piątek, 21 grudnia 2018

Zachodni zanik religii, cudowna nieświadomość i... żywe doświadczenie


Niełatwe tematy są jak ekstremalne wyprawy. Przygotowanie do wyprawy trwa jakiś czas. Trzeba być w formie i mieć czas, by zająć się czymś niełatwym, co wymaga wspinania się czy zmagania z trudem. Od jakiegoś czasu chodzi za mną temat chrześcijaństwa i jego kryzysu w kryzysu w kulturze. Zapewne dotyka mnie on mocno ze względu na osobiste doświadczenia, ale również przez obserwację świata, w którym dane mi żyć. Od kilku dni widzę, że tekst już dojrzewa we mnie, więc pora wyrazić go w literach i zdaniach.

Truizmem jest stwierdzenie, że współczesne chrześcijaństwo przeżywa kryzys. Sekularyzacja, niechęć do religii, wzmocnienie autonomii i wolności jednostki sprawiają, że kościoły w Europie przeżywają kryzys. Trudności przeżywa Kościół w Polsce. W tym tekście chcę zająć się analizą tego, dlaczego współczesny dyskurs katolicki nie jest atrakcyjny. Spróbuję odpowiedzieć na pytanie: dlaczego katolicka żywotność symboli, rytuałów i znaczeń słabnie w kulturze. Spróbuję pokazać, co najpiękniejszego w chrześcijaństwie zostaje zapomniane.

Ostatnio poczytuję "W poszukiwaniu Graala" Richarda Rohra, katolickiego zakonnika, który z niebywałą przenikliwością analizuje współczesną kulturę, kryzys kościoła i proponuje ponowne odczytanie dawnego mitu o poszukiwaniu Graala (godne polecenia!). Rohr z niebywałą ostrością pisze o kulturze Zachodu, iż utraciła kontakt z duszą, a wraz z nią utraciła więź z naturą, z mitem i ze znaczeniem religijnym, która jest sercem religii. Franciszkanin wskazując na kryzys instytucji kościoła katolickiego mówi o implozji metafory na rzecz rozumu, twierdzeń logicznych i poprawności etnocentrycznej. Wszystko to jest otoczone iluzją kontroli i panowania. Mamy prawdę, a wraz z nią monopol na jej przekazywanie. W dawnych kulturach wiedzieliśmy: to mity, baśnie, sensy żyją nas samych. To nie ludzka społeczność miała mity, to mity "posiadały" społeczności. Ludzie rodzili się w jakimś micie i go asymilowali czy dialogowali z nim/w nim. W pewnej mierze to mit był pierwszy od człowieka, tak jak nieświadomość (czymkolwiek jest) wyprzedza ludzką świadomość. Dziś wszystkie mitologiczne opowieści traktujemy trochę jak fantastyczne bajki dla dzieci, które w najlepszym wypadku należy znać, by okazać się człowiekiem wykształconym w odpowiednim gronie czy po to, by opowiadać dzieciom.

Innym problemem jest zastyganie metafor. Chrześcijaństwo wraz swoim rozwojem coraz bardziej kostniało i mroziło w puste schematy żywe doświadczenie, a z nim metafory. Dlatego też od czasu do czasu w łonie religii zinstytucjonalizowanych, na ich obrzeżach czy w podziemiach powstawały żywotne ruchy pobudzające stygnące struktury (np. wspólnoty gnostyckie, Luter i protestantyzm czy katarzy w chrześcijaństwie). Przykładem może być uczta eucharystyczna, za którą kryje się bogactwo symboli, a wraz z nią siła nieświadomości, która swoją mądrością wzbudzała przez wieki zachwyt, uwielbienie i generowała cykle przemian w człowieku. Jak stwiedza R. Rohr: "rozcieńczyliśmy całą ideę i stworzyliśmy antyseptyczą karykaturę oryginału, którą umieściliśmy na ozdobionych białymi koronkami ołtarzach". Msza w wydaniu dzisiejszym jest raczej świątynnym rytuałem i odprawieniem pewnego religijnego obowiązku. Bogactwo symboli, w których niegdyś ludzie mogli się kąpać jak w morzu, dziś zastąpione jest tanim moralizatorstwem, nakazywaniem czegoś, wzbudzaniem sentymentalnych uczuć czy przepisywaniem recept na wszelkie bolączki i cierpienia (marketing religijny). Symbol picia czyjejś krwi, który oznacza przyjmowania mocy od kogoś czy czegoś zastąpiono racjonalną poprawnością i zamknięciem na pierwotne, spontaniczne doświadczenie.

Wiem o czym piszę. Próbowałem przez dwa lata po doświadczeniu wewnętrznej przemiany odnaleźć się w religijnym, świątynnym dyskursie. Bezskutecznie. Symbole, mity i siła życia widziane były w literaturze, w przyrodzie, w improwizacji ruchowej, w sztuce... A jednak w kościele rzadko zdawało się, bym brał udział w czymś numiotycznym, przemieniającym, dającym poczucie głębokiego sensu. Dlaczego? Zdaje mi się, że w samej wspólnocie zauważyłem przedziwną implozję życia symbolicznego i tłumienie nieświadomości, mówiąc językiem psychologii. Do tego kapłan z zapleczem teologicznym, który określa, wie i orzeka, co można przeżywać, czego zaś nie. Kontrola nigdy nie może przemienić niczego.  Rohr tak mówi o zastyganiu metafor:

Religijna idolatria chroni metafory z takim zaangażowaniem, jakby to one były produktem końcowym. Paliliśmy ludzi na stosach, ponieważ nie akceptowali właściwej metafory. Wykluczamy innym ze współuczestnictwa w uczcie, na którą zaprosił wszystkich Jezus, tylko dlatego, że nie mówią tak jak my. Kiedy religia myli metaforę z rzeczywistością, zaczyna zmieniać się w coś mechanicznego. Tajemniczy i osobisty Bóg przekształca się w automat do sprzedaży przekąsek, a naszym zadaniem jest wciskanie właściwych guzików.

Rohr operuje w swoim dyskursie wokół trzech aspektów rzeczywistości: ciało, dusza, duch. Jest to biblijna antropologia, która nie dzieli człowieka na części, lecz widzi go w różnych aspektach. Ciało jest aspektem materialnym, naszą codzienną najprostszą percepcją. To świat przedmiotów, zadań do wykonania i logiki z prozą codzienności. Można powiedzieć w języku psychologii procesu, że jest to uzgodniona rzeczywistość. Wszyscy ludzie godzą się na to, ze mają dwie nogi, że dobrze jest zjeść obiad i że dwa plus dwa to cztery.
Następnie Rohr za Biblią mówi o aspekcie duszy. Jest ona związana z przyrodą, z mitami, z baśniami, z metaforami. Jest bliska kobiecemu aspektowi życia. Zakonnik posługuje się tu terminologią C. G. Junga (pierwszy raz widzę, żeby katolik tak bardzo zrozumiał myśl głębokiej psychologii). Dusza to również świat snów, wizji i znaczeń, które nadają smak i sens życiu człowieka. Dusza to ścieżka inicjacji w życie młodzieńcze, w kobiecość czy w męskość, w dorosłość, w starość itd. Dusza to jakby części nas samych i naszych wspólnot, które nie są oczywistością na pierwszy rzut oka. Wymagają spotkania, dialogu, relacji i uważności w pracy wewnętrznej.
Zaś duch rozumiany jest jako rzeczywistość niezwiązana z obrazami, z dzianiem się,. Duch to esencja istnienia, jedność absolutna, święte świętych. To czysta transcendencja.

