niedziela, 24 listopada 2019

Utulone, czyli opowieść o mocy przyjęcia

Warsztaty profilaktyczne w jednej ze szkół gdzieś w Polsce. Klasa siódma. Uczniowie dobrze się znają, spędzają czas ze sobą. Można wyczuć atmosferę przyjaźni. Chętnie biorą udział w rozmowie i w odgrywaniu scenek. Mają dryg aktorski i są otwarci, by rozmawiać o uczuciach, o relacjach, o radzeniu sobie z sytuacjami trudnymi w życiu.

Pod koniec zajęć uczniowie mówią do siebie komplementy. Każda osoba słyszy o sobie pozytywne rzeczy bez udawania i bez naciągania. Chłopcy i dziewczyny mają na swoich twarzach uśmiechy czy łzy wzruszenia. Wyczuwa się atmosferę prostej, niesztucznej radości. W pewnym momencie chłopiec, który ma trudności w zachowaniu, którego tata był jakiś w więzieniu, a teraz tęskni za nim, bo jest za granicą, siada na krześle dobrego słowa. Uczniowie mówią miłe rzeczy na jego temat, a on zaczyna płakać. Pół klasy wstaje żeby go przytulić. Naturalnie, bez jakiejkolwiek instrukcji czy zachęty z mojej strony. Dobroć kolegów i koleżanek rozbraja go do końca. Łzy płyną strumieniami. Kilka osób zaczyna ze wzruszenia płakać, a ja płaczę razem z nimi.

Przytulili coś co niesamowicie potrzebuje miłości, akceptacji i wsparcia. Poczułem jakbyśmy razem przytulili-przyjęli zranioną część świata. Po warsztatach chłopak podchodzi do mnie. Przytulam go, a on mówi: bardzo pana polubiłem. Wracam do domu i zastanawiam się jak potężna moc przepłynęła przez grupę.

Przytulanie odrzuconych części w człowieku, w grupie, w świecie nie oznacza zawsze cudownych przeżyć, choć bez wątpienia często  mogą się pojawić. Przytulanie jest przyjęciem. Tam gdzie jest przyjęcie, tam jest integracja. Każdy kto pracował nad własnym wnętrzem wie, że im więcej przyjmie tego, czego nie lubi, nie akceptuje; tego, co odrzuca czy wypiera, tym bardziej odczuje siebie jako pełnego, przeżytego i będącego na swoim miejscu. Bardzo zwyczajnie zaczyna się wtedy żyć bez oczekiwań, bez wielkich presji czy bez blichtru kłamstw.

Czasem zdarzają się warsztaty jak te, o których piszę w tym tekście. Młodzi byli gotowi wejść głęboko i zabrali mnie tam ze sobą. Piękne i wzruszające. Wracam z radością i z wdzięcznością. Wiem, że to co zdarzyło się w tej grupie oddziałuje na wszystko. Jedno przytulenie tych części w nas, które potępiliśmy, wzmacnia wszystkie procesy przebaczenia w świecie. Nie jesteśmy wyizolowanym jednostkami. Oddzielenie jest iluzyjną percepcją. Wszystko, co robię oddziałuje na Całość.

Idę swobodnie. Oddycham głęboko. Zimny wiatr wieje intensywnie. Ostatnia łza wypływa z mych oczu. Radość. Spokój. Chcę tulić wszystkie części odrzucone w sobie, w grupach, w świecie. Odnawiam intencję niesienia pokoju i radości, a następnie idę wzmocnić głodne ciało pyszną strawą. Wiatr wieje. Szare niebo pachnie spokojem i ciszą umiłowania.

niedziela, 10 listopada 2019

Traktat o duchowej istocie piękna

1. Piękno jest wszystkim, co jest.

   1.1. Wszystkość oznacza absolutność i transcendencję.
   1.2. Nie ma rzeczy, obiektu czy podmiotu, który byłby wyłączony z piękna.
   1.3. Wszystko jest piękne.
       1.3.1. Wszystko nie wyklucza nicości.
       1.3.2. Wszystko i nicość są zespolonymi aspektami piękna.
       1.3.3. Piękno jest absolutnym przekraczaniem pozornych przeciwieństw.

2. Piękno pochodzi z niewidzialnego pola, które jest stwórczą mocą.

   2.1. Widzialny świat pochodzi bezpośrednio z niewidzialnego.
   2.2. Widzialne i niewidzialne są ze sobą istotowo i niedualnie zespolone.
   2.3. Każda idea, rzecz, osoba jest piękna.
  2.4. Percepcja duchowa istoty piękna jest możliwa dzięki duchowi, który jest najgłębszym,                        niezniszczalnym rdzeniem istoty człowieka (niewidzialny porządek).
       2.4.1. Piękno oznacza umiłowanie dla tego, co jest.
       2.4.2. Na szczycie ewolucji duchowej człowieka piękno, boskość, duch to pojęcia tożsame.
   2.5. Piękno wypływa z najwyższego atraktorowego, niewidzialnego pola o potężnej mocy.
       2.5.1 Świętość jest blaskiem i mocą energii niewidzialnych pól o wysokiej energii.
            2.5.1.1. Prawdziwe piękno jest samą świętością. 

3. Estetyczne czy intelektualne doznanie piękna jest możliwe, bowiem zasadza się na metafizycznym ugruntowaniu w pięknie.

   3.1. Rozum i zmysły dotykają widzialnego obszaru piękna.
   3.2. Piękno jest czymś głębszym niż zjawiska.
   3.3. Metafizyczne piękno jest ostatecznie czystą immanentną transcendencją.
       3.3.1. Możliwość poznania piękna otwiera się w człowieku przez doświadczenie ducha.
       3.3.2. Immanentność oznacza tu, że piękna można doświadczyć jedynie we własnym wnętrzu                       przez poznanie.
       3.3.3. Transcendencja oznacza tu, iż niemożliwe jest objęcie pojęciem czy uczuciem całej                             głębokości i szerokości piękna.
           3.3.3.1. Transcendencja nie oznacza tu przestrzennego przemieszczania się.
           3.3.3.2. Transcendencja nie oznacza tu czasowego zmieniania się. 
                3.3.3.2.1. Piękno nie podlega zmianom.
           3.3.3.3. Transcendencja w sensie najgłębszym jest czystym pięknem bez stawania się.    

