niedziela, 18 sierpnia 2019

Jeż, święty las i spotkanie z cieniem

Stał na skraju wielkiego i ciemnego lasu. Ścieżka zdawała się być krętą rzeką w stronę oceanu. Taką miał fantazję. Widział korony drzew kołysane chłodnym wiatrem, które w dziwny sposób wskazywały mu drogę. Zapraszały go, by wszedł. Wypłynąć? Czuł, że przyciąga go ta Cisza i jej  przedziwne szmery. Jednocześnie odczuwał lęk, który zdawał się mówić, że po wejściu w mrok tych drzew straci kontrolę nad swoim kruchym życiem. Kto wie może nic nie będzie już takie jak dawniej?


A jednak moc przyciągania wygrała z lękiem młodego jeża. Drobnymi krokami zmierzał w kierunku ciemnego lasu. W zanadrzu miał do dyspozycji ostre kolce na małym grzbiecie. Gdyby tylko ktoś chciał go zaatakowa, gotów był użyć natychmiast swojego arsenału obronnego. To dodawało mu otuchy i odwagi.


Wszedł. Wokół było dość ciemno i chłodno. Drzewa kołysały łagodnie koronami drzew. Porywisty wiatr milknął z minuty na minutę i jeż coraz wyraźniej słyszał obezwładniającą Ciszę. Przystanął na chwilę. Bezpieczeństwo Ciszy pozwalało na relaks i zatrzymanie się. Opuścił nastroszone i napięte igły, a łapkami dotykał mchu, który okazał się być niezwykle miły w dotyku. Zdawało się jakby między drzewami przepływał szmer łagodnej pieśni.

Nie musisz nigdzie już iść
przysłuchaj się uważnie

W tym lesie znajdziesz to
czego brakuje ci


Mały jeż przysłuchiwał się z pełną uwagą delikatności szmeru, który kołysał łagodnie całym lasem. W tym momencie nie miał żadnych wątpliwości. Coś przygnało go tu, by mógł poznać coś, czego mu brakowało. Przez chwilę wpadł w zadumę. Wszystkiego bowiem w swoim jeżykowym świecie miał pod dostatkiem. Pokarm, słońce, miłość... Przez jego ciało przeleciały wszystkie ciepła i ciepełka, których w życiu już doznał i które sprawiły, że cieszy się sobą. W świetle tego wszystkiego widział siebie jako niezwykle pozytywnego jeża. W ułamku sekundy poczuł zmęczenie całym tym bogactwem. Jakby ciężar dobra i ciepła przygniatał jego jeżykową duszę. Och... Gdyby można było to wszystko gdzieś zostawić... Myśl tak go zaskoczyła, że zamknął na chwilę oczy, by wsłuchać się w siebie.

Nagle coś poruszyło się między drzewami. Jeż otworzył oczy, nastroszył igły, napiął łapki. Był gotów walczyć albo uciekać. Przyglądał się drzewom i nagle zza drzew wyłonił się duży borsuk. W jednej chwili jeż podskoczył i zebrał się do ucieczki, jednak nie zauważył, że podczas przyjemnej medytacji jego nóżki zaplątały się w jakieś leśne pnącza. Padł na ziemię unieruchomiony. Borsuk spokojnie podszedł i popatrzył głęboko w oczy jeża. Nasz mały przyjaciel zobaczył przenikliwą głębię i spokój. Przestał się bać. Wiedział, że borsuk nie ma złych zamiarów. Dziwne.

- Zaplątałeś się troszkę - zagaił borsuk - pomogę Ci.

Po wydostaniu się z leśnej pułapki jeż stracił kompletnie ochotę na ucieczkę, poczuł narastającą ciekawość i chęć bycia przy swoim nowym znajomym.

Borsuk z jeżem przysiedli pod wielkim dębem i zaczęli rozmawiać. Dyskutowali na przeróżne tematy, poznając się przy okazji. Borsuk w przedziwny sposób poruszał myśli, które nie były zbytnio wygodne i przyjemne dla jeża. Sporo mówił o cierpieniu wielu leśnych istot, o tym jak drzewa obumierają, o tym jak stara się być z całą ciemną częścią natury. Jeż czuł jakby poznawał nowy świat. Nigdy wcześniej nie zwrócił dostatecznie uwagi na choroby, smutki, trudności, które są niezbywalną częścią Życia. Był pozytywnym jeżem i nie mógł się nadziwić jak to możliwe, że Życie, tak jak moneta, ma dwie strony: dobrą i złą.

Borsuk musiał być niezwykłym mędrcem. W oczach jeża jawił się jako ktoś niezwykle głęboki. Możliwe, że przeszedł wiele w swoim leśnym życiu i wiedział głębiej niż niejeden zwykły śmiertelnik. Po kilku godzinach rozmowy nie miał wątpliwości - borsuk był mędrcem tego lasu a Cisza chciała, aby to jego właśnie spotkał. Wraz z upływem czasu jeż poczuł, że w nim samym pojawia się przedziwny smutek, złość i bezradność. Zaczął płakać. Cień, który nosił w sobie stał się jawny i przejrzysty. Jego wyobraźnia wskazywała mu obrazy z przeszłości, w których doświadczył zła. Płakał. Widział śmierć swoich bliskich, wszystkie nieporozumienia, których doświadczył, własne słabości i trudy. Gdy po wielu dniach (tak! nasz jeż spędził w lesie bardzo dużo czasu) wypłakał już osobiste sprawy, poczuł jak zaczyna go dotykać ciemność całego świata. Borsuk, który mu towarzyszył w tym czasie, odchodził co jakiś czas w głębie lasu, po czym powracał, by być z jeżem. Jego obecność i przewodnictwo sprawiało, że jeż wiedział, że to, co się dzieje ważnym procesem. Borsuk niewiele mówił, wiele zaś słuchał. Jednak jego słowne czy nieme wskazówki były proste: Bądź! To wszystko jest w porządku. Wszystko co jest, może sobie być. Jesteś bezpieczny.

Jeż stał się niezwykle wrażliwy. Czuł lekkość. Odkrył w sobie nowe poczucie humoru. Stał się otwarty. Mniej uciekał od trudnych sytuacji w życiu. Wiedział, że Życie to dobro i zło, które splecione są ze sobą nierozerwalnym więzami. Wcześniej próbował żyć dobrą stroną, Dziś nauczył się, że Życie niesie, co ma nieść i w nim samym pary przeciwieństw: narodziny-śmierć, radość-smutek, przyjemność-ból, dobro-zło mają swoje miejsce.

Wdzięcznym krokiem wyszedł z ciemnego lasu i wrócił do swojej codzienności. W jego myślach zaś słyszał głos borsuka....



Życie jest doświadczaniem dobra i doświadczaniem zła. Uciekanie od tego, co człowiek nazywa złem: choroby, śmierć, trudy jest uciekaniem od samego życia. W sensie psychologicznym powiedzenie, że "Bóg jest dobry" jest dualizmem i odcięciem od Życia. Bóg jest i dobrem, i złem. Absolutne jest doświadczeniem całkowitości Życia. Rzeczywistość, którą nazywamy Bogiem jest otwartą, nieskończoną Przestrzenią, w której tańczą wszystkie doświadczenia - i dobre, i złe.
Sens teologiczny i moralny mówi, że Bóg jest dobry, czy też jak u Augustyna: Bóg jest najwyższym dobrem. Nie przeciw teologii występuje nasz borsuk i jego święty las. Psychologicznie rzecz ujmując twierdzenie "bóg jest dobry" dla wielu współczesnych wyznawców znaczy: Bóg jest w dobrobycie, w szczęściu, w uśmiechu. Nie ma go w Cieniu Życia. Jednak doświadczenie mistyków pokazuje, że to, co nazywamy boskością jest we wszystkich doświadczeniach człowieka.
Dlatego przeżyć co jest do przeżycia, choć logicznie jest tautologią, to egzystencjalnie wyraża głęboką prawdę. 