Rohr stwierdza, iż współczesna religia próbuje panować nad duszą. Jednak nie jest to możliwe. Człowiek ze swoją ego-świadomością nie jest w stanie zapanować nad potężnymi siłami duszy (siłami nieświadomości; głębokie treści wypływające z głębi zbiorowej psyche, w której każdy człowiek uczestniczy). Znaczy to, że dawnej religie  dawały człowiekowi przestrzeń na poddawanie się tym siłom i ich integrację z codzienną rzeczywistością (ciało). Dziś religia boi się duszy, a wraz z nią natury, kobiecości, seksualności, baśni itd. Z perspektywy czasu widzę, że jako młody zakonnik pływałem w tym, co nazywamy duszą. Medytowałem, śniłem, szedłem za poruszeniami... Miałem na to przestrzeń w zaciszu klasztoru. Przepiękny i przemożny jest świat symboli. Jednak wraz z pogłębieniem studiów teologicznych zauważyłem, że zmienia się mój status. Miałem się przygotowywać do stania się kapłanem, czyli kimś kto kontroluje ludzkie doświadczenia i określa, co można, a czego nie. Pamiętam wielką liturgię z kardynałem w jednej ze świątyń. Pompatyczne pieśni, wzniosłe słowa, dym z kadzidła, a ja więcej sensu i miłości znajduję w mrocznym lesie, w spotkaniu z obolałym bliźnim czy w męskiej rozmowie z braćmi niż w całym tym liturgicznym spektaklu.

Inna sprawa! Wraz z zanikiem duszy i jej ruchów, znika również postać ojców, do których można by pójść z własnym doświadczeniem. Współcześni religijni ojcowie są strażnikami moralności i obrońcami swojej rdzennej, plemiennej religii. Oddajmy na chwilę głos amerykańskiemu zakonnikowi:

Spotkałem w życiu kilku cudownych osób, które pełniły wobec mnie rolę ojca. Jedną z nich był kardynał Joseph Bernardin z Chicago. Kiedy był arcybiskupem wzywał mnie do siebie i pokazywał stertę skarg, jakie dostawał na mnie. Spodziewałem się najgorszego. On jednak powtarzał: "Poprosiłem mojego teologa, żeby na to wszystko spojrzał i... ufamy ci". Miałem wtedy dwadzieścia osiem lat i aspirowałem na wojownika i maga. Ale on dał mi przestrzeń. Rozpiął pode mną sieć i mówił: "Ty i ja trzymamy się razem".

Ojciec, strażnik czy mędrzec pełni w religiach tę niebywałą rolę, iż wprowadza młodych poszukiwaczy duchowych w doświadczenie. Uczy jak się w nim poruszać, oferuje obecność i wsparcie. Jednak nie nakazuje i nie moderuje tego, jak należy doświadczać. Wie, że każdy adept ma własną ścieżkę. Tymczasem współczesna religia oferuje inicjację w moralność, w poprawność, w wierność swojej tradycji, w bycie posłusznym i w bycie porządnym. Przystrzyżenie pazurów nie przemieni żadnego tygrysa. Stanie się on bezpieczny, ale bez żadnej mocy, która zdolna byłaby zmieniać świat, a nie tylko go konserwować. A młodzi ludzie potrzebni są światu jako moc do przemieniania świata, nie zaś jako grzeczne dzieci. Ktoś, kto w młodości nie miał przestrzeni, by poczuć własną moc, na starość w zgorzknieniu będzie nadal krzyczał o tym jak niegrzeczni są młodzi ludzie (projekcja) i jak świat stacza się w apokaliptyczne dno.

Na jednym ze spotkań w nurcie psychologii procesu poddałem się pewnemu doświadczeniu. Oto zacząłem poruszać się jak mag miotający ognistymi kulami, które rzucane w konkretnym kierunku przemieniały świat. Nie ja byłem twórcą tych kul i tego ognia. Poddałem się przemożnemu doświadczeniu, które nadało blask mojemu młodzieńczemu pragnieniu, by świat się przemieniał, wzrastał i ewoluował. Smutne jest to, że religia katolicka - ta potężna i cudowna siła - nie ma dziś w sobie ani przestrzeni ani chęci podążania za procesami świata. Pełni raczej rolę zachowania tożsamości narodowej i wsparcie w codziennych trudach jak pocieszna, słaba matka. W najlepszym wypadku pocieszy i przytuli. Czy chodzi o to, żeby kogoś winić za taki stan rzeczy? Nie. Chodzi o świadomość tego, co się dzieje w kulturze. Zdaje się, że kostnienie religijne to również normalny i naturalny proces w kulturze. Kilka tygodni temu na jednym z wykładów o C.G. Jungu rozmawialiśmy o zbiorowej nieświadomości i jej tendencji do tematyzacji i dogmatyzacji doświadczenia religijnego. Jest to naturalny proces. Zdaje się jednak, że religie mogą obumierać, gdy czynnik kostnienia jest zbyt mocny, a zanik autentycznego doświadczenia staje się intensywny. 

Być może wspomniany już badacz psychologii i symboli C. G. Jung wie, o co chodzi z kryzysem duchowym:

Chodzenie do kościoła z wolna stawało się dla mnie męczarnią, ponieważ głośno - chciałby się niemal powiedzieć: bezwstydnie - prawiono tam o Bogu, o tym, co zamierza, o tym, co robi. Napominano tam ludzi, by wzbudzili w sobie takie uczucia, by wierzyli w taką tajemnicę, o której wiedziałem, że jest jak najbardziej wewnętrzną, najintymniejszą pewnością, i że żadne słowo nie może wyrazić i zdradzić. Mogłem stąd wysnuć jedynie wniosek, że widocznie nikt nie zna tej tajemnicy, nikt, nawet sam pastor. W przeciwnym razie nigdy by się nie odważył publicznie rozprawiać o tym, co boskie, profanując niewysłowione uczucia niesmacznymi sentymentalizmami. (C. G. Jung , "Wspomnienia, myśli, sny" )

Napisał to człowiek na wskroś religijny, który nie odnalazł w zorganizowanej religii przestrzeni na żywe, głębokie doświadczenie, które łączyłoby go nie tylko z własnym narodem czy kościołem, ale z całą ludzkością i zbiorową nieświadomością. A tak C.G. Jung pisał o swoim młodzieńczym doświadczeniu "wyjścia poza tradycję":

"Zebrałem w sobie całą odwagę, jakbym miał co najmniej wskoczyć w ogień piekielny, i pozwoliłem popłynąć myślom: przed moimi oczyma stanęła piękna katedra, nad nią błękitne niebo, a wysoko nad światem, na wyniosłym złotym tronie siedzący Bóg - nagle spod tego tronu na nowy, barwny dach kościoła spada monstrualnych rozmiarów ekskrement, rozbijając ściany świątyni.

A więc to było to. Poczułem niewiarygodną ulgę i nieopisane wyzwolenie. Zamiast oczekiwanego potępienia spłynęła na mnie łaska, a z nią niewypowiedziana błogość, jakiej nigdy jeszcze nie zaznałem. Płakałem ze szczęścia i wdzięczności, że po tym, gdy zostałem poddany nieubłaganej surowości Boga, objawiła mi się Jego mądrość i dobroć. Miałem wrażenie, że przeżywam chwilę oświecenia. Wiele z tego, czego przedtem nie mogłem zrozumieć, stało się dla mnie jasne. Doświadczyłem tego, czego nie pojął mój ojciec, a czemu choćby w najlepszej wierze i z najgłębszego przekonania się opierał - doświadczyłem woli Bożej. Ponieważ ojciec utkwił w uporze, dlatego też nigdy nie przeżył cudu łaski, która wszystko koi i wszystko czyni zrozumiałym. Ojciec obrał sobie za drogowskaz przykazania Biblii, wierzył w Boga, jak tego Biblia wymaga i jak nauczyli go ojcowie. Nie znał jednak Boga żywego i bezpośrednio takiego, który - wszechmocny i wolny - jest ponad Biblią i ponad Kościołem, który może wezwać człowieka do wolności, zmusić, by człowiek wyrzekł się własnych przekonań i poglądów, a tym samym by mógł, nie stawiając żadnych warunków, spełnić Jego żądanie. Bóg w tym Swoim wystawianiu na próbę ludzkiej odwagi nie ulega żadnym tradycjom, choćby najświętszym." (Wspomnienia, myśli, sny)


Ten krótki tekst nie wyjaśnia wszystkiego. Jednak pozwala rozpocząć w sobie i wśród innych dialog doświadczeń, które integrując się wzajemnie, przyniosą jeszcze więcej sensu i zrozumienia.

niedziela, 16 grudnia 2018

Peryferie, ewolucja i przebóstwionie człowieczeństwo!