 4. Dla rozwiniętych duchowo ludzi wszystko jest piękne.

   4.1. Piękno można poznać przez stanie się nim.
   4.2. Uczestnictwo dokonuje się przez ewolucyjną ścieżkę wzrastania w kierunku pełni piękna.
   4.3. Stanie się najczystszym pięknem nie leży jedynie w możliwościach człowieka.
       4.3.1. W procesie stania się pięknem niezbędna jest rzeczywistość Łaski.
            4.3.1.1. Łaska jest pojęciem chrześcijańskim. Bez względu na kulturowe uwarunkowania                                 tego pojęcia "łaska" oznacza tu moc stwórczą.
            4.3.1.2. Łaska oznacza tu moc pochodzącą z rdzenia boskości, która wszystko czyni tym,                                 czym jest, czyli pięknym.
       4.3.2. Decyzja, która oznacza, podążanie za pragnieniem Piękna jest niezbędną częścią Procesu.
            4.3.2.1. Człowiek przy całym swym uwarunkowaniu ma możliwość odraczania stania się                                 tym, czym już jest.
                4.3.2.1.1. Intensywne odraczanie i zaprzeczanie oznacza neurotyczne cierpienie.
                      4.4.2.1.1.1. Wzrastanie duchowe dokonuje się przez zaangażowane odpuszczanie.
                4.3.2.1.2. Cierpienie jest niezbędną częścią Procesu.  
            4.3.2.2. Człowiek istnieje w świecie wolności w takim samym stopniu jak w świecie                                         konieczności.
                4.3.2.2.1. Wolna wola człowieka i wolna wola Boga na najgłębszym poziomie są jednym.

5. Ewolucja duchowa człowieka jest faktem na poziomie względnych zjawisk.
   
   5.1. Cały świat istnieje w creatio continua (w stwórczym Procesie uprzytamniania piękna).
       5.1.1. Stwarzanie jest Procesem, w którym człowiek i wszechświat uświadamiają sobie swoje                       Źródło.
       5.1.2. Proces stwarzania jest nieustanną obecnością Piękna, które szuka możliwości, by                                 uprzytomnić sobie, iż wszystkość jest samym Źródłem.
   5.2. W esencji wszystko jest już pełnią Piękna.
   5.3. Na poziomie zjawiskowym człowiek rozwija się przez określanie dobre - złe, piękne -brzydkie, prawdziwe - fałszywe. Rozwój ten dokonuje się przez moralność.
       5.3.1. W świecie zjawisk wybieranie tego, co moralne; dobre, piękne i prawdziwe jest niezbędną                   drogą ku Pięknu.
       5.3.2. Ostateczny skok w Piękno dokonuje się przez przekroczenie par przeciwieństw: dobre -złe, piękne - brzydkie, prawdziwe - fałszywe.

6. Niewidzialne piękno, boskość, sam rdzeń można poznać jedynie na ścieżce duchowej.

   6.1. Nauki przyrodnicze, humanistyczne same z siebie nie są w stanie wprowadzić w transformację w Piękno.
   6.2. Wszelka moralność, psychologia, rozwój osobisty są etapami w drodze stania się pięknem.
   6.3. Głębokie tradycje medytacyjne, kontemplatywne i mistyczne dają możliwość duchowych wglądów i ostatecznego zjednoczenia z Pięknem.

7. Duch jest pięknem.

   7.1. Metafizycznie nieprzejawiony duch jest całym pięknem.   
   7.2. Percepcja duchowa człowieka widzi aspekt piękna w niewidzialnym duchu i we wszystkich                stworzeniach, które z niego wypływają.
   
8. Piękno, dobro i prawda to jakości samego ducha.

9. Piękno przekracza pozorny konflikt między istnieniem a nieistnieniem.

   9.1. Piękno widzi narodziny i śmierć jako fale na oceanie boskości, nie zaś jako ostateczności.
   9.2. Istnienie i nieistnienie jest możliwe jedynie w ramach duchowego ego, który jest etapem Procesu stwórczego.
   9.3. Poddanie swojego ja/duchowego ego Bogu oznacza koniec istnienia pozornych przeciwieństw.
       9.3.1. Ty jesteś Tym. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. To klasyczne twierdzenia dojrzałości duchowej.
       9.3.2. Zjednoczenie jest szczytem ewolucji duchowej, które oznacza brak podziału między                            podmiotem a przedmiotem, człowiekiem a Bogiem itd.
       9.3.3. Brak poznawczego podziału na podmiot-przedmiot jest szczytem piękna i niedualnym                         zjednoczeniem.

10. Piękno jest pięknem. (święta tautologia)

    10.1. O czym (nie) można mówić, o tym trzeba milczeć.
        10.1.1. Milczenie jest głębią mówienia o Pięknie. 
               10.1.1.1. Cisza jest domostwem Piękna.


sobota, 2 listopada 2019

Tańczące liście, świato-pogląd i Umiłowanie!

Wracałem z pracy. Dzień minął przyjemnie. W jednej klasie uczniowie doświadczyli przebaczenia, w i drugiej zaś 'mali ludzie' odkryli, że praca w odmiennych płciowo grupach jest ciekawa. Dla dziecka na pewnym etapie rozwoju tego typu odkrycie przez doświadczenie, to niebywały skok rozwojowy. 

Wracałem z radością. Miło jest wspomagać ludzi w jakimkolwiek wieku w rozwoju. Od zawsze miałem wrażenie, że jest to jedna z moich życiowych dróg. Liście tańczyły wokół mnie, obracane przez ciepły wiatr.

Wracałem z głodem, więc po drodze wstąpiłem do piekarni po pyszną gruzińską bułkę. Zaglądam na facebooka, a tam we wspomnieniach pojawiło się następujące zdjęcie:


Było to zdjęcie z wydarzenia sprzed trzech lat. Nie pamiętam już dokładnie o co nam wtedy chodziło. Toczyła się rozmowa wśród przyjaciół i w którymś momencie powstało to zdjęcie. Po powrocie do domu po tamtym spotkaniu napisałem:

Obecność.
Wszystko jest Obecnością. Zwyczajną, prostą, pełną spokoju Obecnością. Niewytłumaczalną, naturalną, nie znającą przymusu, podziałów i lęku przestrzenią. Jest wszędzie, w każdej istocie. W liściu, w kropli deszczu, w ramieniu przyjaciela.
Niczego nie żąda, niczego nie wymaga. Nigdy się nie kończy. Cieszy się, że jest. Pochodzi znikąd i prowadzi donikąd. Wieczna. Jest mała jak ziarnko gorczycy - niewidzialna. Z niej to wyrasta wielkie drzewo - cały wszechświat. Obecna we wszystkim, choć nie krzycząca o swoim istnieniu. Ziarenko obecne w całym drzewie, choć jakby umarłe, nie-będące.
Pełna. Wystarczająca. Bez braku. Tu i teraz. W każdym.