Wszystko, co jest, może sobie być.

czwartek, 11 lipca 2019

Heretyk, płonący stos i wolność bycia tym, kim się jest!

To był czas, w którym pojawiło się kwestionowanie. Bardzo silne. Człowiek, którym byłem prowadził intensywne życie duchowe i religijne w zakonie. Modlitwa, służba innym, studiowanie teologii, filozofii, samego siebie, medytacja, praca wewnętrzna... Wszystko to stanowiło trzon tego, co nazywałem wiarą. Budowane solidnie. Krok po kroku. Najpierw w odcięciu od świata w ciszy kaplicy, lasu, pokoju. Potem w samym świecie, wśród wielu ludzi. Słyszałem przekazy wiary, poznawałem wtajemniczenie w sakramenty, w rozumienie Boga i świata. Uczyłem się wizji chrześcijańskiej do samych kości. Rozwijałem się. Wszystko niosło ogrom piękna i dobra, przemieniało od środka, transformowało osobowość i pozwalało odkryć sens życia, jednocześnie zaś przeczuwałem, że jest w tym coś jeszcze... I przyszedł czas. Dojrzało.

Kwestionowanie. Ostry kryzys związał mnie jeszcze bardziej z rzeczywistością, którą w religiach nazywano Bogiem. Ciemność przybliża do Niewidzialnego. Zresztą ludzie, którzy sporo w życiu przeżyli mogą albo skostnieć, zamieszkać w depresji, pogrążyć się w  upadku, kąpać się w beznadziei albo wyjść z tego odmienieni Światłem Prawdy.

Kwestionowanie. Wątpienie. Doszedłem do punktu, gdy musiałem opuścić katolicki świat, bowiem przestał odpowiadać na ważne pytania, a nawet więcej - stawiał pytania tak nieadekwatne i dziwne, że trudno było się w tym odnaleźć. Dwa lata próbowałem odbudować wewnętrzną, chrześcijańską budowlę. Bezskutecznie. Wielu światłych ojców i matek duchowych próbowało mi pomóc. Jednak żadne próby korekty we mnie czy wskazówki odnośnie tego, co powinienem zrobić, nie pomagały. Jedynie jeden ojciec jezuita otarł się o sedno subiektywnej, wewnętrznej prawdy, która budziła się we mnie: odkryłeś wolność, to dobrze. No tak. Przełożeni chcieli, żebym z tą wolnością wrócił na dawne tory. Jednak coś wewnątrz nie potrafiło się na to zgodzić. Odpuściłem. Stąd pojawiła się droga samotna. Hairesis.

Miałem wrażenie jakby ogień płonął we mnie. Gdy pojawiałem się wśród ortodoksyjnych chrześcijan (strzegących swoich przekonań jak warownej twierdzy) widziałem jak bardzo nie lubią tego, co się ze mną dzieje. Jednego razu zrozumiałem, że ów ogień jest żarem stosów płonących w dawnych czasach. Tam, gdzie w ramach systemu religijnego zjawiał się ktoś, kto był inny, wierzył inaczej, miał inne poglądy, inne doświadczenie, tam musiał liczyć się z wykluczeniem. W pewnych czasach wykluczenie dotyczyło wygnania, torturowania, spalenia czy po prostu zszargania dobrego imienia tego-kogoś-innego. Wraz z rozwojem demokracji i dobrodziejstwem modernizmu (moralność, sztuka, religia zostały rozdzielone, co przyniosło wolność jednostce) taki układ przestał być powszechny. Jednak wśród dużych religii ciągle istnieje schemat myślenia my-oni, który zresztą jest naturalnym dorobkiem ewolucji stadnej homo sapiens. Wyobraźmy sobie, że jeszcze nie tak dawno - kilka tysięcy lat temu - do przetrwania konieczne było, by trzymać się grupy, jej przekonań i  jej zwyczajów. Wygnanie oznaczało niechybną śmierć. Dziś wygnanie z danej grupy nie oznacza bezpośredniej śmierci biologicznej. Jednak zdecydowanie może dotknąć śmiercią psychiczną. Wystarczy popatrzeć na dzieci odrzucane przez własne rodziny, jak zniszczone jest doświadczenie self i jak sporo czasu, energii i mądrości potrzeba, by odnalazły dom we własnej psyche.

Dziś kocham i podziwiam Lutra, Kalwina, Giordano Bruno, katarów, gnostyków itd. Oni wszyscy niosą mi pociechę wolności. Mówią o tym, że pluralizm może być wartością i INNY nie jest gorszy. Augustyn z Lutrem połączeni węzłem małżeńskim. Ortodoksja nie może istnieć bez herezji, i odwrotnie. Dobra religia ma dobre herezje. Religia zaś, która daje przestrzeń na doświadczenia subtelne i transpersonalne to taka, która potrafi wytrzymać napięcie na linii ortodoksja-herezja. Weźmy dla przykładu religię judaizmu ze Starego Testamentu. Kapłani kontra prorocy, a dojrzalej - kapłani i prorocy we wspólnej drodze. Kapłaństwo utrzymywało tradycję, stabilność, porządek społeczny, zaś prorocy nieśli doświadczenie żywej zmiany i autentyczności. Jedno nie istnieje bez drugiego. Jak 'długość' istnieje tylko dlatego, że egzystuje też 'krótkość', tak: ortodoksja istnieje, bo jest możliwa herezja.

Heretyk. Otrzymałem taką łatkę. I niedługo trwało nim odczułem, co znaczy dla głównego nurtu, iż ktoś nim jest. Jeśli miałem odwagę, żeby iść taką drogą to musiałem się liczyć z tym, iż stracę powszechnie dobre imię, akceptację i miłość u wielu ludzi. Tak było. Jaka to była ulga! Okazało się bowiem, że wielu ludzi religijnych nie kochało mnie takim, jakim jestem. Oni kochali rolę społeczną, którą nosiłem na sobie. Kochali personę. W religii, która nie lubi żywego doświadczenia i inności, pozory są bardzo istotne. Strój kapłana to on. Jego modlitwy na oczach ludu to on. Jego słowa pobożne w świątyni to on. Odkryłem, że dla wielu ludzi byłem ważny jako przedstawiciel religii, w którą wierzyli. Oczywiście nie dla wszystkich. Jednak niebywałe jest jak współcześni wierzący ciągle potrzebują projekcyjnych wzorców w zakonnikach, w kapłanach, w "wyjątkowych postaciach". W sumie rzecz jest naturalna, jednak zaskoczyło mnie to mocno. Jung kiedyś miał powiedzieć: "Psychologicznie rzecz biorąc, ludzkość w gruncie rzeczy znajduje się jeszcze ciągle w okresie dzieciństwa. Ogromna większość ludzi potrzebuje autorytetu, przywództwa i prawa." (C.G. Jung Archetypy i symbole).