Od czasów młodości ciągnęło mnie w kierunku ludzkich peryferiów. Patrzyłem na ludzką biedę, na choroby, na ułomności... Patrzyłem na to, co marginalne i czułem przedziwne przyciąganie. Czułem ciekawość i pragnienie by poznać odrzucone rejony ludzkiej psyche i jej przejawów w świecie materii.

Któregoś dnia, gdy miałem naście lat, w pieszej, samotnej wędrówce w pewnej małej wiosce spotkałem pewnego pana, który siedział na ławeczce pod sklepem i prosił o parę groszy na wino. Miał w sobie coś takiego, co mnie przyciągało. Potem z przyjaciółmi często odgrywaliśmy pijanych mężczyzn, mając przy tym ubaw po pachy. Zdaje mi się, że w owej zabawie nie chodziło tylko i wyłącznie o śmiech. Coś w tym było...

Innego dnia pracowałem w szpitalu jako wolontariusz. Kręciłem się przy łóżku pewnego pacjenta, gdy ten poprosił mnie bym poprawił mu nogę. Wsadziłem ręce pod kołdrę, by pomóc częściowo sparaliżowanemu mężczyźnie. Poczułem, że jest tam tylko jedna noga. Był to pierwszy dzień pracy w szpitalu. Przeżyłem szok. Pacjentów po przeróżnych urazach, udarach, chorobach były dziesiątki. Jeszcze większym szokiem było spotkać tak wielu ludzi, którzy opiekują się tymi peryferyjnymi trudami ludzkiego życia.

W innym czasie pracowałem na sortowni poczty w jednym z miast holenderskich. Praca była ciężka. Wokół młodsi i starsi mężczyźni wrzucali ciężkie paczki na taśmy produkcyjne. Pot, ciężka praca i siarczyste wulgaryzmy. I ten świat daje mi do myślenia i pociąga, by starać się rozumieć człowieka i jego konteksty.

Jest piątek. Jadę do pracy do jednej ze szkół, by poprowadzić warsztaty z grupą uczniów. Przejeżdżam autobusem przez pewną dzielnicę, która wyraźne różni się od innych w mieście. Zaniedbane podwórka, brud, nieład i widoczna wokół bieda. Takie dzielnice słyną z większej przestępczości niż w innych miejscach. Często są one pełne dysfunkcyjnych rodzin, uzależnień i agresji. Coś mnie tu przyciąga. Coś we mnie marzy by zwyczajnie zamieszkać wśród tych ludzi.


Peryferie. Miejsca i czasy, w człowieku i w społeczeństwach, w których brak wysokiej kultury, ochoty do twórczości, subtelnego świata wartości czy piękna odczuć. Przestrzenie, gdzie ubóstwo nie dotyczy jedynie portfela. Na peryferiach obce są głębokie więzy i siła uczuć. Króluje jedynie prawo zachowania życia i gatunku. Dlatego też walka i przetrwanie są najwyższą wartością. W tym miejscu piszę o peryferiach, w których brakuje ludzkiego współczucia i mocy miłości. Czy jest coś w tym złego, że tak się dzieje? Nie sądzę. Po prostu człowiek jest w jakiejś mierze częścią natury i świata zwierzęcego, a brak wzorców i przestrzeni do rozwoju sprawia niemożność wyrwania się z egotycznego kontekstu egzystencji.

Jestem gorącym zwolennikiem ewolucyjnego myślenia i patrzenia na to, co dzieje się wokół właśnie w kluczu mądrych procesów ewolucyjnych. Świat, który zastałem jawi mi się jako wielka przestrzeń, w której toczą się tysiące zespolonych ze sobą procesów. Wszystkie tworzą jeden ogromny ewolucyjny proces. I choć słowo "ewolucja" kojarzy się raczej z biologią, to używam go w sensie szerszym. Świat wraz z człowiekiem ewoluuje. To nie tylko ewolucja biologiczna, psychiczna czy kulturowa. Ewolucja ma swój wymiar duchowy. Bóg przypomina sobie samego siebie. We wszystkim, co się przejawia. Współczesność nie przepada za tego typu myśleniem. Upadek wielkich narracji filozoficznych i religijnych spowodował, że wielu ludzi Zachodu alergicznie reaguje na stwierdzenia o jedności świata, o wielkim procesie czy o metafizycznym sensie życia. Mimo to wizja de Chardain (jezuity i paleontologa) wydaje mi się jedną z narracji, opisów, map, które bliskie są prawdziwości. Teoria ewolucyjna łączy zmysł religijny z naukowym badaniem świata, integruje duchowy zachwyt z naukową ścisłością, a także sensownie opisuje świat. Jak ewolucyjny ruch tego, co jest ma się z peryferyjną ciągotą w peryferia ludzkiej biedy?

Zdaje mi się, że Plotyn mógł mieć rację, gdy mówił o ludziach: "jeszcze nie bogowie, już nie zwierzęta". Ewolucja biologiczna wskazuje na przemiany w poszczególnych gatunkach w kontekście tego, co widać pod przysłowiową lupą czy mikroskopem. Ewolucja rozumiana szerzej byłaby drogą w kierunku tego, co boskie. Człowiek wedle wielu tradycji duchowych stoi na rozdrożu. Jedną nogą w całej pełni jest zwierzęciem z całym zestawem potrzeb i walki o przetrwanie, drugą zaś również w całej pełni interesuje się tym, co transcendentne, wzniosłe, tym co ponad nim samym. Homo spiritus to człowiek przyszłości, który głęboko akceptując swoją zwierzęcą część, będzie wychylał swoją naturę do własnego Źródła. Przez naukę, humanistykę, psychologię, wrażliwość społeczną, opiekę nad najsłabszymi człowiek zmierza ku byciu boskim. Boskość ta to nie jest jakimś ideałem etycznym czy religijnym. Jest to raczej odnalezienie domu, znalezienie Jaźni swojego Istnienia, która zawsze była na wyciągnięcie ręki. To najgłębsze bycie sobą - wolne od egotyzmu i zwierzęcych instynktownych przymusów.

Peryferia w tym kontekście to dla mnie droga do samego centrum Jaźni, do Domu Istnienia, do Ukochania Boga. Wtedy gdy uśmiecham się do depresyjnych myśli, przytulam płaczące dziecko, przybijam piątkę z rozrabiaką z podstawówki czy słucham z uwagą młodego człowieka, który walczy o przetrwanie w niełatwym środowisku - idę wraz z przemianą świata wzwyż. Owo wzwyż oznacza "budowanie królestwa niebieskiego", które nie jest zaświatowym miejscem, a codziennością przepełnioną przestrzenią wolności. Patrząc w niebo, widzę bezkres. Bezkres kojarzy się z wolnością. Bezkresne serce przyjmuje i kocha to, co się zjawia. Peryferia są zaś w pewnej mierze w samym sercu Bezkresu, Boga, ewolucyjnej przemiany. Pięknie wskazuje na to papież Franciszek, wskazując na ubóstwo jako na skarb, o który należy się zatroszczyć, zaś Kościół Katolicki miał w zwyczaju mówić, że ubodzy i biedni są bogactwem Kościoła.

Na ścianie w moim pokoju wisi pewne zdjęcie. Na nim dwie dziewczyny i garstka indyjskich dzieci. Zdjęcie symbol. Budzi we mnie prostą chęć, by być tam gdzie jest człowiek z jego milionem wymiarów. Peryferia nie istnieją gdzieś daleko - w Indiach czy w Afryce. One są we mnie, w moim domu, w pracy, na ulicy. Jednak wrażenie odległych krain, takich jak Indie, wzmacnia psychologiczne pragnienie, by wybrać się w podróż do wnętrza siebie i wnętrza świata, by przyjąć, przytulić i wzmocnić wszystkie te części, które zostały zepchnięte, odcięte, odrzucone. Ostatecznie zaś by stać się tym, czy jestem w swoim rdzeniu: Miłością, przekraczającą nawet same peryferia.

sobota, 1 grudnia 2018

Pogaduchy z Wojtasem, duchowość i... Źródło Istnienia!