Zdjęcie i cytat wzbudziły we mnie bardzo pozytywne uczucia. Przypomniało mi to przemianę, której wtedy doświadczałem. Byłem religijnym człowiekiem, który przez lata starał się medytować, wchodzić w siebie, poszukiwać Boga. Czas, w którym powstało to zdjęcie był momentem, gdy wszelkie koncepcje na temat religijnej natury Boga zniknęły. Zrozumiałem wtedy, że wszelkie moje obrazy boskości były związane z projekcją antropomorficzną, tzn. wszystkie dobre, idealne cechy, których pragnąłem, rzutowałem na Boga. Po odkryciu, iż Bóg nie jest ani osobą ani nie-osobą odkrywałem prostą radość bez towarzyszących obrazów, wyobrażeń, projekcji. Bóg, który wcześniej był konkretną osobą z wolą, z inicjatywą w działaniu, z aparatem interwencji w ten świat i w moje życie, zniknął. Początkowo pojawiła się święta pustka czy też czysta nicość. Z czasem owe nic coraz bardziej jaśniało wszystkością. Po czasie zapomniałem trochę o doświadczaniu i rozmyślaniu na temat duchowości. Zająłem się bowiem bardziej psychologią, zarabianiem pieniędzy i relacją z kobietą. Jednak samo głębokie odczucie czegoś istotnego pozostało.

Dziś dzięki wielu światłym ludziom rozumiem, że proces, który wtedy przechodziłem był naturalnym i rozwojowym ewolucyjnym krokiem. Zapewne można popatrzeć na to wydarzenie z wielu perspektyw. Chciałbym w tym miejscu posłużyć się Teorią Integralną Kena Wilbera, a dokładnie jej małym wycinkiem - linią rozwojową światopoglądów.

Rozwój światopoglądów w ramach psychologii rozwojowej cieszy się od lat zainteresowaniem naukowców. Chciałbym tu pokazać jedną z takich opcji, które proponuje Ken Wilber. Posłuchajmy co ma do powiedzenia ten teoretyk systemów na temat rozwoju światopoglądów:

"Świat, w którym żyjemy, nie został nam dany z góry. Jedną z najważniejszych zasad postmodernistycznej rewolucji w filozofii, psychologii i socjologii jest zasada mówiąca, że istnieją różne światopoglądy - różne sposoby kategoryzowania, prezentowania, opisywania i organizowania naszych doświadczeń. Nie istnieje jeden, monolityczny świat z jednym, uprzywilejowanym sposobem przedstawiania go, lecz raczej wielorakie światy z pluralistycznymi interpretacjami. Co więcej, te światopoglądy często - w istocie niemal zawsze - zmieniają się z epoki na epokę i z kultury na kulturę. Nie należy rozumieć tego w sposób skrajny - różne interpretacje mają wiele cech wspólnych, dzięki czemu świat się nie rozpada. Faktycznie, uczeni odkryli, że w językach, uczuciach, strukturach poznawczych, w percepcji kolorów itd. występują pewne (a często liczne) cechy uniwersalne. Te uniwersalne elementy splatają się i organizują na najróżniejsze sposoby, w rezultacie czego powstają tkaniny różnorodnych światopoglądów.

Choć teoretycznie istnieje niemal nieskończenie wiele światopoglądów, wydaje się, że w historii człowieka na tej planecie jest około tuzina światopoglądów, które wywierały i wciąż wywierają szeroki i znaczący wpływ. Badania takich uczonych, jak Jean Gebser, Gerald Heard, Jurgen Habermas, Michel Foucault, Robert Bellah, Peter Berger i innych wykazały, że do głównych światopoglądów należą: czuciowo-ruchowy, archaiczny, magiczny, mityczny, mentalny, egzystencjalny, nadpsychiczny, subtelny, przyczynowy i niedualny. (Ścisłe znaczenie tych terminów stanie się jaśniejsze w dalszej części tego tekstu).

Nie chodzi o to, który z tych światopoglądów jest słuszny, a który błędny; wszystkie są odpowiednie dla swojego czasu i miejsca. Chodzi raczej o zwykłe skatalogowanie, najtroskliwiej jak to możliwe, bardzo ogólnych cech charakteryzujących każdy światopogląd i „wzięcie w nawias" (lub odsunięcie na bok) chwilowo kwestii, czy te światopoglądy są „prawdziwe", czy nie - opiszemy je po prostu tak, jakby były prawdziwe. Np. światopogląd magiczno-animistyczny cechuje częściowe przenikanie się podmiotu i przedmiotu. Dlatego ludzie utrzymujący ten światopogląd czują bezpośrednio, że „przedmioty nieożywione", takie jak skały i rzeki, żyją lub nawet mają duszę albo swojego ducha. Światopogląd mityczny odznacza się ogromną liczbą bogów i bogiń, będących nie jakimiś bytami abstrakcyjnymi, lecz głęboko odczuwanymi siłami, z których każda ma bezpośredni wpływ na sprawy ziemskich mężczyzn i kobiet. Światopogląd mentalny - którego najbardziej znaną częścią jest „światopogląd racjonalny" - cechuje przekonanie, że obszar subiektywny jest całkowicie odrębny od obiektywnego obszaru natury. Jeden z najbardziej naglących problemów w tym światopoglądzie stanowi kwestia powiązania tych dwóch obszarów. Światopogląd egzystencjalny rozumie, że istnienie różnorodnych perspektyw leży w naturze wszechświata, a więc nie tylko nie istnieją żadne uprzywilejowane perspektywy, lecz sami musimy wydobyć jakiś sens z tych przerażająco różnorodnych możliwości. Cechą światopoglądu subtelnego jest postrzeganie subtelnych form i transcendentalnych archetypów, pierwotnych wzorców przejawów, które zwykle uważane są za Boskie. Światopogląd przyczynowy odznacza się bezpośrednią realizacją bezkresnego, nieprzejawionego obszaru - zwanego różnie: pustką, ustaniem, Otchłanią, Nienarodzonym, Ain, Ursprung - bezkresnej Bezforemności, z której wyłania się cała manifestacja. Światopogląd niedualny reprezentuje całkowitą jedność Bezforemnego z całym światem Formy.

Te różne światopoglądy ukazują prawdziwie oszałamiającą gamę sposobów, w jakie nasze doświadczenia mogą być organizowane i interpretowane. Nie są to w żadnym razie jedyne światopoglądy ani powyższa lista nie jest zamknięta czy ustalona z góry - ona ciągle się rozwija, otwierając nowe możliwości. Ale jeśli nie mamy żadnego światopoglądu, pozostajemy zagubieni w niemiłosiernie jazgoczącym zamęcie doświadczenia, jak to określił William James." (Jeden Smak, Ken Wilber, s. 157-158)

Biorąc pod uwagę powyższy opis teoretyczny zrozumiałem, iż rozwój koncepcji Boga/boskości/ostatecznej rzeczywistości jest związany bezpośrednio z etapem rozwojowym w ramach światopoglądu człowieka. Światopogląd zaś związany jest bezpośrednio z doświadczaniem. Na poziomach archaiczno-magicznych człowiek i natura, człowiek i przedmiot, człowiek i matka, człowiek i Bóg itd. są ze sobą zjednoczenie w nieświadomej jedni. Carl Gustav Jung, za Lévy-Bruhl'em, nazywał to participation mystique, które jest w istocie przedświadomym 'zlaniem się'. Od momentu wyjścia z nieświadomej jedni zaczyna się psychiczny rozwój danej struktury, cechy, osoby czy społeczeństwa. Pojawiają się rozróżnienia i świadomość oddzielności. Np. dziecko na pewnym etapie rozwojowej uświadamia sobie swoją oddzielną świadomość (temat granic ego).