Heretyk. Greckie słowo hairesis oznacza wybór. Wybrałem. Z wyborem wiąże się wolna wola, czyli możliwość decydowania, a to samo w sobie jest już pewną formą wolnością. Bycie wolnym to przepiękny ideał i stan ducha. Możliwe, że w tym kontekście bycie tzw. heretykiem to motor napędowy do zmian dla religii. Heretycy wszystkich wieków mieli niebywałą siłę, by iść za własnym doświadczeniem. Uczą mnie wolności. Dlatego tak bardzo ciągnęło mnie np. do Lutra i jego mądrego podążania za innością i pragnieniem, by odmienić świat. Odwaga i wolność.

Na studiach z teologii przyciągnął mnie temat dogmatu katolickiego o piekle. Zbadałem go wnikliwie, również w ramach pracy magisterskiej. Oczywiście w wymiarze egzystencjalnym (motyw cierpienia) czy etycznym (możliwość wyboru zła) ten religijny pogląd ma swoje znaczenie i dużą wartość. Odkryłem jednak coś jeszcze. W wyniku wnikliwego badania siebie, ludzi, którym towarzyszyłem i tradycji chrześcijańskich zauważyłem niebywały lęk, który kryje się za tą ideą. Piekło jako kara to bardzo mocne karzące superego religijne, które nieświadomie zabrania cieszyć się życiem, seksem, przyjemnością, wolnomyślicielstwem, swobodnym badaniem świata itd. Gdy supeł tej idei zawiązany w mojej psyche w młodości, rozwiązał się w czasie studiów - otworzyłem się na świat, na nowe idee, na inności i na nowe doświadczenia. Od tego czasu obawiano się w ramach chrześcijaństwa tej inności, choć jednocześnie czułem szacunek i proszono mnie, by wybrał czy zostaję w ramach zastanego systemu czy odchodzę. Usłyszałem któregoś dnia, gdy zastanawiano się czy powinienem został kapłanem katolickim: "jak chcesz być sługą jedności z tym wszystkim, co czytasz i co mówisz?". Hmm... Kilka lat temu napisałem w ciszy swojego pokoju taki tekst:


"Bezpieczeństwo kontra wolność.

Mam wierzyć w co mi każą. Mam. I koniec. Nie jestem sługą jedności, gdy kwestionuję w co ludzie wierzą. Mam siedzieć cicho. Patrzeć jak ludzie się męczą ze swoimi religijnymi, dogmatycznymi pomysłami. Przedziwne. Nauczani nieszczęścia. Ślepo, na pamięć. Wiedzą, co robić. Cierpią, ale idą w to, bo przedstawiono im sens tego wszystkiego.
Badam sprawę jak mogę wnikliwie. Rozpadają się we mnie wszystkie struktury myślowe, zbitki toż-samości. Ból to niewyobrażalny. Tracę grunt pod wszystkim. I co się okazuje? Nie zginąłem. Nie przepadłem w nicości. Wręcz przeciwnie. Jestem tak wolny, współczujący i samotny. Nic mnie nie definiuje. Jestem, w którym nie ma żadnego ja. Wszechświat nie kręci się wokół mnie. Nie jestem słońcem wokół, którego fruwają planety.

Mam wierzyć w co mi każą. Odkrywam bezkres i wolność od definicji, którą jestem najpierwotniej. Ale mam siedzieć cicho. Pojawiam się, a ludzie czują zagrożenie. Diabeł się zjawia przed ich oczyma.

Kwestionuję. Świątynia, kult, kapłani, pieniądze. Masz za to pełną miskę jedzenia. Słyszę w odpowiedzi. I dociera do mnie głębiej: nie prawda się tu liczy, a organizacja, porządek, stabilność.

Wykład. Mowa o Jezusie. Wątpliwości jakiegoś rabina. Wykładowca. Jeśli ma się dach nad głową i miskę pełną jedzenia nie tak łatwo szukać prawdy. Po raz kolejny uderza.

Niebezpieczne to  całe kwestionowanie jak cholera. Inaczej nie umiem. Wolności niezmierzona!"


Heretyk dojrzewał aż dorósł. I musiał iść inną drogą. Bezpieczeństwo, które gwarantowała mi instytucja religijna zastąpiłem Życiem i jej tysiącem smaków. Mogłem wybierać, stałem się wolny. Dziś nie jestem wrogiem religii. Wręcz przeciwnie. Uważam, że dla wielu ludzi może być wspaniałą drogą do rozwoju, do przebudzenia, do prawdziwego życia. Jednak religia bardzo opornie reaguje na procesy zmian, a jeśli chce stać się dla współczesnego człowieka motorem rozwoju, musi poddać się przemianom.

Chciałbym oddać głos Wojtkowi. Jego doświadczenie pokazuje jak marnie wygląda religia w polskim społeczeństwie:

"Jestem heretykiem, to cena za szczerość i otwartość przed Bogiem w sakramencie pokuty i pojednania. Spowiedź generalna przed ślubem miała być wartościowym doświadczeniem miłosierdzia bożego, miałem się oczyścić i zacząć nowy etap w drodze przez życie z Bogiem. Mimo trapiących mnie od dłuższego czasu wątpliwości pragnąłem podejść do sprawy tak uczciwie jak tylko się da. Spowiednikowi zwierzyłem się z moich wątpliwości, co do wiary w świętość Kościoła (warunek wiary), nie podzielam bałwochwalczego kultu Maryi (mimo że jest dla mnie wyjątkową i świętą kobietą). Przestałem traktować Biblię jako jedynie słuszną świętą księgę, która ma mi wskazywać dokładnie co mam robić w życiu. Liczyłem na wyrozumiałość, pokrzepienie, umocnienie i wyjaśnienie niektórych kwestii. Niestety w zamian za moją szczerość otrzymałem burę od księdza. I ostrzeżenie, co prawda nie wprost, że jeśli się nie nawrócę, nie zmienię myślenia to zbawienie mnie ominie. Myśleć nie powinienem w ogóle lecz ślepo wierzyć w dogmaty inaczej zostanę poza Kościołem. Po prostu się zamknąć, nie zadawać pytań, nie wątpić, zapomnieć o tym co boli i żyć jakby nic się nie stało. Ale niestety stało się i to boli (ale to na inną rozmowę). To jednak nie było wcale ważne. W ogóle nie było ważne to z czym przyszedłem do kratek konfesjonału, jedyną słuszną rację oraz głos miał duchowny. 
Kapłan jedynej słusznej religii oczywiście udzielił rozgrzeszenia, jednak znanej mi radości i wolności, pokoju nie zaznałem. Od kratek odszedłem przybity, zdruzgotany i smutny. Zamiast uzyskać odpowiedzi zrodziło się jeszcze więcej pytań. No bo jak to w końcu jest? Możesz wyzywać, bić i gwałcić żonę, kraść, kombinować, kłamać ale jak wierzysz w dogmaty to jest wszystko w porządku? A jak szanujesz małżonkę, starasz się być dobrym człowiekiem, jesteś uczciwy, wrażliwy, wyrozumiały ale jeśli nie wierzysz w dogmaty to bój się Boga. 
Po spowiedzi mimo tego że prawo pozwalało to nie potrafiłem przystąpić do Eucharystii. Po prostu nie potrafiłem, nie miałem siły... 
Przygotowania do ślubu katolickiego też mogę podsumować jako spłycenie wszystkiego do kwestii seksu i rozmnażania się. Szacunek do kobiet, miłość, wrażliwość, dialog, komunikacja, partnerstwo, teologiczne znaczenie małżeństwa zostało ograniczone do minimum... No bo przecież to nie istotne, najważniejsze jest to aby mężczyzna miał wytrysk w drogach rodnych kobiety. No i wierzył w dogmaty.
Oczywiście seks też został ograniczony tylko do reprodukcji, a budowanie więzi, bliskości pominięte. A radość ze zbliżenia, seksualności?  Nie godna wspomnienia... 
Gdyby nie te nauki to oczywiście nie widziałbym że mam ukochanej osoby nie zdradzać, nie ranić, nie przekazywać życia... Otóż nie drodzy kapłani. To nie wynika z wiary, czy z nakazu Kościoła ale z faktu że po prostu jestem człowiekiem.
No i ostatni fakt, który coraz bardziej oddała mnie od Kościoła Katolickiego. Drugi chrzest to ekskomunika a pedofilia księży to propaganda lewicy. Ksiądz który szuka Boga jest wyrzucony i pozbawiony środków do życia, a ten który niszczy życie najmniejszych może liczyć na bezproblemowe życie, tylko miejsce zamieszkania musi zmienić." (podkreślenia R.W)