Są ludzie z którymi można rozmawiać godzinami. Czytałem kiedyś opowieść o tym jak Freud z Jungiem rozmawiali ze sobą ponad dziesięć godzin. Nie dziwi mnie to. Znam osoby, z którymi mogę rozmawiać po kilka godzin. Rozmowę przerywają potrzeby życia codziennego: fizjologia (tzw. siku), głód, obowiązki domowe czy sprawy do załatwienia. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, którzy cenią świat wewnętrznych sensów, odczuć, metafor. Filozoficzne stawianie hipotez na temat życia, człowieka i świata, przedstawianie poglądów i wychylanie całej swej istoty w kierunku Prawdy jest dla mnie pyszną duchową ucztą. Od lat!

Sobotnia rozmowa z Wojtasem. Gadamy trzy godziny przez neta, aż do momentu, gdy trzeba coś zjeść i iść do łazienki. Duchowość, religia, kultura... Opowiadamy o własnych doświadczeniach. Próbujemy nazwać to, czego doświadczamy. Dzielimy się autorami i tekstami, które miały na nas wpływ. Opowiadamy, przywołujemy baśnie i mity, stawiamy logiczne hipotezy. Wszystko to dla wspólnej uciechy dzielenia się i poznawania. Dialog prowadzi nas poza nas samych. Paradoksalnie! W samo sedno. Do Źródła. Pod koniec Wojtek podsumowuje nasze rozkminy na temat duchowości:

"Duchowość jest dla odważnych... albo się rzucisz... w samo Źródło, w Ostateczną Rzeczywistość, w Boga... albo zabraknie ci odwagi i zostaniesz w tym, co znasz."

Duchowość prowadzi w samo sedno Życia. Kto doświadczył mocy Nienazywalnego ten wie, dlaczego różne tradycje nazywają ją ogniem. Duchowość jest procesem niebezpiecznym dla potocznego życia człowieka. Możesz zostać przemieniony w całości. Przestaniesz być, tym kim myślisz, że jesteś, a staniesz się sobą. Jak Szaweł idący do Damaszku doświadczył nagłego zwrotu. Światło zrzuciło Szawła z dotychczasowych poglądów i przekonań.

Religia wydarza się raczej jako mniej lub bardziej ścisły system wierzeń. Każde ludzie ego ma  przekonania, poglądy, sądy. Religia tworzy sensy i znaczenia dla self człowieka. Samo w sobie jest to naturalnym procesem. Religijność jest w porządku. Daje znaczenie, bezpieczeństwo, schronienie. Pozwala rozumieć otaczający świat. Gdy człowiek spotyka się z ogromem Wszechświata, z Tajemnicą Życia - religia daje mu oparcie, bezpieczną przystań, by pomieścić w głowie to, co spotyka, czego doświadcza. Religia to taka opowieść o Nieskończoności w skończony sposób. Jakby chcieć opowiedzieć widok górskich szczytów, samymi kropkami. Religijny dyskurs jest w pewnym sensie konieczny. I choć mistyk uśmiecha się z rozbawieniem i z pokorą do ludzkiej, narkotycznej skłonności do nazywania, a co za tym idzie do próby panowania i kontroli, to religijne budowanie świątyń zrozumienia własnego istnienia jest zwykłą częścią człowieczego losu. Opowieści o znaczeniu świata i człowieka są różne. Tak samo różne są religie. W zależności od kultury, czasów, osobistego uwarunkowania jednostki itd.
Niektórzy po pewnym czasie zakotwiczenia w religii odczuwają, zauważają i doświadczają ciasności religijnych dogmatów i osądów. Nie musi to oczywiście oznaczać odejścia od danej grupy religijnej, ale czasem zdarza się i tak. Inni w samej religii odnajdują kontemplacyjne ścieżki przemiany i idą w sam Ogień Istnienia. Gdy człowiek odkrywa, że myśl jest wąska, uwarunkowana i nie wyraża Całości i Wszystkości tego, co Jest, może doświadczyć niezwykłego przebudzenia. Oświecenie tego typu jest odświeżające i piękne, a jednocześnie przerażające dla ego. Człowiek staje się prawdziwie samotny. Już nie podpiera się o innych, nie szuka swej wartości w ludziach, nie podążą za modą. Wraz z tym pojawia się współczucie i bliskość z innymi. Nie jest to bliskość z myślami czy wiedzą innych. To raczej odkrycie, że Wszystkość mieszka w każdym. Wraz z owym ocknięciem "zjawia się" duchowość jako serce prawdziwej i głębokiej religijności. Chrześcijańska metanoia czy buddyjskie satori to doświadczenie odkrywające najbardziej realny poziom życia. Poziom ten jest esencją, sednem i sercem Życia. Po takim doświadczeniu kocha się wszystkich jak swoich. Etykiety społeczne, polityczne, religijne blakną, bowiem w każdej osobie spotyka się Oblicze Jedynego.

Istnieją różne opowieści, różne religie, różne języki. Jednak duchowość istnieje jako jedna rzeczywistość. Religie mogą kłócić się która jest ważniejsza. Religia może ruszać na krucjaty czy pisać traktaty dlaczego jej opowieść jest bardziej prawdziwa od innych opowieści. Ludzie religijni bez doświadczenia Ducha kochają swoich ziomków, innych najwyżej szanują. Duchowość nie ma granic, nie zna więc również konfliktów i walki. W duchowości wszyscy stają się braćmi. Jezus i Budda siedzący przy jednym stole, w jednym Istnieniu.

Wielu ludzi, którzy zaufali Sile większej niż oni sami lub doświadczyli czegoś niebywale trudnego (śmierć bliskich, kataklizm, choroba) odkryli Prawdę. Dróg do Jedynego istnieje wiele. Cierpienie, intelektualne poszukiwanie, wdzięczność i zachwyt nad tym, co jest, kochanie kogoś/czegoś głęboko czy bezinteresowna służba innym to proste drogi, aby poznać to o czym próbuję się tu opowiedzieć. Wpis na tym blogu jest jak religijny dyskurs czy opowieść. Nie o niego w nim chodzi. On zaprasza do drogi, do wydarzenia się tego, co nigdy się nie dzieje, co nie jest dotknięte przez czas i dzianie się, do tego, co przekracza wszelkie antynomie i konflikty.


"Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli" (Łk 10, 23-24)



I na koniec coś, co o poranku napisałem z serca:


Gdy się zatrzymam...
w punkcie
w bezruchu

bycie rozpuszcza wszystko

przestrzeń
oto ona
ukochana
umiłowana

A jednak
w byciu czy w nie-byciu
też mnie nie ma

przekraczam wszystkie pozorne przeciwieństwa

milknie słowo
znika świat

słowo ciałem się stało

ciało znika
słowo znika
świat znika

co zostaje?

czwartek, 29 listopada 2018

Love is the absence of all expectation!

Usiadłem w fotelu. Wróciłem wieczorem po dniu pełnym pracy, wrażeń, wyzwań. Usiadłem i chciałem jeszcze pomyśleć o tym, co muszę zrobić, nim przyłożę głowę do poduszki. I nagle zatrzymałem się. Cisza. Siedząc usłyszałem obezwładniającą ciszę. Myśli zwolniły. Zauważyłem przerwę w moich myślach. Zrobiło się tak spokojnie, relaksująco i cicho. Jednocześnie wzrósł poziom świadomości i poczucie żywości otoczenia i tego ciała. Złapałem za telefon. Przejrzałem instagrama. I oto moim oczom ukazała się taka grafika:
Grafika pochodziła z profilu Byron Katie, którą obserwuję od jakiegoś czasu. Jej metoda pracy z myślami jakiś czas temu pozwoliła mi uporać się z fałszem niektórych depresyjnych myśli. Przeczytałem ten cytat i coś we mnie się obudziło. To ta część! Prosta radość! Znam ją. Budzi się czasem, potem zapominam o niej. Rzucam się w świat i w wydarzeniach/w rzeczach/w ludziach szukam, czegoś co da mi miłość, spokój, spełnienie. A tu... Nagle to.
Miłość jest brakiem oczekiwania. Zdanie trafia w sam środek mnie. Wszystko staje się jasne. To nie jest żadne mistyczne olśnienie, to nie jest żadne niebiańskie objawienie. Zwykłe "aha". Jakbym od dawna to wiedział, tylko przez coś zapomniałem i żyłem przekonaniem, że miłość nadejdzie. Miłość nie nadchodzi, nie staje się. Miłość nie jest osiągnięciem. Miłość nie zna się na standardach, ocenach, oczekiwaniach. W niej (w miłości) znikają oczekiwania. Po prostu nagle okazuje się, że zawsze tu była, tylko coś w naszej głowie wierzyło, że trzeba ją szukać.
Człowiek uwikłany i utożsamiający się z własnymi myślami nie widzi tego, co oczywiste. Zdaje się mu, że miłość przyjeżdża jako rycerz na białym rumaku albo zjawia się jako piękna niewiasta. Myśli, że zstępuje z nieba albo pojawia się we wzniosłych odczuciach i zachwytach. Iluzją jest, że miłość przemija i odchodzi. Iluzją jest, że miłość związana jest z ciałem. Wtedy śmierć oznaczałaby absolutny koniec miłości. Ciało ma swój koniec, więc miłość się kończy, gdy znikają uczucia i wrażenia.
To wszystko to jedynie przekonania, oczekiwania, pomysły. Miłość nie zna się na tym. Umysł z jego projekcjami, tożsamościami, nieustającymi problemami nie potrafi (nic) zrozumieć. Nie jest w stanie. Umysł bowiem jest "niższy" od blasku miłości. Umysł jest sługą miłość. Gdy chcę uczynić z myśli coś wielkiego (zwłaszcza z "moich" myśli) zaczyna się cierpienie, które jest wezwaniem, że jedynie to, co jest jest prawdziwie, zaś moje pomysły na to jak powinno wyglądać życie, to zwykłe niewinne kłamstwo. Chęć, żeby było inaczej niż jest to walka z wiatrakami, a jedynym owocem takiego podejścia jest zniechęcenie, nuda i ostatecznie złudny brak i poczucie oddzielenia.