Zdaje się, że prawdziwe jest zdanie bliskiej mi osoby, że wiedza dąży do mnogości, zaś miłość jednoczy. Coś w tym jest. Świat widzialny istnieje przez oddzielania, wyróżniania, wyodrębnianie. Miłość, a z nią duchowość przypomina, że cały wszechświat jest zanurzony w boskości. Creatio continua jest ewolucyjną drogą poznania, iż mimo wielości świat w swej naturze nigdy nie może wypaść z łaski Boga/ z nieforemnej bezkresnej Wszystkości.


W moim wypadku religijność w momencie robienia zdjęcia była w dużej mierze na etapie egzystencjalnym. Przynajmniej tak mniemam po tym jak rozumiałem wtedy boskość. Byłem w czasie intensywnego studiowania i medytowania, nie tylko chrześcijańskich ścieżek duchowych. Etap egzystencjalny związany jest z widzeniem wielości światopoglądów w świecie z jednoczesnym rozumieniem czy wglądem, iż różnice w widzeniu ostatecznej rzeczywistości należą od kultury, a także sposobu doświadczania. Wtedy też zacząłem widzieć, iż Bóg ostatecznie nie posiada formy. Znaczy to, że moje wyobrażenia na temat boskości są w swej istocie jedynie wyobrażeniami. Niezwykła to ulga doświadczać Boga jako nieskończonego pola, które niczego nie żąda od człowieka. Wszechobecność piękna i dobra osadza człowieka w codzienności. Zdaje się, że na etapach wyższych pojawia się również wiedza, iż Bóg niczego nie wymaga od człowieka, bowiem nie jest on ani osobowy ani nieosobowy. Przekracza wszelkie antynomie, będąc Wszystkością Tego, Co Jest. Jeśli nie nagradza ani nie karze, nie ma również potrzeby lojalności czy służalczości. Religia w swym kostnieniu instytucjonalnym wyobraża sobie Boga jako gniewnego, rozżalonego, zazdrosnego itd. Wszystko to związane jest z niższymi fazami rozwojowymi, w których ego projektuje na Boga swoje żale, uczucia, pragnienia, stwarzając wizerunek Boga, który jest lepszą kopią człowieka itd. Tam, gdzie powstają ścieżki kontemplatywne czy medytacyjne, pojawia się mówienie o boskości w paradoksach. Ponadto na pierwszy plan wysuwa się miłość, wolność, pokój. Człowiek doświadcza uwolnienia od poczucia winy i zaczyna rozumieć, iż Stworzyciel nie jest postacią, osobowością czy nazwą. Transcendentny przekracza wszystko, będąc immanentną bliskością i czułością.  Transcendenty jest immanentnym, i odwrotnie.

Umiłowanie!


Słowami próbuję nazwać to rozpoznanie. Rozumienie przydało mi się w życiu, pozwalając wiedzieć w jakim miejscu mogę się znajdować. Jednak słowa ostatecznie nic nie mówią. Smak Obecności to smak, nie zaś słowo. Smak zaś jest zmysłem, a doświadczenie ostatecznej rzeczywistości nie jest zmysłowe, nie jest uczuciowe, nie jest intelektualne. A jakie jest?

sobota, 26 października 2019

Siostra śmierć i jej mali przyjaciele

Warsztaty w klasie piątej. Dzieci z niebywałą energią pracują nad rozwiązaniem pewnej dramowej historii. Grupa jest niezwykle podekscytowana i pełna radości. Siedzimy w kręgu. Rozmawiamy o tym jak jest w klasie. Tematy krążą wokół nas jak planety wokół słońca. Przyjaźń, radość, zabawa, troska. Odrzucenie, smutek, pustka. Gdy grupa zawiązała się we wspólnym zadaniu i doświadczyła sukcesu, zaczyna dotykać tego, co trudne i bolesne. Tak jak u jednostki w procesie terapeutycznym, tak też w procesie grupowym: bezpieczeństwo, akceptacja, relacja sprawiają, że cień wychodzi na wierzch, chce być poznany i przyjęty.

Wprowadzam grupę we wzajemne przepraszanie. Następuje cisza. Włączam spokojną muzykę. Uczniowie wyczekują. Nagle za oknem słychać odgłos trąbki. To trąbka pogrzebowa. Uczeń siedzący obok mnie zaczyna płakać. Zalewa się łzami. Jego ramiona opadają nisko. Chłopiec płacze do samych trzewi. Nie wiem, co się dzieje. Pytam: Antek, co się stało? (imiona uczniów zmieniono). Chłopiec odpowiada: zmarła moja babcia, właśnie jest jej pogrzeb. Nastała cisza. Grupa siedzi w kompletnym milczeniu. Cisza.

Nie wiedziałem, co zrobić. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nieraz spotykałem się ze śmiercią i z towarzyszeniem ludziom, którzy przeżywali odejście swoich bliskich. Jednak kontekst tej sytuacji sprawił, że kompletnie nie wiedziałem, co zrobić. Wybąkałem coś w stylu: jest mi bardzo przykro. Podałem chusteczkę i zająłem się całą grupą.

Po chwili ciszy uczniowie zaczęli się przepraszać. Pojawiły się łzy. Ulga, oczyszczenie, szczere żałowanie wzajemnego wyśmiewania, bicia. odrzucania. Antek otrzymał wiele słów wsparcia od kolegów i koleżanek. Grupa skończyła warsztat z doświadczeniem przebaczenia i wzmocnienia więzi. Jednak we mnie samym pozostał obraz płaczącego Antka i moja niezdolność do reakcji z głębi serca na cierpienie tego chłopaka. Wyuczyłem się, że szkoła to raczej nie miejsce, gdzie mogę przytulić płaczące dziecko czy pozwolić otwarcie na żałobę.

Po czasie pytałem siebie: co z serca chciałbym dać temu chłopcu w tamtej chwili. Przytulenie. Utulenie. Pozwolić na wszystko, co działo się w tej sytuacji.

