, czytanie i wyczuwanie pola grupy na warsztatach w szkołach czy na warszawskiej patelni (swoisty tygiel procesów zbiorowych w Polsce). Oglądałem filmy i baśnie z wrażliwością, co mówią one z głębi psychiki zbiorowej o współczesnym człowieku. Musiałem również wewnętrznie odnieść się do religii moich ojców i w sposób pogłębiony odnaleźć swoje miejsce w rodzinie, w której przyszło mi żyć. Wszystko to działo się jakby niechcący. Moje świadome ja chciało raczej wieść żywot domowego kota, który szczęśliwy jest samym swoim istnieniem, pyszną strawą i nie martwi się o to, co na zewnątrz. Jednak rzeczywistość stawiała mnie w nieco innej sytuacji. Kot musiał opuszczać, co jakiś czas dom i stawać się Kotem w Butach, by przemierzać ten świat, ucząc się go i współodczuwając z nim we wszystkim, co się dzieje. To wszystko złożyło się na narodziny nowego aspektu mojej osobowości. Zdaje się, że poród jeszcze trwa...

Nauczyłem się kilku rzeczy w tym czasie, którymi chcę się podzielić. Przede wszystkim dotknąłem po raz kolejny jak wielką siłę ma grupa. Ilość nieświadomych procesów dziejących się w społecznościach to nie lada wyzwanie dla zwykłego, hobbitowego introwertyka z jakim dotąd się utożsamiałem. Pykanie fajki, ukochana kobieta, pyszna strawa, dobra lektura, gra komputerowa... Oto menu codzienności tego osobnika. Opowieść o Bilbo Baginsie w tej materii jest mi niezwykle bliska. Oto hobbit z Shire zostaje wezwany do trudnej i niebezpiecznej wyprawy, w której będzie musiał zmierzyć się ze smokiem i z masą niebezpieczeństw. Musi opuścić przyjemny domek i wygodną codzienność, by oddać się wezwaniu. 

Praca z dziećmi, z młodzieżą, z grupami w formie procesu grupowego czy zajęć otwartych to prawdziwa wyprawa w nieznanie (nieraz smok potrafi dać ostro w kość). Grupa może nieść w sobie wiele złości, oburzenia, chaosu, trudności rozwojowych itd. Wiedzą o tym dobrze pedagodzy, psycholodzy, działacze społeczni wchodzący autentycznie i asertywnie w trudne sytuacje grupowe. Spotkałem wielu takich bohaterów. Nauczyciele, pedagodzy, ludzie walczący o dobro, o sprawiedliwość w swoich firmach i organizacjach. Bilbo spotkał smoka, ja zaś spotykałem rozhulane, dynamiczne i nieświadome procesy grupowe. Czasem czułem się jak Bilbo w konfrontacji z potężnym smokiem. Praca z grupą przypomina siedzenie w tyglu, którym ciągle coś skwierczy, syczy czy żarzy się. Ogień ten jest dla rozwoju, jednak nieumiejętne korzystanie z jego mocy może spowodować spalenie. Oddajmy na chwilę głos A. Mindellowi:

"Ogień, który trawi ludzkość w jej społecznym, psychologicznym i duchowym aspekcie, może zniszczyć świat. Ale może też przemienić problemy w poczucie wspólnoty. To zależy od nas. Możemy unikać sporów, ale możemy również bez lęku "siedzieć w ogniu", działać, zapobiegać powtarzaniu się najboleśniejszych pomyłek historii." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu : Wykorzystanie konfliktów i różnic między ludźmi dla transformacji dużych grup")

Społeczności mają swoje własne cienie, własne smoki. Osoba, która chce pracować i wspomagać grupy musi nauczyć się wielu rzeczy, by radzić sobie z całą złożonością praca z konfliktami i z rozwojem. Oto krótka lista rzeczy, których nauczyłem się i ciągle się uczę w pracy z grupami:

1. Grupa jest jakby jednym organizmem psychicznym. Spotykam pojedyncze osoby i jednocześnie wchodzę w relację z "osobowością grupy". Poznanie smaku, zapachu, temperamentu, charakteru grupy jest niezwykle ważne.

2. Konflikty są częścią życia grup i społeczności. Na tym etapie ewolucji ludzkiej świadomości musimy nauczyć się "konfliktowania" i otwartej komunikacji.