"Miłość jest brakiem oczekiwań". Gdyby tak na sekundę zostawić wszystkie swoje "chcę", "potrzebuję", "tęsknię"... Co się dzieje, gdy nie mam już trosk, zmartwień i oczekiwań? Radość. Radość. Radość. Gdy nigdzie już nie idę po miłość, tylko idę, bo idę - życie staje się rozkoszowaniem wszystkiego i niczego. Wszystko zasługuje na wiersz, wszystkiemu należy się piosenka. Dziękuję. Wypowiada się do każdej spotkanej istoty. Nic nie jest na pierwszym miejscu, nic na ostatnim. Pierwsze będzie ostatnie, a ostatnie pierwsze. Wraz z końcem gonitwy pojawia się jakość bycia, który przemienia wszystko wokół. Wcześniej wydawało się, że dużo pracy, starania, gęste pomysły zmieniają świat. Teraz widać wyraźnie, że "przemiana" dzieje się sama z siebie z esencji serca, z pustki umysłu, z przestrzeni bycia. Miłość nie ma wiele wspólnego z uczuciami. Nie jest czymś, co można mieć. Nie można nie być miłością. Nie można przestać być miłością. Można udawać, że się nią nie jest. W języku religijnym można powiedzieć, że istnieje skuteczne udawanie, że nie nosi się w sobie Boga, że jest on odległy. Takie udawanie, że nie jest się Synem Bożym i że dużo jeszcze trzeba się nastarać, by dostać się ideału ideałów, szczytu szczytów. Wszystko jest tu. Chrystus musiał to znać. Ja i Ojciec jedno jesteśmy. Jedno, czyli bez żadnego podziału, bez odległości. Miłości nie można uchwycić. Nie ma ona bowiem, jak to powiedział żydowski filozof, struktury podmiot-przedmiot. Niczego nie chwyta. Ja-Ty to nie jest cała miłość. Cała czy pół? - jej nie da się podzielić, nazwać, oznaczyć. Spełnienie nie dopełnia się przez nic. Spełnione nie może być spełnione. Jest. Cieszy się byciem. Rozdaje się na prawo i na lewo. Bez opamiętania. Nie pamięta złego. Przyjmuje to, co jest. Kocha, bo jest kochaniem.

I gdy to się czyta... Może zjawić się myśl, wątpliwość, zaprzeczenie. I wspaniale! Miłości to nie przeszkadza. Na wszystko jest miejsce i czas w tym, co miejsce i czas przekracza. Każdy liść, każda kropla deszczu, każda myśl.

Brak oczekiwań to również brak czasu. Nie mam czasu! Ach! Jak cudownie. Po co "mi" czas? Czy ja naprawdę go potrzebuję? Czy "ja" naprawdę ma "czas"? A to nie raczej "czas" posiada "ja"? Miłość na pewno ma (posiada) czas. Więc... Zawsze mam czas, nigdy nie mam czasu. Nie potrzebny się stał, gdy spełnionym okazałem się być. Nie ma dokąd iść, nie ma nic do zrobienia, nie ma nic do powiedzenia... Życie się toczy, a to coś obudzone, bawi się, kocha, tańczy, przytula...

poniedziałek, 12 listopada 2018

Dezintegracja pozytywna, czyli gdy wewnątrz jest nie tak jak miało być

Nerwowość, apatyczny nastrój, gorzkie poczucie "jest nie tak", głęboki smutek, niechęć do życia, strach, osamotnienie, nadpobudliwość, niekontrolowane odruchy wewnątrz psychiczne, rozwinięty krytyk wewnętrzny, pragnienie nieistnienia... Te i inne stany dotykają w różnym stopniu ludzkość od zawsze. Różne są interpretacje i sposoby radzenia sobie z "cienistą krainą ludzkiego cierpienia". Religie, psychologie, psychoterapie rozwijają własne systemy rozumienia bólu psychicznego. Czasem prowadzą w wyzwalaniu i integracji cienia, czasem przez skostniałe i wąskie systemy przekonań zatrzymują człowieka w rozwoju i przywiązują nieświadomie do cierpienia.  

Zdaje się, że wraz z narodzinami świadomości, narodziło się cierpienie w człowieku. Wraz z samoświadomością ("ja jestem ja") pojawiło się tajemnicze, osobnicze i zbiorowe nie-ja, a z nim cały świat nie-ja (nieświadomości, niewiedzy czy treści psychicznych nieznanych dla "ja"). W tej podstawowej dychotomii "ja" - "nie-ja" pojawiło się rozbicie, cierpienie i trud. Czy to pesymistyczne? Raczej nie. Zdaje się, że to realistyczne. Wraz z cierpieniem pojawiła się możliwość rozwoju czy też ewolucji człowieka, aby mógł poznać samego siebie, aby mógł pokochać i poznać również "nie-ja", całą przestrzeń tego, co nieświadome. I od tego należałoby zacząć: człowiek i ludzkość dotyka rozwój, a jego skutkiem ubocznym w pewnej mierze jest cierpienie.

Chcę w tym tekście zaproponować pewną metodę rozumienia i pracy wewnętrznej, która w moim odczuciu może wnieść wiele życiodajnego sensu do egzystencji człowieka. Cierpienie rozumiem jako wewnątrz psychiczną nadpobudliwość i dezintegrację jakiegoś poziomu życia psychicznego. Jednak owo cierpienie rozumiem jako głęboko sensowne i ważne w drodze do pełni bycia człowiekiem. Cierpienie to tylko szczebel w drabinie ewolucji człowieka, który trzeba przejść, aby iść wyżej. Nie będę więc tu gloryfikował udręk, bólu i zmagań. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że w dużej mierze cierpienie jest zwyczajnie potrzebne, by zrobić swoją pracę i odejść. Tekst zawiera osobiste przemyślenia na temat cierpienia, które zawdzięczam inspirującym tekstom i badaniom wielkich ludzi, tj. Victor Frankl, Abraham Maslow, Ken Wilber, Pierre Teilhard de Chardain czy Carl Gustaw Jung. Tytułowy termin "dezintegracja pozytywna" zaczerpnięty jest z teorii słynnego polskiego psychologa i filozofa Kazimierza Dąbrowskiego. Jego rozumienie rozbicia wewnątrz psychicznego postaram się wyjaśnić i wpisać w rozwój człowieka. Rozumienie cierpienia i jego sensu w największej mierze zawdzięczam dwóm założycielom wielkich religii: Jezusowi Chrystusowi i Gautamie Buddzie. Mimo trudności w dotarciu do esencji nauczań tych wielkich ludzi (doktryny religijne i przekaz ustny osłabiają moc tych przesłań) zdaje mi się, że obaj dali mi wiele intuicyjnego i wewnętrznego poznania (przez odczytywanie tekstów spisanych przez ich uczniów, a także z samego osobistego doświadczenia medytacyjnego i wglądowego).