Kilka dni później, w drugiej klasie podstawówki podchodzi do mnie chłopiec i mówi: mój wujek wczoraj umarł. Patrzy na mnie i czeka. Jakiś czas później kolejne dziecko, potem następne, i następne... Zaczynam się zastanawiać. Przedziwna synchroniczność. W krótkim czasie sytuacja się powtarza. Musi za tym stać jakaś nauka dla mnie samego. Wcześniej takie sytuacje nie przydarzały mi się wcale na warsztatach z dziećmi.

Jeszcze inna szkoła. Dzieci w drugiej klasie podstawówki mówią o swoim marzeniu. Odpowiedzi idą po kręgu. Sebastian. Patrzy na mnie i mówi: chciałbym, żeby mój tata wrócił. Okazuje się, że chłopiec stracił ojca w wypadku samochodowym. Znowu nie wiem, co powiedzieć. Tym razem pozwalam sobie na tę niewiedzę. Jestem. Pozwalam na wszystkie uczucia, które pojawiają się we mnie i w grupie. Nie oporuję, nie szukam nerwicowo wyjścia z tej sytuacji. Uczniowie odpowiadają dalej. Piotrek. W przerwie dowiaduję się, że chłopiec jest dzieckiem adoptowanym. Piotrek mówi: chciałbym oddać moje marzenie Sebastianowi. Chciałbym, żeby mógł mieć nowego tatę. Łzy napływają mi do oczu. Piotrek rozumiał Sebastiana i dał mu wsparcie, którego nikt inny w tym momencie nie mógł dać temu maluchowi. Uczę się. Otwartość na to, co jest sprawia, że pole, w którym pracuję samo odpowiada i to o wiele bardziej adekwatnie niż mądrości tego oto rafała.

Wychodzę z warsztatu poruszony. Zrozumiałem tę lekcję. Nie mogę wszystkiego kontrolować. Grupa ma w sobie wielki potencjał. Najważniejsze bym robił przestrzeń i nie przeszkadzał.


Myślę nad dziećmi i ich doświadczaniem śmierci. I czuję w sobie niebywałe pragnienie, by mogły przeżywać śmierć wokół nas naturalnie. Śmierć jest częścią tego, co nazywamy życiem człowieka. Czytam fragmenty książek Elizabeth Kübler-Ross o śmierci. Coraz więcej rozumiem i widzę. Śmierć to coś absolutnie naturalnego. Tak jak po dniu następuje noc, tak po narodzinach następuje śmierć. Przez lata śmierć towarzyszyła mi jako dzielna towarzyszka, ograbiając mnie z wszystkich nieistotności, które nosiłem w sobie. I tym razem dotykanie śmierci przez uczucia i doświadczenia moich szkolnych przyjaciół przynosi piękno, prostotę i spokój. Natrafiam na cytat kobiety, która poświęciła swoje życie, towarzysząc ludziom w "przemijaniu tego, ciała" i zachwycam się:

"Aby się rozwijać nie potrzeba szukać żadnych wyjątkowych guru czy mistrzów duchowych. Nauczyciele sami do Was przyjdą pod wszelkiego rodzaju przebraniami; jako dzieci, osoby śmiertelnie chore, sprzątaczki. Wszystkie teorie i systemy naukowe świata nie pomogą człowiekowi w potrzebie tyle, co jedna istota ludzka, która nie boi się otworzyć przed nim swojego serca" (Elizabeth Kübler-Ross)

Młodzi przyjaciele z różnych szkół dali mi lekcję życia: otwarte serce to takie, które nie broni się przed niczym. Nie ma takiej potrzeby. Gdy pojawia w rzeczywistość coś takiego jak śmierć, mogę popatrzeć głęboko w nią samą, by stracić to, co zbędne. Co pozostaje? Co zostaje gdy znika ciało, umysł, świat? Czym jest to, co nigdy nie umiera?

Ach...

niedziela, 29 września 2019

"Przytuliłabym ją...", czyli studium pewnej psychologicznej osobowości

Wracaliśmy samochodem z pracy. Mieliśmy przed sobą kilka godzin wspólnej podróży. Rozmawialiśmy. Tak wiele tematów przewinęło się między nami. W pewnym momencie pojawił się temat narodu, w którym przyszło nam żyć. Ukuliśmy metaforę Polski jako osobowości postraumatycznej i temat popłynął. Wojna, okupacja, komunizm, walka o niepodległość - wszystko to stanowi punkty węzłowe (kompleksy kulturowe) w polskiej zbiorowej psychice. Pojawiło się we mnie pytanie, które po dziś dzień przypomina o sobie: co zrobiłbyś, gdyby Polska przyszła do ciebie na terapię? Jak możemy pomóc naszemu narodowi? Jednocześnie jak możemy sami sobie pomóc? Jak rozumieć dzisiejszą sytuację?

"Pola" to najnowszy utwór Muńka Staszczyka. Od pierwszego wysłuchania utwór ten dotknął mnie głęboko. Piosenka opowiada o Poli. Zdaje się, że autor ukuł tu analogię do narodu polskiego. Wsłuchajmy się w piosenkę Muńka:

Oto fragment tekstu:

Pola, błagam obudź się
Sen o potędze skończył się
W swojej iluzji nie możesz trwać tak długo
Spiker z łapanki wciska kit
Rozbudza narodowy mit
On nic nie znaczy, jesienną jest szarugą
A ty masz swoje troski, twój świat nie jest boski
Na ulicach miast zakrywasz twarz, jak wielu z nas
Jak wielu z nas
Pola, ty musisz z kolan wstać
Bo tu już nie ma z czego brać
W pociągach czujesz swąd domowej wojny
Chociaż nie jesteś najpiękniejsza
I na wybiegach masz gorsze miejsca
Na kontynencie, czy jest ktoś tak samotny
Bo ty masz swoje troski, twój świat nie jest boski
Na ulicach miast zakrywasz twarz, jak wielu z nas
Jak wielu z nas.

W ramach psychologii głębi istnieje pomysł, iż istnieje coś takiego jak psychika zbiorowa. Idąc tym tropem, w ogromnym uproszczeniu, można mówić o osobowości psychiki kulturowej (sam ukułem ten hipotetyczny, roboczy termin).  Lubię myśleć o narodzie polskim jako o osobowości. Oczywiście jest to jedynie analogia. Podobieństwa między osobowością pojedynczego człowieka a "osobowością narodu" są mniejsze niż różnice między tymi zjawiskami. Mimo to myślenie metaforyczno-analogiczne o Polsce jako o Poli pozwala mi głębiej rozumieć procesy kulturowe i psychiczne narodu. Jednocześnie budzi to we mnie współczucie dla wszystkich narodowych kompleksów, które co jakiś czas dają o sobie znać w przestrzeni publicznej. Ostatnio przeczytałem wywiad, który pokazuje jaką Polacy muszą wykonań pracę, by wychodzić z posttraumytycznego szoku powojennego: https://www.polityka.pl/jamyoni/1770624,1,polacy--narod-z-ptsd.read?fbclid=IwAR1SVYm-L6o7iLVNEWqCzasC72Dac6rd4Xq8SI_GYvnvDNFZk6Z1B0SioUM. Tytuł artykułu "Polacy - naród z PTSD" na potrzeby metafory Poli można by przetłumaczyć "Pola - osobowość z PTSD".