3. Złość, gniew, rozgoryczenie, smutek mogą stać się atutem i wspomaganiem dla rozwoju grup. Nie da się od nich uciec. Im bardziej się je wypiera, tym więcej neurotycznego cierpienia się pojawia. Na poziomie społecznym: im mniej przyzwolenia na inność, na głos mniejszości, tym większe ryzyko rozruchów, ostrych manifestacji i protestów (patrz: nauczyciele w Polsce)

4. Istnieją hierarchie i siły związane z władzą w grupach. Moim zadaniem jest objąć uwagą to, co nienazwane, wypychane i niekochane. Np. w obrębie współczesnych grup osoby wyciszone, niechętne do ekspresji, zabawy, kariery, zarabiania pieniędzy czy osoby nieheteronormatywne, osoby niepełnosprawne, osoby religijne są spychane na margines społeczny. Powoduje to cierpienie. Sam doświadczyłem w swoim życiu, co znaczy siła głównego nurtu, gdy własne doświadczenie wewnętrzne kwestionowało główny system religijny. 
Trzeba objąć uwagą mniejszość, bowiem nieświadoma większość używa siły wobec innych, jeśli nie ma samoświadomości w zakresie własnej przewagi materialnej, psychicznej czy duchowej.

5. Poszczególne osoby mają różne rangi w grupach. Ranga wg. Psychologii Procesu to zespół zasobów, które posiada jednostka czy grupa. Szef w pracy, biskup w Polsce (do emisji filmu Sekielskiego), biały heteroseksualny mężczyzna na Zachodzie to przykładowe jednostki z wysoką rangą. Uświadamianie pozycji w grupach i oświetlanie atmosfery emocjonalnej związanej z nierównością to ważne zadanie w pracy z grupą.

6. Siła grup i nieświadomych procesów może zniszczyć świat, ale może również zmienić i transformować społeczeństwo.

Na koniec chciałbym zaproponować fragment książki "Siedząc w ogniu", który pokazuje jak piękna i głęboka może być praca w obrębie grup. Fragment opowiada historię autora, który doświadczył ostrej krytyki i otworzył się na to doświadczenie:


"Ale ja byłem nieszczęśliwy. Poszedłem do domu zraniony i przygnębiony. Usiadłem w fotelu, głowa zaczęła mi opadać. Wiele razy krytykowano mnie podobnie w grupach, ale teraz coś, czego nie potrafiłem zidentyfikować wywołało we mnie taki smutek, iż poprosiłem Amy, by mi pomogła w pracy z mymi uczuciami. Czy stłumiłem złość na tego mężczyznę, złość spowodowaną jego raniącymi opiniami na temat kobiet? Wiedziałem, że jego poglądy zdenerwowały mnie, ale było w tym coś jeszcze. Amy zaproponowała następującą pracę wewnętrzną.

PRACA WEWNĘTRZNA - ĆWICZENIE NA WYJAŚNIENIE NASTROJU

Amy powiedziała:
- Wyobraź sobie jakąś trudną sytuację. Jakąkolwiek sytuację, która wywołuje bolesne uczucia. Spróbuj zobaczyć siebie w tym stanie, ze wszystkimi szczegółami.
Zobaczyłem obraz siebie w scenie z dzisiejszego popołudnia, kiedy krytykował mnie ten mężczyzna.
- Teraz przyjrzyj się tej części swego ciała, która przyciąga twoją uwagę.
Okiem wyobraźni zobaczyłem siebie w depresji. Skupiłem się na mojej głowie, która zdawała się zwieszać bardzo nisko.
- Bądź cierpliwy. Postaraj się zauważyć coś nowego w tej części swego ciała, coś, czego nigdy
przedtem nie widziałeś. Może to zabrać minutę albo nawet dwie.