Przejdźmy do sedna tematu. Dezintegracja pozytywna. Zdaje się, że w samym sformułowaniu spotykamy paradoks. Dezintegracja bowiem kojarzy się z czymś negatywnym, rozbijającym, kwestionującym zastany porządek i rozumienie. Integracja, pełnia, porządek, harmonia - oto cechy pozytywne, chciane i lubiane przez człowieka. Światowa organizacja zdrowia (WHO) podaje definicję zdrowia psychicznego jako pełnego dobrostanu fizycznego, psychicznego i społecznego człowieka. Sama w sobie jest ona niezwykle pozytywna i kreśli niebywale piękny ideał. Jednak życie codzienne milionów ludzi jest i dziś opatrzone zmaganiem i trudem istnienia. Dlatego też K. Dąbrowski i inni zaproponowali, że drogą do pełni i integracji jest również dezintegracja, a z nią niedojrzałość, nadpobudliwość i zmagania. Dezintegracja pozytywna oznacza więc pewne stany lękowe czy depresyjne, które pracują w człowieku dla jego dobra. Zdolność rozumienia tych stanów, odczytywania ich informacji w wyzwalaniu człowieka stanowi zasadniczą kwestię. Nurt psychologii humanistycznej wskazuje na to, iż nadpobudliwość psychiczna nie jest procesem chaotycznym, bezsensownym i zbędnym. Istnieje szerokie podejście wskazujące na to, iż cierpienie psychiczne jest nie tylko pełne znaczeń i informacji, ale prowadzi do odkrywania sensu życia (V. Frankl, C.G. Jung, A. Mindell).

Jak możliwa jest dezintegracja pozytywna? Otóż K. Dąbrowski  w swojej książce "Trud istnienia" ukuwa pojęcie wielopoziomowości rzeczywistości psychicznej. Oznacza to, że człowiek z jednopoziomowej istoty staje się zróżnicowaną, wielopoziomową jednostką, a wraz z nią przejawia bogactwo uczuciowe, myślowo-ideowe i twórcze. K. Dąbrowski przebadał wielkich artystów, badaczy, ludzi twórczych i zauważył pewien znaczący związek między nadpobudliwością psychonerwicową a życiem twórczym. Wielopoziomowość wzrasta wraz z rozwojem człowieka dzięki tajemniczemu procesowi transcendencji. Pojęcie to oznacza, iż w człowieku istnieje zdolność rozwoju przez przekraczanie kolejnych poziomów percepcji, poznania czy adaptacji społecznej. Przyjrzyjmy się teraz fenomenowi narodzin człowieka. Pobieżna obserwacja noworodka wychodzącego z łona kobiety pozwala nam stwierdzić, iż krzyk dziecka spowodowany jest prawdopodobnie niebywałym szokiem i skokiem rozwojowym. Jakiś czas temu w jednej z konferencji na youtubie słuchałem o tym, iż badania mówią o niebywałym wzroście połączeń nerwowych w mózgu nowo narodzonego. Z jednopoziomowej jedni noworodek-matka powstaje oddzielny człowiek. Oczywiście na potrzeby tekstu dokonujemy tu uproszczenia. Życie niemowlęce a potem wczesnodziecięce to szereg procesów usamodzielniania się i rodzenia się ego małego człowieka.
Powszechnie wiadomo, że ludzie nierozwinięci psychicznie (jednopoziomowość psychiki) nie są w stanie zrozumieć innych, mają trudności z empatią, mogą zadawać ból innym bez doświadczenia poczucia winy i wstydu. Psychotyk-egotysta nie widzi w świecie żadnej głębi, dlatego też za wszelką cenę zaspokaja jedynie najprostsze potrzeby samozachowawcze (pożywienie, seks, zachowanie życia), nawet za cenę życia innych. Im wyższy poziom rozwój tym człowiek szerszej i głębiej widzi rzeczywistość, potrafi indywidualnie podchodzić do każdej relacji, a więzi, które buduje posiadają bogactwo przeżyć, sensu i wzajemnego szacunku. V. Frankl zauważył, że w obozach zagłady były jednostki, które przejawiały zachowania prospołeczne i empatyczne; potrafili dzielić się z innymi kawałkiem chleba czy dobrym słowem za cenę własnego zdrowia czy życia. Oznacza to, że w obrębie ich świata psychicznego istniały "wartości wyższe" takie jak samorealizacja, potrzeby estetyczne: piękna, harmonii, pokoju między ludźmi czy poznawcze: wiedzy, rozumienia. 

Rozwój człowieka dokonuje się więc również dzięki cierpieniu. Ono nie pozwala zostać nam na danym poziomie rozwojowym i choć marzeniem człowieka pozostaje rajski eden wewnątrz psychiki i w świecie, to drogą do niego nie jest ucieczka, konsumpcjonizm czy zaspokajanie podstaw egzystencji (tzw. samozachowawcze potrzeby: seks, jedzenie, przetrwanie), a pójście za zjawiającym się w psyche doświadczeniem cierpienia. które prowadzi wyżej. Nie trzeba go szukać. Przychodzi samo z siebie. W doświadczeniu człowieka bezradność, ból, brak sensu czy depresyjny nastrój sam w sobie jest bezsensu. Jednak w perspektywie przejścia przez niego, staje się on sensowny, konieczny i z gruntu rzeczy oczywisty. Z dystansu możemy zobaczyć sens tego, co nam się przydarzyło.

Podstawowym sposobem pracy z dezintegracyjnym cierpieniem w człowieku pozostaje dialog, szacunek i bliskość z nim samym. Homo sapiens ucieka od "ostrza bólu i zmagań". Jednak mechanizm obronny w postaci ucieczki, odwleka i wzmacnia jedynie nieproszonego gościa, który puka do drzwi świadomości psyche. Warto więc zatrzymać się nad codziennym złym nastrojem, złością czy głębokim smutkiem. Co mówi to doświadczenie? Jaką pracę ma do wykonania? Współczesny rozwój szkół psychoterapeutycznych i wzmożonej praktyki klinicznej pokazują pragnienie człowieka, by poznać i zrozumieć siebie. Przestrzeń dla "dezintegracji pozytywnej" to również przestrzeń na twórczość. K. Dąbrowski badając życie psychiczne różnych artystów ukazuje niebywałą wartość nadpobudliwości psychicznej w pracy twórczej. Wiele wspaniałych dzieł powstało dzięki ciemnym nocom psyche. A. Storr w "Samotność. Powrót do jaźni" pokazuje jak istotną rolę w twórczej pracy wybitnych jednostek ogrywa samotność i czas w którym człowiek spotyka się z wewnętrznym światem subiektywnych odniesień i wartości.

Tabletki, leki i środki otępiające cierpienie niosą ulgę i same w sobie są dobrym odkryciem ludzkości. Jednak nie one poniosą nas na wyżyny ewolucji ludzkiej świadomości. Jeśli człowiek chce iść do przodu w poznaniu siebie i w zrozumieniu swej wielkiej roli w świecie niezbędnym jest, żeby afirmował, przyjął i przytulił cierpienie własne i innych. Tak jak Matka Teresa tuliła chore i cierpiące dzieci z pełną czułością i oddaniem, tak i my ludzie XXI wieku musimy przytulić ból, osamotnienie i trud własnego życia i innych. Wszystko by się rozwijać. Masochizm czy duma z cierpienia jest zatrzymaniem w drodze.

W tym miejscu przypominają mi się momenty z przeszłości, gdy karmiłem niepełnosprawnych, przewijałem chorych w szpitalu czy wycierałem łzy cierpiącego człowieka. Wszystkie te chwile uczą mnie, że szacunek, akceptacja i wyjście z własnego ja przyczyniają się do rozwoju siebie i świata, w którym żyję. W drogę przyjaciele! Życie samo prowadzi nas w górę!