Przyjrzyjmy się temu, co może oznaczać kompleks psychiczny w kontekście traumatycznych doświadczeń. Według C.G. Junga kompleks to oderwana część osobowości, który funkcjonuje oddzielenie od świadomości człowieka. Można powiedzieć, że jest to nieświadoma, odseparowana część danej osobowości. Inaczej mówiąc: kompleks to zdysocjowany aspekt człowieka, który danej sytuacji, np. pod wpływem cierpienia nie zmieścił się do tożsamości "ja" osoby. Kompleks psychiczny posiada wysoki stopień autonomii i może wpływać na świadomość wydostając się z ciemnej sfery nieświadomości, przytłumiając, codzienne "ja". Poniższy wykres, pochodzący z książki Jolande Jacobi Psychologia C.G. Junga, pokazuje w jaki sposób kompleks wpływa na świadomość; działa on jak obcy element, dlatego też świadomość człowieka staje się przytłumiona. Wchodzi ona bowiem w odmienny stan świadomości, który powstaje z racji intensyfkacji energii psychicznej, która w danej sytuacji, w określonych warunkach ujawnia się. Dla przykładu: osobowość straumatyzowana przez trudne doświadczenie "nosi" w sferze nieświadomej przeszłe wydarzenie, które nagle w odpowiednich warunkach uaktywnia się i zakłóca świadomość. W taki właśnie sposób działa kompleks. Rozumienie tego procesu wspiera proces zdrowienia, przepracowania traumy i integrację osobowości.


Powyższy wywód dotyczył jednostki. Sądzę, że kompleks psychiczny może również rozgrywać się w rodzinie, w grupie czy w narodzie. Oczywiście zjawiska zbiorowe są bardzo złożone. Na potrzeby zrozumienia "kompleksów, które nosi w sobie Pola"  powstał poniższy diagram. Zdaje się, że najnowsza historia Poli to nowy okres w jej dziejach. Czas wolności stwarza przestrzeń na odtwarzanie kompleksów, które manifestują się m.in. przez narracje o wielkiej Polsce. Pod deklarowanymi hasłami żyje nieprzepracowana trauma narodowa. Świadomość historii, odczucie jej i pogodzenie się z przeszłością jest drogą do integracji przeciwieństw i asymilację kompleksów narodowych. 

Na poziomie życia publicznego zjawiska kulturowe w Polsce do złudzenia przypominają osobowość posttraumatyczną. Wystarczy włączyć wiadomości, poczytać paski informacyjne w tv, posłuchać polityków czy rodzinę przy niedzielnym obiedzie. Stres pourazowy jest w pewnym stopniu obecny w przestrzeni publicznej. Depresyjne stany, niezdolność do przeżywania przyjemności, przeżywanie przeszłych wydarzeń na nowo (reminiscencje, tzw. flashbacks), silny lęk, niechęć do innych, poczucie wszechsiły i omnipotencji z jednoczesną ucieczką od realizmu dnia codziennego. Wszystkie te stany psychiczne obecne są w naszej Poli.


Przyjrzymy się teraz zachowaniom naszej Poli na arenie międzyosobowej/międzynarodowej w metaforycznym studium przypadku:

Pola. Dziewczynka,  która w swojej grupie rówieśniczej jest ciekawą osobowością, ma za sobą trudną przeszłość. Wyróżnia się na tle innych osób. Często wypowiada się na forum impulsywnie. Odnosi się do siebie z wyolbrzymionym poczuciem wyższości. Ma wyraźną trudność w tym, by zauważyć, iż w kręgu wokół niej jest wiele innych osób. Widzi innych przez "okulary przeszłości". Można z łatwością zauważyć, że w grupie pełni rolę ofiary. Jednocześnie inni nie rozumieją jej zachowań przez brak zrozumienia jej historii.

W grupie jest obecny Franek - wielka osobowość, która choć ma swoje własne trudności - to szuka porozumienia i wspólnoty. Jest też Andrzej, który ostatnio poczuł pragnienie zakreślenia ściślej własnych granic i oddala się nieco od grupy. Jest wielu innych: Hania, Czarek, Natalia, Piotrek. Wszyscy są tutaj, bo zapragnęli stworzyć coś razem. Spotkali się dla wspólnego dobra i dla korzyści wszystkich. Ostatnio wspólnota przeżywa kryzys istnienia społeczności.

Pola ma ogromne trudności. Jest bowiem osobowością posttraumatyczną. Chce za wszelką cenę pokazać, że istnieje. Była bowiem ofiarą przez wiele lat. Bita i gwałcona. Natalia razem z Radkiem, który notabene zawsze jest poza grupą, przez lata atakowali ją i stosowali ewidentną przemoc. Nikt z grupy nie bronił bezpośrednio Poli. Stawiała czoło oprawcom, jednak ostatecznie jej granice zostały zniszczone. Po odzyskaniu siebie samej Pola jest dumna ze swojej odwagi w walce o niezależność. Dziś uczy się wolności, jednak PTSD i nieprzepracowane traumy sprawiają, że nie umie dogadać się z innymi. Nosi zresztą w sobie po dzień dzisiejszy wstręt do Natalii i Radka. Nie mówi o tym wprost, ale jednocześnie nie przepada za Frankiem, Andrzejem i resztą, bo nie reagowali bezpośrednio na jej krzywdę. W procesie grupowym jest ewidentnie ofiarą, która potrzebuje, by inni przyznali się do winy i nie udawali, że nic się nie stało. Inni również mają własne historie i procesy do przepracowania.

Gdy wszyscy siadają w kręgu, by wspólnie budować wspólnotę, Pola bywa agresywna. Wynosi się ponad innych. Właściwie nie chce współpracować z nikim z jej otoczenia. Można zauważyć wyraźny lęk, który dotyczy przeszłych wydarzeń. Przykleja się do Antka zza dalekiego morza, bo zakochana jest w sennym marzeniu o własnej wielkości. Antek zdaje się być wielki. Przepracował swoją historię. Zdaje się, że jest najpotężniejszy na świecie. Pragnienie omnipotencji jest w Poli ogromne. Przyciemnia ono realizm. Pola jest bowiem średniakiem. W każdej grupie spotykamy kogoś, kto jest członkiem grupy i nie ma wielkich zasobów, by być jednostką wyjątkową. Pola nie potrafi zrozumieć, że taka jaka jest, jest wyjątkowa. Mnogość nie przepracowanych traum utrudnia akceptację tego, co jest. Pola więc wojuje, krzyczy i domaga się dla siebie czci. Oprócz tego wewnętrznie jest skłócona, rozdarta między przeklętą przeszłością a dzisiejszym bezpieczeństwem. Pola potrzebuje wejść w proces terapeutyczny. Sytuacja wymaga przeżycia wszystkich traum, przepłakania przeszłości i stanięcia na własnych nogach. Tylko czy znajdzie się ktoś kto da Poli zrozumienie, współczucie, fachową pomoc, mądrość, miłość? Być może w niej samej obudzi się coś/ktoś, co pomoże jej w procesie wyjścia ze stresu postraumatycznego, pozwoli ucieszyć się sobą i pogodzić z własną przeszłością.