Rozwojowa linia religii napotyka w Polsce na opór przed zmianą. Kończy się społeczne władanie kościoła nad duszami ludzkimi. Traumy narodowe odzywają się co chwila. Jednak kościół nie umie z łagodnością, z mądrością i z miłosierdziem pochylać się nad sprawami w wolnej Polsce, będąc dobrym terapeutą czy duchowym przewodnikiem w sytuacji budzenia się demonów z przeszłości. Raczej zabrania, karci, wydaje teksty potępiające, osądza, gania... Brakuje duchowych przywódców na nowe czasy, gdy nie ma już okupanta i wroga na zewnątrz. I okazuje się teraz, że wrogowie są, ale wewnątrz religii. Ukrywanie pedofilii, kolesiostwo, pieniądze, zadarte nosy... Z nadzieją przyglądam się temu, co się dzieje. Oby ortodoksja otworzyła się na herezję, i odwrotnie. Małżeństwo tych dwojga rozpędzi motor zmian i wprowadzi energię w transformacje, które zajść muszą, by zinstytucjonalizowana religia mogła ostać się w społeczeństwie. A jest ona według mnie ciągle ważną częścią życia społecznego...

środa, 26 czerwca 2019

Praca z grupami, hobbitowe wezwanie i ogień, który może przemienić świat

W ostatnim roku życie postawiło mnie oko w oko z grupami. Znalazłem pracę i stałem się trenerem zajęć profilaktycznych dla dzieci i młodzieży w szkołach. Jednocześnie czułem się wypychany w kierunku zaangażowania i refleksji w obszarze społecznym. To nowa część mnie, bowiem przez ostatnich kilka lat byłem bardziej zaangażowany w życie wewnętrzne, w pracę nad sobą, w medytację. Pływałem we własnym wnętrzu i rzadko z dużym zaangażowaniem wchodziłem w kryzysy czy konflikty społeczne. Nie interesowało mnie zbytnio, by zajmować się światem i tym, co się w nim dzieje. Impuls w postaci wewnętrznego odczucia i splot dziwnie ze sobą powiązanych sytuacji (Jung takie powiązanie zdarzeń bez ciągu przyczynowo-skutkowego nazywa synchronicznością) spowodował, że otworzyłem się na grupy i procesy społeczne, pragnąc świadomie pracować z nimi i wspierać dobre zmiany.

I tak w przeciągu roku miałem okazję: widzieć dziesiątki czy setki grup dzieci i młodzieży, prowadzić projekt teatralno-rozwojowy dla osób z trudnościami psychicznymi (grupa spychana społecznie na margines) czy rozmawiać z przeróżnymi osobami na temat współczesnej sytuacji społecznej. Miałem również okazję widzieć jak może przebiegać trudny kryzys rozwojowy w pewnej grupie, a także współodczuwałem, bacznie obserwowałem zmiany i trudności zachodzące w zbiorowości polskiej. W międzyczasie czytywałem trochę i reflektowałem nad sytuacją Polaków (trauma narodowa, sytuacja polityczna, marsze, pedofilia w Kościele itd.) czy rozmyślałem nad trudnościami w obszarze integracji europejskiej. Zgłębiałem idę pracy ze światem A. Mindella i psychologię kultury W.Z. Dudka. Potrzebowałem zgłębić intelektualnie i emocjonalnie ideę psychiki zbiorowej (wg C.G. Junga) przez wykłady, czytanie i wyczuwanie pola grupy na warsztatach w szkołach czy na warszawskiej patelni (swoisty tygiel procesów zbiorowych w Polsce). Oglądałem filmy i baśnie z wrażliwością, co mówią one z głębi psychiki zbiorowej o współczesnym człowieku. Musiałem również wewnętrznie odnieść się do religii moich ojców i w sposób pogłębiony odnaleźć swoje miejsce w rodzinie, w której przyszło mi żyć. Wszystko to działo się jakby niechcący. Moje świadome ja chciało raczej wieść żywot domowego kota, który szczęśliwy jest samym swoim istnieniem, pyszną strawą i nie martwi się o to, co na zewnątrz. Jednak rzeczywistość stawiała mnie w nieco innej sytuacji. Kot musiał opuszczać, co jakiś czas dom i stawać się Kotem w Butach, by przemierzać ten świat, ucząc się go i współodczuwając z nim we wszystkim, co się dzieje. To wszystko złożyło się na narodziny nowego aspektu mojej osobowości. Zdaje się, że poród jeszcze trwa...

Nauczyłem się kilku rzeczy w tym czasie, którymi chcę się podzielić. Przede wszystkim dotknąłem po raz kolejny jak wielką siłę ma grupa. Ilość nieświadomych procesów dziejących się w społecznościach to nie lada wyzwanie dla zwykłego, hobbitowego introwertyka z jakim dotąd się utożsamiałem. Pykanie fajki, ukochana kobieta, pyszna strawa, dobra lektura, gra komputerowa... Oto menu codzienności tego osobnika. Opowieść o Bilbo Baginsie w tej materii jest mi niezwykle bliska. Oto hobbit z Shire zostaje wezwany do trudnej i niebezpiecznej wyprawy, w której będzie musiał zmierzyć się ze smokiem i z masą niebezpieczeństw. Musi opuścić przyjemny domek i wygodną codzienność, by oddać się wezwaniu. 

Praca z dziećmi, z młodzieżą, z grupami w formie procesu grupowego czy zajęć otwartych to prawdziwa wyprawa w nieznanie (nieraz smok potrafi dać ostro w kość). Grupa może nieść w sobie wiele złości, oburzenia, chaosu, trudności rozwojowych itd. Wiedzą o tym dobrze pedagodzy, psycholodzy, działacze społeczni wchodzący autentycznie i asertywnie w trudne sytuacje grupowe. Spotkałem wielu takich bohaterów. Nauczyciele, pedagodzy, ludzie walczący o dobro, o sprawiedliwość w swoich firmach i organizacjach. Bilbo spotkał smoka, ja zaś spotykałem rozhulane, dynamiczne i nieświadome procesy grupowe. Czasem czułem się jak Bilbo w konfrontacji z potężnym smokiem. Praca z grupą przypomina siedzenie w tyglu, którym ciągle coś skwierczy, syczy czy żarzy się. Ogień ten jest dla rozwoju, jednak nieumiejętne korzystanie z jego mocy może spowodować spalenie. Oddajmy na chwilę głos A. Mindellowi:

"Ogień, który trawi ludzkość w jej społecznym, psychologicznym i duchowym aspekcie, może zniszczyć świat. Ale może też przemienić problemy w poczucie wspólnoty. To zależy od nas. Możemy unikać sporów, ale możemy również bez lęku "siedzieć w ogniu", działać, zapobiegać powtarzaniu się najboleśniejszych pomyłek historii." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu : Wykorzystanie konfliktów i różnic między ludźmi dla transformacji dużych grup")

Społeczności mają swoje własne cienie, własne smoki. Osoba, która chce pracować i wspomagać grupy musi nauczyć się wielu rzeczy, by radzić sobie z całą złożonością praca z konfliktami i z rozwojem. Oto krótka lista rzeczy, których nauczyłem się i ciągle się uczę w pracy z grupami:

1. Grupa jest jakby jednym organizmem psychicznym. Spotykam pojedyncze osoby i jednocześnie wchodzę w relację z "osobowością grupy". Poznanie smaku, zapachu, temperamentu, charakteru grupy jest niezwykle ważne.