Zakończmy pięknym tekstem K. Dąbrowskiego "Przesłanie do nadwrażliwych":

Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi 
za waszą czułość w nieczułości świata 
za niepewność wśród jego pewności
Bądźcie pozdrowieni 
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że odczuwacie niepokój świata 
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie

Bądźcie pozdrowieni 
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata 
za wasz lęk przed bezsensem istnienia

Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym 
i praktyczność w nieznanym 
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich 
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami

Bądźcie pozdrowieni 
za waszą twórczość i ekstazę 
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno

Bądźcie pozdrowieni 
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane 
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości 
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że jesteście leczeni 
zamiast leczyć innych

Bądźcie pozdrowieni 
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana 
przez siłę brutalną i zwierzęcą

za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego

za samotność i niezwykłość waszych dróg

bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi




niedziela, 11 listopada 2018

Niepodległe


Jest wieczór. Siedzę przed komputerem. Szyby w mieszkaniu na Żoliborzu lekko drżą. Z dala słychać strzały i huk. Ludzie mówią, że Warszawa świętuje. Włączam YouTube i transmisję z koncertów przy Stadionie Narodowym. Dwóch panów krzyczy ze sceny, że ma dość życia w Polsce i nie chcą już postkomunistycznej Polski. Jestem w szoku. Kapele punkowe wykrzykują hasła bojowe. "Obława. Brońcie się. Nie dajcie się!" Inny wokalista wykrzykuje: "Potęga wielkiej Polski w upadającej Europie", "Musimy ciągle walczyć o niepodległość wielkiej Polski".

Wielkie tłumy na ulicach. Na facebooku biało-czerwono. A mnie to skłania do kilku refleksji.

Dzieje się rzecz przedziwna. Tysiące Polaków wychodzi na ulicę. Nie idę na żaden marsz. Nie lubię masy i tłumów. W pewnym sensie obawiam się tłumnych procesów. Wielkie rzesze mają potężną siłę i mogą porwać człowieka. Nieraz widziałem jak wielką siłę ma grupa. Nieraz widziałem jak ludzie robili rzeczy wbrew sobie, tylko dlatego, że nie mieli siły, aby się przeciwstawić grupie. Wspólnoty, zrzeszenia czy nawet klasy w szkole mają te moc scalającą i zaspokajają potrzeby przynależności człowieka. Jednocześnie tłum może "tłumić" jednostkę, jej wartości i autonomię. Chwila nieuwagi i... robisz coś, co nie jest w zgodzie z tobą. Nawet o tym nie wiesz. Mimowolnie. Tłum potrafi porwać. Nawet jeśli to chwalebny i dobry tłum. Z drugiej strony wspólne świętowanie to piękna rzecz. Ale płonące race, okrzyki i tłumy to nie jest mój ulubiony sposób na świętowanie. Ćwierkający wróbel więcej mi mówi niż manifesty tysięcy.

Jeśli już świętuję niepodległość, to w swoim domu. Piję herbatę. Niepodległe serce. Niepodległa ojczyzna. Chwila zadumy nad tym jak straszne rzeczy ludzie zrobili ludziom na tej ziemi. Ludzie ludziom. Coś we mnie kocha to, co nazywamy Polską. Coś we mnie pragnie rozwoju dla nas Polaków; od etnocentryzmu do integracji, szacunku i miłości również wobec innych narodów.

Marzę cicho o głębszej i szerszej demokracji w Polsce. Marzę o głębokiej demokracji, czyli o sposobie życia, który będzie pełen szacunku i tolerancji dla inności. Obyśmy nie musieli być  i żyć przeciwko komukolwiek. Kto musi walczyć, już staje się podległy.

niedziela, 14 października 2018

Religia, (nie)wygodne pytania i paschalna przemiana

Od czasu do czasu ludzie zadają mi pytanie: "czy jesteś wierzący?", "czy wierzysz w Boga?", "jaki jest twój stosunek do kościoła katolickiego?". Pytanie te wiążą się bezpośrednio z historią mojego życia, którą znają osoby zadające pytanie. 

Od wczesnych lat dzieciństwa interesował mnie absolutny sens, pytanie o przyczynę istnienia świata i mnie samego. Gdy byłem małym chłopcem patrzyłem z pełnym zachwytem w gwieździste niebo nocą, przeczuwając, że istnieje coś nieskończonego. Nieskończone żyło mnie. W pewnym momencie moje rodzące się ja (ego) bardzo przeraziło się owej nieskończoności. Dorastając, zainteresowałem się religią i poszukiwaniem Boga. Droga poprowadziła mnie do Towarzystwa Jezusowego, w którym spędziłem dziewięć lat życia. Przez ten czas medytowałem, poznawałem Pismo Święte, studiowałem filozofię czy teologię, brałem udział w dłuższych czasach milczenia, miałem wiele głębokich doświadczeń i wglądów, modliłem się ludźmi, dyskutowałem poszukując zrozumienia świata, afirmowałem swoją osobowość, robiłem różne warsztaty, prowadziłem grupy, służąc ludziom itd. 

Około szóstego roku bycia w zakonie zaczął się we mnie poważny kryzys, który zmusił mnie do zobaczenia, że wiele z tego, w co wierzyłem było jedynie wykrzywionym wyobrażeniem. Oto miałem zostać księdzem katolickim. Zauważyłem, że oczekiwania w stosunku do tej roli społecznej stoją w sprzeczności z moim młodzieńczym pragnieniem poznawania świata i poszukiwania Prawdy. Interesowało mnie wiele: psychologia, psychoanaliza, filozofia, religie wschodu, doświadczenia szamańskie, struktura poznania itd. Jednocześnie coraz wyraźniej widziałem, że religia, której jestem częścią, nie przepada za "innością". Teologia, którą studiowałem nie tylko zdawała mi się być nudną i oderwaną od codziennego życia nauką, ale nie odpowiadała też na głębokie pytania i nie niosła życiodajnego sensu. 

Czułem, że niebawem zostanę urzędnikiem kultu i muszę nauczyć się prawa kanonicznego, musztry świątynnej i szablonowych odpowiedzi na ludzkie cierpienie. Wraz z tym zrozumiałem, że zostając księdzem, który ciągle ma jeszcze w miarę wysoką pozycję społeczną w Polsce (tak! księża są jeszcze traktowani w niektórych środowiskach jako jednostki wyjątkowe), nie będę mógł w swoim życiu doświadczać i poznawać świata. Religia bowiem w subtelny sposób zabrania doświadczać pewnych aspektów życia. Było to potężne zdziwienie! Do tej bowiem pory myślałem, że zakon pozwala mi eksplorować i zgłębiać z otwartością rzeczywistość. Po dwuletnim mroku, śmierci religijnego "Boga" i niemożności zrozumienia o co chodzi w chrześcijańskiej wizji świata postanowiłem opuścić szeregi zakonu i pójść ścieżką, która byłaby bliższa mojemu wewnętrznemu głosowi. Teraz opowiadam o tym spokojnie. Wtedy panowała we mnie burza, sztorm i przedziwny kopernikański przewrót. Interpretacja mojego odejścia była różna. Niektórzy twierdzili, że się zagubiłem. Inni, że zwątpiłem. Jeszcze inni twierdzili, że chodzi tylko o to, że pokochałem kobietę (to też się wydarzyło!). Piękną rzecz napisał mi jeden z moich przyjaciół jezuitów, gdy odchodziłem: "mam wrażenie, że odnalazłeś siebie".

"Czy jesteś wierzący?" To pytanie sprawia, że nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Jeśli ktoś ma kilka godzin na przyjazną rozmowę, opowiadam o tym, co myślę i czuję w tym temacie.

"Czy jesteś wierzący?" I tak, i nie. Nie jestem wierzący, bowiem nie podpisuję się pod żadnym z istniejących wyznań chrześcijańskich. Nie korzystam z sakramentów, nie odnajduję siebie w całym mistagogiczno-katechetycznym gmachu religii. Nie wyznaję jedyności zbawienia w Chrystusie. Z drugiej strony symbole chrześcijańskie i całe zaplecze etyczno-inicjacyjne jest mi niebywale bliskie. Chrystus pozostał dla mnie jednym z wzorów, symboli i żywotnych sił, które przemieniają moje widzenie świata. Nie walczę z religią. Mam serdecznych przyjaciół w Kościele i szanuję tradycję kościołów chrześcijańskich. Jednak jeśli mam być uczciwym, nie mogę znaleźć swej drogi w tym, co chrześcijanie określają: wiarą. Jestem wierzący, bowiem wiem, że materia nie jest jedynym światem. Jest powłoką, pod którą kryje się coś więcej. Świat jest jak cebula. Albo jak filmowy ogr. Ma warstwy. Znaczy to, że pod postacią materii, świata widzialnego, osób, rzeczy i procesów, istnieje Niewidzialne, Nieuwarunkowane, Nieskończone. Widzialne z niewidzialnym istnieje w głębokiej tajemniczej jedności. Owo Niewidzialne żyje ten świat.