Co zrobiłbyś, gdyby Pola/Polska przyszła do ciebie prosić o terapię, o pomoc, o wsparcie? We wspomnianej na początku tekstu rozmowie przyjaciele w sposób bardzo inspirujący odpowiadali na to pytanie. Odpowiedź, która najbardziej we mnie została dotyczyła reakcji człowieka, który spotyka się z cierpieniem. Przytuliłabym ją... Odpowiedziała jedna z kobiet, będąca w samochodzie. Dotknęło mnie to do żywego. Polska potrzebuje przytulenia. Znaczy to, że głębokie współczucie dla sytuacji Poli może stać się przestrzenią dla przeżycia kompleksów kulturowych i stopniowego wychodzenia ze stresu pourazowego. Przytulenie nie jest tylko i wyłącznie fizycznym objęciem. Może ono bowiem przybrać formę rozumienia, współczucia i trzeźwego osądu. Jedynie to, co przyjęte może wejść w proces integracji i przemiany. Czasem na warsztatach z dziećmi, które prowadzę, pojawia się "trudne dziecko". Gdy widzę złość, bezradność, smutek, konflikty w dorastającym młodym człowieku, lubię widzieć je, otaczać uwagą, spokojem, próbować rozumieć, wspierać. Dziś chcę powiedzieć do Poli: Pola! Rozumiem Cię i wspieram Twoją drogę w kierunku wolności. Ktoś, kto przeżył tyle co ty, potrzebuje bardzo dużo uwagi i miłującej obecności.

sobota, 14 września 2019

O drodze, w którą wyruszyła pewna mrówka.

Mrówka szła już kilka dni, by znaleźć miejsce dla swojego pragnienia znalezienia siebie. Zgubiła mrowisko, w którym żyła całe swoje mrówcze życie a z nim straciła wszystkie obowiązki i przywiązania, które wiązały ją z całym mrowiem. Koleżanki, przyjaciele, ciotki, pracodawcy... Wszystkich ich zostawiła. Zgubiłam czy zostawiłam? Już właściwie nie wiedziała, co pognało ją w świat. Jedno wiedziała: jej życie stadne skończyło się. I choć w mrowisku była częścią wielkiej rodziny i kawałkiem szczęściodajnej narracji o pracy na rzecz świata, to spełnienie, które odkrywała w samotnej drodze były jej najcudowniejszym skarbem. Czuła jakby stawała się sobą. Czy w mrowisku naprawdę nie mogłam znaleźć siebie?

Nie odeszła z mrowiu pełnego sensu stadnego, by komuś zrobić na złość. Odeszła, by znaleźć siebie. Tam nie mogła. Za ciasno jej było. Musiała bowiem ciągle dostosowywać się, dopasowywać, udawać.

Droga dawała jej poczucie spełnienia. Jednak owo poczucie bycia u siebie miało swoją cenę. Odtąd sama musiała zmagać się z ciężarem drogi, z brakiem zakorzenienia, z pustką po wielkiej narracji. Im dłużej wędrowała, tym mniej była podatna na sugestie, manipulacje czy przywiązania w stosunku do innych istot. Była piękna i wolna. W tym wszystkim niezwykle prosta. Inne istoty podziwiały jej przejrzystość, dobroć i zwyczajność. Już nie musiała od niczego uciekać, gdy zostawiła fałszywą część samej siebie.

Droga ciosała ją. Odpadały kolejne kawałki, które nie były nią. Jakże ciężka to praca! Czasem nawiedzały ją myśli czarnokształtne. Po co mi to było? W mrowisku przecież miałam wszystko. Jednak szybko zyskiwała świadomość. Nie ma powrotu. Muszę iść, by odkryć to, co wezwało mnie do drogi. I szła kolejne dni...




Indywiduacja, która jest drogą samopoznania, posiada w sobie element odejścia od tego, co nazywam stadnim przywiązaniem. Nie jest alienacją, ucieczką czy buntem. Tłum może tłumić jednostkę i jej niepowtarzalność. Zdaje się, że każda zdrowa jednostka, by rozwinąć w pełni swój potencjał musi odejść od tego, co zna i wie od swojej rodziny, plemienia, narodu. Wzrost świadomość w obrębie tego kim jestem, wiąże się z rozpoznaniem tego, co we mnie samym pochodzi ze stada, a co jest moją własną niepowtarzalnością. Paradoksalnie: odejście jest jednocześnie zakorzenieniem psychicznym. Człowiek, która odważa się zostawić, co zna, odkrywa w sobie nowość, która daje poczucie zakorzenienia i sensu. Dlatego tak często stoi w Piśmie: zostawili wszystko i poszli za Nim. By odnaleźć trzeba zdecydować się na odwagę eksploracji Nowego, a nic tak nie hamuje tej odwagi jak przywiązania.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Jeż, święty las i spotkanie z cieniem

Stał na skraju wielkiego i ciemnego lasu. Ścieżka zdawała się być krętą rzeką w stronę oceanu. Taką miał fantazję. Widział korony drzew kołysane chłodnym wiatrem, które w dziwny sposób wskazywały mu drogę. Zapraszały go, by wszedł. Wypłynąć? Czuł, że przyciąga go ta Cisza i jej  przedziwne szmery. Jednocześnie odczuwał lęk, który zdawał się mówić, że po wejściu w mrok tych drzew straci kontrolę nad swoim kruchym życiem. Kto wie może nic nie będzie już takie jak dawniej?


A jednak moc przyciągania wygrała z lękiem młodego jeża. Drobnymi krokami zmierzał w kierunku ciemnego lasu. W zanadrzu miał do dyspozycji ostre kolce na małym grzbiecie. Gdyby tylko ktoś chciał go zaatakowa, gotów był użyć natychmiast swojego arsenału obronnego. To dodawało mu otuchy i odwagi.