2. Konflikty są częścią życia grup i społeczności. Na tym etapie ewolucji ludzkiej świadomości musimy nauczyć się "konfliktowania" i otwartej komunikacji.

3. Złość, gniew, rozgoryczenie, smutek mogą stać się atutem i wspomaganiem dla rozwoju grup. Nie da się od nich uciec. Im bardziej się je wypiera, tym więcej neurotycznego cierpienia się pojawia. Na poziomie społecznym: im mniej przyzwolenia na inność, na głos mniejszości, tym większe ryzyko rozruchów, ostrych manifestacji i protestów (patrz: nauczyciele w Polsce)

4. Istnieją hierarchie i siły związane z władzą w grupach. Moim zadaniem jest objąć uwagą to, co nienazwane, wypychane i niekochane. Np. w obrębie współczesnych grup osoby wyciszone, niechętne do ekspresji, zabawy, kariery, zarabiania pieniędzy czy osoby nieheteronormatywne, osoby niepełnosprawne, osoby religijne są spychane na margines społeczny. Powoduje to cierpienie. Sam doświadczyłem w swoim życiu, co znaczy siła głównego nurtu, gdy własne doświadczenie wewnętrzne kwestionowało główny system religijny. 
Trzeba objąć uwagą mniejszość, bowiem nieświadoma większość używa siły wobec innych, jeśli nie ma samoświadomości w zakresie własnej przewagi materialnej, psychicznej czy duchowej.

5. Poszczególne osoby mają różne rangi w grupach. Ranga wg. Psychologii Procesu to zespół zasobów, które posiada jednostka czy grupa. Szef w pracy, biskup w Polsce (do emisji filmu Sekielskiego), biały heteroseksualny mężczyzna na Zachodzie to przykładowe jednostki z wysoką rangą. Uświadamianie pozycji w grupach i oświetlanie atmosfery emocjonalnej związanej z nierównością to ważne zadanie w pracy z grupą.

6. Siła grup i nieświadomych procesów może zniszczyć świat, ale może również zmienić i transformować społeczeństwo.

Na koniec chciałbym zaproponować fragment książki "Siedząc w ogniu", który pokazuje jak piękna i głęboka może być praca w obrębie grup. Fragment opowiada historię autora, który doświadczył ostrej krytyki i otworzył się na to doświadczenie:


"Ale ja byłem nieszczęśliwy. Poszedłem do domu zraniony i przygnębiony. Usiadłem w fotelu, głowa zaczęła mi opadać. Wiele razy krytykowano mnie podobnie w grupach, ale teraz coś, czego nie potrafiłem zidentyfikować wywołało we mnie taki smutek, iż poprosiłem Amy, by mi pomogła w pracy z mymi uczuciami. Czy stłumiłem złość na tego mężczyznę, złość spowodowaną jego raniącymi opiniami na temat kobiet? Wiedziałem, że jego poglądy zdenerwowały mnie, ale było w tym coś jeszcze. Amy zaproponowała następującą pracę wewnętrzną.

PRACA WEWNĘTRZNA - ĆWICZENIE NA WYJAŚNIENIE NASTROJU

Amy powiedziała:
- Wyobraź sobie jakąś trudną sytuację. Jakąkolwiek sytuację, która wywołuje bolesne uczucia. Spróbuj zobaczyć siebie w tym stanie, ze wszystkimi szczegółami.
Zobaczyłem obraz siebie w scenie z dzisiejszego popołudnia, kiedy krytykował mnie ten mężczyzna.
- Teraz przyjrzyj się tej części swego ciała, która przyciąga twoją uwagę.
Okiem wyobraźni zobaczyłem siebie w depresji. Skupiłem się na mojej głowie, która zdawała się zwieszać bardzo nisko.
- Bądź cierpliwy. Postaraj się zauważyć coś nowego w tej części swego ciała, coś, czego nigdy
przedtem nie widziałeś. Może to zabrać minutę albo nawet dwie.

Ku memu zaskoczeniu, ujrzałem zwieszającą się nad moją głową gilotynę, jakiej używano kilka wieków temu w Europie do ścinania ludziom głów.
- Pozwól, by historia tego czegoś nowego rozwinęła się - powiedziała Amy.
Zastygłem w bezruchu. Niemal nie mogłem na to patrzeć. Zobaczyłem spadające ostrze gilotyny. W mojej wyobraźni zostałem pozbawiony głowy za to, że byłem aktywnym działaczem społecznym, pracującym na rzecz demokracji, a przeciwko monarchii. Ale co obcięło mi głowę? Nie król, tylko wielki duch. Pomyślałem, że ta historia robi się bardzo dziwna. Rozwijała się dalej. Zobaczyłem siebie odrodzonego w nowym ciele. W wyobraźni nie była to już Europa sprzed kilku wieków, lecz Rewolucja Amerykańska. Miałem nową osobowość. Znów byłem działaczem społecznym, tylko o wiele starszym. Jako ta starsza osoba, pracowałem nie tylko na rzecz uciśnionych, ale uważałem wszystkich, uciśnionych i uciskających, za swoje dzieci.
Nagle zrozumiałem swoje uczucia. Dzięki mężczyźnie, który krytykował mnie tego popołudnia, skontaktowałem się ze swoim niezadowoleniem z bycia jednostronnym. Jakaś moja najgłębsza część chciała obciąć mi głowę lub zmienić moje zdanie. Innymi słowy, byłem nieświadomie zły na samego siebie, że w sekrecie do tego stopnia staję po stronie problemów ludzi ciemiężonych, że nie mogę już współodczuwać z nikim innym. Ten problem istniał w moim życiu społecznie uciskanego. Teraz usilnie pracowałem nad swoim rozwojem, tak bym nie musiał już stawiać oporu ludziom reprezentującym główny nurt kultury. Chciałem widzieć wszystkich ludzi, włącznie z mężczyzną, który mnie zaatakował, jako moje dzieci.
Ten wgląd sprawił, że zacząłem szlochać z radości. Amy i ja objęliśmy się. Mój nastrój zmienił się natychmiast. W wyobraźni nie obciął mi głowy jakiś stary król, który mógłby reprezentować wewnętrzną dominację nade mną. To był duch, coś bardziej znaczącego, co chciało, bym się zmienił. Poruszyło mnie to, że mogę dalej się rozwijać. Ten popołudniowy, trudny proces grupowy przemienił się w niezwykłe doświadczenie, które czegoś mnie nauczyło. Nie mogłem się doczekać, by dokończyć naszą pracę z grupą.
Kiedy zaczęliśmy następnego ranka, byłem gotów na wszystko. Mężczyzna, który mnie skrytykował wstał, zanim otworzyłem usta i powiedział wszystkim, jak wspaniale się czuje i jak wiele się wczoraj nauczył. Zdumiało mnie to, rozpłakałem się z radości. Opowiedziałem grupie, czego też się nauczyłem." (Arnold Mindell "Siedząc w ogniu")

wtorek, 25 czerwca 2019

Kalarepowatość, czyli krótka opowiastka o pewnym zbiorowym obłędzie

Wszystkie zielone kalarepy spotkały się na tajnym zgromadzeniu kalarep z całego miasta i okolic. Król Kalarep rozpoczął spotkanie wzniosłym wywodem:

- Moje drogie kalarepy! Zebraliśmy się tu, aby omówić najważniejsze sprawy całego świata!