Tak trudno mi określić własną tożsamość religijną, tak samo jak trudno określić mi kim lub czym jest Bóg, ostateczna rzeczywistość czy najgłębszy sens życia. Teologia, a z nią religia katolicka, tak bardzo określiła czym/kim jest Bóg, że niewielu ludzi może zmieścić się w tej wizji świata. To kim był Jezus, a czym jest religia dziś, to dwie różne sprawy. Kilka lat temu po powrocie z jakiejś liturgii napisałem następujące słowa:

"Coś tam trzeba.
Odkleja się chrześcijaństwo od mojego serca tak jak odkleja się plaster od rany, która się zagoiła. Naturalnie. Bez okrzyków i haseł propagandowych. Bez rewolucji i zamieszek. Tak jak po dniu przychodzi noc, tak wyrastam z wiary moich ojców. Nie odcinam się od korzeni, niczego absolutnie nie neguję. Po prostu nie wiem o co chodzi. Odpada to wszystko, czego nie rozumiem i w czym nie ma życia. Zmartwychwstanie, umartwianie siebie, sąd, liturgie, starania się, posty, modły, medytacje, spowiadania regularne, ciało co z grobu powstanie… Koncepcji i idei multum. Jak na targu. Tyle, że wybierać nie mogę. Mam wierzyć i już. I tak dużo strachu. Kapłan na podwyższeniu sprawuje ofiarę. Lud z dala patrzy i błaga „Boga” o zlitowanie nad „grzechami” swoimi i świata całego.
Miałem nadzieję znaleźć w chrześcijaństwie zbawienie. Nie znalazłem. Niczego nie znalazłem w niczym. I oto o dziwo zbawionym okazałem się być. Taki jaki jestem. Mama i tata kochali mnie takim, jakim jestem. Kawa co ją rano piłem kochała mnie, takim jakim jestem. Wiatr, słońce, deszcz… Kochało mnie życie, takim jakim jestem. Tylko ty religio jakoś nie umiesz kochać tak po prostu za nic. Zawsze czegoś chcesz. Ofiar, wyrzeczeń, postanowień, cnót, uwielbień, zaświadczeń, orzeczeń, wyznań, oświeceń, czystego sumienia... Nie walczę z tobą. Po prostu widzę jak rozpadasz się w drobny mak. Skoro sama egzystencja taka piękna, czemu mam ci składać hołd?
Coś tam trzeba. Tego nauczyła mnie chrześcijaństwo. Dziś już nawet nie wiem, co miałbym zrobić. Nawet nie wiem, jaki jest cel tego wszystkiego. Niebo? Piekło? Miłość bliźniego? Doskonałość? Przemiana wewnętrzna? Wszystko to już jest tu i teraz. Obecne.
Dziś widzę do głębi – Jezus – nie jest takim jak mi opowiedziano. Chrystus to wolność. I kto wie, być może wzywasz mnie Nieznany do pozostawienia…"

Nie jestem teistą. Nie jestem agnostykiem. Nie jestem ateistą. Kim więc jestem? A może nie muszę odpowiadać na te pytania. Słodka niewiedza i proste życie. Pływam w tym, co chrześcijanie określają "Bogiem". Ocean ten jednak nie ma płci, woli i miliona pozytywnych atrybutów. Nie jest Ojcem ani Matką. Jest samym istnieniem, które przekracza wszystkie antynomie, przeciwności. Jest więc ponad dobrem i złem, ponad pięknem i brzydotą, ponad osobą i nie-osobą, a nawet ponad istnieniem i nieistnieniem. Wszystko otacza. Wszystko w nim istnieje, przez niego i dla niego. Jest wszystkim i ponad wszystkim.

"Wtedy można by powiedzieć wraz z Nietzschem: „Bóg umarł”.
Postąpilibyśmy jednak słuszniej, mówiąc: „Bóg usunął swój obraz; gdzież go znajdziemy?” (Carl Gustaw Jung)
Mam przedziwne doświadczenie bliskości z panem Jungiem. Rozumiem jego ambiwalentne podejście do religii. Czytając jego "Wspomnienia, myśli, sny" czułem tajemniczą więź doświadczeń. On odszedł od praktykowania chrześcijaństwa, choć całe życie spędził w bliskości z głębokim doświadczeniem religijnym. Jung, cytując Nietzschego, wiedział, że nie tylko w nim samym, ale i w kulturze następuje swoista "śmierć Boga". Wraz z nią znikają wyobrażenia, religijne projekcje, obwinianie siebie samego czy Stwórcę za zło w świecie. Oto współcześnie pojawia się duchowość, w której sam Stwórca usuwa wszelkie obrazy siebie samego. Koniec teologii, koniec historii, koniec opowieści na temat religii. A jeśli istnieją nadal, wiemy, że to tylko opowieści. Dziś, tak jak mistycy wszystkich czasów, możemy iść w samo doświadczenie. Poza słowami. Poza obrazami. Następuje swoisty ruch w ponad-doświadczanie... Tam w głębi nas samych, możemy poznać tego, o którym opowiadają religie. Otchłań duszy, iskierka czy nieskończona jaźń. Imion tysiące.

Obraz Boga może dziś znikać. Czyż religijnie nasza cywilizacja nie jest dziś w neurotycznym stanie lęku. Na czym mamy oprzeć nasze kruche życie? W czym nasze małe ja ma znaleźć oparcie? Jest tak wiele potężnych sił, które pracują w człowieku... Religia przez wieki chroniła i chroni nadal człowieka przed potężnymi nieświadomymi siłami, osłaniając słabe, małe ego. Religie pomagały w kontakcie z tymi potężnymi mocami. Dziś jakby się kończyły... A może się mylę? 

Być może to sam Niewidzialny zabrał wszelkie obrazy siebie samego, jak pisze pan Jung.

Dynamika Paschy. Śmierć na krzyżu. Pusty grób. Zmartwychwstanie.
Po śmierci religijnych obrazów Boga pozostała święta pustka (jakże ceniona w buddyjskich ścieżkach inicjacyjnych), janowe nic na górze Karmel czy mistrza Eckharta odosobnienie. Kto zanurzył się w ciszy, w pustce i umiłowaniu Obecności, ten wie jak TO smakuje. A symboliczne zmartwychwstanie... Cóż. Zmartwychwstanie ukazuje mi, że Bóg jest tym, który jest wszędzie i nigdzie. Obecność roztacza się wszędzie, obejmuje każde stworzenie... i nie wymaga niczego. Zamiast świątynnego oddawania czci - kult w Duchu i w Prawdzie.

We mnie samym dokonała się Pascha. Wszystko się zmieniło. Nic się nie zmieniło. Tak trudno powiedzieć coś o tym cudzie.

Czy religia jest zbędna dziś? Na pewno nie. Religia przez wieki dawała człowiekowi bezpieczeństwo, ochronę i moc do sensownego życia. A dziś? Jaką przemianę może czekać chrześcijaństwo, jeśli chce dać współczesnemu człowiekowi ścieżkę do Prawdy? Co musi zrozumieć religijny dyskurs, aby propozycje duchowe były ogniem, które przemienia ludzkie życie? Czy istnieje coś takiego jak ewolucja religii? To już temat na inny wpis.

Napisałem to, bo chciałem się podzielić. Nikogo nie chcę przekonywać do niczego. Niczego nie chcę udowodnić. Być może ktoś tak jak ja, czy wspomniany Jung, wie co to znaczy samotność pójścia własną ścieżką i poczuje wsparcie, bez względu na wyznawaną religię, światopogląd czy system wartości. Każdy ma swoją własną ścieżkę w drodze ku Prawdy. Pokój!