Ku memu zaskoczeniu, ujrzałem zwieszającą się nad moją głową gilotynę, jakiej używano kilka wieków temu w Europie do ścinania ludziom głów.
- Pozwól, by historia tego czegoś nowego rozwinęła się - powiedziała Amy.
Zastygłem w bezruchu. Niemal nie mogłem na to patrzeć. Zobaczyłem spadające ostrze gilotyny. W mojej wyobraźni zostałem pozbawiony głowy za to, że byłem aktywnym działaczem społecznym, pracującym na rzecz demokracji, a przeciwko monarchii. Ale co obcięło mi głowę? Nie król, tylko wielki duch. Pomyślałem, że ta historia robi się bardzo dziwna. Rozwijała się dalej. Zobaczyłem siebie odrodzonego w nowym ciele. W wyobraźni nie była to już Europa sprzed kilku wieków, lecz Rewolucja Amerykańska. Miałem nową osobowość. Znów byłem działaczem społecznym, tylko o wiele starszym. Jako ta starsza osoba, pracowałem nie tylko na rzecz uciśnionych, ale uważałem wszystkich, uciśnionych i uciskających, za swoje dzieci.
Nagle zrozumiałem swoje uczucia. Dzięki mężczyźnie, który krytykował mnie tego popołudnia, skontaktowałem się ze swoim niezadowoleniem z bycia jednostronnym. Jakaś moja najgłębsza część chciała obciąć mi głowę lub zmienić moje zdanie. Innymi słowy, byłem nieświadomie zły na samego siebie, że w sekrecie do tego stopnia staję po stronie problemów ludzi ciemiężonych, że nie mogę już współodczuwać z nikim innym. Ten problem istniał w moim życiu społecznie uciskanego. Teraz usilnie pracowałem nad swoim rozwojem, tak bym nie musiał już stawiać oporu ludziom reprezentującym główny nurt kultury. Chciałem widzieć wszystkich ludzi, włącznie z mężczyzną, który mnie zaatakował, jako moje dzieci.
Ten wgląd sprawił, że zacząłem szlochać z radości. Amy i ja objęliśmy się. Mój nastrój zmienił się natychmiast. W wyobraźni nie obciął mi głowy jakiś stary król, który mógłby reprezentować wewnętrzną dominację nade mną. To był duch, coś bardziej znaczącego, co chciało, bym się zmienił. Poruszyło mnie to, że mogę dalej się rozwijać. Ten popołudniowy, trudny proces grupowy przemienił się w niezwykłe doświadczenie, które czegoś mnie nauczyło. Nie mogłem się doczekać, by dokończyć naszą pracę z grupą.
Kiedy zaczęliśmy następnego ranka, byłem gotów na wszystko. Mężczyzna, który mnie skrytykował wstał, zanim otworzyłem usta i powiedział wszystkim, jak wspaniale się czuje i jak wiele się wczoraj nauczył. Zdumiało mnie to, rozpłakałem się z radości. Opowiedziałem grupie, czego też się nauczyłem." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu")

wtorek, 25 czerwca 2019

Kalarepowatość, czyli krótka opowiastka o pewnym zbiorowym obłędzie

Wszystkie zielone kalarepy spotkały się na tajnym zgromadzeniu kalarep z całego miasta i okolic. Król Kalarep rozpoczął spotkanie wzniosłym wywodem:

- Moje drogie kalarepy! Zebraliśmy się tu, aby omówić najważniejsze sprawy całego świata!

- Hura! O tak! Omówmy te sprawy!  – odpowiedziały chórem wszystkie kalarepy.

- Sprawa jest ważka i nie cierpiąca zwłoki  – powiedział poważnie i z godnością Król Wszystkich Kalarep. – Jest nas coraz mniej! Musimy przekonać inne warzywa, aby zechciały być kalarepami!

- O tak! Niech wszystkie warzywa staną się kalarepami! Już dziś! – wykrzykiwały wszystkie kalarepy – Ziemniaki! Niech staną się kalarepami! Buraki! Ogórki! Pietruszki! Wszystkie są kalarepami!

- Cieszę się, że podzielacie moje zdanie – powiedział z patosem Król Wszystkich Kalarep – Od dziś wszystkie warzywa stają się kalarepami! Nasza uchwała wchodzi w życie w tym momencie!

- Hura! Hura! Znowu jest nas dużo! Hura! Wszystkie warzywa kalarepami! – wykrzykiwały rozentuzjazmowane kalarepy.


Ego chce sprowadzić wszystko do tego samego. Ego-tyzm chce zabić różnorodność i wierzy w swoją własną fałszywą siłę. Jak wielka to nieprzytomność! Kalarepowatość jest złudzeniem szczęścia. 
Moje, ja, mi, mnie, mojemu... INNY nigdy nie stanie się 'mój'. INNEGO nie da się wchłonąć, zjeść, zawładnąć, pomieścić w sobie. Miłość nie jest ujednoliceniem, uchwyceniem kogoś/czegoś. Nie jest pragnieniem, by INNY stał się mój. Jak pięknie to pokazał pewien żydowski filozof:

„Miłość niczego nie chwyta, nie prowadzi do żadnego pojęcia, nie prowadzi donikąd, nie ma struktury przedmiot-podmiot, ani struktury Ja-Ty” (Levinas „Całość i nieskończoność”)