- Hura! O tak! Omówmy te sprawy!  – odpowiedziały chórem wszystkie kalarepy.

- Sprawa jest ważka i nie cierpiąca zwłoki  – powiedział poważnie i z godnością Król Wszystkich Kalarep. – Jest nas coraz mniej! Musimy przekonać inne warzywa, aby zechciały być kalarepami!

- O tak! Niech wszystkie warzywa staną się kalarepami! Już dziś! – wykrzykiwały wszystkie kalarepy – Ziemniaki! Niech staną się kalarepami! Buraki! Ogórki! Pietruszki! Wszystkie są kalarepami!

- Cieszę się, że podzielacie moje zdanie – powiedział z patosem Król Wszystkich Kalarep – Od dziś wszystkie warzywa stają się kalarepami! Nasza uchwała wchodzi w życie w tym momencie!

- Hura! Hura! Znowu jest nas dużo! Hura! Wszystkie warzywa kalarepami! – wykrzykiwały rozentuzjazmowane kalarepy.


Ego chce sprowadzić wszystko do tego samego. Ego-tyzm chce zabić różnorodność i wierzy w swoją własną fałszywą siłę. Jak wielka to nieprzytomność! Kalarepowatość jest złudzeniem szczęścia. 
Moje, ja, mi, mnie, mojemu... INNY nigdy nie stanie się 'mój'. INNEGO nie da się wchłonąć, zjeść, zawładnąć, pomieścić w sobie. Miłość nie jest ujednoliceniem, uchwyceniem kogoś/czegoś. Nie jest pragnieniem, by INNY stał się mój. Jak pięknie to pokazał pewien żydowski filozof:

„Miłość niczego nie chwyta, nie prowadzi do żadnego pojęcia, nie prowadzi donikąd, nie ma struktury przedmiot-podmiot, ani struktury Ja-Ty” (Levinas „Całość i nieskończoność”)

wtorek, 28 maja 2019

Bajka spod kaflowego pieca

Pewna kobieta przybyła do mistrza, aby zasięgnąć rady w sprawie jej wewnętrznego cierpienia. Mistrz siedział pod nagrzanym, kaflowym piecem. Pykał spokojnie fajkę.

- Czy możemy porozmawiać? – zapytała rozżalona kobieta.

Mistrz nie odpowiadał. Siedział spokojnie. W pewnym momencie popatrzył w oczy kobiety.

- No dobrze, więc…  - zaczęła kobieta – Moja sytuacja jest tragiczna. Wydaje mi się, że ciemność mnie pochłania. Pogrążam się w beznadziei. Pustka to moja codzienność. Beezseensuu... Nic mnie nie cieszy. Wszyscy mnie zostawili. Jestem sama. Nie mam w niczym oparcia. Czeka mnie śmierć, odrzucenie, piekło.
- Śmierć, odrzucenie, piekło – powtórzył spokojnie mistrz.
- Śmierć. Nie mam nic. Jestem skończona.

Po chwili milczenia mistrz zaproponował:
- Zapal więc ze mną fajkę i posiedźmy razem przy tym ciepłym piecu, jeśli chcesz...
- Jak możesz tak mówić?! – krzyknęła kobieta – nie ma w tobie ani krzty współczucia?!

Kobieta wybiegła z mieszkania mistrza trzaskając za sobą drzwiami.

Mistrz, który żył w głębokim spokoju po przeżyciu wieloletniej depresji związanej z jego duchową drogą, pykał spokojnie fajkę i cieszył się ciepłem pieca. Kobieta zaś wróciła do domu i bardzo walczyła ze swoim bólem, pomnażając jego moc i władzę nad sobą. Uciekła od współczucia, które siedziało przy piecu.

Realne jest to, co jest, a nie to, co wydaje się, że jest...


środa, 22 maja 2019

miłosne prześwity i garść nieskładnych refleksji


Wstępem do tego tekstu niech będzie komunikat ze zdjęcia obok, który zauważyłem w pewnej szkole przy wejściu do szatni dla dzieci. Mamo, tato dalej idę sama. Przeczytałem go w sposób metaforyczny. Mimowolnie. I nagle uderzyło mnie to zdanie w kwestii wychowania, a także w kwestii relacji. Następnie zaś wewnętrzne poruszenie poprowadziło mnie do ogólnej refleksji i wglądu na temat natury miłości.

Miłość usamodzielnia. Miłość jest doświadczeniem, które otwiera, daje poczucie bezpieczeństwa i wolności. Miłość nie jest ślepym przywiązaniem, nie jest trzymaniem kogoś za rękę z lęku, że bez niego/ bez niej przestanie się istnieć. Miłość nie ma nic wspólnego z brakiem. Miłość jest szczera. Miłość jest krystalicznie autentyczna. Mówi się, że miłość jest ślepa. Nieprawda! Nie ma nic bardziej widzącego niż miłość. Przywiązanie jest ślepe. Pożądanie jest ślepe. Uwarunkowania są ślepe. Miłość jest widząca, akceptująca i wszystko obejmująca. Nic nie musi, dlatego tak wiele może. Nie należy do żadnej organizacji, partii czy religii, dlatego jest dla wszystkich.

Miłość prowadzi do stanu bycia wolnym i niezależnym. Paradoksalnie im więcej wolności, tym głębsze i szczersze więzi. Znika potrzeba kontroli. Skoro miłość jest wszystkim, co jest - to czy muszę martwić się czy próbować kontrolować bieg zdarzeń? Doskonała miłość usuwa lęk. Jeśli usuwa lęk, znaczy to, że go nie ma. Jeśli zaś lęk nie został uwolniony, to istnieje udawanie, że miłości nie ma.

W wychowaniu miłość pragnie, aby dziecko stało się samodzielne i po pewnym czasie nie potrzebowało rodzica i jego opieki. Tam, gdzie dziecko stało się samodzielne wraca jako dorosły do domu rodzinnego z radością, bo wie, że w nim czeka go miłość i cenne wskazówki dotyczące dorosłości, nie zaś manipulacje i gry.
W ścieżkach duchowych wielu religii następuje moment, że trzeba porzucić wszystko, co znane i ruszyć samodzielnie w sedno doświadczenia, w głąb siebie. I tam jest miłość ze swoją wszechprzenikajacą wolnością, radością i głębokimi relacjami.