Wszedł. Wokół było dość ciemno i chłodno. Drzewa kołysały łagodnie koronami drzew. Porywisty wiatr milknął z minuty na minutę i jeż coraz wyraźniej słyszał obezwładniającą Ciszę. Przystanął na chwilę. Bezpieczeństwo Ciszy pozwalało na relaks i zatrzymanie się. Opuścił nastroszone i napięte igły, a łapkami dotykał mchu, który okazał się być niezwykle miły w dotyku. Zdawało się jakby między drzewami przepływał szmer łagodnej pieśni.

Nie musisz nigdzie już iść
przysłuchaj się uważnie

W tym lesie znajdziesz to
czego brakuje ci


Mały jeż przysłuchiwał się z pełną uwagą delikatności szmeru, który kołysał łagodnie całym lasem. W tym momencie nie miał żadnych wątpliwości. Coś przygnało go tu, by mógł poznać coś, czego mu brakowało. Przez chwilę wpadł w zadumę. Wszystkiego bowiem w swoim jeżykowym świecie miał pod dostatkiem. Pokarm, słońce, miłość... Przez jego ciało przeleciały wszystkie ciepła i ciepełka, których w życiu już doznał i które sprawiły, że cieszy się sobą. W świetle tego wszystkiego widział siebie jako niezwykle pozytywnego jeża. W ułamku sekundy poczuł zmęczenie całym tym bogactwem. Jakby ciężar dobra i ciepła przygniatał jego jeżykową duszę. Och... Gdyby można było to wszystko gdzieś zostawić... Myśl tak go zaskoczyła, że zamknął na chwilę oczy, by wsłuchać się w siebie.

Nagle coś poruszyło się między drzewami. Jeż otworzył oczy, nastroszył igły, napiął łapki. Był gotów walczyć albo uciekać. Przyglądał się drzewom i nagle zza drzew wyłonił się duży borsuk. W jednej chwili jeż podskoczył i zebrał się do ucieczki, jednak nie zauważył, że podczas przyjemnej medytacji jego nóżki zaplątały się w jakieś leśne pnącza. Padł na ziemię unieruchomiony. Borsuk spokojnie podszedł i popatrzył głęboko w oczy jeża. Nasz mały przyjaciel zobaczył przenikliwą głębię i spokój. Przestał się bać. Wiedział, że borsuk nie ma złych zamiarów. Dziwne.

- Zaplątałeś się troszkę - zagaił borsuk - pomogę Ci.

Po wydostaniu się z leśnej pułapki jeż stracił kompletnie ochotę na ucieczkę, poczuł narastającą ciekawość i chęć bycia przy swoim nowym znajomym.

Borsuk z jeżem przysiedli pod wielkim dębem i zaczęli rozmawiać. Dyskutowali na przeróżne tematy, poznając się przy okazji. Borsuk w przedziwny sposób poruszał myśli, które nie były zbytnio wygodne i przyjemne dla jeża. Sporo mówił o cierpieniu wielu leśnych istot, o tym jak drzewa obumierają, o tym jak stara się być z całą ciemną częścią natury. Jeż czuł jakby poznawał nowy świat. Nigdy wcześniej nie zwrócił dostatecznie uwagi na choroby, smutki, trudności, które są niezbywalną częścią Życia. Był pozytywnym jeżem i nie mógł się nadziwić jak to możliwe, że Życie, tak jak moneta, ma dwie strony: dobrą i złą.

Borsuk musiał być niezwykłym mędrcem. W oczach jeża jawił się jako ktoś niezwykle głęboki. Możliwe, że przeszedł wiele w swoim leśnym życiu i wiedział głębiej niż niejeden zwykły śmiertelnik. Po kilku godzinach rozmowy nie miał wątpliwości - borsuk był mędrcem tego lasu a Cisza chciała, aby to jego właśnie spotkał. Wraz z upływem czasu jeż poczuł, że w nim samym pojawia się przedziwny smutek, złość i bezradność. Zaczął płakać. Cień, który nosił w sobie stał się jawny i przejrzysty. Jego wyobraźnia wskazywała mu obrazy z przeszłości, w których doświadczył zła. Płakał. Widział śmierć swoich bliskich, wszystkie nieporozumienia, których doświadczył, własne słabości i trudy. Gdy po wielu dniach (tak! nasz jeż spędził w lesie bardzo dużo czasu) wypłakał już osobiste sprawy, poczuł jak zaczyna go dotykać ciemność całego świata. Borsuk, który mu towarzyszył w tym czasie, odchodził co jakiś czas w głębie lasu, po czym powracał, by być z jeżem. Jego obecność i przewodnictwo sprawiało, że jeż wiedział, że to, co się dzieje ważnym procesem. Borsuk niewiele mówił, wiele zaś słuchał. Jednak jego słowne czy nieme wskazówki były proste: Bądź! To wszystko jest w porządku. Wszystko co jest, może sobie być. Jesteś bezpieczny.

Jeż stał się niezwykle wrażliwy. Czuł lekkość. Odkrył w sobie nowe poczucie humoru. Stał się otwarty. Mniej uciekał od trudnych sytuacji w życiu. Wiedział, że Życie to dobro i zło, które splecione są ze sobą nierozerwalnym więzami. Wcześniej próbował żyć dobrą stroną, Dziś nauczył się, że Życie niesie, co ma nieść i w nim samym pary przeciwieństw: narodziny-śmierć, radość-smutek, przyjemność-ból, dobro-zło mają swoje miejsce.

Wdzięcznym krokiem wyszedł z ciemnego lasu i wrócił do swojej codzienności. W jego myślach zaś słyszał głos borsuka....



Życie jest doświadczaniem dobra i doświadczaniem zła. Uciekanie od tego, co człowiek nazywa złem: choroby, śmierć, trudy jest uciekaniem od samego życia. W sensie psychologicznym powiedzenie, że "Bóg jest dobry" jest dualizmem i odcięciem od Życia. Bóg jest i dobrem, i złem. Absolutne jest doświadczeniem całkowitości Życia. Rzeczywistość, którą nazywamy Bogiem jest otwartą, nieskończoną Przestrzenią, w której tańczą wszystkie doświadczenia - i dobre, i złe.
Sens teologiczny i moralny mówi, że Bóg jest dobry, czy też jak u Augustyna: Bóg jest najwyższym dobrem. Nie przeciw teologii występuje nasz borsuk i jego święty las. Psychologicznie rzecz ujmując twierdzenie "bóg jest dobry" dla wielu współczesnych wyznawców znaczy: Bóg jest w dobrobycie, w szczęściu, w uśmiechu. Nie ma go w Cieniu Życia. Jednak doświadczenie mistyków pokazuje, że to, co nazywamy boskością jest we wszystkich doświadczeniach człowieka.
Dlatego przeżyć co jest do przeżycia, choć logicznie jest tautologią, to egzystencjalnie wyraża głęboką prawdę. 

Wszystko, co jest, może sobie być.