Miłość nie przywiązuje. Miłość nie wiąże. Miłość nie zakłada kłódki. Miłość nie zakłada obrączek, by mieć kogoś dla siebie. Miłość nie boi się straty, bo nie wie, co to jest strata. Ostatecznie miłość nie chroni niczego, bowiem nie ma nic, co potrzebowałoby obrony. Wszystko pływa w miłości. Z niej każdy pył, każdy wiatr i każdy gwiazdozbiór wychodzi i do niej wraca. Nie ma więc potrzeby odcinać się od czegokolwiek czy kogokolwiek. Wszystko ma swe miejsce i swój czas. Wszystko łączy się ze wszystkim. Miłość wspomaga rozwój aż do momentu, gdy i rozwój się kończy. Miłość się nie rozwija ani się nie kurczy. Ona jest.

Miłość zostawia przestrzeń. Miłość nie boi się przestrzeni, bowiem miłość i przestrzeń są nieodłączną parą nie-znającą-rozwodu. Miłość jest przestrzenią. W swej istocie jest zgodą na przemijalność form i wiedzą, iż wieczne jest miłosne. Miłość przestrzenią obejmuje wszystko, bo jest nią w swej istocie. Gdy człowiek odkrywa w sobie miłość, znikają myślokształty, identyfikacje i pomysły na siebie, bo okazują się zbyt ciasnymi ubraniami na nieskończone ciało Boga, który okazuje się zamieszkiwać wszystkie istoty.

Gdy odkryto miłość wewnątrz, zaprzestano poszukiwań. Gdy miłość pochłonęła ego-ja, zniknęło pragnienie. Zostały potrzeby przynależne ciału. Ciało żyje swoim życiem. Samo z siebie. Nie trzeba się o nie troszczyć w obawie, że zniknie albo jest coś z nim nie tak, bo troszczenie pełne miłości dzieje się tylko w miłości. Troska miłosna nie zna lęku i tym różni się od zatroskania, obaw i zmieszania. Miłość jest przestrzenią i nie jest ograniczona ciałem czy myślą.

Miłość nie zna ocen, osądów, definicji. Miłość zapomniała kim jest, dlatego niczym się nie chwali, zaś wychwala wszystko, gdy tylko przypomina sobie o sobie. Co dotknie obraca w siebie, dlatego kto chce być nad nią, oszukuje i udaje. Cierpienie udawaniem jest, ze jej nie ma i że powinna kiedyś się zjawić. Cierpienie wymyśla zejście z nieba przez bogów, paruzje przeróżne i daty końca "tego wszystkiego". W miłości nie ma przychodzenia i odchodzenia. Miłość w swej esencji ani się nie rodzi ani nie umiera. Czas jej nie dotyczy. Niedotknięta przez czas. Otula każdą łzę i płacze z tymi, którzy płaczą, choć sama nie zna niestałości uczuć. Miłość nie jest uczuciem. Miłość kocha przytulać, tańczyć i cieszyć się z tego, co jest.

Miłość nie chodzi do kościoła, nie zawiera ślubów. Niczego nie musi udowadniać. Miłość jest w kościele i w nie-kościele, jest w ślubie i w rozwodzie. Miłość jest wszędzie i nigdzie. Dlatego to, co dzieje się przez myśli - miłość kocha. Jeśli ktoś wierzy, że umrze wraz z ciałem to miłość to kocha. Jeśli ktoś wierzy, że miłość jest daleko i przyjedzie kiedyś tam złotą karetą w splendorze spełnienia, to miłość to kocha. Miłość kocha kłamstwo. I tam, gdzie znajdzie troszkę dobrej woli może wejść i w mig znika ułuda, mara, zły sen. Znika przywiązanie do myśli, słów, terminów. Miłość prawdziwa jest.

Miłość jest sama, jedna, niepoliczalna. W niej tańczą we wspólnym kołysaniu relacji i odniesień tysiące istot. Ona obejmuje wszystkie matki, ciotki i dziatki. Wszystko jest w niej. Wszystkie więzi i pomosty od niej są. Ona tańczy cały świat w trójkącie przecudownym. Poza nią nie ma nic, choć umysł twierdzi, że można jej poszukiwać.

Można szukać miłości, dopóki się ją znajdzie - wtedy wiadomo, że nie można jej znaleźć. To, co nieukryte nie wymaga siły i starań. Miłość pochłania każdego, kto dla niej żyje i jego wysyłki nie płyną już z niego samego. Miłość żyje nim. Inaczej mówiąc: miłość żyje człowieka.


Tak wiele paradoksów w jednym miłosnym tekście, a wszystko po to, by umysł zatrzymał się i odkrył to, co jest. Miłość i jej przymioty, co transformują zwykły metal w szlachetne, prawdziwe złoto...

Niech Ci się przyjacielu miłuje dzień codzienny! 

czwartek, 16 maja 2019

Karaluch i Troll, czyli krótka baśń o tym, co najważniejsze

Rzecz działa się nie tak dawno temu, w nieodległej krainie. Być może nawet blisko twojego domu. Możliwe, że za ścianą twoich przyzwyczajeń albo pod notesem spraw do załatwienia... Niewykluczone, że takie historie obecne są w zacisznym kącie twojej sypialni albo w cieniu pobliskiego parku. Kto jest w stanie zostawić swoje problemy, by odkryć inne światy, które są w nas i wokół nas? Miałem przyjaciela, który opowiedział mi kiedyś pewną historię...

Troll. Wysoki. Olbrzym. Dla ludzi, którzy mieszkają w miastach, w dużych domach, którzy uczą się pilnie i chodzą do pracy – Troll wygląda naprawdę okropnie. Jest wielki. Ma obwisły brzuch, wielkie nogi i potężne łapy. Troll ma wielkie oczyska, bo trudno to nazwać oczami. Z daleka wydaje się być gburowaty i nieprzyjemny. Jednak gdy zbliżysz się do niego zobaczysz, że nosi w sobie wiele ciepła i spokoju. Ponadto w jego oczach często przeskakują małe iskierki, które zauważą każde piękno. Dla Trolla wszystko jest wspaniałe. Gdy siedzi w swojej niezbyt ładnie pachnącej norze, często głaszcze się po brzuchu z niemałą przyjemnością. Musisz wiedzieć, że ciała trolli wydają brzydki zapach. Tak przynajmniej twierdzą dzieci, które nigdy nie grały w piłkę bądź nie bawiły się w błocie. Troll uwielbia siebie i świat, w którym żyje. Przeważnie traktowany jest przez innych z dużym dystansem. Nieliczni znający naszego przyjaciela żyją z nim w głębokiej więzi. Większość jednak boi się go, nie lubi jego wyglądu i nie przepada za jego zapachem. Troll wydaje się być kochającym buntownikiem, który nie potrzebuje innych do szczęścia. Być może właśnie dlatego inni nie wiedzą jak się do niego odnosić. Drogi czytelniku, jeśli go spotkasz i zapomnisz o swoim lęku, zobaczysz absolutnie niezwykłe rzeczy. Troll bowiem zna wiele fantastycznych miejsc i jego głowa jest pełna świetnych pomysłów, które prowadzą do niewiarygodnych przygód.

Karaluch. Malutki. Krótkie nóżki i nieco dłuższe czułki. Jego małe i giętkie kończyny sprawiają, że biega niezwykle szybko. Niektórzy twierdzą, że czasem słychać ciche tupanie, gdy siedzą swoim mieszkaniu. Możliwe, że to właśnie on biega po budynkach w miejskich osiedlach. Dla wykształconych i czystych ludzi Karaluch jest naprawdę obrzydliwy. Większość ludzi, którzy zauważyli Karalucha, zaczyna krzyczeć i wołać o pomoc. On nie rozumie takiego zachowania. Jest bowiem zupełnie niegroźny. Nie ma jadu ani szczypiec. Musisz wiedzieć kochany czytelniku, że Karaluch uwielbia samego siebie. Jest cały czarny i ma piękne ciemne oczy. Gdybyś mógł zobaczyć z jaką radością się rusza, odkrywa nowe tereny i cieszy się tym, co jest... Byłbyś zachwycony! Karaluch biega po całym świecie, choć donikąd nie dąży. Cieszy się przygodą. Nie ma żadnego, jedynego marzenia. Ma wiele pomysłów i pragnień. Jeśli jeden zamiar mu nie wyjdzie, zabiera się za inny. Gdy tylko się budzi w swojej małej norce rozpoczyna radosną przygodę odkrywania świata. Biega jak oszalały. Podobnie jak w wypadku Trolla, ludzie nie kwapią się na spotkanie z tą małą istotą. Jednak jeśli potrafisz cieszyć się zabawą, przyjaciółmi czy przyrodą może któregoś dnia wyruszysz razem z nim w niezwykłą przygodę odkrywania świata. Kto wie... Karaluch jak mało kto potrafi słuchać i rozumieć. Często zadaje niezwykle trafne pytania. Mimo swojego ruchliwego trybu życia, gdy słucha ludzi, muzyki czy szumu morza cały zamienia się w słuch.

Był piękny wiosenny dzień, gdy Karaluch z właściwą sobie zwinnością przebiegał po parku z lekkością serca, nucąc pod nosem wesołe piosenki. Gdy biegł czuł przyjemny, ciepły opór powietrza. Pod swoimi nóżkami wyczuwał miękką trawę. Wewnątrz doświadczał, że wspaniale jest żyć. Przeżywał całą gamę pozytywnych uczuć, myśląc o swoim prostym życiu. 

- Życie ech... - pomyślał - Wspaniała darmowa przygoda... Ile tu zapachów, kolorów, dźwięków.

Nagle Karaluch musiał przerwać swój zachwyt, ponieważ grupka małych dzieci zaczęła wołać w jego kierunku:
- Mamo! Mamo! – dzieci krzyczały pokazując palcami na Karalucha. – Spójrz! Jakie piękne stworzonko!

Dzieci zaczęły biec w stronę naszego małego przyjaciela prawie z tak wielką radością, jak Karaluch biega po całym świecie. Gdy zbliżyły się do niego, zatrzymały się i w niewielkiej odległości podziwiały swoje nowe odkrycie.
- Ale piękny – powiedział jeden z chłopców.
- Aaaaaa… - zza pleców dzieci nagle rozległ się krzyk przestraszonej kobiety. – Dzieci! Uciekajmy. Zostawcie tego karalucha. Chodźcie tu.

Dzieci poczuły lęk. Ich pierwotny zachwyt szybko zamienił się w strach. Mama dała jasno do zrozumienia – źródło zachwytu dzieci jest brzydkie i trzeba się trzymać od niego z daleka. Karaluch nie zdziwił się zbytnio całym zdarzeniem. Nieraz już był w podobnej sytuacji i wiedział, że nie wszystkie istoty znają smak Życia. Gdy patrzył na oddalające się dzieci z ich przerażoną mamą, przemknęła mu po głowie przedziwna myśl: 
- Są istoty, które nie znają smaku Życia i nie wiedzą, co znaczy prawdziwa wolność...

Po chwili usłyszał za sobą głośny szloch. Odwrócił się za siebie, przewrócił kilkakrotnie nóżkami i już widział pod drzewem potężnego Trolla zalanego łzami. Karaluch podbiegł szybciutko. Okrążył trzykrotnie drzewo przy którym siedział wielki Troll. Olbrzym płakał i szlochał. Ilość wody wylewająca się z jego ciała mogłaby zalać Karalucha. Na szczęście dzięki swojej zwinności odskakiwał on od słonych, wielkich łez spadających na ziemię. Z perspektywy Karalucha wyglądało to niczym wielki wodospad.
Po chwili Karaluch zagaił do Trolla:
- Ej duży! Strasznie dużo wody leci z Ciebie.
- Co? Co? Kto to mówi? Skąd? Gdzie? – Troll rozglądał się dookoła, szukając źródła dźwięku. – Kto to mówi?
- Tu. Na dole. Tu jestem. – wołał Karaluch. – Co cię tak strasznie smuci, wielki przyjacielu?
- Płaczę, bo mam gorszy dzień… - powiedział spokojniej olbrzym. – Zaraz mi przejdzie.
Troll zaczął wycierać swoją twarz z łez i przecierał oczy.
- Jesteś bardzo miły, mój mały przyjacielu. – spokojnym, głębokim głosem stwierdził Troll, pochylając się w stronę Karalucha – czy masz chwilę, żeby spędzić ze mną czas?
- Pewnie. – odpowiedział Karaluch.

Karaluch i Troll ruszyli razem na spacer po wielkim parku. Olbrzym bardzo szybko zapomniał o swoich smutkach. Wspinał się po drzewach, zrywał liście. Robił z wisy na wielkich gałęziach. Czasem drzewo załamywało się pod ciężarem olbrzyma, przez co spadał z hukiem na ziemię. Karaluch zanosił się wtedy cichym śmiechem, widząc swojego nowego znajomego leżącego na trawie. Potem śmiali się razem w niebogłosy. Karaluch biegał tu i ówdzie. Już to wdrapywał się na płot, już to obiegał dookoła drzewa. Wszystko działo się w prostej, niewymuszonej radości. Ludzie przechodzący po parku nie zauważali tej dziwnej zabawy. 

- Trollu! Czy to nie dziwne? – zatrzymał się na chwilę Karaluch, stojąc na niskiej jabłonce. – Oni nas kompletnie nie widzą.
- Oni nic nie widzą. Spójrz tylko na ich oczy, na ich ciała… 
Wpatrywali się w ludzi biegnących w pośpiechu i w dużym napięciu. Przechodnie wyglądali jakby mieli do wykonania miliony zadań. Inni byli smutni i przybici. Jeszcze inni nerwowi i wyraźnie niezadowoleni z życia.
- Czy to możliwe? Świat jest taki piękny. A oni go nie widzą. Przez to nie widzą i nas. – mówił z zadumą Troll.
- Może kiedyś, przyjdzie dzień, że zauważą zielone liście, ciepłe słońce, słony deszcz, miękką trawę czy twarze innych… - dodał Karaluch, wystawiając swoje czułki na ciepłe promienie słońca.

Przez chwilę patrzyli jeszcze zdumieni i zadziwieni zabieganymi ludźmi. Troll z Karaluchem wiedzieli, że stali się przyjaciółmi, którzy dzielą wspólną radość Życia. Jednocześnie w Trollu i w Karaluchu pojawiła się przedziwna więź. "Oddałbym swoje życie za mojego przyjaciela". Myśl ta płynęła między nimi wśród traw, drzew, obłoków...

Następnie zaczęli ponownie biegać to tu, to tam roznosząc po całym świecie prostą radość Istnienia. Żyli tym, co najważniejsze, jednak nie potrafili nazwać, co to jest. Nie umieli wyjaśnić skąd pochodzi i dokąd zmierza cała prosta radość i miłość, która promieniowała wokół nich. 

Jedyną drogą poznania owego-najważniejszego było stać się tym.